Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muck Spreader. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muck Spreader. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 stycznia 2022

"Wait For Me"... czyli... "Reasumpcja głosowania" - albo podsumowanie płytowe 2021 roku

 

     "Niczego w tym świecie nie wie się na pewno, ale wie się, że o wszystkim, o czym się wie, wiedzieć można zgoła w odmienny sposób - a każda wiedza jest tyle samo warta, co inna, nie lepsza ani nie gorsza, a już z pewnością nie mniej od innych tymczasowa i ulotna" - Zygmunt Bauman - "Ponowoczesność jak źródło cierpień".

  Rozpocząłem dzisiejsze podsumowanie płytowe 2021 roku od cytatu, który można odnaleźć, w zakazanej, w pewnych kręgach, księdze Zygmunta Baumana nie dlatego, że pobrzmiewa w nim radosna pochwała wszelkiego relatywizmu, ale z tego prostego powodu, że dostrzegam w tych zgrabnych frazach metaforę czasu, w którym przyszło nam żyć. Jakoś nigdy specjalnie nie wierzyłem, i uwierzyć nie chcę albo nie potrafię, w jednomyślność krytyków czy recenzentów, którzy zupełnie niezależnie od siebie - o tę właśnie niezależność gra się toczy - ustalają, bez polemiki i dyskusji, niekiedy podobne do siebie listy najlepszych płyt minionego roku. Żeby takie listy miały sens, trzeba by owych recenzentów całkowicie od siebie odizolować (komora deprywacyjna), na czas krótszy lub dłuższy, a potem cierpliwie poczekać, aż wyplują z siebie szczere werdykty i rzetelne opinie. W tym kontekście równie ważne - jak postulowana wyżej izolacja - wydają się być kryteria wyboru i oceny, a więc zasady według których ustalone zostały poszczególne zestawienia. "Pluralizm to istnienie wielu układów odniesienia, z których każdy ma swój własny schemat rozumienia oraz kryteria racjonalności". 

 Dla mnie - przeciętnego słuchacza - jednym z najważniejszych punktów na złożonej mapie wartościowania dzieła muzycznego, jest ilość odtworzeń; liczba, zazwyczaj co najmniej trzycyfrowa, wyrażająca częstotliwość moich powrotów do płyty, epki, singla, itd. Ta liczba zawiera w sobie także oznaczenie pewnego potencjału, który przy okazji najlepszych wydawnictw, w pierwszych chwilach, ale również długo potem, zdaje się być niewyczerpywalny. Na szczęście, i wbrew co niektórym, próbującym zagłuszać swoje rozmaite kompleksy i realizować dyktatorskie zapędy, nie żyjemy w sowieckim kołchozie - gdzie wszyscy mają odczuwać tak samo i myśleć w podobny sposób, jeśli już taki stan pogłębionej refleksji w ogóle się przytrafi. Uważam, że właśnie w tym można wyrazić siłę tego typu stron czy blogów - stanowią one pożywkę dla wszystkich tych, którzy noszą w sobie jakiś niepokój oraz ciągły głód, i nieustannie poszukują nowych bodźców, innych  treści, niż te powszechnie obowiązujące w popularnych serwisach. Według obiegowej opinii "DOBRA MUZYKA" obroni się sama - choć nie zawsze uda się jej wypłynąć na szerokie wody powszechnej akceptacji i zrozumienia - gdyż, jak pisał przed laty Jean Baudrillard: "Nie ma przedmiotu uprzywilejowanego. Dzieło sztuki tworzy własną przestrzeń". Tym między innymi różnią się wszelkie artystyczne dokonania od zwykłego kiczu, który często potrafi przystroić się w barwne piórka, -  że ten drugi rzadko kiedy tworzy oryginalną przestrzeń, w swoim karykaturalnym naśladownictwie zawsze żywi się cytatem, kalką czy powtórzeniem. Zdaje się, że to Roland Barthes w "Le Plassir Du Texte" ("Przyjemność tekstu") napisał o: "Bękarciej formie kultury masowej, jako zdegradowanym powtórzeniu".



 Przede wszystkim pragnę wyróżnić płytę "WAIT FOR ME", grupy Snowpoet, do której wielokrotnie wracałem lub z którą bardzo długo nie potrafiłem się rozstać. Autorka tekstów, współtwórca wszystkich kompozycji, wokalistka roku według JAZZ FM (2016) - Lauren Kinsella starała się pokazać ludzki głos - a tym samym rozmaite funkcje języka - na wszelkie możliwe sposoby. W subtelnych przejściach od śpiewu do mowy, przez radosne i kojarzone z okresem dzieciństwa zabawy słowem oraz swobodną improwizację, wraz z Chrisem Hysonem (instrumenty klawiszowe, produkcja), poruszali się po obrzeżach gatunków - indie-folk, pop, jazz, awangarda - nie zapominając o tym, że to, co porusza i zostaje w pamięci słuchacza na długie tygodnie, a nawet lata, to także piękne i wyrafinowane linie melodyczne. "Eksperymentujemy z kolorem, fakturą, formą, narracją i sposobem połączenia wszystkich tych elementów w kompozycji" - oświadczył Chris Hyson. Album "Wait For Me" ukazał się nakładem oficyny Edition Records, i nie jest to jedyna płyta pochodząca z tej zacnej wytwórni, którą chciałbym dziś zaprezentować.



Slowly Rolling Camera - "Where The Street Lead" - czyli grupa dowodzona przez szefa wytwórni Edition Records - Dave'a Stapletona. Przy wydatnym wsparciu gości zaproszonych na sesje nagraniowe - Stuarta McCalluma (gitara), Marka Lockhearta (saksofon), Chrisa Pottera (saksofon) oraz oktetu smyczkowego - stworzyli kilka niezapomnianych i wspaniałych kompozycji, które swobodnie flirtują z takimi gatunkami jak: jazz, rock, fussion, muzyka filmowa. W tym wydaniu to piorunująca mieszanka. Na płycie "Where The Street Lead" znajduje się również pieśń "Illuminate", którą w 2021 roku słuchałem zdecydowanie najczęściej. Wykonanie warstwy wokalnej powierzono Sachalowi Vasandani, który, sami to przyznacie, wspaniale odnalazł się pośród tych delikatnych i nostalgicznych dźwięków. Przy tej okazji, aż zamarzyła mi się cała płyta Slowly Rolling Orchestra, poprzetykana warstwami wokalnymi Sachala Vasandani. Ten ostatni, również w wytwórni Edition Records, wydał w tym roku płytę z pianistą Romain Collinem zatytułowaną "Midnight Shelter".



O albumie "Promises" Pharoah Sandersa, Floating Points i London Symphony Orchestra napisano niemal wszystko, więc nie będę się powtarzał. Przy tej okazji warto również sięgnąć do nieco starszych wydawnictw - chociażby tych pochodzących z lat sześćdziesiątych: "Pharoah", "Tauhid", "Karma", "Jewel Of Thought" - mistrza saksofonu, który 13 października skończył 81 lat. Takim mistrzem nie jest z pewnością jeszcze Thomas de Pourquery, ale jego płyty "Back To The Moon", nagranej ze swoim kwintetem Supersonic, słucha się z ogromną przyjemnością. W kolejnych jej odsłonach urzeka swobodne połączenie wątków pochodzących ze świata muzyki improwizowanej z elementami orkiestrowego popu.




Mnóstwo świeżego powietrza oraz głębokiej muzycznej przestrzeni znalazłem w kompozycjach londyńskiej grupy Muck Spreader zawartych na płycie "Abysmal". Sporo w tym graniu swobodnych improwizacji instrumentów dętych, a także soczystych dialogów. Ta muzyka za każdym razem i w kolejnych odsłonach zdaje się szukać adekwatnej dla siebie formuły. Wokalista grupy - Luke Brennan, oraz jego wesoła załoga znaleźli dla siebie sporą niszę, usytuowaną gdzieś pomiędzy dokonaniami TaxiWars, a tonami, które można kojarzyć z albumami nieodżałowanej grupy Morphine.




Kiedy tak spoglądam na to pobieżne i skrócone zestawienie dostrzegam, że w mijających miesiącach nieco bardziej przemawiały do mnie zespoły, które w swoim brzmieniu mają również sekcję dętą. Podobnie jest w przypadku kanadyjskiej grupy Les Moontunes, dowodzonej przez kompozytora, autora tekstów, klawiszowca i producenta - Miguela Dumaine'a. Na płycie "Lees Moontunes" zebrał on kilku artystów reprezentujących różne środowiska - jazz, psychodelię, rock - którzy świetnie czuli się szczególnie w nieco dłuższych wypowiedziach muzycznych oraz podczas sesji nagraniowych wypełnionych swobodnymi improwizacjami. Tak powstało jedenaście kompozycji, z pogranicza art-rocka, jazzu i popu, wolnych od elektronicznych dodatków i sztucznych studyjnych upiększeń.



Nie był to zły rok, ale z drugiej strony jakoś szczególnie nie obfitował w zalew niezwykłych wydawnictw płytowych. Jak widać po kolejnych tematach w moim prywatnym muzycznym pamiętniku, pojawiło się sporo nowych artystów i grup, którzy dopiero poszukują dla siebie miejsca na rynku. Starzy wyjadacze i weterani wszelkich scen raczej roztropnie przyczaili się, zajmując z góry upatrzone pozycje, i spokojnie obserwowali, jak rozwinie się sytuacja związana z pandemią. O zaistnieniu całkiem nowych gatunków mowy być nie mogło, gdyż żyjemy w czasach, gdzie twórcy zwykli grać resztkami, zaś łączenie ze sobą rozmaitych stylów czy różnych wątków, nie jest wyborem estetycznym, a formułą zastaną i czymś poniekąd naturalnym. 
Spotkało mnie także kilka rozczarowań. Największe dotyczyło najnowszej propozycji niegdyś mojego ulubionego duetu - Kings Of Convenience. Im dłużej słuchałem płyty "Peace Or Love", tym bardziej nużyły mnie kompozycje na niej zawarte. Podobnie było z miałkim, niczym plaża nudystów nocą, albumem grupy Soup - "Visions". Poprzedni krążek "Remedies", to długimi fragmentami była jednak duża klasa. Najbardziej wymęczyła mnie płyta zespołu Low -"Hey What", która znalazła się bardzo wysoko w wielu podsumowaniach. Być może recenzenci, którzy obsypali te nagrania tak dobrym słowem, nie pamiętają wczesnych dokonań formacji z Duluth założonej w 1993 roku. Z kolei grupa Efterklang, z roku na rok, coraz bardziej traci swój indywidualny muzyczny idiom, czego potwierdzeniem jest z pewnością ostatni album "Windflowers". Dość już tych utyskiwań.
Wszyscy ci, którzy cenią sobie brzmienie wypracowane przed laty przez Marka Hollisa, także na ostatnich płytach Talk Talk, lub dokonania Davida Sylviana, z okresu działalności z grupą Rain Tree Crow, koniecznie powinny dotrzeć do drugiego w dorobku albumu grupy Modern Nature - "Island Of Noise". A może by tak skusić się na wydanie winylowe? Zakładam, że egzemplarz "Burzy" Szekspira chyba już macie na półkach.




Na koniec mojej pobieżnej wyliczanki zostawiłem dwa albumy. O pierwszym z nich napisałem całkiem niedawno - Nous With Laraaji And Arji OceAnanda - "Circle Of Celebration". O drugiej płycie - The Weather Station - "Ignorance", napisali wyczerpująco inni recenzenci i dziennikarze, czy to krajowi, czy zagraniczni. To piąte w całym dorobku i zdecydowanie najlepsze wydawnictwo formacji z Kanady, kierowanej przez wokalistkę Tamarę Lindeman (Hope), która przy okazji sesji nagraniowych zaprosiła do współpracy kilkunastu muzyków (klarnet, flet, saksofon, skrzypce, wiolonczela, fortepian). W tych pełnych uroku kompozycjach można się rozsmakować i zatracić, bowiem powoli, i z każdym kolejnym przesłuchaniem, ujawniają ukrytą w nich głębię. Poza tym dorzucę garść tytułów, z krainy improwizowanych dźwięków, kolejność przypadkowa: Kenny Garrett - "Sound From The Ancestors", Ill Considered - "Liminal Space", Archie Shepp, Jason Moran - "Let My People Go", Bill Charlap Trio - "Street Of Dreams", Arooj Aftab - "Vulture Prince", Isaiah Collier & The Chosen Few - "Cosmic Transitions". 






Ktoś kiedyś całkiem trafnie powiedział, że: "Widzimy nie dlatego, że nie jesteśmy ślepi - widzimy dlatego, że jesteśmy ślepi na większość rzeczy". Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z ograniczeń mojej percepcji oraz z faktu, że moje poznanie uwikłane jest w perspektywiczność. Dlatego też pewnie w najbliższych dniach i tygodniach będę cierpliwie docierał do albumów, które, z braku czasu lub z innych równie ważnych powodów, niefrasobliwie pominąłem, w kolejce do wiecznie spragnionego świeżego muzycznego mięsa odtwarzacza. Mrrrr....
I właśnie tego Wam życzę, drodzy stali Czytelnicy oraz napływowi Goście, i Wy sympatyczni uchodźcy z innych blogów, w nadchodzących tygodniach i miesiącach - radosnych odkryć, nieoczekiwanych premier, smakowitych singli oraz wybornych epek, które przeniosą Was w inny wymiar, i umilą czas oczekiwania na... pojawienie się... kolejnych nowych wydawnictw. Do usłyszenia, do odczytania, w 2022 roku.





sobota, 17 lipca 2021

MUCK SPREADER - "ABYSMAL" (Brace Yourself Records) "Rozrzutnik obornika"

 

    Kiedy ostatnio widzieliście rozrzutnik obornika w trakcie pracy? A może powinienem zapytać, czy kiedykolwiek widzieliście tę maszynę na polu? Przyznam szczerze, że przygotowując dzisiejszy wpis, obejrzałem kilka pouczających filmików dotyczących wyżej wspomnianej przeze mnie kwestii. Maszyna dostojnie przemierza obszar pola uprawnego. W międzyczasie, zgodnie z nazwą i przeznaczeniem, systematycznie rozrzuca obornik tak, żeby równo pokrył cały obsiewany później areał. Nie będę wdawał się w szczegóły, te każdy może zobaczyć na własne oczy. Na koniec tego osobliwego wstępu dodam tylko, że jest coś majestatycznego, ale też swobodnego i radosnego, w pracy tego urządzenia.

Czy widzieliście kiedyś, jak pracuje rozrzutnik obornika pochodzący z południa Londynu? Ja również nie widziałem, ale proponuję, żebyście z uwagą posłuchali, gdyż z krążkiem "Abysmal" grupy Muck Spreader nie rozstaję się od kilku dni. Do ich twórczości nie przyciągnęła mnie dość oryginalna nazwa. Na naszym krajowym podwórku mieliśmy zacny zespół, o jakże wdzięcznych członach: "kombajn do zbierania kur po wioskach", więc "rozrzutnik obornika", w tym kontekście, nie zaskakuje aż tak bardzo. Zaskakuje za to muzyka, swoją oryginalnością, swobodą i porcją świeżego powietrza. Mnóstwo energii i przestrzeni można odnaleźć pomiędzy poszczególnymi tonami instrumentów. Choć te podczas gry, która długimi fragmentami zabarwiona jest duchem swobodnej improwizacji, wchodzą w subtelne interakcje, dialogują ze sobą na wszelkich możliwych poziomach, znajdując harmonię, to znów stając do siebie w kontrze. Muzyka Muck Spreader w radosny i nieskrępowany sposób zdaje się dopiero szukać adekwatnej formy. Redefiniuje ją za sprawą szeregu impulsów czy chwilowego uniesienia, ślizgając się po obrzeżach gatunków. W kompozycjach załogi z południowego Londynu znajdziemy punkową energię czy ożywczy powiew "nowego", a także jazzowe deklaracje trąbki i saksofonu. W osobie założyciela grupy Luke'a Brennana odnaleźć można bezkompromisowość Johna Lydona (PIL) oraz nonszalancję Alexa DeLarge, głównego bohatera "Mechanicznej pomarańczy", w którego to postać wcielił się przed laty Malcolm Mcdowell.



Luke Brennan wychował się i wzrastał w dzielnicach południowego Londynu. W otoczeniu budynków i ulic Greenwich, Richmond czy Brixton tworzył poezję i pierwsze hip-hopowe teksty. W Hackney prowadził warsztaty z osobami uzależnionymi. Początkowo marzył o karierze sportowej, ale poważna kontuzja, która przykuła go do łóżka na pół roku, zakończyła te marzenia. Później został członkiem punkowego zespołu Zulu, ale nie czuł się tam zbyt komfortowo. Zaczął więc występować na własny rachunek, chociażby w Windmill, gdzie poznał przyszłych kolegów z grupy Muck Spreader. Debiutowali we wrześniu 2020 roku epką - "Rodeo Mistakes". Od samego początku w status zespołu wpisane zostały swoboda oraz czy razy "E" - eklektyzm, ekscentryzm, ekstrawagancja. "Kiedy słucham wszystkich tych nowych gitarowych zespołów, ich brzmienie przypomina mi coś, co już kiedyś słyszałem. Wiele z nich próbuje sprzedać te same piosenki, które grali The Clash, czy przeróbki utworów Blur" - powiedział Luke Brennan. "Muck Spreader to szersza społeczność ludzi, którzy działają w różnych dziedzinach. To ciągły dialog, który prowadzimy na temat polityki i otaczającego nas świata".

 Trzeba przyznać, że pomimo różnych deklaracji pierwsza, wspomniana wyżej epka - "Rodeo Mistakes", wydaje się być nieco bardziej zachowawcza w porównaniu z tym, co zawiera materiał skupiony na wydawnictwie "Abysmal". Całkiem możliwe, że kwintet z Londynu potrzebował nieco czasu, żeby się ograć i wypracować wspólnie płaszczyzny porozumienia. "Nie umiem grać na żadnym instrumencie. Po prostu używam głosu jako instrumentu". Trudno polemizować z tym stwierdzeniem słuchając kolejnych kompozycji z najnowszej epki. Głos Brennana przybiera różne formy ekspresji. Najczęściej mniej lub bardziej rytmicznie wypowiada fragmenty tekstu. Zwykle te specyficzne melodeklamacje poprzetykane są emocjami. Innym razem słyszymy drobne zaśpiewy, jęki, westchnienia lub groźne warczenie czy nawet szczekanie, jak chociażby w doskonałym "Would He". W tekstach Luke Brennan często mierzy się z problemami społecznymi. Jako pilny obserwator oraz ironiczny komentator okrasza swoje spostrzeżenia "dawką obornika", czyli elementami surrealistycznymi. "Lubię siedzieć na ławce i patrzeć, jak mija świat, w którym staje się niewidzialny".



   Taki sposób muzycznej wypowiedzi przypomina  dokonania Toma Barmana, z prezentowanej na łamach tego bloga grupy TaxiWars. W odróżnieniu od belgijskiej formacji kompozycje kwintetu z Londynu mają w sobie nieco więcej swobody. Forma, którą wykorzystują, nie jest tak domknięta, potraktowano ją tutaj nie jako cel, lecz wyzwanie. "Jednym z głównych etosów grupy jest to, że nie ma dla nas czegoś takiego jak błąd. Błąd to dobra okazja do zmiany kierunku lub rozwoju". W tej perspektywie można odnaleźć podobieństwa muzyki Muck Spreader, szczególnie tej najnowszej tak udanej epki, również do twórczości Skeletons, z okresu płyt "Money", czy "Lucas". Ta sama radość tworzenia, to samo pragnienie nieskrepowanego muzykowania, czerpania z różnych wpływów. "Najważniejsze w muzyce są: szczerość, uczucia, instynkt oraz improwizacja".

 Ponoć materiał na epkę w wersji demo liczył sobie około czterech godzin. Same zaś utwory trwały po kilkanaście minut, powstając jako zapis swobodnych improwizacji. Stąd, po głębszym namyśle, członkowie Muck Spreader doszli do wniosku, że warto byłoby odrobinę skrócić je przed opublikowaniem. Cała epka "Abysmal" to osiem równych, ale też zróżnicowanych stylistycznie kompozycji. Wspominałem o tym nieraz na łamach bloga, że bardzo sobie cenię właśnie takie uczciwe podejście artystów. Mieli materiał na epkę, wydali mini album. Nie tworzyli w pośpiechu i dodatkowo byle jakich kompozycji ("zapchaj-dziury"), żeby sztuczne powiększyć czas trwania płyty, co obniżyłoby jej wartość. Pewnie dlatego słucha się poszczególnych utworów z rosnącym zainteresowaniem. Uwagę słuchacza przykuwają szczególnie dialogi instrumentów dętych. To trąbka, to znów saksofon coraz śmielej dają o sobie znać. Niby każdy ton ma tu swoje miejsce, ale można odnieść wrażenie, że z tego miejsca co jakiś czas próbuje się wydostać, opuścić je, wybić się na niepodległość, żeby zabrzmieć pełniej, głębiej, a tym samym sprowokować pozostałe instrumenty do działania, wymiany zdań, odczuć i wrażeń. Nawet kiedy członkowie zespołu są nieco bardziej wpuszczeni w wyraźne ramy formy - jak w przebojowym (i odrobinę westernowym ),"A Particular Shade Of White" - w finalnym efekcie przynoszą wraz sobą mnóstwo dobrej dźwiękowej bryzy. 

Warto także wspomnieć o szóstym nieformalnym członku grupy, którym jest producent Paul Cousin. To on odpowiednio ustawił w studio grę kwintetu, dzięki czemu brzmi tak soczyście.  Luke Brennan nie lubi chwil, kiedy musi nauczyć się piosenki na pamięć. Czuje wtedy, że powtarzając w kółko te same fragmenty, zabija niejako jej ducha. Najciekawsze jego zdaniem są te pierwsze wersje kompozycji. Zapytany o to, jaka jest najlepsza piosenka Muck Spreader, odpowiedział bez namysłu: "Ta, która jeszcze nie powstała". I tak oto, na mieniącej się barwami londyńskiej scenie jazzowej, przywitaliśmy nową jasno świecącą gwiazdę.

(nota 8-8.5/10)

 



Skoro wspomniałem wcześniej o grupie Skeletons, powinien zabrzmieć przykład muzyczny, najlepiej ten, który znajdziemy pod indeksem numer dwa na znakomitej płycie "Money". 



W dzisiejszym tekście pojawiła się również nazwa TaxiWars, recenzowałem ich albumy na łamach bloga, ale nie mogę sobie odmówić tej przyjemności, żeby nie skorzystać z okazji, i nie wysłuchać z Wami znakomitej kompozycji - "DropShot" - szczególnie w nieco zmienionej wersji. Prawdziwa petarda!!



Na koniec wrócimy do... początków grupy Muck Spreader. Singlowy utwór "Salacious" i teledysk kręcony na przedmieściach New Jersey.




sobota, 10 lipca 2021

PEACE FLAG ENSEMBLE - "NOTELAND" (We Are Busy Bodies) "Rodzaje spontaniczności"

 

   Ktoś regularnie śledzący wpisy zamieszczane na tym blogu może dojść do wniosku, że albo się uparłem albo mocno zawęziłem obszar poszukiwań atrakcyjnych wydawnictw płytowych, ograniczając się głównie do terytorium Ameryki Północnej. Cóż mogę na to poradzić, że na rynku kanadyjskim dość regularnie pojawiają się intrygujące albumy, wpisujące się, raz to w estetykę szeroko pojętej muzyki alternatywnej, to znów wypełniające przestrzeń improwizowanych dźwięków. Pewnie jeszcze zbyt wcześnie, żeby mówić o zjawisku nowej fali kanadyjskiej sceny jazzowej tak, jak było to w przypadku Wysp Brytyjskich, ale warto odnotowywać obecność kolejnych ciekawych grup.

  Z pewnością należy do nich Peace Flag Ensemble, o których niedawno wspominałem, prezentując ich utwór w kąciku jazzowym. Czekałem wtedy na ukazanie się ich debiutanckiego krążka zatytułowanego "Noteland", który ujrzał światło dzienne kilka dni temu. Przyznam, że nie zawiodłem się na jego zawartości, do której często wracam w wolnych chwilach, choć do pełni szczęścia nieco zabrakło. "Noteland" to album, do którego trzeba się przyzwyczaić. Niespieszne tempo akcji, okruchy dźwięków, które na chwilę łączą się w spójne motywy tylko po to, żeby za moment znów rozpaść się na kawałki. Jon Neher, grający w kanadyjskim kolektywie na fortepianie i Michael Scott Dawson, artysta funkcjonujący w przestrzeni muzyki ambientowej, odpowiedzialny także za produkcję albumu "Noteland", spotkali się w klubie książki. Zbliżyła ich do siebie fascynacja sztuką i literaturą, szczególnie zaś prozą Haruki Murakamiego oraz wizja wspólnego grania. Do grupy zaprosili Travisa Packera, grającego na basie, Daltona Lama (trąbka) i Paula Gutheila (saksofon). Ten ostatni delikatnymi tonami rozpoczyna płytę kompozycją "Wilted Sax" - szkoda, że w dalszej części albumu odzywa się tak rzadko. Później dochodzą do tego pojedyncze dźwięki fortepianu, czasem jakiś niedbale rzucony akord w stylu Erika Satie oraz ornamenty trąbki, drugiego, obok fortepianu, głównego bohatera tej płyty. Pomiędzy poszczególnymi dźwiękami jest zwykle sporo przestrzeni. Każdy z uczestników dialogu ma czas oraz miejsce, żeby w pełni zaznaczyć swoją obecność. To fortepian rozpoczyna wzajemne interakcje, to również jego akordy zakreślają pole, na którym pozostali członkowie kolektywu odmalowują swoje odczucia bądź wrażenia. Ten trop malarski nie jest wcale taki przypadkowy. Jedna z kompozycji - "Hilma Af Klint In Ab" - został poświęcony szwedzkiej malarce Hilmie Af Klint. Artystka uważana jest za "matkę" abstrakcjonizmu. Znawcy tematu jednoznacznie wskazują, że odeszła od realizmu jeszcze przed Kandinskym. Zafascynowana magią i okultyzmem w swoich pracach próbowała wyrazić niewidzialne wymiary. Ponoć zaczęła rysować będąc w transie podczas seansu spirytystycznego. Jej dokonania odkryto bardzo późno, dopiero po osiemdziesięciu latach - jej obrazy pojawiły się na pierwszych wystawach w 1986 roku. Miejmy nadzieję, że Kanadyjczycy z grupy Peace Flag Ensemble nie będą musieli tak długo czekać, aż ktoś odkryje ich muzykę. A, że jest co odkrywać, przekonują nas o tym kolejne kompozycje wypełniające debiutancki krążek.



"Human Pyramid" otwiera powtarzalny i zapadający w pamięć motyw fortepianowy. Subtelny bas i echa trąbki niejako porządkują wokół siebie grupy dźwięków. To właśnie tony trąbki scalają grę pozostałych instrumentów, wyłuskują fragmenty, akcentują drobne odłamki tematów. Często jednak nie rozbudowują wątków w dłuższe opowieści. Potrafią nagle przerwać narrację, w najmniej  spodziewanym momencie, zrywając tym samym z przyzwyczajeniami słuchacza. Muzycy pochodzący z miejscowości Saskatchewan chętnie powołują się na dokonania Keitha Jarretta i Marka Hollisa. Sposób myślenia o dźwięku czy kompozycji tego ostatniego artysty najlepiej usłyszymy we wspomnianym wcześniej "Hilma Af Klint In Ab", czy "Police In The Parade", który uwypukla poszczególne momenty, gdyż jest z takich momentów utkany. W drugiej części kompozycji, gdzieś ok. 3 minuty, tempo akcji nagle wyhamowuje, zupełnie tak, jakby ktoś odciął zasilanie w magnetofonie, a ten jakimś cudem zdołał jeszcze wykonać leniwe pół obrotu. Podobne do siebie są zakończenia utworów, gdzie poszczególne dźwięki rozpadają się w drobny muzyczny pył, żeby zniknąć w elektronicznym szumie. W ten sposób swoją pieczęć odcisnął producent Michael Scott Dawson. Drugie skojarzenie, które przyszło mi do głowy podczas obcowania z albumem "Noteland", to dialogi trąbki i fortepianu, omawiane szerzej na łamach tego bloga, a zawarte na albumie "Alba" - Markusa Stockhausena i Floriana Webera. Oczywiście tam granie było nieco bardziej podporządkowane konkretnym tematom. Stylistyka kojarzona zazwyczaj z oficyną ECM do czegoś zobowiązywała. W dokonaniach Kanadyjczyków jest nieco więcej abstrakcji, wolności, swobodnej kreacji i przestrzeni. Ten trop "Stockhausen/Weber" chyba najlepiej słychać w moich dwóch ulubionych kompozycjach: "Presentism" oraz "The Right To Silence", który ma w sobie coś dojrzałego, eleganckiego, jakby sam John Taylor zasiadł za klawiaturą fortepianu, a u jego boku stanął nieodżałowany Kenny Wheeler. "Ta płyta pozwoliła nam odkryć wiele różnych rodzajów spontaniczności" - oświadczył  Jon Neher.

(nota 7.5/10)

   


Mój ulubiony utwór ostatnich dni, czyli Muck Spreader w soczystej kompozycji "Would He", którą znajdziecie na płycie "Abysmal".



Skoro dziś głównym tematem była przestrzeń muzyki improwizowanej, to dalej pozostaniemy w tym kręgu. Przeniesiemy się do Wielkiej Brytanii, skąd pochodzi grupa Archipelago, która niedawno opublikowała album "Echoes To The Sky".