Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Stapleton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Stapleton. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lipca 2024

SLOWLY ROLLING CAMERA - "SILVER SHADOW" (Edition Records) "W oku kamery"

 

    Przyznam, że w mijających dniach i godzinach niewiele miałem czasu na odsłuchanie nowych płyt, singli oraz epek. Obiecuję, że postaram się szybko nadrobić zaległości. Dlatego dzisiaj nieco mniej słów i mniej muzyki. Rozpocznę od płyty, której premiera miała miejsce w dniu wczorajszym. Dokonania brytyjskiej formacji Slowly Rolling Camera prezentowałem już kilka razy. Ich ostatni album długogrający zatytułowany "Flow" (2023), do końca mnie nie przekonał. Z pewnością nie w taki sposób, w jaki zrobił to jego znakomity poprzednik "When The Streets Leed" (2021). Zespół Slowly Rollling Camera w 2013 roku powołał do życia Dave Stapleton (założyciel wytwórni płytowej Edition Records), przy współudziale perkusisty Eliota Bennettta, producenta Deri Robertsa oraz wokalistki Dionne Bennett, która opuściła szeregi grupy tuż opublikowaniu trzeciego wydawnictwa w dorobku zespołu.



 W pierwszych słowach mojej pobieżnej oceny jako zwykle życzliwy dla artystów sygnalista pragnę donieść, że płyta "Silver Shadow" jest lepsza od niezbyt wyraźnego i opisywanego na łamach bloga poprzedniego albumu "Flow" (ten ostatni miał stanowić coś na kształt ścieżki dźwiękowej do filmu o kajakarstwie "River Of Mirrors"). Przede wszystkim zawiera ciekawsze kompozycje, pełne barwnych drobin, sugestywnych i leniwie rozwijanych motywów. Oczywiście w wielu fragmentach nadchodzących z wolna recenzji pewnie pojawią się porównania do muzyki filmowej, skojarzenia z kinem (także tym spod znaku noir), wymuszone niejako nazwą zespołu. Gdybym koniecznie miał podążać tym tropem, przywołałbym obrazy Andrieja Tarkowskiego, z charakterystyczną dla nich bardzo wolną pracą kamery albo "pocztówkowe ujęcia" Jeana Pierre'a Jeunetta. Tych ewentualnych tropów filmowych może pojawić się całkiem sporo, każdy z Was będzie miał własne mniej lub bardziej trafne wskazania.

Po wysłuchaniu płyty "Silver Shadow" najbardziej doceniam nie tyle nastrój, który roztaczają wokół kolejne odsłony tego albumu, co krótkie partie swobodnych improwizacji. Ot, pozornie niby nic wielkiego, zwykłe barwne ornamenty, ale podane ze smakiem, klasą i zaprezentowane w odpowiednim miejscu oraz czasie. To właśnie tam widać wkład pracy zaproszonych do studia gości, znanych również z poprzednich wydawnictw sygnowanych nazwą Slowly Rolling Camera - czyli trębacza Verneri Pohjoli, saksofonisty Josha Arcoleo i gitarzysty Stuarta McCallluma (niegdyś The Cinematic Orchestra).



Niespiesznie rozwijający się "Rebirth" przywołuje jakiś mglisty miejski pejzaż z dawno zapomnianego filmu noir. Mój ulubiony "Desert Sun" stanowi połączenie miękkiej elektroniki, jazzu, z prostym motywem, ciekawie rozwiniętym przez instrumenty dęte. Tytułowy "Silver Shadow" może przywoływać skojarzenia z kompozycjami reprezentującymi rejony nu-jazzu. Trochę zabrakło jednej dłuższej i nieco bardziej rozbudowanej kompozycji, w której większy akcent zostałby położony na swobodną improwizację, albo fragmentu, gdzie pojawiłby się ludzki głos. Nieco ambientowo w moich uszach zabrzmiał "When The Sun Comes Out", czy "Mirror Image" - ten ostatni zawiera ślady dawnej poetyki Davida Sylviana. "Evergreen" i singlowy "Beam" - to kolejne świetne momenty nowego wydawnictwa. Gustowne dopełnienie całości znajdziemy w zamykającym album "Spotless Mind", tutaj więcej przestrzeni dla siebie znaleźli gitarzysta Stuart McCallum i saksofonista Josh Arcoleo. Wciąż bardzo lubię zespół Slowly Rolling Camera. Mało kto tak subtelnie, a jednocześnie zupełnie nienachalnie, tłumaczy obrazy, wrażenia, chwile zamknięte w kadrze, szczeliny bezczasu, na język muzyki.

(nota 7.5-8/10)




W strefie "Dodatków..." przeniesiemy się do miasta Somerville w stanie Massachusetts, gdzie rezydują członkowie grupy The Shallows, oto ich ostatni singiel.



Pozostaniemy na amerykańskiej ziemi. Przeniesiemy się do Los Angeles, gdzie kilka lat temu Cory Hanson wraz z kolegami założył grupę Wand. Wczoraj ukazała się płyta zatytułowana "Vertigo". Oto mój ulubiony fragment.


Dzięki nowemu wydanemu wczoraj albumowi artysty - "Resusticate!", możemy wybrać się na koncert Billa Callahana, który miał miejsce w Chicago Thalia Hall w 2022 roku.



Stali Czytelnicy chyba całkiem nieźle pamiętają szkocką grupę Nightshift. Jakiś czas temu zaprezentowałem ich wydawnictwo długogrające zatytułowane "Zoe". Wczoraj ukazał się nowy album, już nie tak ciekawy - "Homosapien". Wybrałem z niego utwór numer dwa.


Północną Kalifornię reprezentuje Nathan Bowles oraz jego trio. Panowie wczoraj opublikowali nowy album zatytułowany "Are Possible".




Skandynawie reprezentuje Oresund Space Collective, który to kolektyw wczoraj wydał album "Orgone Unicorn". Posłuchamy tytułowej kompozycji, panowie nie lubią ograniczać się czasowo, więc przed Wami 23 minuty muzyki.





sobota, 1 stycznia 2022

"Wait For Me"... czyli... "Reasumpcja głosowania" - albo podsumowanie płytowe 2021 roku

 

     "Niczego w tym świecie nie wie się na pewno, ale wie się, że o wszystkim, o czym się wie, wiedzieć można zgoła w odmienny sposób - a każda wiedza jest tyle samo warta, co inna, nie lepsza ani nie gorsza, a już z pewnością nie mniej od innych tymczasowa i ulotna" - Zygmunt Bauman - "Ponowoczesność jak źródło cierpień".

  Rozpocząłem dzisiejsze podsumowanie płytowe 2021 roku od cytatu, który można odnaleźć, w zakazanej, w pewnych kręgach, księdze Zygmunta Baumana nie dlatego, że pobrzmiewa w nim radosna pochwała wszelkiego relatywizmu, ale z tego prostego powodu, że dostrzegam w tych zgrabnych frazach metaforę czasu, w którym przyszło nam żyć. Jakoś nigdy specjalnie nie wierzyłem, i uwierzyć nie chcę albo nie potrafię, w jednomyślność krytyków czy recenzentów, którzy zupełnie niezależnie od siebie - o tę właśnie niezależność gra się toczy - ustalają, bez polemiki i dyskusji, niekiedy podobne do siebie listy najlepszych płyt minionego roku. Żeby takie listy miały sens, trzeba by owych recenzentów całkowicie od siebie odizolować (komora deprywacyjna), na czas krótszy lub dłuższy, a potem cierpliwie poczekać, aż wyplują z siebie szczere werdykty i rzetelne opinie. W tym kontekście równie ważne - jak postulowana wyżej izolacja - wydają się być kryteria wyboru i oceny, a więc zasady według których ustalone zostały poszczególne zestawienia. "Pluralizm to istnienie wielu układów odniesienia, z których każdy ma swój własny schemat rozumienia oraz kryteria racjonalności". 

 Dla mnie - przeciętnego słuchacza - jednym z najważniejszych punktów na złożonej mapie wartościowania dzieła muzycznego, jest ilość odtworzeń; liczba, zazwyczaj co najmniej trzycyfrowa, wyrażająca częstotliwość moich powrotów do płyty, epki, singla, itd. Ta liczba zawiera w sobie także oznaczenie pewnego potencjału, który przy okazji najlepszych wydawnictw, w pierwszych chwilach, ale również długo potem, zdaje się być niewyczerpywalny. Na szczęście, i wbrew co niektórym, próbującym zagłuszać swoje rozmaite kompleksy i realizować dyktatorskie zapędy, nie żyjemy w sowieckim kołchozie - gdzie wszyscy mają odczuwać tak samo i myśleć w podobny sposób, jeśli już taki stan pogłębionej refleksji w ogóle się przytrafi. Uważam, że właśnie w tym można wyrazić siłę tego typu stron czy blogów - stanowią one pożywkę dla wszystkich tych, którzy noszą w sobie jakiś niepokój oraz ciągły głód, i nieustannie poszukują nowych bodźców, innych  treści, niż te powszechnie obowiązujące w popularnych serwisach. Według obiegowej opinii "DOBRA MUZYKA" obroni się sama - choć nie zawsze uda się jej wypłynąć na szerokie wody powszechnej akceptacji i zrozumienia - gdyż, jak pisał przed laty Jean Baudrillard: "Nie ma przedmiotu uprzywilejowanego. Dzieło sztuki tworzy własną przestrzeń". Tym między innymi różnią się wszelkie artystyczne dokonania od zwykłego kiczu, który często potrafi przystroić się w barwne piórka, -  że ten drugi rzadko kiedy tworzy oryginalną przestrzeń, w swoim karykaturalnym naśladownictwie zawsze żywi się cytatem, kalką czy powtórzeniem. Zdaje się, że to Roland Barthes w "Le Plassir Du Texte" ("Przyjemność tekstu") napisał o: "Bękarciej formie kultury masowej, jako zdegradowanym powtórzeniu".



 Przede wszystkim pragnę wyróżnić płytę "WAIT FOR ME", grupy Snowpoet, do której wielokrotnie wracałem lub z którą bardzo długo nie potrafiłem się rozstać. Autorka tekstów, współtwórca wszystkich kompozycji, wokalistka roku według JAZZ FM (2016) - Lauren Kinsella starała się pokazać ludzki głos - a tym samym rozmaite funkcje języka - na wszelkie możliwe sposoby. W subtelnych przejściach od śpiewu do mowy, przez radosne i kojarzone z okresem dzieciństwa zabawy słowem oraz swobodną improwizację, wraz z Chrisem Hysonem (instrumenty klawiszowe, produkcja), poruszali się po obrzeżach gatunków - indie-folk, pop, jazz, awangarda - nie zapominając o tym, że to, co porusza i zostaje w pamięci słuchacza na długie tygodnie, a nawet lata, to także piękne i wyrafinowane linie melodyczne. "Eksperymentujemy z kolorem, fakturą, formą, narracją i sposobem połączenia wszystkich tych elementów w kompozycji" - oświadczył Chris Hyson. Album "Wait For Me" ukazał się nakładem oficyny Edition Records, i nie jest to jedyna płyta pochodząca z tej zacnej wytwórni, którą chciałbym dziś zaprezentować.



Slowly Rolling Camera - "Where The Street Lead" - czyli grupa dowodzona przez szefa wytwórni Edition Records - Dave'a Stapletona. Przy wydatnym wsparciu gości zaproszonych na sesje nagraniowe - Stuarta McCalluma (gitara), Marka Lockhearta (saksofon), Chrisa Pottera (saksofon) oraz oktetu smyczkowego - stworzyli kilka niezapomnianych i wspaniałych kompozycji, które swobodnie flirtują z takimi gatunkami jak: jazz, rock, fussion, muzyka filmowa. W tym wydaniu to piorunująca mieszanka. Na płycie "Where The Street Lead" znajduje się również pieśń "Illuminate", którą w 2021 roku słuchałem zdecydowanie najczęściej. Wykonanie warstwy wokalnej powierzono Sachalowi Vasandani, który, sami to przyznacie, wspaniale odnalazł się pośród tych delikatnych i nostalgicznych dźwięków. Przy tej okazji, aż zamarzyła mi się cała płyta Slowly Rolling Orchestra, poprzetykana warstwami wokalnymi Sachala Vasandani. Ten ostatni, również w wytwórni Edition Records, wydał w tym roku płytę z pianistą Romain Collinem zatytułowaną "Midnight Shelter".



O albumie "Promises" Pharoah Sandersa, Floating Points i London Symphony Orchestra napisano niemal wszystko, więc nie będę się powtarzał. Przy tej okazji warto również sięgnąć do nieco starszych wydawnictw - chociażby tych pochodzących z lat sześćdziesiątych: "Pharoah", "Tauhid", "Karma", "Jewel Of Thought" - mistrza saksofonu, który 13 października skończył 81 lat. Takim mistrzem nie jest z pewnością jeszcze Thomas de Pourquery, ale jego płyty "Back To The Moon", nagranej ze swoim kwintetem Supersonic, słucha się z ogromną przyjemnością. W kolejnych jej odsłonach urzeka swobodne połączenie wątków pochodzących ze świata muzyki improwizowanej z elementami orkiestrowego popu.




Mnóstwo świeżego powietrza oraz głębokiej muzycznej przestrzeni znalazłem w kompozycjach londyńskiej grupy Muck Spreader zawartych na płycie "Abysmal". Sporo w tym graniu swobodnych improwizacji instrumentów dętych, a także soczystych dialogów. Ta muzyka za każdym razem i w kolejnych odsłonach zdaje się szukać adekwatnej dla siebie formuły. Wokalista grupy - Luke Brennan, oraz jego wesoła załoga znaleźli dla siebie sporą niszę, usytuowaną gdzieś pomiędzy dokonaniami TaxiWars, a tonami, które można kojarzyć z albumami nieodżałowanej grupy Morphine.




Kiedy tak spoglądam na to pobieżne i skrócone zestawienie dostrzegam, że w mijających miesiącach nieco bardziej przemawiały do mnie zespoły, które w swoim brzmieniu mają również sekcję dętą. Podobnie jest w przypadku kanadyjskiej grupy Les Moontunes, dowodzonej przez kompozytora, autora tekstów, klawiszowca i producenta - Miguela Dumaine'a. Na płycie "Lees Moontunes" zebrał on kilku artystów reprezentujących różne środowiska - jazz, psychodelię, rock - którzy świetnie czuli się szczególnie w nieco dłuższych wypowiedziach muzycznych oraz podczas sesji nagraniowych wypełnionych swobodnymi improwizacjami. Tak powstało jedenaście kompozycji, z pogranicza art-rocka, jazzu i popu, wolnych od elektronicznych dodatków i sztucznych studyjnych upiększeń.



Nie był to zły rok, ale z drugiej strony jakoś szczególnie nie obfitował w zalew niezwykłych wydawnictw płytowych. Jak widać po kolejnych tematach w moim prywatnym muzycznym pamiętniku, pojawiło się sporo nowych artystów i grup, którzy dopiero poszukują dla siebie miejsca na rynku. Starzy wyjadacze i weterani wszelkich scen raczej roztropnie przyczaili się, zajmując z góry upatrzone pozycje, i spokojnie obserwowali, jak rozwinie się sytuacja związana z pandemią. O zaistnieniu całkiem nowych gatunków mowy być nie mogło, gdyż żyjemy w czasach, gdzie twórcy zwykli grać resztkami, zaś łączenie ze sobą rozmaitych stylów czy różnych wątków, nie jest wyborem estetycznym, a formułą zastaną i czymś poniekąd naturalnym. 
Spotkało mnie także kilka rozczarowań. Największe dotyczyło najnowszej propozycji niegdyś mojego ulubionego duetu - Kings Of Convenience. Im dłużej słuchałem płyty "Peace Or Love", tym bardziej nużyły mnie kompozycje na niej zawarte. Podobnie było z miałkim, niczym plaża nudystów nocą, albumem grupy Soup - "Visions". Poprzedni krążek "Remedies", to długimi fragmentami była jednak duża klasa. Najbardziej wymęczyła mnie płyta zespołu Low -"Hey What", która znalazła się bardzo wysoko w wielu podsumowaniach. Być może recenzenci, którzy obsypali te nagrania tak dobrym słowem, nie pamiętają wczesnych dokonań formacji z Duluth założonej w 1993 roku. Z kolei grupa Efterklang, z roku na rok, coraz bardziej traci swój indywidualny muzyczny idiom, czego potwierdzeniem jest z pewnością ostatni album "Windflowers". Dość już tych utyskiwań.
Wszyscy ci, którzy cenią sobie brzmienie wypracowane przed laty przez Marka Hollisa, także na ostatnich płytach Talk Talk, lub dokonania Davida Sylviana, z okresu działalności z grupą Rain Tree Crow, koniecznie powinny dotrzeć do drugiego w dorobku albumu grupy Modern Nature - "Island Of Noise". A może by tak skusić się na wydanie winylowe? Zakładam, że egzemplarz "Burzy" Szekspira chyba już macie na półkach.




Na koniec mojej pobieżnej wyliczanki zostawiłem dwa albumy. O pierwszym z nich napisałem całkiem niedawno - Nous With Laraaji And Arji OceAnanda - "Circle Of Celebration". O drugiej płycie - The Weather Station - "Ignorance", napisali wyczerpująco inni recenzenci i dziennikarze, czy to krajowi, czy zagraniczni. To piąte w całym dorobku i zdecydowanie najlepsze wydawnictwo formacji z Kanady, kierowanej przez wokalistkę Tamarę Lindeman (Hope), która przy okazji sesji nagraniowych zaprosiła do współpracy kilkunastu muzyków (klarnet, flet, saksofon, skrzypce, wiolonczela, fortepian). W tych pełnych uroku kompozycjach można się rozsmakować i zatracić, bowiem powoli, i z każdym kolejnym przesłuchaniem, ujawniają ukrytą w nich głębię. Poza tym dorzucę garść tytułów, z krainy improwizowanych dźwięków, kolejność przypadkowa: Kenny Garrett - "Sound From The Ancestors", Ill Considered - "Liminal Space", Archie Shepp, Jason Moran - "Let My People Go", Bill Charlap Trio - "Street Of Dreams", Arooj Aftab - "Vulture Prince", Isaiah Collier & The Chosen Few - "Cosmic Transitions". 






Ktoś kiedyś całkiem trafnie powiedział, że: "Widzimy nie dlatego, że nie jesteśmy ślepi - widzimy dlatego, że jesteśmy ślepi na większość rzeczy". Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z ograniczeń mojej percepcji oraz z faktu, że moje poznanie uwikłane jest w perspektywiczność. Dlatego też pewnie w najbliższych dniach i tygodniach będę cierpliwie docierał do albumów, które, z braku czasu lub z innych równie ważnych powodów, niefrasobliwie pominąłem, w kolejce do wiecznie spragnionego świeżego muzycznego mięsa odtwarzacza. Mrrrr....
I właśnie tego Wam życzę, drodzy stali Czytelnicy oraz napływowi Goście, i Wy sympatyczni uchodźcy z innych blogów, w nadchodzących tygodniach i miesiącach - radosnych odkryć, nieoczekiwanych premier, smakowitych singli oraz wybornych epek, które przeniosą Was w inny wymiar, i umilą czas oczekiwania na... pojawienie się... kolejnych nowych wydawnictw. Do usłyszenia, do odczytania, w 2022 roku.





sobota, 24 lipca 2021

SLOWLY ROLLING CAMERA - "WHERE THE STREETS LEAD" (Edition Records) "W oku walijskiej kamery"

 

      I jak tu rozpocząć przerwę wakacyjną, również taką, która wiąże się z odpoczynkiem od przesłuchiwania nowych wydawnictw płytowych, kiedy w samym środku sezonu ogórkowego co chwila ukazują się znakomite albumy. Szefowie większych wytwórni zwykle czekają z opublikowaniem ciekawych premier do początku września lub środka jesieni. Letni czas oraz mniejsza ilość intrygujących płyt mogą tym samym wykorzystać dyrektorzy małych oficyn. Skoro na rynku niewiele się dzieje, a przede wszystkim nie ma tłoku, ich propozycje można łatwiej dostrzec. Kto wie, czy właśnie nie z tego założenia wyszedł Dave Stapleton - szef wytwórni Edition Records - który na 23 lipca zaplanował premierę najnowszego i znakomitego, co za moment postaram się Wam przybliżyć, krążka Slowly Rolling Camera - "Where The Streets Lead".

 Dave Stapleton nie jest tylko założycielem Edition Records, ale także jest członkiem Slowly Rolling Camera, którą to grupę powołał do życia w 2013 roku. Miał wtedy u swojego boku Devi Robertsa, zajmującego się produkcją i warstwą elektroniczną, Elliota Bennetta, grającego na perkusji oraz Dionne Bennett, odpowiedzialną za wokalizy i warstwę tekstową. W tym składzie nagrali dwa pierwsze albumy, udany debiut, który ujrzał światło dzienne w 2014 roku, i "All Things" (2016). Stapleton i Bennett znali się jeszcze z czasów studenckich, kończyli Royal Welsh College Of Music & Drama. Stapleton próbował wtedy swoich sił w solowych produkcjach, dał się poznać chociażby w duetach fortepianowych z Matthew Bournem, czy grając na organach kościelnych, których brzmienie ozdobiło wydawnictwo "The Conway Suite" (2005). W trakcie studiów - klasa fortepianu, przyszły klawiszowiec Slowly Rolling Camera, był uczniem słynnego Keitha Tippetta. W latach 2004 - 2010 wyrażał się artystycznie grając głównie ze swoim kwintetem. W 2008 roku wraz z przyjacielem Jasperem Hoiby (basista i kompozytor), postanowili założyć wytwórnię płytową, która ostatecznie przyjęła nazwę Edition Records. Początkowo, jak to często w takich przypadkach bywa, miały ukazywać się tam płyty właścicieli oficyny oraz wąskiej grupki ich najbliższych znajomych. Z czasem mały niezależny label zaczął systematycznie poszerzać swoją ofertę katalogową, skupiając się na związkach muzyki improwizowanej z muzyka klasyczną, rockiem, popem, soulem itd. Dave Stapleton pełni w wytwórni Edition Records bardzo ważną role. Odpowiedzialny jest nie tylko za marketingowy aspekt prowadzonej przez siebie firmy, zajmuje się również stroną wizualną wydawnictw - projektuje charakterystyczne okładki płyt. Funkcjonuje również jako opiekun artystyczny i doradca muzyków czy grup, z którymi podpisał kontrakt. To także dzięki jego pracy i zaangażowaniu nie tak dawno mogliśmy cieszyć się znakomitym, recenzowanym na łamach tego bloga, albumem Snowpoet - "Wait For Me". 

Poniżej jedna z moich najpiękniejszych kompozycji tego roku, którą oczywiście znajdziecie na płycie "Where The Streets Lead", pod numerem szóstym.



"Zespół Slowly Rolling Camera powstał jako projet łączący progresywne jazzowe bity z filmową wrażliwością" - tyle Dave Stapleton. Ukłonem w stronę nieco szerszej publiczności miała być obecność na pokładzie walijskiej brygantyny wokalistki Dionne Bennett, która opuściła szeregi grupy po nagraniu dwóch pierwszych płyt. Przy okazji tych wydawnictw recenzenci dostrzegli podobieństwo kompozycji muzyków z Cardiff do twórczości The Cinematic Orchestra. Ten trop niejako nasuwał się sam, bowiem podczas prac nad kolejnymi płytami podstawowy trzon Slowly Rolling Camera - czyli trio Stapleton/Roberts/Bennett - poszerzało się o dodatkowych muzyków, chociażby o basistę Aidana Thorne'a i gitarzystę Stuarta McCalluma, znanych ze składu The Cinematic Orchestra. 

Przy okazji najnowszego wydawnictwa "Where The Streets Lead" do współpracy po raz kolejny zaproszono Stuarta McCalluma, który wiele nagrań wypełnił soczystymi solówkami, saksofonistę Marka Lockhearta, bez którego udziału po prostu nie byłoby tej płyty w tym kształcie (swobodne improwizacje, ozdobniki), trębacza Verneri Pohjola, basistę i współzałożyciele wytwórni Edition Records - Jaspera Hoiby oraz największą gwiazdę w tym zestawieniu, saksofonistę Chrisa Pottera. Tony jego instrumentu wypełniły wspaniały "The Afternoon Of Human Life", wprowadzając tam swobodę, energię, żywioł, i przenosząc tę kompozycję w zupełnie inny wymiar. Chris Potter dobrze odnajduje się we wszelkiej maści transgresywnych formach. Pamiętamy, przynajmniej niektórzy z nas, zderzenie tradycji z nowoczesnością, czyli jego barwne dialogi z Kenny Wheelerem na świetnej płycie "What Now?".  
W notkach prasowych muzycy Slowly Rolling Camera określają swoje poczynania jako swobodną fuzję jazzu, trip-hopu, soulu i muzyki filmowej. Krążek "Where The Streets Lead" elementów trip-hopu czy soulu raczej nie zawiera. Zastąpiły je art-rockowe, czy prog-rockowe faktury, wyczarowane także palcami gitarzysty Stuarta McCalluma, który nawiązując dialog z Chrisem Potterem, nadał utworowi "The Afternoon Of Human Life" dodatkowych barw. W tytułowym "Where The Streets Lead" prosty motyw instrumentów klawiszowych stanowi punkt wyjścia do namalowania dźwiękowego krajobrazu, a poszczególni muzycy robią to z takim wdziękiem, i z taką łatwością, jakby od pięćdziesięciu lat niczego innego nie robili. Paletę wykreowanych barw wzbogacił dodatkowo oktet smyczkowy oraz kolejny podpis wspomnianego już powyżej gitarzysty, którego gra tym razem skojarzyła mi się z wczesnymi dokonaniami Stevena Wilsona (w innych fragmentach porusza się sprawnie po rejonach zarezerwowanych niegdyś dla Pata Metheny). I tak już będzie do końca tego jakże udanego albumu. Jazz, rock, art-rock, elementy muzyki filmowej, przeplatają się tu i przenikają w bardzo wyrafinowany sposób. Wszystko zdaje się być starannie przemyślane i dokładnie zaplanowane. Dwukrotna nominacja do nagrody Fundacji Paula Hamlyna dla kompozytorów, do czegoś zobowiązuje. 
Swoboda w tworzeniu dźwiękowych przestrzeni na krążku "Where The Streets Lead" zachwyca w takim samym stopniu, jak poszczególne tematy, czy panowanie nad każdym tonem i dbałość o najmniejsze szczegóły. Dave Stapleton mając w pamięci dawną współpracę z Dionne Bennett, i tym razem postarał się o wypełnienie warstwy wokalnej oraz drobny ukłon w stronę szerszej publiczności. W utworze "Illuminate" gościnnie zaśpiewał Sachal Vasandami. Jego ciepła barwa głosu znalazła doskonałe otoczenie pośród starannie rozpisanych nostalgicznych tonów. 
Duża klasa!!!

(nota 8.5/10)
 




A na deser oczywiście kolejna pełna uroku kompozycja z płyty "Where The Streets Lead" - Slowly Rolling Camera. Saksofon - Chris Potter, gitara - Stuart McCallum.



W kąciku improwizowanym dziś zabrzmią tony z płyty "Where The Streets Lead" - Slowly Rolling Camera, bo dobrego nigdy za wiele.