Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermanos Gutierrez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermanos Gutierrez. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 czerwca 2024

COPENHAGEN JAZZEXPERIENCE - "LAZY AFTERNOON" (Waidtlow Music) "Leniwe popołudnie"

 

   "Leniwie sączą się popołudniowe godziny. Chrząszcze zbliżają się do nas. Rozkwitają tulipany. Nie widać nikogo prócz nas, tylko my dwoje (...) W oddali różowy obłok zawisł gdzieś nad wzgórzami (...). Spędź ze mną to leniwe popołudnie." Przed laty, dokładnie rzecz ujmując, w 1954 roku, po raz pierwszy te słowa i łączącą je subtelną nić melodii zaśpiewała w musicalu zatytułowanym "The Golden Apple" - Kaye Ballard. Autorem tej kompozycji był Jerome Moross, a kompletnie zapomniane dziś wersy tekstu napisał John Latouche. Później kompozycję "Lazy Afternoon" wykonywali mistrzowie i wirtuozi wielu instrumentów, w tym jeden z największych pośród nich - John Coltrane, ale także równie wspaniały Joe Henderson, album "Ballads And Blues", trębacz Kenny Dorham, gitarzysta Grant Green, i kolejny saksofonista w tej wybornej stawce James Moody. 
Tak się złożyło, że ten niezwykły utwór, który za chwilę usłyszycie, wszedł w skład siedmiu innych wspaniałych wydanych w majowy czas kompozycji, i posłużył jako tytuł dla całego wydawnictwa, za którym stoi duński saksofonista i kompozytor Claus Waidtlow. Jakaś metafizyczna zaduma, ale również tajemnica ukryta jest w tych delikatnych dźwiękach "Lazy Afternoon", w przestrzeni pomiędzy nimi, która wyłania się, powoli otwiera i nieśmiało cofa... Jakaś "Nie-skrytość"...


Przyznam, że do tego wspaniałego albumu przyciągnęła mnie tyleż urokliwa, co sugestywna okładka. Pomyślałem sobie, że może widok tarasu, stolika oraz drzew prześwietlonych strumieniami popołudniowego światła ma odzwierciedlać nastrój tego wydawnictwa. I wyobraźcie sobie, że ku mojej wielkiej radości, tak w istocie było! 

Dawno nie słyszałem tak udanego zestawu nagrań, które w niezwykły sposób współistniałyby obok siebie. A przecież powstały, co warto podkreślić, w różnych  epokach muzycznych - z odmiennym nastawieniem i w zupełnie innych okolicznościach - raczej bardziej oddalonych od naszych naznaczonych nerwowym rytmem dni, niż do nich w jakiekolwiek sposób zbliżonych. To, co je łączy, to nie tylko tytułowa spokojna, leniwa atmosfera, która niemal od razu udziela się odbiorcy, ale również niezwykła głębia, elegancja i wyrafinowanie, kultura z jaką zostały zaprezentowane oraz troska o każdy najmniejszy nawet szczegół. W końcu mamy do czynienia ze standardami! Kompozycjami i pieśniami, które niegdyś wykonywali Billie Holiday, Louis Armstrong, Frank Sinatra, Ella Fitzgerald, Nat King Cole, Cassandra Wilson, Sarah Vaughan itd. 

Wszystkie te małe dzieła sztuki cierpliwie opracowywał duński, wciąż słabo u nas znany saksofonista, wielokrotnie nagradzany i wyróżniany na ojczystej ziemi - Claus Waidtlow, korzystając z pomocy pianisty Jacoba Christoffersena, basisty Daniela Francka oraz perkusisty Jeppe'a Grama. Skandynawski kwartet dołożył wszelkich starań, żeby oddać specyficzny nastrój, zadbać o najdrobniejszy ton, a przy okazji tchnąć nowe życie w to, co usiłował ocalić od zapomnienia.

Trzeba wspomnieć, że każda z tych kompozycji niesie wraz sobą jakąś odrębną historię, przywołuje także czas, który wciąż mają w pamięci ci nieco od nas starsi, odstawieni obecnie na margines rzeczy mało istotnych. I tak, cudna kompozycja "Ernie's Tune" zabiera nas do schyłku lat 50-tych, kiedy to Jack Gelber napisał sztukę zatytułowaną "The Connection". Jej głównym tematem był problem uzależnienia od narkotyków. W przedstawieniu, którego premiera miała miejsca 15 lipca 1959 roku na deskach nowojorskiego teatru Living Theatre, pojawili się artyści jazzowi, którzy próbowali połączyć tekst z muzyką. Na potrzeby wystawienia tego spektaklu w  Los Angeles (premiera miała miejsce w 1960 roku), zaproszono do współpracy saksofonistę Dextera Gordona, który skomponował muzykę, wśród licznych tematów znalazł się również "Ernie's Tune" (tytułowy bohater istniał naprawdę i był uzależnionym od narkotyków muzykiem).



Z kolei pełny uroku "Chelsea Bridge" został nagrany w 1941 roku, z orkiestra Duke'a Ellingtona, z saksofonistą Benem Websterem, i pianistą Billy'm Strayhornem. Tego ostatniego, a przy okazji autora tej kompozycji, w trakcie podróży po Europie zainspirował obraz Jamesa McNeilla Whistlera - "Battersea Bridge". Również Strayhorn jest autorem kolejnej świetnej kompozycji "Lush Life", która znalazła się na recenzowanym przeze mnie albumie "Lazy Afternoon". Standard powstał w 1936 roku, kiedy pianista pracował jeszcze w aptece w Pittsburghu. Po raz pierwszy wykonała go Kay Davis, w Carnegie Hall, 13 listopada 1948 roku. W tekście znajdziemy fragmenty dotyczące nieudanego romansu, topienia smutków w alkoholu, spędzania późnych wieczorów w towarzystwie pań o: "smutnych i ponurych, szarych obliczach". 

Nie zamierzam Was zanudzać przydługimi opowieściami, dotyczącymi kolejnych odsłon albumu "Lazy Afternoon". Zainteresowani tematem mogą samodzielnie przeszukać odpowiednie strony w sieci.  Dodam tylko, że autorem kompozycji "Central Park West" jest John Coltrane, po raz pierwszy pojawiła się ona na płycie "Coltrane's Sound" (1964). "To zmysłowy i pełen refleksji spacer po parku, w którym struktura utworu służy poetyckiej ekspresji" - napisał o nim jeden z recenzentów. Temat "Two For The Road" powstał na biurku Henry Manciniego w 1967 roku, a później opracowali go Charlie Haden i Pat Metheeny. "We'll Be Together Again" skomponował Carl T. Fisher, autorem słów był Frankie Laine. "Twój pocałunek, twój uśmiech, są wspomnieniami, które zachowam na zawsze..." - zaśpiewał później Frank Sinatra, który spopularyzował tę pieśń. Album "Lazy Afternoon" nie jest debiutanckim wydawnictwem Copenhagen Jazzexperience. W połowie listopada ubiegłego roku ukazała się płyta zatytułowana "Everything I Love", która jednak nie była tak udana.

W towarzystwie albumu "Lazy Afternoon" spędzam ostatnie wieczory. Jakoś ciężko się uwolnić od tych skrzydlatych fraz, miękkich i wyrafinowanych tonów, ich lekkość, finezja oraz dojmujące piękno sprawiają, że wciąż chce się do nich powracać. Mimo, że sporo różni poszczególne leniwe i tęskne kompozycje - epoki, okresy, lata dawno minione - wydaje się, że ich twórcą jest jeden i ten sam autor, tak znakomicie brzmią i komunikują się ze sobą, nawiązują ponadczasowy dialog i tworzą wspólną przestrzeń, powołaną do życia przez muzyków skupionych pod szyldem Copenhagen Jazzexperience. Słucham tych kompozycji z niesłabnącą uwagą, albo odtwarzam poszczególne fragmenty w tle, zatapiając oczy w lekturze, chociażby książki Mike'a McCromaka - "Słoneczny szkielet", czy Didiera Eribona - "Życie, starość i śmierć kobiety" lub hipnotyzującej prozy Emmy Cline - "Zaproszona". Co gorąco polecam.

(nota 8/10)



 



Wspomniałem wcześniej o poprzedniej płycie Copenhagen Jazzexperience zatytułowanej "Everything I Love", która ukazała się jesienią ubiegłego roku, wybrałem z niej taki oto fragment.



Przeniesiemy się do Addis Abeby, skąd pochodzi Yorga Mesfin, który jest członkiem grupy Mulatu Astatke. Kilkanaście dni temu opublikował album zatytułowany "The Kindest One".



Formacja Slowly Rolling Camera nie zwalnia tempa, po rocznej przerwie, która upłynęła od opublikowania poprzedniego wydawnictwa, zapowiada zupełnie nowy album - "Silver Shadow". Premiera 26 lipca.



Szybka wycieczka do Zurychu, gdzie rezyduje duet Hermanos Gutierrez, przyniesie nam dźwięki z wczoraj wydanej płyty "Sonido Cosmico".



Pozostaniemy w kręgu muzyki instrumentalnej. Z Japonią kojarzy się nam również zespół Mono, który wczoraj opublikował płytę "OATH". Najlepszy utwór znalazłem na samym jej końcu.



Z Oslo pochodzi grupa Airbag, która również w dniu wczorajszym wydała nowy album zatytułowany "Century Of The Self". 



W Nowym Jorku mieszka obecnie Lila Ramani, która wraz z grupą przyjaciół tworzy grupę Crumb. Ich niedawno wydany album "Amama" zebrał niezłe recenzje.



Na trasie naszej wycieczki zawitamy do Holandii, skąd pochodzi grupa Docile Bodies. Oto fragment z ich płyty "Light Will Come Our Way", która ukaże się 11 lipca.



Moją ulubioną piosenkę ostatni dni zostawiłem na koniec. Byron Region i przyjaciele, czyli australijski zespół Gimmy, który dwa tygodnie temu opublikowała album zatytułowany "Things Look Different Now". A na nim... znalazłem... takie cudeńko!





sobota, 10 września 2022

CHIP WICKHAM - "CLOUD 10" (Gondwana Records) "Roger That"

 

    Postać Rogera Chipa Wickhama jest bardzo słabo znana nawet dla tych, którzy mają w zwyczaju uważnie oglądać okładki płyt, żeby sprawdzić, kto pojawił się w studiu podczas sesji nagraniowych. Nasz dzisiejszy bohater gościł we wnętrzu niejednego studia, aktywnie uczestniczył w rejestracji wielu albumów, reprezentujących różne gatunki muzyczne, od jazzu począwszy, przez funky, a na soulowych produkcjach skończywszy. Jednak żadna z tych płyt nie zdołała wypłynąć na szerokie wody, chociażby mizernej popularności. Długo to trwało, zanim "Chip" wreszcie postanowił wybić się na niepodległość, porzucić bezpieczne wdzianko muzyka sesyjnego i podpisać wydawnictwo tylko i wyłącznie własnym nazwiskiem. Z nadmorskiego Brighton przeniósł się do Manchesteru, nie tylko po to, żeby studiować, ale również, żeby rozwijać się jako artysta. To w mieście słynnych klubów piłkarskich poznał był Andy Votela, członków zespołu Nightmares On Wax, współpracował z prezentowanym na łamach bloga Dwightem Trible, i zapomnianym już dziś Badly Drawn Boyem, grał w orkiestrze kierowanej przez Craiga Charlesa - The Fantasy Funk Band. Spotkanie Z Matthew Halsallem i Natem Birchallem zaowocowało zacieśnieniem współpracy z tym pierwszym. Nic więc dziwnego, że Wickham pojawił się w składzie, który nagrał debiutancki album szefa oficyny Gondwana Records - "Sending My Love". Dalszą część biografii wypełniają podróże, jak ta do Hiszpanii, gdzie w mieście Madryt Roger Chip Wickham mieszkał przez dziesięć lat, założył tam grupę The Fire Eaters oraz The Madrid All-Stars, żeby ostatecznie przenieść się do stolicy Kataru. Zadebiutował w 2017 roku krążkiem "La Sombra", w tamtym okresie funkcjonował przede wszystkim jako flecista, i właśnie to był jego podstawowy oraz najchętniej używany instrument. Pozostawał pod wielkim wrażeniem gry Harolda Naive'a, słuchał płyt z udziałem Rolanda Kirka, pasjonował się jazzem modalnym oraz jego duchową odmianą, przyglądał się bliżej dokonaniom Pharoaha Sandersa i Yusefa Lateefa, któremu dedykował kompozycje "Mighty Yusef", zamieszczoną na wydawnictwie "Blue to Red" (2020). W maju tego roku przypomniał o sobie epką zatytułowaną "Astral Traveling", stanowiącą próbę reinterpretacji nagrań Lonnie Listona Smitha z 1973 roku.

Szkoda, że nagrań z tej epki Wickham nie zdecydował się dołączyć do najnowszej dość krótkiej płyty "Cloud 10". Przyznam, że po przesłuchaniu tej ostatniej odczuwam pewien niedosyt. Chip Wickham pokazuje się tutaj jako przyzwoity kompozytor i niezły instrumentalista. To, co w pewnym sensie ratuje ten album, to jego różnorodność brzmieniowa oraz wiążąca się z tym obecność zaproszonych do studia gości. Na marginesie dodam, że "Estudios Brazil" mieszczące się w Madrycie, jest wyposażone w sprzęt analogowy. Przyjaciółka i stała współpracowniczka, harfistka Amanda Whiting (wydała w tym roku płytę "Lost In Abstraction"), w wyróżniającej się odsłonie zatytułowanej "Winter", świetnie odmalowała zimowy pejzaż, przy udziale perkusjonaliów oraz fletu. "Tubby Chase" pulsuje rwanymi, krótkimi akordami fortepianu, za którym zasiadł Phil Wilkinson. "Dark Eyes" - to miniatura, jak żywcem wyjęta z filmu noir. W "Lower East Side" w roli głównej znów mamy flet, pełen barw, ilustracyjny... i ... nagle urywający swoją opowieść. Reżyser dźwięku, z sobie tylko znanych powodów, zdecydował się wyciszyć to nagranie przed upływem trzech minut. "Stratosphere" brzmi jak nowy klasyk godnie reprezentujący szyld oficyny Gondwana Records, także za sprawą gry wibrafonisty Tony'ego Risco.

 Szybko mija czas w towarzystwie płyty "Cloud 10". To prawda. Być może nawet za szybko. W jej poszczególnych fragmentach nie znajdziemy, ani zapierających dech w piersiach solowych popisów, ani barwnych dialogów czy raptownych stylistycznych zwrotów. To, co z nami zostaje po przesłuchaniu tego krążka, to pewien specyficzny nastrój, sugestywna aura, którą raz lepiej, raz gorzej, udało się wyczarować przy pomocy: fletu, saksofonu, harfy, wibrafonu, flugelhornu, fortepianu oraz perkusji, za zestawem której świetnie się odnalazł Jon Scott, znany ze składu Mulatu Astatke. A wspomniany przeze mnie wcześniej niedosyt, cóż... pewnie pozostanie. Zawsze można spróbować nieco go rozmazać, wracając do albumu "Cloud 10" po raz kolejny.

(nota7/10)

 


Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta "Earth Visions Of Water Spaces" żeńskiego duetu Tan Cologne, rodem ze stanu Nowy Meksyk. Wybrałem dla Was taką oto kompozycję.



Hermanos Gutierrez nie mieszkają obecnie w stanie Nowy Meksyk, tylko w Zurychu, gdzie wraz z szefem wytwórni "Easy Eye Sound" - Danem Auerbachem - 28 października opublikują album "El Bueno Y El Malo".



Sporo nowości płytowych ukazało się w piątek. Jedną z nich jest album "The Dance" wokalistki Nicole Schneit, ukrywającej się pod szyldem Air Waves, z gościnnym udziałem Cassa McCombsa, Skylera Skjelesta (z grupy Fleet Foxes), czy Luke'a Templa.



Z Harrogate w Anglii pochodzi Niall Summerton, który kilka dni temu podzielił się ze światem takim oto singlem.



Odrobina gitar z Manchesteru, który, jak widać i słychać, nie rozbrzmiewa tylko "duchowym jazzem". Właśnie z tego miasta pochodzi grupa Gorgeous Bully, która niedawno opublikowała album "Paint".


Z Los Angeles w stanie Kalifornia pochodzi kolejny żeński duet OHMA, który wczoraj wydał album zatytułowany "Between All Things".



W kąciku improwizowanym fragment niedawno wydanej płyty "The Path", kanadyjskiej formacji The Cookers Quintet.