Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alabaster DePlume. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alabaster DePlume. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 marca 2025

MONDE UFO - "FLAMINGO TOWER" (Fire Records) "Piosenka jest dobra na wszystko"

 

   O ile pamięć mnie nie zawodzi, zaprezentowałem już niegdyś nagrania amerykańskiej grupy Monde UFO. Zdaje się, że było to przy okazji wznowienia ich wydawnictwa zatytułowanego "7171", które w tamtej rozszerzonej wersji zostało wzbogacone o nagrania demo oraz kompozycje zamieszczone na wcześniej wydanej i niezbyt dobrze wypromowanej epce. Formacja z miasta Los Angeles nie należy do tych, której twórczość jakoś szczególnie byłaby komentowana w prasie branżowej. Wzmianki o ich działalności, czy to wydawniczej czy to koncertowej, raczej można znaleźć jedynie na nielicznych blogach tematycznych prowadzonych przez niezależnych pasjonatów, którzy nie zwracają szczególnej uwagi na obowiązujące mody oraz style. Dokładne określenie tego ostatniego wydaje się być nieco problematyczne, jeśli chodzi o grupę Monde UFO, czego potwierdzeniem są niezbyt udane próby zamknięcia ich dokonań w konkretnej i ciasnej szufladce.





Przy tego typu okazjach pojawiają się porównania do zespołu Yo La Tengo (bardzo wątpliwe) - "Jakby piosenki Yo La Tengo połączyć z muzyką improwizowaną", lub do płyt zespołu Spaceman 3 - "Spaceman 3 spotyka "Vanishing Twin" (ta druga formacja to znacznie lepszy trop). W próbach uchwycenia estetyki Monde UFO można napotkać również takie nazwy jak: Broadcast, Beck, Bark Psychosis, neopsychodelia, bedroom-pop, french-pop, czy nawet thai-pop. Kto bogatemu zabroni...

Trudno zaprzeczyć, że ten czytelny popowy zarys w kompozycjach Monde UFO jest nieobecny. W jądrze ich piosenek zawsze znajdziemy mniej lub bardziej zaakcentowaną zgrabną melodię. Na poprzednich wydawnictwach, chociażby "Vandalized Statue To Be Replace With Shrine", często przybierała ona kształt zwiewnej samby lub bossa novy, celowo przełamanej, odrobinę zdekonstruowanej lub przyprawionej psychodelicznym sosem. W tym kontekście określenie psycho-pop charakteryzujące poczynania Amerykanów wydaje się być najbliższe prawdy.





"Bossa nova/Samba - to pierwsza muzyka, którą kiedykolwiek zaśpiewałem, przy której się nie wzdrygnąłem i która przykuła moją uwagę" - oświadczył wokalista i współzałożyciel grupy Ray Monde. Jako nastolatek lubił posłuchać płyt The Velvet Underground, The Clash i Sonic Youth, na późniejszym etapie odkrył albumy Sun Ra i Johna Lurie. Bez cienia przesady można powiedzieć, że echa twórczości wszystkich wymienionych powyżej artystów znajdziemy na wydawnictwach Monde UFO. 

Nieśmiałe początki i pierwsze muzyczne kroki Ray Monde zabierają nas do magazynu mieszczącego się przy 7th Street w Los Angeles, gdzie artysta ćwiczył używając starych organów kościelnych, automatu perkusyjnego, a uzyskane w ten sposób dźwięki rejestrował na kasetach magnetofonowych. Później nawiązał relacje z Krisem Chau (urodzonym w Hanolulu na Hawajach), saksofoniście i klawiszowcu, po godzinach także artyście malarzu. Zbliżył ich do siebie podobny gust muzyczny i skłonność do eksperymentowania. Do duetu z czasem dołączyli Karen Haug i Brian Bartus.

Duet Monde/Chau robi wiele, żeby przyciągnąć uwagę bardziej świadomego i zaprawionego w alternatywnym boju słuchacza. Ci nieco mniej przygotowani do obcowania z tego typu twórczością z pewnością pokręcą nosem. Ani to klasyczny pop - niby słychać melodie, ale całość brzmi jakoś dziwacznie. Ani to nie jest jazz, bo improwizowanych części jest zbyt mało. Partie swobodnej improwizacji pełnią tu raczej rolę ozdobników lub stanowią coś w rodzaju kontrastu dla ogólnie przyjętego schematu. Jeśli chodzi o te ostatnie, to moim zdaniem tych swobodnych  wypowiedzi saksofonu czy gitary tym razem mogłoby być odrobinę więcej.

Przy okazji płyty "Flamingo Tower" nie wykorzystano typowej dla wcześniejszych poczynań grupy melodyki "Bossa nova/ Samba", choć jeden znaczący tytuł wypada odnotować - "Samba 9". W "Sunset Etertainment" mamy coś na kształt próby stworzenia chwytliwego indie-popowego singla, okraszonego czy też "przełamanego" typową dla twórczości Monde UFO solówką. Świetny "Old Toon Pollution" - to kolejna niby prosta piosenka "zakwaszona" celowo gdzieś od środka. "Ave Tascam" brzmieniem przypomina nagranie dokonane przypadkowo podczas próby. W trakcie odsłony "Mortificanto" mogą przypomnieć się dobre momenty mojej niegdyś ulubionej formacji SKELETONS, z okresu albumów "Money" czy "People". Całą płytę "Falmingo Tower" wieńczy udanie najbardziej psychodeliczny w tym zestawieniu "Psalm 3".

(nota 7.5/10)

  


Zgodnie z tytułem wpisu w dalszej jego części pojawi się sporo dobrych piosenek, naturalnie w mniejszym lub większym alternatywnym przebraniu. Postaram się również zachęcić Was do przesłuchania w całości trzech, moim zdaniem, udanych płyt. Rozpoczniemy jednak od spotkania z młodzieżą z Londynu, którzy przyjemnie szarpią struny gitar. Formacja przybrała niezbyt wyszukaną nazwę SONIC ANGEL, a tym udanym singlem zapowiada nadejście epki zatytułowanej "10K", premiera 20 marca.



  
Przed nami wizyta na duńskiej ziemi. Niedawno wspominałem o grupie The Raveonettes, a tu proszę, kilka dni temu ukazał się nowy singiel grupy.





Pierwszy album w dzisiejszym zestawieniu "Dodatków...", który warto posłuchać w całości, należy do brytyjskiej grupy z miasta Sheffield - PALE BLUE EYES - "NEW PLACE". Wydawnictwo ukazało się wczoraj i bardzo przyjemnie mnie zaskoczyło. W ten sposób się kończy.




Cóż, że ze Szwecji... duet prosto ze Sztokholmu - Claudia Jonas i Gustav Jenne Forsa, czyli ART LONGO oraz ich jeszcze ciepły singiel.




Język francuski zaprowadził nas prosto do... Francji oraz na niedawno wydany album JEANA ELLIOTA SENIORA - "Hautes Roches".




Bardzo przypadła mi do gustu piosenka zaśpiewana w przyjacielskim duecie Nathaniel Ratelief i Gregory Alan Isakov (ten drugi gościł już na łamach bloga) zatytułowana "Flowers". Tak to się kiedyś robiło, zgrabna melodia, gitarowa solówka... i już! I dziękuję bardzo, zapraszam do ponownego przesłuchania. Przy tej okazji - "Dzień Kobiet" - pragnę gorąco pozdrowić piękne Panie i podziękować za obecność stałym Czytelniczkom.




Zalecam również błyskawiczne dotarcie do udanego albumu Alabaster DePlume - " A Blade Because A Blade Is Whole".  Na zachętę zaproponuję taki oto singiel, który promował to opublikowane w dniu wczorajszym wydawnictwo.




"MISSS TYGODNIA" - artysta o brytyjsko-kanadyjskim paszporcie - MATT MALTESE i prześliczna pieśń - "Always Some MF", w której zasłuchuję się od paru dni. Przyznam, że odczuwam dojmujący niedosyt takich właśnie urokliwych piosenek, ze zwiewną linią melodyczną, smacznie zaaranżowanych, ładnie podanych. Zróbcie głośniej i zaproście do tańca partnerki! Ps. W teledysku udział wzięła sympatia artysty, a cała płyta zatytułowana "HERS" ukaże się 16 maja. Poczekamy. (Cudo!!).




"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - niezwykle poruszająco brzmi w tej kompozycji nasz dobry znajomy, saksofonista sopranowy Yuval Cohen, który wraz ze swoim kwartetem płytą zatytułowaną "Winter Poems", opublikowaną na początku lutego, zadebiutował w katalogu oficyny ECM.




Kolejna rekomendacja całej płyty, której premierę jakiś czas temu zapowiadałem. Amerykański pianista Steve Okoński oraz jego trio, z wydanego przed tygodniem albumu "Entrance Music".




sobota, 9 września 2023

ALABASTER DEPLUME - "COME WITH FIERCE GRACE" (International Anthem) "Alabastrowe rubieże"

 

     Zamiast ostrego noża czy całego zestawu noży, które nosił ukryte za paskiem lub schowane głęboko po kieszeniach - "A kieszenie jak ocean" - w czasach, kiedy jeszcze należał do ulicznego gangu i jak sam podkreślał: "lubił straszyć ludzi", Agnus Fairbairn ma dla nas saksofon oraz jego charakterystyczne brzmienie. Muzyk z Manchesteru trzy lata temu nieodwołalnie przekroczył Rubicon czterdziestu lat, tym samym wszedł chwiejnym krokiem w wiek dojrzały, a ten ponoć do czegoś zobowiązuje (dojrzały mężczyzna trzyma noże w kuchni, ewentualnie w garażu, i rzadko nimi straszy ludzi). Chwiejne wydaje się być również brzmienie jego saksofonu, jakby poszczególne tony odbijały się od siebie niczym srebrna kula od band flippera. Można w nim odnaleźć mniej lub bardziej świadome wpływy estetyki afrykańskiej oraz przetworzoną przez język współczesnej europejskiej kultury melodykę indyjskich rag. Alabaster De Plume nie jest żadnym wielkim wirtuozem tego instrumentu - i na pocieszenie dla wielu nigdy nim nie będzie - w stylu, dajmy na to, Chrisa Pottera czy pewnie bardziej mu bliskiego Kamasi Washingtona. W swojej twórczości wykorzystuje proste skale, gra krótkimi seriami, jakby wypuszczał bańki mydlane, jego minimalistyczny styl zwykle opiera się o kilka powtarzających się dźwięków, które dodatkowo kołyszą się i wiją w powietrzu jak zaklinana kobra.



Ktoś złośliwy lub niezbyt przychylnie nastawiony do brytyjskiego muzyka -  a tych, jak wiadomo, nigdy nie brakuje - mógłby powiedzieć, że wydany wczoraj album zatytułowany "Come With Fierce Grace", stanowi zestaw odpadków lub odrzutów, które nie zmieściły się na poprzedni udany i chwalony przez krytyków album "Gold". Trzeba przyznać, że w tym stwierdzeniu jest odrobina prawdy, bowiem Agnus Fairbairn postanowił raz jeszcze sięgnąć po specjalnie oznaczone kolorami taśmy, które zawierały siedemnaście godzin nagrań, i których drobną część wykorzystał już ustalając playlistę płyty "Gold". Z drugiej strony szkoda, żeby wartościowe kompozycje -  takich na krążku "Come With Fierce Grace" nie brakuje - nie ujrzały światła dziennego. Miejscem akcji było oczywiście studio Total Refreshment Center, przez które przewinęło się ponad dwudziestu muzyków i wokalistek, w tym Momoko Gill, Falle Nioke, Donna Thompson, czy dobrze znana z wpisów na tym blogu basistka Rozi Plain (grupa This Is The Kit), perkusista Tom Skinner (Sons Of Kemet, Smile) i Sarathy Kowar. Rejestracji nagrań przyświecała jedna prosta idea - wrzucić muzyków na głęboko wodę, bez wcześniejszych rozmów, prób i konsultacji, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie. "Najlepszą rzeczą, jaką przynieśliście, jesteście wy sami, a im więcej was możemy mieć w tej kompozycji, tym lepiej" - oświadczył niejako na wstępie Agnus Fairbairn, witając w ten sposób zebranych w studio gości.

I tak niezłe otwarcie "Sibomandi", z udziałem mało znanego wokalisty Falle Nioke, zabiera nas w egzotyczną podróż po Afryce. Nie jest to jednak typowy afrobeat, taki, jak chociażby ten, który wypełnił długimi fragmentami wydaną wczoraj płytę "Hox" amerykańskiego kolektywu Black Market Brass. Alabaster DePlume ma swój charakterystyczny styl, znakiem rozpoznawczym jego kompozycji jest także umiejętne ślizganie się po obrzeżach różnych estetyk. Raz, jak w "What Can It Take" - przypadkiem wprowadzi słuchacza w delikatny trans, ozdobiony typowym zaśpiewem saksofonu, to znów w "Greek Honey Slick" postara się nieco bardziej zaakcentować sekcję dętą. Sporą rolę na tym wykrojonym ze skrawków materiale odgrywają rozmaite perkusjonalia. Warstwa rytmiczna została tutaj odmalowana na wszelkie możliwe sposoby. Świetnie zabrzmiał leniwy "Fall In Flowers", gdzie udało się wykreować ciekawą przestrzeń. Moim ulubionym fragmentem od pierwszego przesłuchania został "Did You Know" - leniwy, intymny, jedwabny w brzmieniu, z gościnnym udziałem wokalistki Momoko Gill, której barwa głosu przypomniała mi Martinę Topley-Bird, z czasów, kiedy ta asystowała Trickyemu. Sporo na tym najnowszym opublikowanym wczoraj materiale ciepłego zamszowego dotyku, jeszcze więcej sprytnego minimalizmu, wyrażającego się w swobodnych szkicach lub powtarzanych motywach, w oparciu o które powstało te dwanaście odsłon. Siłą poprzedniego wydawnictwa "Gold" był właśnie taki intymny, jedwabny nastrój i nieco bardziej rozbudowane partie wokalne Przyznam, że z radością i z łatwością zanurzyłem się w alabastrowy świat Agnusa Fairbairna, gdyż dobrze słucha się tych jazzowych rubieży, ale tym razem do pełni szczęścia czegoś ewidentnie zabrakło.

(nota 7-7.5/10)


 


Na dobry początek Waszej ulubionej sekcji jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich dni, Mike Gale i śliczny (najlepszy) fragment z wydanej wczoraj płyty "Thanks For Always Waving".



Kolejną śliczną pieśń znajdziecie na opublikowanej wczoraj płycie "Bear In Town", zespołu Spirit Fest, który tworzą połączone siły zaprzyjaźnionych muzyków Mata Flowera, członków grupy Tenniscoasts, i najbardziej znanego w tym składzie Markusa Achera z formacji The Notwist.



Jak z rękawa szaty czarodzieja sypnęło wczoraj nowymi płytami. Prosto ze swojego studia - Topanga Canyon - zaśpiewa dla Was amerykański muzyk Jonathan Wilson, to fragment z jego najnowszej płyty "Eat The Worm".



Twórca własnego zestawu "Banjo 6500" - Mike Savino, ukrywający się pod szyldem Tall Tall Trees, przy pomocy znanego producenta Kramera, wspominałem o nim na blogu, opublikował wczoraj album "Stick To The Mystical I". 



Kiedy zaglądam do moich notatek, widzę całkiem wyraźnie, że dzień szóstego października będzie obfitował w potencjalnie ciekawe muzyczne premiery. Oto jedna z nich, grupa Genn i fragment z debiutanckiego albumu "UNUM".



Formacja Blonde Redhead nie zamierza czekać do szóstego października, tydzień wcześniej opublikuje swoje najnowsze dzieło zatytułowane "Sit Down For Dinner".



Przyznam, że lubię grupę Mutual Benefit, dlatego cierpliwie poczekam do... szóstego października, kiedy to ukaże się ich album zatytułowany "Growing At The Edges". Póki co mamy singiel promujący to wydawnictwo.



I tak płynnie przechodzimy do sekcji improwizowanej, gdzie na dobry początek zajrzymy na wydaną w ubiegłym tygodniu płytę niemieckiego kolektywu Muito Kaballa - "Like A River".



Wspomniana dziś wcześniej amerykańska grupa Black Market Brass opublikowała wczoraj album zatytułowany "Hox". Oto mój ulubiony fragment.



Również wczoraj ukazała się najnowsza propozycja grupy Irreversible Entanglements - "Protect Your Light", czyli Moor Mother i koledzy oraz koleżanki zanurzeni w strumieniu jazzowej improwizacji.



 

Na koniec zajrzymy na wydaną wczoraj płytę naszego dobrego znajomego Matthew Halsalla zatytułowaną "An Ever Changing View", który wciąż dogrywa się z nowym zespołem.






sobota, 1 lipca 2023

ASCETIC - "ASCETIC" (Audio Cave) "Metafizyczna asceza"

 

    "(...) naszych wspomnień i naszej cierpliwie gromadzonej wiedzy, naszych trosk i wysiłków teraz jawiących się jako próżne, choć może wcale takie nie były; tej nieskończonej liczby obrazów, które przeszły przed naszymi oczami, i słów usłyszanych przez nasze uszy, biernie albo z uwagą, beztroskich śmiechów i wybuchów radości, momentów pełnego szczęścia i tych niespokojnych, rozpaczy i optymizmu, a także tego ciągłego tykania towarzyszącego nam od urodzenia". (Javier Marias)

"Tak było w dzieciństwie: wychodziłeś z domu i były tylko kształty i kolory. To dorośli mieli wszystko jakoś ponazywane, żeby się nie pogubić w życiu. Dobre i złe miejsca. Cudze i własne. Z całą tą historią, zdarzeniami, z pułapkami i ocaleniem, granicami i najazdami, ucieczkami, nędzą i bogactwem. Spaprany krajobraz". (Andrzej Stasiuk)



Szkoda, że o wydanej całkiem niedawno płycie polskiego kwartetu Ascetic - "Ascetic" znajdziemy tak niewiele wzmianek. Album ten z pewnością wyróżnia się na tle tego, co w ostatnim czasie wydarzyło się w przestrzeni nie tylko krajowej muzyki improwizowanej. Może dzieje się tak dlatego, że muzyka zawarta na tym wydawnictwie jest specyficzna, potrzebuje spokoju i namysłu, wymaga chwili zatrzymania się, gdyż sama w konsekwencji przynosi ów namysł i spokój. Nie znajdziemy pośród tych dziesięciu kompozycji wypełniających krążek "Ascetic" porywających popisów pianisty, gwałtownych zmian stylistycznych, świadomego przekraczania wszelkich możliwych granic, czy ekstrawaganckich poczynań saksofonu. Zamiast tego formacja reprezentująca ziemię wrocławską proponuje zwarte, przemyślane i spójne kompozycje, starannie dobrane tony, rozpięte na pięciolinii odczuć oraz prostego i długimi fragmentami wyrafinowanego grania.

To, co przy pobieżnym kontakcie wydaje się być łatwe i proste, często niesie wraz sobą niemały wysiłek i trud, a każda pomyłka widoczna jest w takim układzie tym bardziej, im bardziej próbujemy ją zamaskować. Cisza obnaża wszelkie niedoskonałości, drobne braki, minimalne niedociągnięcia czy odstępstwa - panowie Mateusz Rybicki (saksofon), Tomasz Kaczmarek (fortepian), Dariusz Dżugan/Ju Ghan (kontrabas), Jan Słowiński (perkusja), musieli przekonać się o tym nieraz, kiedy, w pocie czoła, opracowywali kolejne kompozycje zawarte na ich niedawno opublikowanym debiutanckim krążku. Kwartet Ascetic zawiązał się w 2019 roku, na skutek inicjatywy klarnecisty i saksofonisty Mateusza Rybickiego. Ten ostatni jest absolwentem Akademii Muzycznej im. Konrada Lipińskiego we Wrocławiu. Powołując do życia nowy skład zapragnął zmienić środowisko swobodnej improwizacji i free jazzu na rzecz poszukiwania prostoty, głębi i duchowości. To również Rybicki jest autorem większości zgrabnych tematów, które wypełniły krążek "Ascetic". Nazwa kwartetu, jak i tytuł płyty, sugerują, że artyści narzucili sobie pewne ograniczenia, w ramach których poruszali się, dodajmy bardzo sprawnie, tworząc następne barwne odsłony tego godnego polecania wydawnictwa.

W niektórych momentach gra wrocławskiej czwórki przypomniała mi dokonania Yuri Honing Acoustic Quartet (płyty: "True", Goldbrun", "Bluebeard"), recenzowanego na łamach bloga - podobny spokój, łagodność i cierpliwość towarzysząca rozwijaniu kolejnych motywów. Podobne szanowanie frazy i czasu, poszukiwanie muzycznego porozumienia. W innych fragmentach, jak chociażby w najlepszym, moim zdaniem, "Polish Song", pojawiły się skojarzenia z płytami szefa wytwórni Gondwana Records - Matthew Halsalla. Swoją drogą szkoda, że tak  udany album polskiego kolektywu nie ukazał się właśnie w tej wytwórni, z pewnością na to zasługuje. 
Od pierwszych minut płyty "Ascetic" zwraca na siebie uwagę świetna współpraca, czucie i zrozumienie na linii saksofonista-pianista, co zwykle stanowi o sile tego typu wydawnictw. Ten drugi - Tomasz Kaczmarek, również absolwent Akademii Muzycznej we Wrocławiu - doskonale prowadzi grę, wyczuwa tempo, frazę, jak w dobrym otwarciu "No Eye Has Seen", czy w nostalgicznym "Eternity", gdzie starannie dawkowane dźwięki zdają się szukać właściwej drogi, odpowiedniego kolorytu. 

Przy okazji zawieszonego gdzieś na krawędzi światów "Cross of Reality", przypomniała mi się płyta Shinaya Fukumori Trio "For 2 Akis", recenzowana jakiś czas temu na łamach bloga. Takich tropów stylistycznych można podać więcej: Eberhard Weber, Rain Sultanov, dawny Bobo Stenson, przedstawiciele jazzowej krainy łagodności. Warto podkreślić filmowość niektórych tematów, jakby zostały wyciągnięte ze ścieżki dźwiękowej do obrazu Tarkowskiego czy Kieślowskiego. Szczególnie gra pianisty pełna znaków zapytania, pogłębionych momentów refleksji, zatroskania, mówiąc krótko "polskiego saudade", zabrała moje skojarzenia w kierunku prac Zbigniewa Preisnera z okresu "Dekalogu". "Drobiazgowa dbałość o wyczucie przestrzeni, koloru i faktury scenografii, staranna kontrola (...), oraz wykorzystanie kluczowych ujęć, wizualnie intensywnych momentów przypominających fotografię z ich zagęszczeniem akcji i znaczeń" - napisano przed laty, charakteryzując twórczość Krzysztofa Kieślowskiego. Niemal dokładnie to samo mógłbym powiedzieć o muzyce kwartetu Ascetic. Brawo!

(nota 8/10) 



Dziś nieco bardziej jazzowa odsłona bloga, do płyt z muzyką alternatywną wrócimy w przyszłym tygodniu. Zaczniemy od wizyty w Danii, skąd pochodzi kontrabasista Richard Andersson, który niedawno, z pomocą gitarzysty Hilmara Jenssona i perkusisty Mathiasa Hemstocka, opublikował album "Undo".



Brytyjska grupa Modern Nature - recenzowałem dwa poprzednie albumu na łamach bloga - na 29 września zapowiedziała premierę najnowszego krążka zatytułowanego "No Fixed Point In Space", który ukaże się w oficynie Bella Union.



Saksofonista Alabaster DePlume 8 września opublikuje płytę "Come With Fierce Grace", podczas prac na tym wydawnictwem w studiu pojawiło się sporo znajomych artystów, wśród nich była chociażby basistka Rozi Plain (This Is The Kit), czy perkusista Tom Skinner.



 Tak, jak obiecałem, wracam do albumu amerykańskiej multiinstrumentalistki Meshelli Ndegeocelli, oto kolejny fragment z płyty "The Omnichord Real Book".



Szkocki perkusista Richard Galssby niedawno opublikował płytę "Travels", obok artysty wystąpili: Matthew Kilner na saksofonie, Pete Johnstone - fortepian, Ewan Hastie - kontrabas.



Szwedzki, cóż, że ze Szwecji, kwintet Organ Donor, z Isaakiem Hedtjamem na klarnecie i saksofonie, prosto z wiosennej płyty "Malplace".



Zajrzymy na niedawno wydaną płytę brytyjskiego gitarzysty Harry'ego Christelisa - "Nature Child/Challenge The Adult", który wystąpił u boku trębacza Christosa Stylianidesa, basisty Andrei Di Biase i perkusisty Dave'a Storeya.



Na zakończenie dwie grupy, a także spora niespodzianka. Oto jedna z moich ulubionych brytyjskich formacji Slowly Rolling Camera - recenzowałem ich poprzednią znakomitą płytę - 11 sierpnia, czyli jeszcze przed moimi urodzinami, opublikuje album zatytułowany "Flow". Oto singiel promujący to wydawnictwo.



 A to cudeńko znajdziecie oczywiście na poprzednim bardzo udanym wydawnictwie Slowly Rolling Camera zatytułowanym "Where The Streets Leed".



Wspominałem w tekście o wytwórni Gondwana Records, tak się złożyło, że wczoraj ukazała się najnowsza płyta amerykańskiego kwartetu Phi-Psonics, dowodzonego przez basistę Setha Ford-Younga, zatytułowana "Octava". Wybrałem taką oto kompozycję.



 


sobota, 2 kwietnia 2022

SEABEAR - "IN ANOTHER LIFE" (Morr Music) "Spotkanie po dwunastu latach"

 

     Wygląda na to, że nie tylko w naszym kraju stacje radiowe odcisnęły piętno na kilku pokoleniach słuchaczy. Celowo użyłem trybu czasu przeszłego, gdyż udział radia w tak zwanym rynku medialnym systematycznie spada. Wszystkie istotne publikatory przeniosły się do sieci, i to głównie za jej sprawą słuchamy, czytamy i oglądamy. Dobrze utrwalone nawyki trudno zmienić. Przyznam szczerze, że wciąż lubię posłuchać radia, i jeśli nie jest to któraś z rozgłośni oferująca muzykę alternatywną oraz jazz za pośrednictwem internetu, najchętniej wybieram "Dwójkę", co i Wam, drodzy czytelnicy, gorąco polecam. 

W pobliżu włączonego - dodajmy dla pewności - radioodbiornika dorastał również nasz dzisiejszy bohater - Sindri Mar Sigfusson. Islandzki artysta doskonale pamięta, jak będąc dzieckiem i nastolatkiem słuchał piosenek nadawanych w radio. Nie tylko słuchał. Po pewnym czasie wyrobił w sobie nawyk dzwonienia do rozgłośni i zamawiania konkretnych utworów. Później było nerwowe oczekiwanie, czy redaktor prowadzący audycję spełni kolejne jakże pilne prośby spragnionego wrażeń młodzieńca. Przygotowana wcześniej kaseta, ustawiona w odpowiednim miejscu. I palec zawsze gotowy, żeby w dowolnym momencie nacisnąć przycisk "Rec". Zanim Sifgusson został ikoną islandzkiej sceny alternatywnej, nie myślał o tym, żeby w przyszłości zajmować się muzyką. "Zawsze tylko rysowałem i malowałem. Sądziłem, że w przyszłości pójdę do szkoły i będę uczył dzieci sztuki". Jednak po drodze zdążył znudzić się edukacją do tego stopnia, że z trudem ukończył szkołę średnią. W 2002 roku opuścił Islandię i rozpoczął naukę na Camberwell Of Arts w Londynie. Samo miasto nie przypadło mu specjalnie do gustu. "W powietrzu czuło się, że nikt w Londynie nie jest specjalnie szczęśliwy". To właśnie w tamtym okresie nabył swój pierwszy sampler oraz gitarę akustyczną, i zaczął rejestrować pierwsze nagrania. Po powrocie do Rejkjaviku przez jakiś czas pracował zawodowo - między innymi w pocie czoła układał kostki kolejnych chodników. Zmęczony fizyczną pracą rozpoczął następny etap edukacji, tym razem na Iceland Univeristy Of The Arts". "Zajęcia odbywały się tylko do południa, więc reszta dnia była wolna. Dlatego postanowiłem nagrać epkę". Płyta w postaci Cd-r, z ręcznie robioną okładką, skopiowana w kilkudziesięciu egzemplarzach, rozeszła się głównie pośród najbliższych znajomych. Do dziś Sindri Mar Sigfusson nie wie, jakim cudem trafiła ona do rąk szefa niemieckiej wytwórni Tomlab. Ten ceniony w alternatywnych kręgach label postanowił wydać jeden utwór. Na drugiej stronie pamiętnego dla grupy Seabear singla znalazła się piosenka formacji Grizzly Bear.  Niewykluczone, że trop zwierzęcych nazw odegrał tu podstawową rolę. Chwilę później Sigfusson otrzymał zaproszenie, żeby zagrać koncert w Berlinie. Problem polegał na tym, że zespół jako taki wtedy jeszcze nie istniał. Sigfusson nie miał innego wyjścia, jak tylko zaprosić znajomą skrzypaczkę oraz przyjaciela z dzieciństwa, który brzdąkał na gitarze, żeby pojechali razem z nim do stolicy Niemiec. Występ sceniczny miał miejsce w teatrze Volskbuhne, i przypadł do gustu właścicielom oficyny Morr Music na tyle, że pojawiła się propozycja podpisania kontraktu płytowego. 



Przez skład grupy Seabear przewinęło się kilkunastu muzyków, ale jego trwały trzon stanowiło sześciu artystów. Nagrali dwa albumy długogrające, w tym udany debiut "The Ghost That Carried Us Away" (2007). Po trzech kolejnych latach ciągłych koncertów, muzycy byli zmęczeni, także swoim towarzystwem, więc musieli odpocząć. Poza tym niektórzy z nich zdążyli założyć rodziny, pojawiły się dzieci, nowe obowiązki, otwierał się przed nimi zupełnie inny etap życia. Dlatego po koncercie w Tjarnarbie w 2010 roku grupa Seabear zawiesiła działalność. Jednak Sindri Mar Sigfusson nie próżnował - nagrywał muzykę do reklam i filmów, pomagał znajomym przy realizacji ich solowych płyt, na przykład koleżance z grupy Soley Stefansdottir, znanej jako Soley, współpracował z Sigur Ros, i powołał do życia projekt muzyczny Sin Fang.

Najnowsza wydana po dwunastu latach przerwy płyta zespołu Sebear - "In Another Life", wyrosła z tęsknoty za wspólnym graniem. Na okładce tego wydawnictwa możemy dostrzec sześć twarzy artystów, którzy stanowili wspomniany już wcześniej trwały trzon grupy, i którzy ponownie zapragnęli coś razem stworzyć. Powstało jedenaście całkiem udanych indie-folkowych piosenek. Album otwiera jedna z najlepszych kompozycji tego krążka, czyli urokliwa "Parade", która ustawia poprzeczkę oczekiwań odnośnie całej płyty. "Running Into A Wall" brzmieniem nawiązuje do radosnych momentów, jakie można odnaleźć w bogatej dyskografii Yo La Tengo. Indie-popowy "Waterphone", z delikatnymi akcentami instrumentów dętych zostaje w pamięci na dłużej, również za sprawą chwytliwego refrenu. "Talking In My Sleep" zbudowany na intrygującej podstawie rytmicznej, wykorzystuje dwie przenikające się wokalizy i dream-popową melodykę. "We Could Everything" to chwila zatrzymania i refleksji, potrzebna po energetycznym początku. Na albumie "In Another Life" znajdziemy niewiele elektronicznych dodatków i technicznych modyfikacji, czego w ostatnich latach, także na solowych wydawnictwach, Sindri Mar Sigfusson lubił nadużywać. Największe bogactwo instrumentalne niesie ze sobą "Weathergun" - cymbałki, harmonijka, akordeon, skrzypce, alt-countrowa gitara. Nieco słabsza wydaje się być końcówka albumu, gdzie odrobinę zabrakło pomysłów, ale udało się zachować dobrą energię, czego potwierdzeniem może być zamykający całość "Oslo", nawiązujący do twórczości Belle And Sebastian.

(nota 7/10)

 


Podobny nastrój do wydanej wczoraj płyty Seabear prezentuje Hector Gachan, który singlem "Asking For A Friend" promuje najnowszy album. Płyta "Care 2 Share" ukaże się 2 czerwca.



Przed Wami chyba najbardziej gorąca nowość ostatnich godzin i dni, szeroko komentowana w prasie branżowej, czyli Alabaster DePlume - "Gold". Pod tym szyldem ukrywa się saksofonista, poeta z Manchesteru - Gus Fairbairn. Bardzo polecam to wydawnictwo. Warto!



Vibrations Of The Sun to duet Christopher Cordoba i Paul Frederick, prosto z Londynu. Całkiem niedawno opublikowali oni płytę "Vibrations Of The Sun". Często wracam do tej kompozycji.



Z Nowego Yorku pochodzi duet Tempers, który tworzą Jasmine Golestanek i Eddie Cooper. Wczoraj opublikowali płytę "New Meaning".



Dużo cudownej przestrzeni znajdziemy w grze pianisty Geralda Claytona, który za pośrednictwem oficyny Blue Note Records opublikował album "Bells On Sand".



W kąciku improwizowanym wystąpi również kwartet z Amsterdamu - Bruut! oraz fragment ich ostatniej płyty zatytułowanej "Zest".