Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Airbag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Airbag. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 marca 2025

MOREISH IDOLS - "ALL IN THE GAME" (Speedy Wunderground/Pias rec.) "Nieśmiałe sugestie"

 

     Rozpocznę od końca - czyli od najważniejszego początku. Producent - a więc osoba, której rola, szczególnie w naszym kraju, bywa zwykle pomijana. To często od niego zależy kształt kompozycji, począwszy od wizji pojedynczego utworu, przez skalę zastosowanych środków i rozwiązań, aż po finalne brzmienie całej płyty. Dobrze jeśli ten przy okazji jest również fachowcem od masteringu - potrafi wydobyć rozmaite dźwiękowe niuanse, dodać takie, a nie inne barwy, nadać specyficznego charakteru. W trudnym zawodzie producenta głównie spełniają się mężczyźni. To prawda. Warto w tym miejscu napomknąć nazwisko Haby Kadry (pojawiała się na łamach bloga kilka razy) - nie tyle producentki, co specjalistki od masteringu właśnie, która ma już ugruntowaną pozycję w tej szczególnej branży, i mnóstwo ważnych albumów na koncie. 

Producentem debiutanckiej płyty "All In The Game" formacji MOREISH IDOLS jest Dan Carey (Daniel De Mussenden Carey) - rozpoznawalny i znany w środowisku mistrz konsolety, właściciel studia położonego w południowej części Londynu oraz wytwórni Speedy Wunderground. W jego dorobku znajdziemy cztery nominacje do nagrody Mercury Music Prize, za produkcje albumów Kae Tempest i Nicka Mulveya (2014 rok) oraz pięć lat później, za produkcje płyty Black Midi i Fontaines DC. W bogatym CV Anglika widnieje także współpraca z: Foals, Goat Girl, Squid, Grimes, Caroline Polachek, Bat For Lashes, Lianna Lahavas. 





Dan Carey ostatnio wrzucił na warsztat nagrania swoich podopiecznych z formacji MOREISH IDOLS, gdyż tak można powiedzieć o zespole, z którego członkami podpisał kontrakt płytowy. Efekty wymiany myśli, spostrzeżeń oraz doświadczeń są bardzo owocne. Wystarczy posłuchać kilku pierwszych singli - nagranych przed laty w sypialni Toma Wilsona Keletta - zespołu MOREISH IDOLS, a potem  zderzyć je z nagraniami zawartymi na wydanym przed tygodniem debiucie - "All In The Game". Po owocach ich poznacie.

Oczywiście to nie zawsze funkcjonuje w tak prosty sposób. Czasem wizja producenta jest zbyt schematyczna, zbyt nachalna albo przesadnie typowa, w stosunku do jego wcześniejszych poczynań - jakby gra toczyła się głównie o to, żeby odcisnąć wymowne producenckie piętno. Cała sztuka polega na tym, żeby wydobyć z artystów - o ile w ogóle to możliwe - coś indywidualnego; odkryć charakterystyczny język, znaleźć niepowtarzalny rys czy rozpoznawalny idiom.

Początkowy duet Jodi Lily (gitara/śpiew) oraz Tom Wilson Kellet (gitara/syntezator/śpiew), w krótkim czasie zdołał pokonać sporą drogę. Na trasie niespiesznej wędrówki ważnym punktem było zaproszenie do składu basisty i perkusisty oraz saksofonisty Dylana Humphreya. I tak oto północna część Anglii (skąd pochodzą gitarzysta i perkusista) połączyła siły z południowymi rejonami Wysp Brytyjskich (stąd wywodzą się pozostali członkowie), a miejscem ich pierwszego spotkania były korytarze uniwersytetu w Falmouth.

"Kładziemy nacisk na bezpośredniość dźwięku. Nagrywaliśmy całość od razu na taśmę, więc wiele przygotowań polegało na tym upewnieniu się, że to, co wychodziło, była prawie w stanie zmiksowanym (...) Lubimy używać kontrastujących dźwięków. Staramy się również zostawiać nagrania w stanie, w którym faktycznie możemy je potem zagrać na żywo".




Po przesłuchaniu całej płyty "All In The Game" widać całkiem wyraźnie wspomnianą wcześniej rękę producenta. Dan Carey zrobił wiele - choć z niczym nie przesadził - żeby brzmienie albumu zyskało na atrakcyjności. W tkance aranżacyjnej znajdziemy klarnet i saksofon, gitarę akustyczną i altówkę. W niektórych fragmentach, jak chociażby w mocno wyróżniającym się "Acid", czy "Dream Pixel", napotkamy partię przybrudzonego brzmienia gitar, w stylu ulubionej przez członków grupy MOREISH IDOLS, kultowej w wąskich kręgach, kapeli - Pavement. Niekiedy praca gitar może przypominać charakterystyczne odmierzanie taktów znane z utworów Radiohead. Z kolej dźwięki klarnetu oraz saksofonu przypomniały mi recenzowany na łamach bloga brytyjski zespół - MUCK SPREADER (płyta "Abysmal"). Zróżnicowane tempo, jak i dynamika, sprawia, że płyty "All In The Game" słucha się z rosnącą ciekawością.

Świetny "Railyway" - jest jednym ze starszych utworów, który doczekał się wielu wersji. Jego pierwotny tytuł brzmiał "Railway Graveyard", został zainspirowany katastrofa kolejową w Boliwii.
Wspomniany wcześniej "Acid" oraz "Slouch" to efekty radosnej i owocnej jamowej sesji. Ponoć najdłużej prace trwały nad tytułowym nagraniem  - "All In The Game". 

"Po wysłuchaniu całego albumu po raz pierwszy zdaliśmy sobie sprawę, że powinniśmy wykorzystać nasz ostatni dzień w studiu, żeby zagrać "Pale Bule Dot" ponownie, tym razem w nieco bardziej zrelaksowanym akustycznym stylu".

 Kończący płytę "Time's Wasting" stanowi jakby drugą część udanego otwarcia "Ambergrin", który wokaliście MOREISH IDOLS przypomniał nagrania grupy Wilco. I tak oto koło tego albumu się zamyka.

Na koniec warto wspomnieć o kilku ważnych inspiracjach w trakcie prac nad tym debiutem. Należą do nich płyty: Natural Information Society, Talking Heads czy mojego ulubionego niegdyś Broken Social Scene - "You Forgot It In People". Co ciekawe, słuchając kolejnych odsłon wydanego przed tygodniem debiutu można odnieść wrażenie, że obcujemy z przedstawicielami amerykańskiej lub kanadyjskiej sceny niezależnej, a nie z dziełem mieszkańców Wysp Brytyjskich.

Na przykładzie udanego wydawnictwa "All In The Game" widać, że gatunek dla członków grupy to tylko nieśmiała sugestia, a nie trwała wytyczna, czy ślepa uliczka bez możliwości manewru. Tutaj ruch odbywa się swobodnie i w wielu kierunkach.

(nota 7.5/10)


 


Pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, z miasta Dover pochodzi grupa Black Market Karma, która 6 czerwca opublikuje nowy album zatytułowany "Mellowmarker".




Skoczymy za ocean, gdzie w mieście, które lubi deszcz, czyli Seattle, rezyduje grupa Deep See Driver. Pod koniec lutego ukazała się ich płyta "Billboard Heart". Najbardziej przypadła mi do gustu ta piosenka.




Zmienimy lokalizację, wybierając się do Los Angeles, skąd pochodzi formacja Powder Pink & Sweet, która kilka dni temu opublikowała nowy singiel.




Nawiązując do dzisiejszego wątku producentów, dodam nieśmiało, że następną piosenkę wyprodukował duet Brad Cook(współpracował chociażby z  Bon Iver) oraz bardziej rozpoznawalny w tym tandemie Josh Kaufman. Wspólnie pomogli islandzkiej wokalistce Arny Marget, która niedawno wydała album "I Miss, I Do". Oto mój ulubiony fragment. 




Szybki powrót do Europy przyniesie wraz z sobą przystanek w Oslo. Wokalista grupy Airbag- Bjorn Riis, 11 kwietnia opublikuje nowy solowy album zatytułowany "Filmbulvinter". Póki co możemy posłuchać singla promującego to wydawnictwo.




Pod koniec lutego brytyjski duet Rattle, opublikował album zatytułowany "Encircle". Wybrałem z niego taki oto fragment.




W dniu wczorajszym grupa Throwing Muses opublikowała nowy album "Moonlight Concenssion". Nadarza się okazja, żeby przypomnieć sobie stare przeboje zespołu. Chociażby ten z albumu "The Real Ramona" (1991 rok).




MISS TYGODNIA - tym razem w stroju shoegazeowym. Panowie i pani rozstawią instrumenty, przebiorą się i... Piosenka pochodzi z niedawno wydanego albumu "Four Portraits Of The Same Ugly House", irlandzkiej (miasto Cork) grupy Pebbledash.




W "Kąciku improwizowanym" - cały album, wydany przed tygodniem "Deep Jazz Awaking - Spiritual Jazz vol.1/Astral Jazz". Wydawnictwo zawiera dwadzieścia sześć kompozycji, więc każdy powinien znaleźć tutaj coś dla siebie.


sobota, 15 czerwca 2024

COPENHAGEN JAZZEXPERIENCE - "LAZY AFTERNOON" (Waidtlow Music) "Leniwe popołudnie"

 

   "Leniwie sączą się popołudniowe godziny. Chrząszcze zbliżają się do nas. Rozkwitają tulipany. Nie widać nikogo prócz nas, tylko my dwoje (...) W oddali różowy obłok zawisł gdzieś nad wzgórzami (...). Spędź ze mną to leniwe popołudnie." Przed laty, dokładnie rzecz ujmując, w 1954 roku, po raz pierwszy te słowa i łączącą je subtelną nić melodii zaśpiewała w musicalu zatytułowanym "The Golden Apple" - Kaye Ballard. Autorem tej kompozycji był Jerome Moross, a kompletnie zapomniane dziś wersy tekstu napisał John Latouche. Później kompozycję "Lazy Afternoon" wykonywali mistrzowie i wirtuozi wielu instrumentów, w tym jeden z największych pośród nich - John Coltrane, ale także równie wspaniały Joe Henderson, album "Ballads And Blues", trębacz Kenny Dorham, gitarzysta Grant Green, i kolejny saksofonista w tej wybornej stawce James Moody. 
Tak się złożyło, że ten niezwykły utwór, który za chwilę usłyszycie, wszedł w skład siedmiu innych wspaniałych wydanych w majowy czas kompozycji, i posłużył jako tytuł dla całego wydawnictwa, za którym stoi duński saksofonista i kompozytor Claus Waidtlow. Jakaś metafizyczna zaduma, ale również tajemnica ukryta jest w tych delikatnych dźwiękach "Lazy Afternoon", w przestrzeni pomiędzy nimi, która wyłania się, powoli otwiera i nieśmiało cofa... Jakaś "Nie-skrytość"...


Przyznam, że do tego wspaniałego albumu przyciągnęła mnie tyleż urokliwa, co sugestywna okładka. Pomyślałem sobie, że może widok tarasu, stolika oraz drzew prześwietlonych strumieniami popołudniowego światła ma odzwierciedlać nastrój tego wydawnictwa. I wyobraźcie sobie, że ku mojej wielkiej radości, tak w istocie było! 

Dawno nie słyszałem tak udanego zestawu nagrań, które w niezwykły sposób współistniałyby obok siebie. A przecież powstały, co warto podkreślić, w różnych  epokach muzycznych - z odmiennym nastawieniem i w zupełnie innych okolicznościach - raczej bardziej oddalonych od naszych naznaczonych nerwowym rytmem dni, niż do nich w jakiekolwiek sposób zbliżonych. To, co je łączy, to nie tylko tytułowa spokojna, leniwa atmosfera, która niemal od razu udziela się odbiorcy, ale również niezwykła głębia, elegancja i wyrafinowanie, kultura z jaką zostały zaprezentowane oraz troska o każdy najmniejszy nawet szczegół. W końcu mamy do czynienia ze standardami! Kompozycjami i pieśniami, które niegdyś wykonywali Billie Holiday, Louis Armstrong, Frank Sinatra, Ella Fitzgerald, Nat King Cole, Cassandra Wilson, Sarah Vaughan itd. 

Wszystkie te małe dzieła sztuki cierpliwie opracowywał duński, wciąż słabo u nas znany saksofonista, wielokrotnie nagradzany i wyróżniany na ojczystej ziemi - Claus Waidtlow, korzystając z pomocy pianisty Jacoba Christoffersena, basisty Daniela Francka oraz perkusisty Jeppe'a Grama. Skandynawski kwartet dołożył wszelkich starań, żeby oddać specyficzny nastrój, zadbać o najdrobniejszy ton, a przy okazji tchnąć nowe życie w to, co usiłował ocalić od zapomnienia.

Trzeba wspomnieć, że każda z tych kompozycji niesie wraz sobą jakąś odrębną historię, przywołuje także czas, który wciąż mają w pamięci ci nieco od nas starsi, odstawieni obecnie na margines rzeczy mało istotnych. I tak, cudna kompozycja "Ernie's Tune" zabiera nas do schyłku lat 50-tych, kiedy to Jack Gelber napisał sztukę zatytułowaną "The Connection". Jej głównym tematem był problem uzależnienia od narkotyków. W przedstawieniu, którego premiera miała miejsca 15 lipca 1959 roku na deskach nowojorskiego teatru Living Theatre, pojawili się artyści jazzowi, którzy próbowali połączyć tekst z muzyką. Na potrzeby wystawienia tego spektaklu w  Los Angeles (premiera miała miejsce w 1960 roku), zaproszono do współpracy saksofonistę Dextera Gordona, który skomponował muzykę, wśród licznych tematów znalazł się również "Ernie's Tune" (tytułowy bohater istniał naprawdę i był uzależnionym od narkotyków muzykiem).



Z kolei pełny uroku "Chelsea Bridge" został nagrany w 1941 roku, z orkiestra Duke'a Ellingtona, z saksofonistą Benem Websterem, i pianistą Billy'm Strayhornem. Tego ostatniego, a przy okazji autora tej kompozycji, w trakcie podróży po Europie zainspirował obraz Jamesa McNeilla Whistlera - "Battersea Bridge". Również Strayhorn jest autorem kolejnej świetnej kompozycji "Lush Life", która znalazła się na recenzowanym przeze mnie albumie "Lazy Afternoon". Standard powstał w 1936 roku, kiedy pianista pracował jeszcze w aptece w Pittsburghu. Po raz pierwszy wykonała go Kay Davis, w Carnegie Hall, 13 listopada 1948 roku. W tekście znajdziemy fragmenty dotyczące nieudanego romansu, topienia smutków w alkoholu, spędzania późnych wieczorów w towarzystwie pań o: "smutnych i ponurych, szarych obliczach". 

Nie zamierzam Was zanudzać przydługimi opowieściami, dotyczącymi kolejnych odsłon albumu "Lazy Afternoon". Zainteresowani tematem mogą samodzielnie przeszukać odpowiednie strony w sieci.  Dodam tylko, że autorem kompozycji "Central Park West" jest John Coltrane, po raz pierwszy pojawiła się ona na płycie "Coltrane's Sound" (1964). "To zmysłowy i pełen refleksji spacer po parku, w którym struktura utworu służy poetyckiej ekspresji" - napisał o nim jeden z recenzentów. Temat "Two For The Road" powstał na biurku Henry Manciniego w 1967 roku, a później opracowali go Charlie Haden i Pat Metheeny. "We'll Be Together Again" skomponował Carl T. Fisher, autorem słów był Frankie Laine. "Twój pocałunek, twój uśmiech, są wspomnieniami, które zachowam na zawsze..." - zaśpiewał później Frank Sinatra, który spopularyzował tę pieśń. Album "Lazy Afternoon" nie jest debiutanckim wydawnictwem Copenhagen Jazzexperience. W połowie listopada ubiegłego roku ukazała się płyta zatytułowana "Everything I Love", która jednak nie była tak udana.

W towarzystwie albumu "Lazy Afternoon" spędzam ostatnie wieczory. Jakoś ciężko się uwolnić od tych skrzydlatych fraz, miękkich i wyrafinowanych tonów, ich lekkość, finezja oraz dojmujące piękno sprawiają, że wciąż chce się do nich powracać. Mimo, że sporo różni poszczególne leniwe i tęskne kompozycje - epoki, okresy, lata dawno minione - wydaje się, że ich twórcą jest jeden i ten sam autor, tak znakomicie brzmią i komunikują się ze sobą, nawiązują ponadczasowy dialog i tworzą wspólną przestrzeń, powołaną do życia przez muzyków skupionych pod szyldem Copenhagen Jazzexperience. Słucham tych kompozycji z niesłabnącą uwagą, albo odtwarzam poszczególne fragmenty w tle, zatapiając oczy w lekturze, chociażby książki Mike'a McCromaka - "Słoneczny szkielet", czy Didiera Eribona - "Życie, starość i śmierć kobiety" lub hipnotyzującej prozy Emmy Cline - "Zaproszona". Co gorąco polecam.

(nota 8/10)



 



Wspomniałem wcześniej o poprzedniej płycie Copenhagen Jazzexperience zatytułowanej "Everything I Love", która ukazała się jesienią ubiegłego roku, wybrałem z niej taki oto fragment.



Przeniesiemy się do Addis Abeby, skąd pochodzi Yorga Mesfin, który jest członkiem grupy Mulatu Astatke. Kilkanaście dni temu opublikował album zatytułowany "The Kindest One".



Formacja Slowly Rolling Camera nie zwalnia tempa, po rocznej przerwie, która upłynęła od opublikowania poprzedniego wydawnictwa, zapowiada zupełnie nowy album - "Silver Shadow". Premiera 26 lipca.



Szybka wycieczka do Zurychu, gdzie rezyduje duet Hermanos Gutierrez, przyniesie nam dźwięki z wczoraj wydanej płyty "Sonido Cosmico".



Pozostaniemy w kręgu muzyki instrumentalnej. Z Japonią kojarzy się nam również zespół Mono, który wczoraj opublikował płytę "OATH". Najlepszy utwór znalazłem na samym jej końcu.



Z Oslo pochodzi grupa Airbag, która również w dniu wczorajszym wydała nowy album zatytułowany "Century Of The Self". 



W Nowym Jorku mieszka obecnie Lila Ramani, która wraz z grupą przyjaciół tworzy grupę Crumb. Ich niedawno wydany album "Amama" zebrał niezłe recenzje.



Na trasie naszej wycieczki zawitamy do Holandii, skąd pochodzi grupa Docile Bodies. Oto fragment z ich płyty "Light Will Come Our Way", która ukaże się 11 lipca.



Moją ulubioną piosenkę ostatni dni zostawiłem na koniec. Byron Region i przyjaciele, czyli australijski zespół Gimmy, który dwa tygodnie temu opublikowała album zatytułowany "Things Look Different Now". A na nim... znalazłem... takie cudeńko!