Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthew Halsall. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthew Halsall. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 września 2023

ALABASTER DEPLUME - "COME WITH FIERCE GRACE" (International Anthem) "Alabastrowe rubieże"

 

     Zamiast ostrego noża czy całego zestawu noży, które nosił ukryte za paskiem lub schowane głęboko po kieszeniach - "A kieszenie jak ocean" - w czasach, kiedy jeszcze należał do ulicznego gangu i jak sam podkreślał: "lubił straszyć ludzi", Agnus Fairbairn ma dla nas saksofon oraz jego charakterystyczne brzmienie. Muzyk z Manchesteru trzy lata temu nieodwołalnie przekroczył Rubicon czterdziestu lat, tym samym wszedł chwiejnym krokiem w wiek dojrzały, a ten ponoć do czegoś zobowiązuje (dojrzały mężczyzna trzyma noże w kuchni, ewentualnie w garażu, i rzadko nimi straszy ludzi). Chwiejne wydaje się być również brzmienie jego saksofonu, jakby poszczególne tony odbijały się od siebie niczym srebrna kula od band flippera. Można w nim odnaleźć mniej lub bardziej świadome wpływy estetyki afrykańskiej oraz przetworzoną przez język współczesnej europejskiej kultury melodykę indyjskich rag. Alabaster De Plume nie jest żadnym wielkim wirtuozem tego instrumentu - i na pocieszenie dla wielu nigdy nim nie będzie - w stylu, dajmy na to, Chrisa Pottera czy pewnie bardziej mu bliskiego Kamasi Washingtona. W swojej twórczości wykorzystuje proste skale, gra krótkimi seriami, jakby wypuszczał bańki mydlane, jego minimalistyczny styl zwykle opiera się o kilka powtarzających się dźwięków, które dodatkowo kołyszą się i wiją w powietrzu jak zaklinana kobra.



Ktoś złośliwy lub niezbyt przychylnie nastawiony do brytyjskiego muzyka -  a tych, jak wiadomo, nigdy nie brakuje - mógłby powiedzieć, że wydany wczoraj album zatytułowany "Come With Fierce Grace", stanowi zestaw odpadków lub odrzutów, które nie zmieściły się na poprzedni udany i chwalony przez krytyków album "Gold". Trzeba przyznać, że w tym stwierdzeniu jest odrobina prawdy, bowiem Agnus Fairbairn postanowił raz jeszcze sięgnąć po specjalnie oznaczone kolorami taśmy, które zawierały siedemnaście godzin nagrań, i których drobną część wykorzystał już ustalając playlistę płyty "Gold". Z drugiej strony szkoda, żeby wartościowe kompozycje -  takich na krążku "Come With Fierce Grace" nie brakuje - nie ujrzały światła dziennego. Miejscem akcji było oczywiście studio Total Refreshment Center, przez które przewinęło się ponad dwudziestu muzyków i wokalistek, w tym Momoko Gill, Falle Nioke, Donna Thompson, czy dobrze znana z wpisów na tym blogu basistka Rozi Plain (grupa This Is The Kit), perkusista Tom Skinner (Sons Of Kemet, Smile) i Sarathy Kowar. Rejestracji nagrań przyświecała jedna prosta idea - wrzucić muzyków na głęboko wodę, bez wcześniejszych rozmów, prób i konsultacji, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie. "Najlepszą rzeczą, jaką przynieśliście, jesteście wy sami, a im więcej was możemy mieć w tej kompozycji, tym lepiej" - oświadczył niejako na wstępie Agnus Fairbairn, witając w ten sposób zebranych w studio gości.

I tak niezłe otwarcie "Sibomandi", z udziałem mało znanego wokalisty Falle Nioke, zabiera nas w egzotyczną podróż po Afryce. Nie jest to jednak typowy afrobeat, taki, jak chociażby ten, który wypełnił długimi fragmentami wydaną wczoraj płytę "Hox" amerykańskiego kolektywu Black Market Brass. Alabaster DePlume ma swój charakterystyczny styl, znakiem rozpoznawczym jego kompozycji jest także umiejętne ślizganie się po obrzeżach różnych estetyk. Raz, jak w "What Can It Take" - przypadkiem wprowadzi słuchacza w delikatny trans, ozdobiony typowym zaśpiewem saksofonu, to znów w "Greek Honey Slick" postara się nieco bardziej zaakcentować sekcję dętą. Sporą rolę na tym wykrojonym ze skrawków materiale odgrywają rozmaite perkusjonalia. Warstwa rytmiczna została tutaj odmalowana na wszelkie możliwe sposoby. Świetnie zabrzmiał leniwy "Fall In Flowers", gdzie udało się wykreować ciekawą przestrzeń. Moim ulubionym fragmentem od pierwszego przesłuchania został "Did You Know" - leniwy, intymny, jedwabny w brzmieniu, z gościnnym udziałem wokalistki Momoko Gill, której barwa głosu przypomniała mi Martinę Topley-Bird, z czasów, kiedy ta asystowała Trickyemu. Sporo na tym najnowszym opublikowanym wczoraj materiale ciepłego zamszowego dotyku, jeszcze więcej sprytnego minimalizmu, wyrażającego się w swobodnych szkicach lub powtarzanych motywach, w oparciu o które powstało te dwanaście odsłon. Siłą poprzedniego wydawnictwa "Gold" był właśnie taki intymny, jedwabny nastrój i nieco bardziej rozbudowane partie wokalne Przyznam, że z radością i z łatwością zanurzyłem się w alabastrowy świat Agnusa Fairbairna, gdyż dobrze słucha się tych jazzowych rubieży, ale tym razem do pełni szczęścia czegoś ewidentnie zabrakło.

(nota 7-7.5/10)


 


Na dobry początek Waszej ulubionej sekcji jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich dni, Mike Gale i śliczny (najlepszy) fragment z wydanej wczoraj płyty "Thanks For Always Waving".



Kolejną śliczną pieśń znajdziecie na opublikowanej wczoraj płycie "Bear In Town", zespołu Spirit Fest, który tworzą połączone siły zaprzyjaźnionych muzyków Mata Flowera, członków grupy Tenniscoasts, i najbardziej znanego w tym składzie Markusa Achera z formacji The Notwist.



Jak z rękawa szaty czarodzieja sypnęło wczoraj nowymi płytami. Prosto ze swojego studia - Topanga Canyon - zaśpiewa dla Was amerykański muzyk Jonathan Wilson, to fragment z jego najnowszej płyty "Eat The Worm".



Twórca własnego zestawu "Banjo 6500" - Mike Savino, ukrywający się pod szyldem Tall Tall Trees, przy pomocy znanego producenta Kramera, wspominałem o nim na blogu, opublikował wczoraj album "Stick To The Mystical I". 



Kiedy zaglądam do moich notatek, widzę całkiem wyraźnie, że dzień szóstego października będzie obfitował w potencjalnie ciekawe muzyczne premiery. Oto jedna z nich, grupa Genn i fragment z debiutanckiego albumu "UNUM".



Formacja Blonde Redhead nie zamierza czekać do szóstego października, tydzień wcześniej opublikuje swoje najnowsze dzieło zatytułowane "Sit Down For Dinner".



Przyznam, że lubię grupę Mutual Benefit, dlatego cierpliwie poczekam do... szóstego października, kiedy to ukaże się ich album zatytułowany "Growing At The Edges". Póki co mamy singiel promujący to wydawnictwo.



I tak płynnie przechodzimy do sekcji improwizowanej, gdzie na dobry początek zajrzymy na wydaną w ubiegłym tygodniu płytę niemieckiego kolektywu Muito Kaballa - "Like A River".



Wspomniana dziś wcześniej amerykańska grupa Black Market Brass opublikowała wczoraj album zatytułowany "Hox". Oto mój ulubiony fragment.



Również wczoraj ukazała się najnowsza propozycja grupy Irreversible Entanglements - "Protect Your Light", czyli Moor Mother i koledzy oraz koleżanki zanurzeni w strumieniu jazzowej improwizacji.



 

Na koniec zajrzymy na wydaną wczoraj płytę naszego dobrego znajomego Matthew Halsalla zatytułowaną "An Ever Changing View", który wciąż dogrywa się z nowym zespołem.






sobota, 8 lipca 2023

JULIE BYRNE - "THE GREATER WINGS" (Ghostly International) "Pomiędzy listem miłosnym a trenem"

 

      Podejrzewam, że twórczość bohaterki dzisiejszej odsłony bloga jest bardzo słabo znana w naszym rozdartym podziałami kraju. Całkiem możliwe, że wydana wczoraj, trzecia w dyskografii płyta - "The Greater Wings" - amerykańskiej wokalistki może odrobinę zmienić ten przykry dla niej stan rzeczy. Tak się złożyło, że jest to z pewnością najlepszy album w jej skromnym wciąż dorobku. Tematycznie, podobnie jak nasza ojczyzna, również rozdarty pomiędzy wspomnieniami bliskiej osoby, a żalem spowodowanym niespodziewaną stratą. Szkielet większości z tych dziesięciu kompozycji, które wypełniły to spójne i udane wydawnictwo, powstał jeszcze przy współudziale Erica Littmanna. Ten ostatni - dawny kochanek, były partner, i przede wszystkim przyjaciel Julie Byrne, zmarł nagle w czerwcu 2021 roku, a od jesieni 2020 roku tworzył, początkowo w trybie korespondencyjnym, kolejne utwory "The Greater Wings".



Julie i Eric poznali się w 2014 roku, w Austin, podczas trwania festiwalu "SXSW". Szybko nawiązali sympatyczną relację, którą w kolejnych miesiącach sukcesywnie pogłębiali. Efektem ich współpracy był drugi w dorobku album Byrne zatytułowany "Not Even Happiness" (2017), wydany przez znaną oficynę Ba Da Bing Records, który wyprodukował Eric Littmann. "Dla mnie to miasto jest piekłem (...) Żegnaj kochanie" - śpiewała Byrne w  "Follow My Voice", jakby przeczuwała nadejście przyszłych wydarzeń. Ta kompozycja została zamieszczona na poprzednim albumie, pełnym wspomnień z licznych podróży autorki (Kolorado, Seattle,  Nowy Orlean, Pittsburgh, Northampton, Chicago) oraz zainspirowanym twórczością Franka O'Harry, Kennetha Patchena i Adrienny Rich. 

Nasza dzisiejsza bohaterka pochodzi z muzycznej rodziny, jej ojciec grał na gitarze i dorabiał występując co tydzień na uroczystościach weselnych. Jako nastolatka Julie porzuciła rodzinne strony (Buffalo) i początkowo przeniosła się do Chicago, gdzie pracowała w sklepie spożywczym. Później jako miłośniczka natury, próbowała pogodzić studia na kierunku ochrona środowiska, z pracą strażnika w Central Parku. Wspomnienie z tamtego okresu znalazły swoje odzwierciedlenie w kolejnych kompozycjach. W wolnym czasie słuchała płyt Vashti Bunyan czy Joni Mitchell, pilnie ćwiczyła techniki gry na gitarze podpatrzone u ojca, i tworzyła pełne tęsknoty lub zamyślenia indie-folkowe pieśni.

Nie da się ukryć, że najnowsze dzieło amerykańskiej artystki "The Greater Wings", wiąże się z także z przykrym doświadczeniem i poczuciem osobistej straty. Jednak jak podkreśla Julie Byrne: "Większość pomysłów pochodziło z życia, naszego wspólnego życia, a nie ze śmierci czy żalu". Wspomniane przez mnie wcześniej szkielety kompozycji opracowane przez duet Byrne/Littmann, po trwającym pół roku zwieszeniu prac nad albumem, wrzucił na warsztat Alex Somers (współpracował z Sigur Ros czy Julianną  Barwick). W ten sposób powstał ciekawy album, stworzony w oparciu o skromne i niezbyt rzucające się w uszy aranżacje. A to nieco żwawiej odezwie się gitara, to partia skrzypiec rozpisana przez Jake'a Falby podkreśli szczególny moment, to znów dadzą o sobie znać struny harfy lub chórek w osobie Nadii Hulett - z takich właśnie drobin stworzono to eteryczne wydawnictwo. 

Trudno tutaj wyróżnić jakiś pojedynczy utwór, wybrać tylko jeden znaczący fragment - cudownie rozmarzony "Summer's End" brzmi tak, jakby mieniły się w nim przezroczyste kryształy, okruchy końca lata. Najbardziej intymny, a zarazem delikatny, wydaje się być wieńczący całość "Death Is The Diamond". W "Conversation Is A Flowstate" nieco bardziej wyeksponowano głos Julie Byrne. Jej zamglona barwa przypomniała mi tu i ówdzie ton brytyjskiej nieco mniej znanej wokalistki Chloe March (intrygująca płyta "Nights Bright Days"). W tekstach przewija się tematyka żałoby po odejściu przyjaciela: "Nazwij mój smutek, żeby pozwolić mu śpiewać", ale nie jest to dojmujący czy przygnębiający żal, tylko ciepły strumień pokrzepiających w gruncie rzeczy wspomnień; po części też rodzaj prywatnych wyznań: "Ta noc, w starym hotelu, kiedy uczyłam się ciebie na pamięć...", rozpisana na dziesięć odsłon próba pożegnania. W tej perspektywie płyta "The Geater Wings" jest również gustowną pamiątką, "świadectwem chwil, które wydarzyły się między nami" - jak trafnie podsumowała ten krążek Julie Byrne.

(nota 8/10)

 


Wspomniałem w tekście postać brytyjskiej wokalistki Chloe March, powróćmy zatem choć na chwilę do jej opublikowanej kilka lat temu płyty "Nights Bright Days".



Trzeba przyznać, że Anhoni powoli odzyskuje dawną dobrą formę, co udowadnia wydana wczoraj płyta "My Back Was A Bridge For You To Cross".



Blonde Redhead nowym singlem zatytułowanym "Snowman" (był kiedyś taki polski zespół o tej nazwie), zapowiada płytę "Sit Down For Dinner", premiera 29 września.



Cudownie rozmarzony Sam Burton nie może się doczekać wydania albumu "Dear Departed", który ukaże się 14 lipca, a więc już za tydzień. Oto jeden z singli promujących to wydawnictwo.



Thala to niemiecka artystka rezydująca w Berlinie, wczoraj ukazała się jej płyta "In Theory Depression". Wybrałem z niej taką oto kompozycję.



Wczoraj ukazała się płyta brytyjskiej grupy Unloved zatytułowana "Killing Eve'r - Ode To The Lovers". Oto jeden z ciekawszych utworów.



Całkiem możliwe, że to właśnie do tej kompozycji - "Go Zero Sutie Pt.2" - w ostatnich dniach wracam najczęściej. Promuje ona wydawnictwo "Go Zero", brytyjskiej grupy, o jakże dźwięcznej nazwie - The Holy Family, które ukaże się 21 lipca. Nie mogę się doczekać. Znakomite nagranie!!



Skoro na kortach Wimbledonu grają pomimo deszczu, to i w dzisiejszej odsłonie bloga musi znaleźć się jakiś londyński akcent. Wczoraj ukazała się płyta "Rain Before Seven" (przypadek?), brytyjskiej grupy Penguin Cafe. Wybrałem dla Was temat otwierający to wydawnictwo, czyli... "Welcome to London".



W kąciku improwizowanym zajrzymy na najnowszą płytę Matthew Halsalla zatytułowaną "An Ever Changing View", premiera 8 września.



Na zakończenie dzisiejszej odsłony przeniesiemy się do Izraela, skąd pochodzi Jimi Prasad Orchestra. Wczoraj ukazała się ich nowa płyta - "Help With Your Heart", która tak się rozpoczyna.






sobota, 17 czerwca 2023

BODYWASH - "I HELD THE SHAPE WHILE I COULD" (Light Organ Records) "Kąpiel dźwiękowa"

 

    Shoegaze to nurt muzyczny, który powstał gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych na Wyspach Brytyjskich. Ponoć nazwa ta przewijała się w środowisku dziennikarzy modnego niegdyś czasopisma "New Musical Express", którzy zwrócili uwagę na to, że gitarzyści nowych młodych zespołów mają skłonność, żeby patrzeć pod stopy, gdzie spoczywały zestawy efektów gitarowych. Charakterystyczne brzmienie, stworzone w oparciu o tony przesterowanych gitar i eteryczne nieco wycofane ścieżki wokalne, szybko znalazło spore grono odbiorców. Trzeba przyznać, że nurt ten oraz reprezentujące go formacje miał lepszy lub gorszy czas, ale nigdy nie popadł w całkowite zapomnienie. Młodzi artyści kolejnych pokoleń wciąż chętnie sięgają po płyty Slowdive (wrócili po wielu latach przerwy w zaskakująco dobrej formie), My Bloody Valentine, Jesus And The Mary Chain czy Ride (wydaje się, że albumy tego ostatniego zespołu zestarzały się najbardziej). Nic więc dziwnego, że młody Brytyjczyk, przebywający na emigracji w Kanadzie - Chris Steward - w ramach podtrzymania brytyjskiej gitarowej tradycji, również próbował zarazić shoegaze'owym duchem swoich kolegów ze studiów. Pośród tego niewielkiego grona, skupionego wokół Uniwersytetu McGill (Montreal), była także urocza koleżanka - Rosie Long Decter.



Debiutancki album zatytułowany "Comforter" (2019), nagrany w pięcioosobowym składzie, wydano dzięki uprzejmości oficyny Luminelle Recordings. Zawierał dziewięć spójnych utworów utrzymanych w dreampopowej/shoegazowej stylistyce, które dostrzegli i docenili recenzenci portali muzycznych. Jednak wokalista i autor większości kompozycji Chris Steward nie wspomina tamtego okresu szczególnie dobrze. W wywiadzie podkreślał, że następne kompozycje rodziły się w bólach, brakowało pieniędzy, inwencji oraz chęci, i sam się dziwi, że ostatecznie udało się opublikować ten materiał.

 Na kolejne wydawnictwo oznaczone nazwą Bodywash przyszło czekać długie cztery lata. Płyta "I Held The Shape While I Could" powstawała w modnym obecnie trybie korespondencyjnym, jako pliki dźwiękowe przesyłane drogą mailową, z komputera Stewarda na laptop Rosie Long Decter, bowiem z dawnej radosnej piątki młodzieńców ostał się jedynie duet. Ma to swoje dobre strony, gdyż dzięki temu wkład Rosie Long Decter w rozwój poszczególnych kompozycji zyskał na znaczeniu. Poza tym, w wielu utworach jako dominujący pojawia się jej eteryczny głos, który bardzo dobrze odnajduje się w tej stylistyce. Niejako w cieniu powstawania najnowszych piosenek pojawia się przykra osobista historia Chrisa Stewarda. Oto w wyniku urzędniczej pomyłki i biurokracji panującej w Montrealu, został on pozbawiony prawa do pracy. Zmęczony i zniechęcony kolejnymi nieudanymi próbami poprawy swojej sytuacji, zabijał czas tworząc kolejne utwory. 

I tak właśnie "Massif Central" opowiada o żmudnych zmaganiach z głuchymi na prośby petentów kanadyjskimi urzędami. Powtarzający się motyw mglistego, i dość dziwnego otwarcia - "In As Far" - powstał na komputerze Rosie Long Decter, i został szybko przesłany do Stewarda, który odsłuchał ten fragment przebywając w berlińskiej kawiarni. W takim właśnie trybie prób, odsłuchów, długich rozmów i konsultacji, powstawał materiał zawarty na krążku "I Held The Shape While I Could". Ten zestaw nagrań można podzielić na dwie zasadnicze części - odsłony piosenkowe, ozdobione wokalizą Rosie Long Decter oraz nieobecne na poprzednim wydawnictwie eksperymentalne, czy też ambientowe oblicze. W przypadku tych  drugich onirycznych pejzaży, w ruch poszła wyobraźnia, gitary i syntezatory z lat 90-tych. 

Brytyjsko-kanadyjska para ma spory potencjał i niemały talent do tworzenia przyjemnych rozmarzonych melodii. W urokliwym i wpadającym w ucho "Pictures Of You" wokalistka wspomina dawnego kochanka, podobnie lekko brzmi "Kind Of Light", nawiązujący stylistycznie do innego, o wiele bardziej znanego duetu, czyli do Beach House. Tym razem Kanadyjczycy zdecydowanie zmniejszyli moc podmuchu gitar, choć najbardziej dynamiczny w tej części płyty "Sterlizer", napędzony został zgrabnym riffem. Podobnie dobrze brzmi wyjątkowo udana końcówka wydawnictwa, "Patina" oraz utrzymany w duchu późnego Cocteau Twins "No Repair". Ambientowe podłoże "Dessents" i "One Day Clear" stanowią niezłą odskocznie i ciekawą propozycję kanadyjskiego tandemu. Wydaje się jednak, że można było nieco większą uwagę skupić na odpowiednim uporządkowaniu playlisty tego albumu.

(nota 7/10)

 


Skoro padła nazwa Slowdive, warto by zgrabnie do niej nawiązać. Nowa płyta grupy ponoć jest w przygotowaniu, ale wokalistka grupy - Rachell Goswell - pojawiła się gościnnie na płycie zespołu Drab Majesty zatytułowanej "An Object In Motion", która ukaże się 25 sierpnia.



Pozostaniemy w podobnej stylistyce, chicagowska grupa Soft Kill na początku czerwca opublikowała najnowszy album "Metta World Peace". Wybrałem taki oto fragment.



I kolejny świetny przykład muzyczny w rytmie dla "tańczących inaczej", czyli grupa Tommorow Syndicate pochodząca z Glasgow, kompozycja z ostatniej wydanej niedawno płyty "Higher Resolution".



Sheogazeowa dama - Eloise Chamber - prosto z amerykańskiego miasta Boston, w króciutkiej kompozycji, którą znajdziecie na jej ostatnim wydawnictwie "Departure".



Reine Fiske - grupy The Amazing, Landberk, Morte Macabre, Paatos, Dungen - na gitarze grać potrafi. Ostatnio próbuje swoich sił w produkcji, jego najnowszym dziełem jest wydany wczoraj album "YAY!" norweskiego zespołu Motorpsycho. Tak kończy się ta płyta.



Nasza dobra znajoma z kilku wpisów na tym blogu Melanie de Biasio przerwała milczenie, i przypomniała o sobie nowym singlem, który promuje najnowsze wydawnictwo "IL Viaggio", premiera całości 13 października.



Kolejny dobry znajomy w "kąciku improwizowanym" to trębacz Matthew Halsall, album "An Ever Changing View" ukaże się 8 września.



Żaden zespół z Estonii jak do tej pory nie pojawił się na łamach tego bloga, najwyższy czas, żeby to zmienić. Siedmioosobowy kolektyw przyjął nazwę Soft Power i pod koniec maja opublikował album zatytułowany "Raw Bites".


Na koniec zostawiłem gorącą nowość, czyli wydany wczoraj album amerykańskiej artystki Meshell Ndegeocelli zatytułowany "The Omnichord Real Book". Podczas rejestracji kolejnych kompozycji, w studiu nagraniowym pojawiło się wielu zacnych gości: Jeff Parker, Jason Moran, Joel Ross, Brandee Younger. Jeszcze będę wracał do tego wydawnictwa.





 

sobota, 3 grudnia 2022

NIGHTSHIFT - "MADE OF THE EARTH" (Trouble In Mind Records) "Zwroty akcji"

 

    "Kocham takie zero-zero" - krzyczał przed laty do mikrofonu redaktor Mateusz Borek, podsumowując w ten sposób mecz Szkocja-Anglia. Miał rację. To było wspaniałe, pamiętne i trzymające w niezwykłym napięciu widowisko, pomimo braku bramek (na marginesie dodam, że kibicowałem Szkocji). Imponujące tempo gry, zaciekła bitwa o każdy centymetr boiska, zaskakujące zwroty akcji, i dawno nie oglądana w takim wydaniu nieustępliwość zawodników, zupełnie tak, jakby walczyli o coś więcej niż strzelenie gola lub zwycięstwo, jakby toczyli pojedynek na śmierć i życie. Oczywiście wszystkiego tego próżno szukać w grze desperacko broniącej się polskiej reprezentacji na mundialu w Katarze. Strategia trenera M. to przede wszystkim całkowite zaprzeczenie temu, czym jest futbol w wydaniu najlepszych drużyn świata. A przecież rozgrywają się mistrzostwa globu, a nie podwórkowe potyczki w "schorowanego dziada", który nie patrzy na śmigającą obok piłkę, tylko błagalnym wzrokiem zerka na sędziego, wyczekując ostatniego gwizdka. Oczy bolą i przykro patrzeć na te, w przybliżeniu, 711 nieudanych i żałosnych prób wyjścia z własnej połowy boiska, dalsze jego rejony pozostają głównie w sferze mglistych marzeń, na te 4, dosłownie cztery, celne strzały na bramkę, w ramach powiedzenia, że: "cel uświęca środki".  Najlepiej poczynania polskiej kadry podsumuje głos z zachodniej prasy - "Nie wiadomo, czy ktokolwiek pamięta inny zespół, który awansował robiąc tak niewiele, i grając tak, żeby nie grać".



Dlatego dziś w roli głównej wystąpi szkocki zespół Nightshift. O ich poprzedniej płycie "ZOE" napisałem kilka ciepłych słów, co dostrzegli członkowie grupy, umieszczając link do mojego wpisu na swoim Twitterze. Formacja z Glasgow wywodzi się ze środowiska post-punkowego, co słychać w ich oszczędnym, "punktowym" stylu gry, wykorzystania instrumentów, czy mówiąc ogólnie, w sposobie myślenia o kompozycji. Jednak w odróżnieniu od surowego, punkowego zaplecza, muzycy nie obawiają się, żeby od czasu do czasu sięgnąć po klarnet lub dać szansę na wypowiedź skrzypiec.

U zarania Nightshift znajdziemy duet Davida Campbella (gitara), i Andrew Doiga (bas), którzy sukcesywnie zapraszali do współpracy kolejnych muzyków. Warto wspomnieć, że wielu członków szkockiej grupy gra równolegle w innych  zespołach. I ten fakt słychać w ich twórczości. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że Nightshift nie mają przez to własnej tożsamości i skaczą po rozmaitych stylistykach niczym pasikonik po łące. Coś, co dla jednych wydaje się być wadą, w oczach pozostałych może być odbierane jako rozmyślna strategia oraz atut. Przy uważnym wsłuchaniu się, w ich  piosenkach można dostrzec trzy dość wyraźne, i niejako podstawowe, nurty lub style obecne na najnowszej płycie zatytułowanej "Made Of The Earth". Przede wszystkim jest to indie-rock, z pewną dozą nonszalancji i eksperymentowania, zadziorny post-punk, przywołujący skojarzenia z garażowym graniem, a także nieobecny na poprzedniej płycie, przynajmniej w takim wymiarze, psycho-folk.

Całość najnowszego albumu udanie rozpoczyna kompozycja "Hologram", punktowo grającymi gitarami oraz basem, z drobnymi akcentami klarnetu w rękach Georgii Harris (nauczycielka matematyki jako ostatnia dołączyła do zespołu), i motoryką przypominająca niektóre dokonania Talking Heads. We "Flower", niczym w trakcie dobrego meczu czy filmu, napotkamy pierwszy i nie ostatni zwrot akcji na tym wydawnictwie. W wokalizie i melodyce usłyszymy tu nawiązania do wczesnych płyt Stereolab. To ostatnie skojarzenia nie jest wcale takie najgorsze. Oto najbardziej doświadczony członek załogi Nightshift - David Campbell, przewinął się przez kilka składów, a przed laty grał chociażby u boku Simone'a Johnsa (Stereolab), w Imitation Electric Piano. Tytułowy utwór "Made Of The Earth", wita nas szeroką i zgrabnie wykorzystana przestrzenią, użycie instrumentów skrzypcowych wprowadziło w tej odsłonie płyty psychodeliczno-folkowy nastrój. Bardzo podobnie brzmi kończący album "The Painting You Lie With", także z aktywną rolą skrzypiec. Z kolei "Horseshoe" ma dla nas smakowitą i dość niespodziewaną przystawkę, w postaci miękkiego - jak na możliwości zespołu - indie-popowego brzmienia, które dopełniły pojedyncze tony klarnetu oraz utrzymany w podobnym charakterze "Souvenir". Na ostatniej płycie szkockiej grupy znajdziemy również i niestety kilka poważnych mielizn, jak chociażby "Trousers" czy "Stimuli" - zupełnie niepotrzebne fragmenty, ni to szkice, ni to zapisy z prób, banalne zarówno w wymowie, jak i w treści, nieudolnie nabazgrane na kolanie, które zaśmiecają listę odtwarzania tego, jakby nie patrzeć, udanego wydawnictwa.

(nota  7/10)

 


Pozostaniemy w Szkocji, bowiem właśnie stamtąd pochodzi Aidan Moffat, członek zespołu Arab Strap, który wczoraj pod pseudonimem Nyx Nott opublikował solowy album "Themes From". Płyta zawiera kompozycje będące ilustracją do różnych gatunków filmowych, takich jak: "thriller", "docudrama", "actioner", itd. Oczywiście wybrałem utwór noszący jakże zgrabny tytuł "Porno".




 Leila Moss to brytyjska wokalistka, znana z grupy The Duke Spirit - czytelnicy tego bloga powinni kojarzyć ją z projektu Lost Horizons - która 13 stycznia 2023 dzięki uprzejmości oficyny Bella Union opublikuje swój solowy album "Internal Working Model".



Kalla Brisella to niemiecka grupa pochodząca z Berlina, która za pośrednictwem wydawnictwa 
Tapete  Records kilka dni temu opublikowała singiel "News News News".



Z Montrealu pochodzi zespół DDWD, czyli Double Date With Death, ich najnowszy singiel zapowiada marcową premierę płyty zatytułowaną "Portraits".



Wrócimy do albumu Run Logan Run - "Nature Will Take Care Of You", o której wspominałem przed tygodniem. Szkoda, że wokalistka Annie Gardiner nie wystąpiła we wszystkich kompozycjach tego albumu. Oto kolejny mój ulubiony fragment, z wyborną końcówką.



Chris Holm, Oyvind Blomstrom, Kim Age Furuhang, czyli norweskie trio Orions Belte i fragment z ich niedawno wydanej płyty "Kim Age Furuhaug".




Wczoraj Matthew Halsall opublikował najnowszą epkę zatytułowaną "Changing The Earth", w składzie oprócz trębacza między innymi Matt Cliff (saksofon, flet), oraz wspomniana przez tygodniem harfistka Maddie Herbert.




sobota, 10 września 2022

CHIP WICKHAM - "CLOUD 10" (Gondwana Records) "Roger That"

 

    Postać Rogera Chipa Wickhama jest bardzo słabo znana nawet dla tych, którzy mają w zwyczaju uważnie oglądać okładki płyt, żeby sprawdzić, kto pojawił się w studiu podczas sesji nagraniowych. Nasz dzisiejszy bohater gościł we wnętrzu niejednego studia, aktywnie uczestniczył w rejestracji wielu albumów, reprezentujących różne gatunki muzyczne, od jazzu począwszy, przez funky, a na soulowych produkcjach skończywszy. Jednak żadna z tych płyt nie zdołała wypłynąć na szerokie wody, chociażby mizernej popularności. Długo to trwało, zanim "Chip" wreszcie postanowił wybić się na niepodległość, porzucić bezpieczne wdzianko muzyka sesyjnego i podpisać wydawnictwo tylko i wyłącznie własnym nazwiskiem. Z nadmorskiego Brighton przeniósł się do Manchesteru, nie tylko po to, żeby studiować, ale również, żeby rozwijać się jako artysta. To w mieście słynnych klubów piłkarskich poznał był Andy Votela, członków zespołu Nightmares On Wax, współpracował z prezentowanym na łamach bloga Dwightem Trible, i zapomnianym już dziś Badly Drawn Boyem, grał w orkiestrze kierowanej przez Craiga Charlesa - The Fantasy Funk Band. Spotkanie Z Matthew Halsallem i Natem Birchallem zaowocowało zacieśnieniem współpracy z tym pierwszym. Nic więc dziwnego, że Wickham pojawił się w składzie, który nagrał debiutancki album szefa oficyny Gondwana Records - "Sending My Love". Dalszą część biografii wypełniają podróże, jak ta do Hiszpanii, gdzie w mieście Madryt Roger Chip Wickham mieszkał przez dziesięć lat, założył tam grupę The Fire Eaters oraz The Madrid All-Stars, żeby ostatecznie przenieść się do stolicy Kataru. Zadebiutował w 2017 roku krążkiem "La Sombra", w tamtym okresie funkcjonował przede wszystkim jako flecista, i właśnie to był jego podstawowy oraz najchętniej używany instrument. Pozostawał pod wielkim wrażeniem gry Harolda Naive'a, słuchał płyt z udziałem Rolanda Kirka, pasjonował się jazzem modalnym oraz jego duchową odmianą, przyglądał się bliżej dokonaniom Pharoaha Sandersa i Yusefa Lateefa, któremu dedykował kompozycje "Mighty Yusef", zamieszczoną na wydawnictwie "Blue to Red" (2020). W maju tego roku przypomniał o sobie epką zatytułowaną "Astral Traveling", stanowiącą próbę reinterpretacji nagrań Lonnie Listona Smitha z 1973 roku.

Szkoda, że nagrań z tej epki Wickham nie zdecydował się dołączyć do najnowszej dość krótkiej płyty "Cloud 10". Przyznam, że po przesłuchaniu tej ostatniej odczuwam pewien niedosyt. Chip Wickham pokazuje się tutaj jako przyzwoity kompozytor i niezły instrumentalista. To, co w pewnym sensie ratuje ten album, to jego różnorodność brzmieniowa oraz wiążąca się z tym obecność zaproszonych do studia gości. Na marginesie dodam, że "Estudios Brazil" mieszczące się w Madrycie, jest wyposażone w sprzęt analogowy. Przyjaciółka i stała współpracowniczka, harfistka Amanda Whiting (wydała w tym roku płytę "Lost In Abstraction"), w wyróżniającej się odsłonie zatytułowanej "Winter", świetnie odmalowała zimowy pejzaż, przy udziale perkusjonaliów oraz fletu. "Tubby Chase" pulsuje rwanymi, krótkimi akordami fortepianu, za którym zasiadł Phil Wilkinson. "Dark Eyes" - to miniatura, jak żywcem wyjęta z filmu noir. W "Lower East Side" w roli głównej znów mamy flet, pełen barw, ilustracyjny... i ... nagle urywający swoją opowieść. Reżyser dźwięku, z sobie tylko znanych powodów, zdecydował się wyciszyć to nagranie przed upływem trzech minut. "Stratosphere" brzmi jak nowy klasyk godnie reprezentujący szyld oficyny Gondwana Records, także za sprawą gry wibrafonisty Tony'ego Risco.

 Szybko mija czas w towarzystwie płyty "Cloud 10". To prawda. Być może nawet za szybko. W jej poszczególnych fragmentach nie znajdziemy, ani zapierających dech w piersiach solowych popisów, ani barwnych dialogów czy raptownych stylistycznych zwrotów. To, co z nami zostaje po przesłuchaniu tego krążka, to pewien specyficzny nastrój, sugestywna aura, którą raz lepiej, raz gorzej, udało się wyczarować przy pomocy: fletu, saksofonu, harfy, wibrafonu, flugelhornu, fortepianu oraz perkusji, za zestawem której świetnie się odnalazł Jon Scott, znany ze składu Mulatu Astatke. A wspomniany przeze mnie wcześniej niedosyt, cóż... pewnie pozostanie. Zawsze można spróbować nieco go rozmazać, wracając do albumu "Cloud 10" po raz kolejny.

(nota7/10)

 


Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta "Earth Visions Of Water Spaces" żeńskiego duetu Tan Cologne, rodem ze stanu Nowy Meksyk. Wybrałem dla Was taką oto kompozycję.



Hermanos Gutierrez nie mieszkają obecnie w stanie Nowy Meksyk, tylko w Zurychu, gdzie wraz z szefem wytwórni "Easy Eye Sound" - Danem Auerbachem - 28 października opublikują album "El Bueno Y El Malo".



Sporo nowości płytowych ukazało się w piątek. Jedną z nich jest album "The Dance" wokalistki Nicole Schneit, ukrywającej się pod szyldem Air Waves, z gościnnym udziałem Cassa McCombsa, Skylera Skjelesta (z grupy Fleet Foxes), czy Luke'a Templa.



Z Harrogate w Anglii pochodzi Niall Summerton, który kilka dni temu podzielił się ze światem takim oto singlem.



Odrobina gitar z Manchesteru, który, jak widać i słychać, nie rozbrzmiewa tylko "duchowym jazzem". Właśnie z tego miasta pochodzi grupa Gorgeous Bully, która niedawno opublikowała album "Paint".


Z Los Angeles w stanie Kalifornia pochodzi kolejny żeński duet OHMA, który wczoraj wydał album zatytułowany "Between All Things".



W kąciku improwizowanym fragment niedawno wydanej płyty "The Path", kanadyjskiej formacji The Cookers Quintet.





niedziela, 28 sierpnia 2022

NAT BIRCHAL UNITY ENSEMBLE - "SPIRITUAL PROGRESSONS" (AAOS) "Nie mam za czym się schować"

 

    "Dla mnie najlepsza muzyka zawsze będzie grana w czasie rzeczywistym przez artystów, którzy nadają na tych samych falach, i ciągle wchodzą ze sobą w interakcje" - tyle na dobry początek nasz dzisiejszy główny bohater - Nat Birchall. Brytyjski saksofonista pojawiał się na łamach tego bloga już nieraz, czy to przy okazji solowych dokonań, czy jako gość specjalny podczas sesji nagraniowych, chociażby tych z udziałem jego młodszego kolegi, Matthew Halsalla, szefa wytwórni Gondwana Records. O tym drugim muzyku jeszcze dziś wspomnę w dalszej części tekstu. Tak się złożyło, że obydwaj panowie na ten sam dzień wyznaczyli datę premiery swoich najnowszych wydawnictw. Drobna różnica polega na tym, że album "Spirtual Progressions" wydaje się być krążkiem dużo lepszym, niż krótka epka trębacza z Manchesteru.

Można zaryzykować twierdzenie, że właściciel oficyny Gondwana Records, odkrył talent Nata Birchalla na nowo, bowiem mało kto pamiętał debiut płytowy tego saksofonisty z 1999 roku zatytułowany "The Sixth Sense". Dokładnie dziesięć lat później Birchall zadebiutował w wytwórni Halsalla albumem "Akhenaten", który zawierał cztery długie kompozycje. U boku saksofonisty na fortepianie zagrał wtedy Adam Fairhall ten sam, który przy okazji sesji nagraniowych "Spiritual Progressions" kładł palce to na białe, to znów na czarne klawisze. Nat Birchall lubi otaczać się sprawdzonymi w boju muzykami, których grę dobrze czuje, i z którymi łączą go subtelne nici porozumienia, bowiem to właśnie one są gwarancją powstania kolejnych udanych kompozycji. "Moja muzyka jest bardzo prosta - harmonicznie, melodycznie, dlatego muszę grać z jak największym przekonaniem, bo nie mam za czym się schować". Gdybyśmy bliżej wniknęli w personalia osób zaproszonych do studia przy okazji nagrywania kolejnych płyt Birchalla, odkrylibyśmy, że najczęściej (dość sporadycznie, jeśli w ogóle) mistrz saksofonu wymienia sekcję rytmiczną. Przy tej wymianie nasz dzisiejszy bohater zwraca baczną uwagę na to, żeby basista i perkusista grali już ze sobą wcześniej. W przypadku Unity Ensemble było podobnie. Pochodzący z Irlandii Północnej, a zamieszkały obecnie w Leeds, basista Michael Bardon występował u boku perkusisty Paula Hessiona przy okazji wspólnego muzykowania w trio Jaktar. Z kolei urodzony w Leeds Paul Hession znany jest, co bardziej wnikliwym, ze składu grup Dereka Baileya, Joe McPhee, Otomo Yoshide. Ostatnie płyty Nata Brichalla, jak chociażby "Ancient Africa" (2021), były również próbami pokazania tego wciąż mało znanego, przynajmniej w naszym kraju, muzyka jako multiinstrumentalisty. Starając się jakoś odnaleźć w czasie pandemii oraz warunkach izolacji, Birchall zagrał tam na ulubionym tenorze, klarnecie, fortepianie i perkusji. Na szczęście w trakcie prac nad krążkiem "Spiritual Progressions" przypomniał sobie o dawnych znajomych, z którymi grał niegdyś w kwintecie. 

Najnowsze wydawnictwo, podobnie jak debiut Birchalla z 2009 roku dla oficyny Gondwana Records, również zawiera cztery kompozycje, czasem trwania oscylujące w okolicach 10 minut. Całość wyjątkowo udanie rozpoczyna "Unity", a potem... cóż, potem jest już tylko lepiej. Do naszych uszu przyklejają się dźwięki dzwoneczków i rozmaitych perkusjonaliów, a także innych egzotycznych i mało znanych instrumentów. I jak tu nie wierzyć w edukacyjną siłę muzyki, skoro przy okazji odsłuchiwania tego krążka, poznałem tak rzadko używane, przynajmniej w Europie, instrumenty jak: mbira, balafon czy gunibri. Szkoda tylko, że brytyjski saksofonista nie zdecydował się użyć ich w nieco szerszej formule, bo to właśnie wyżej wymienione instrumenty, dograne już na kolejnych  etapach produkcji, mocno wzbogaciły brzmienie tego albumu. Fortepian Adama Fairhalla, absolwenta Leeds College Of Music, zabiera nasze skojarzenia do płyt Johna Coltrane'a, bez trudu przenosi nas prosto do krainy muzyki improwizowanej, która okres swojej świetności przeżywała w latach 60-tych ("Jazz był wtedy osobisty i prawdziwy" - stwierdził McCoy Tyner). Te charakterystyczne "rzucane akordy", te rozpostarte szeroko szpony pianisty oraz sprawnego improwizatora, który niemal w każdej z odsłon najnowszego albumu Birchalla zostawił swój wyraźny podpis. Ten ostatni, jak mało który współczesny artysta, nie tylko doskonale czuje, ale także rozumie ducha tamtej epoki. Dziś chyba nikt o takim sposobie granie na napisze, że to "anty jazz", jak w magazynie Down Beat, z 23 listopada 1961 roku, dziennikarz podsumował ówczesne poczynania Johna Coltrane'a.

Moją ulubioną kompozycją z płyty "Spiritual Progressions" od pierwszego przesłuchania stała się odsłona zatytułowana "Lokumbe". W jej wstępie muzycy skupieni wokół szyldu Unity Ensemble ukazują nieco bardziej etniczny charakter, niż w pozostałych fragmentach. Znów dają o sobie znać egzotyczne instrumenty, jak chociażby ten zachodnioafrykański, pochodzący z rodziny idiofonów, czyli balafon. Gra Birchalla przynosi kojące ciepło, jego saksofon rozbrzmiewa, jak chyba nigdzie indziej, "darem wewnętrznej wolności", ofiarowuje spokój, afirmuje jasną stronę życia, i zabiera nasze myśli zdecydowanie bliżej dokonań Pharoaha Sandersa. Mnóstwo tu sączących się delikatnie tonów, definiujących na nowo ten wspaniale brzmiący akustyczny jazz. Tytuł może stanowić nawiązanie czy też wspomnienie amerykańskiego trębacza Hannibala Lokumbe, znanego ze składu Gila Evansa. Birchall to wielki fan i kolekcjoner dawnych winylowych płyt. W pierwszych taktach "Nile Valley" usłyszymy kolejny egzotyczny instrument - gunibri, rodzaj lutni popularnej w Senegalu. Kontrastujące ze swoimi poprzednikami nieco cięższe akordy mogą przywoływać obrazy karawany wolno przemieszczającej się po rozgrzanym piachu. Kolejne jej kroki odmalowuje fortepian, szarpnięcia kontrabasu, co dobitnie pokazuje, jak świetnie zgrany zespół powołał do życia Nat Birchall. W kończącym dzieło "Sun In The East" rozbrzmiewa partia fletu, a liryczne ornamenty saksofonu znów odsyłają do płyt Pharoaha Sandersa czy Charlesa Lloyda. 

Zamiast fragmentu z tej płyty, którą oczywiście proponuję odsłuchać w całości, raz, drugi i trzeci..., przewrotnie zabrzmi jedna z moich ulubionych kompozycji z udziałem Nata Birchalla. Może to skłoni Was do odszukania "Spiritual Progressions", jeśli nie na sklepowych półkach, to na platformach streamingowych.

(nota 8/10)


 


W kąciku deserowym pojawi się jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich dni. Fragment płyty "Earth Visions Of Water Spaces", duetu Tan Cologne, której premiera przewidziana jest na 9 września. Pod nazwą ukrywają się dwie panie - Lauren Green oraz Marisa Macias.



A jak brzmią połączone siły grupy The National oraz Bon Ivera? Proszę bardzo.



Na moment przeniesiemy się do Japonii, którą odwiedzamy bardzo rzadko. Właśnie stamtąd pochodzi grupa Mass Of The Fermenting Dregs, która całkiem niedawno opublikowała album "Awakening : Sleeping".



Również z Japonii pochodzi formacja Minami Deutsch, która wydała płytę "Fortune Goddies".



Julianna Barwick przypomina o sobie gościnnymi występami u boku grupy Four Horses. Piosenka pochodzi z nadchodzącej płyty "A Nurse To My Patience".



Wspomniany wcześniej Matthew Halsall wkrótce skończy 39 lat, i pewnie z tej okazji zrobił sobie muzyczny prezent, publikując najnowszą epkę zatytułowaną "The Temple Within".



Jak już pewnie wiecie, w minionych dniach, w wieku 39 lat, pożegnaliśmy Jaimie Branch. Oto fragment jednego z jej ostatnich wcieleń.



Na zakończenie dzisiejszej odsłony bloga... raz jeszcze wystąpi nasz główny bohater.




sobota, 16 lipca 2022

JASMINE MYRA - "HORIZONS" (Gondwana Records) "Jazzowa kraina łagodności"

 

    "Wpływ techniki na sztukę (...). Ci sprzed longplayów mieli zaledwie trzy minuty na nagranie. Teraz przychodzi taki cwaniak jak Stan Getz, i rąbie ci przez dwadzieścia pięć minut przed mikrofonem, może pokazać, co chce, wszystko, co ma najlepsze. Biedny Bix (Beiderbecke) musiał zadowolić się jedną solówką, i tyle, jeszcze się nie rozgrzali - ciach i już po krzyku. Co to musiała być za męka, nagrywanie..." - napisał w 1963 roku Julio Cortazar, w kultowej powieści "Gra  w klasy". Jak później się okazało czas trwania jednej strony winylowej płyty również stanowił ograniczenie dla swobodnej wypowiedzi wielkich improwizatorów. I, dajmy na to, taki Cecil Taylor musiał cierpliwie poczekać do roku 1989, na upowszechnienie się nośnika CD, kiedy to zarejestrował swoje przełomowe dzieło Cecil Taylor European Orchestra "Alms-Tiergarten". Pierwszy krążek zawierał nagarnie "Involution/Evolution", trwające 58 minut 51 sekund, zaś druga płytka CD zatytułowana "Weight-Breath-Sounding Trees" czasem trwania przekraczała godzinę i trzy minuty.

Bohaterka dzisiejszego wpisu - Jasmine Myra - raczej nie potrzebuje godziny, żeby zarejestrować jedną kompozycję. Jej najnowszy album "Horizons" zawiera osiem urokliwych odsłon, które czasem trwania zamknęły się w niespełna trzech kwadransach. W poszczególnych fragmentach płyty nie znajdziemy zbyt wiele momentów swobodnej improwizacji. Brytyjska kompozytorka, saksofonistka i flecistka przede wszystkim jako cel postawiła sobie zbudowanie specyficznego nastroju, i trzeba przyznać, że wyszła z tej próby obronną ręką. W 2017 roku ukończyła konserwatorium muzyczne w Leeds, a już dwanaście miesięcy później wybrano ją do udziału w programie Jazz North Introduces, którego zadaniem jest udzielanie wsparcia dla młodych angielskich twórców. Jej talent został zauważony przez szefa wytwórni Gondwana Records - Matthew Halsalla, który zaproponował jej podpisanie kontraktu płytowego.

Album "Horizons" rozpoczyna się od dwóch kompozycji: "Prologue" oraz tytułowej "Horizons" - pierwotnie tworzyły one jedną całość, na potrzeby płyty rozdzielono te dwa utwory, a pierwszy z nich znakomicie wprowadza słuchacza w specyficzny klimat tego wydawnictwa. Dźwięki fletu, skrzypiec, gitary i fortepianu są niczym kolory na palecie malarza impresjonisty. Od pierwszych chwil zwraca na siebie uwagę specyficzna delikatność poszczególnych  tonów, miękkość subtelnych motywów, które tworzą kolejne utwory. Innymi słowy czuć w tym wszystkim smukłą kobiecą rękę. Przy okazji "Horizons" odnotowujemy nieznaczne przyspieszenie tempa również za sprawą, co warte podkreślenia, świetnie zrealizowanej perkusji. Szkoda tylko, że ta ostatnia odzywa się na całym albumie stosunkowo rzadko. Wiele z jego najlepszych fragmentów niesie wraz z sobą wyczuwalny filmowy charakter. W "1000 Miles" do głosu dochodzi harfa w rękach Alice Roberts, stałej współpracowniczki oficyny Gondwana Records, która pojawiła się na sesjach nagraniowych i płytach Matthew Halsalla, producenta albumu "Horizons". W tej części płyty saksofon Jasmine Myra przypomniał mi melodykę ostatnich dokonań Juri Honinga. Terytorium, po którym porusza się brytyjska artystka to zdecydowanie "jazzowa kraina łagodności". Nie dziwi więc specjalnie fakt, że kompozytorka z Leeds woli unikać karkołomnych niekiedy solowych popisów. Spokojnie i precyzyjnie wykorzystuje poszczególne instrumenty, rozwija kolejne wątki opowieści, dając pograć zaprzyjaźnionym muzykom. Napisana tuż po śmierci babci autorki "Words Left Unspokoen" - to piękna harmonia dźwięków harfy i fortepianu, wzbogacona ornamentami skrzypiec (Isabell Baker, Lisa Natusno). Kto wie, czy to właśnie ten ostatni instrument nie jest dyskretnym bohaterem tego wydawnictwa. Wykorzystanie sekcji smyczkowej dodało polotu, gładkości i głębi. "Morningtide" według deklaracji artystki miał stanowić ukłon w stronę twórczości Kenny Wheelera. Jak zwykle przy okazji wydawnictw oznaczonych logo Gondwana Records - wspominałem już o tym przy wielu okazjach - mam poczucie niedosytu, jeśli chodzi o grę pianisty. Zbyt mało tutaj fortepianowych akcentów, zbyt mało wyrafinowanych, barwnych i zapadających w pamięć niespiesznych wędrówek po czarnych i białych nutach czy ćwierćnutach, i jeden rodzynek w postaci wieńczącego całość "New Beginnings", gdzie wkład pianisty Jaspera Greena słychać nieco bardziej, z pewnością tego nie zmieni.

(nota 7-7.5/10)

 


Dodatki, dodatki, dodatki -  a w nich na początek skoczna piosenka Jacksona Phillipsa z miasta Los Angeles, który ukrywa się pod szyldem Day Wave.


Chodząca ostatnio za mną piosenka "Ice-9" grupy Bug Teeth, nazwa utworu została zaczerpnięta z prozy Kurta Vonneguta - "Kocia kołyska".



Prezentowałem kiedyś twórczość Benedicta Kupstasa, ukrywającego się również pod nazwą Field Guides, pora na fragment z jego ostatniej, trzeciej w dorobku płyty zatytułowanej "Ginkgo".



Wokalista grupy The Head On The Heart, czyli Josiah Johnson i fragment jego solowej twórczości, najnowszy singiel "You Had One Job", który ukazał się nakładem prestiżowej oficyny Anti-records.



Jakiś czas temu recenzowałem debiutancką płytę grupy Constant Follower, zajrzyjmy na chwilę na ich koncert.



Przyznam, że czekam na krążek saksofonisty Chipa Wickhama - "Cloud 10", który 9 września ukaże się dzięki uprzejmości oficyny... jak myślicie, jakiej? Oczywiście Gondwana Records. Póki co pokazał się ten pełen uroku singiel.






sobota, 11 grudnia 2021

NOUS WITH LARAAJI AND ARJI OCEANANDA - "CIRCLE OF CELEBRATION" (Our Silent Canvas Records) "Terapia dźwiękiem"

 

    W dzisiejszej odsłonie bloga nie pojawi się jakaś super gorąca premiera - od ukazania się tego albumu upłynęły mniej więcej cztery tygodnie - ale za to bardzo oryginalna oraz intrygująca propozycja. Jeszcze godzinę temu ponownie sprawdziłem polskie strony internetowe, bo nie chciałem uwierzyć, że o płycie "Circle Of Celebration" nie ma żadnej dłuższej i poważnej wzmianki (zagraniczne portale odnotowały ten krążek, wystawiając bardzo pochlebne recenzje). Z drugiej strony, takie wydawnictwo łatwo przegapić, kiedy ujrzy się pod nim notkę w stylu "world music" albo odtworzy jego fragment, który akurat tego dnia nie przypadnie nam do gustu. Okładka utrzymana w optymistycznym pomarańczowym odcieniu - nie znam się na kolorach - szczególnie nie przyciąga i tak już zmąconego wzroku. Mam jednak nieodparte wrażenie, graniczące z pewnością, że ową okładkę gdzieś już wcześniej widziałem. I całkiem możliwe, że usłyszałem także drobny wycinek z tej płyty. Na całe szczęście wróciłem do tego krążka, w bardziej korzystny czas, i potraktowałem jego zawartość z należytą uwagą i namysłem. Gdyż tego właśnie od słuchacza wymaga płyta "Circle Of Celebration". Za poświęcony czas rewanżuje się sporą dawką piękna, drobinkami radości oraz pozytywnymi wibracjami, które długo krążą w organizmie odbiorcy.



Pod szyldem Nous ukrywa się Christopher Bono - producent, klawiszowiec i wokalista (niegdyś grał w grupie Ghost Against Ghost), który jakiś czas temu powołał do życia ten siedmioosobowy kolektyw. Wspomniana wyżej "szczęśliwa siódemka" stanowi coś w rodzaju twardego rdzenia, ale skład jest dość płynny, i potrafi rozrosnąć się nawet do kilkudziesięciu muzyków obecnych na scenie. Z tych nieco bardziej znanych artystów warto wspomnieć Thora Harrisa (Swans), grającego tutaj na ksylofonie oraz na instrumentach, które zostały specjalnie przygotowane na czas trwania sesji, Shahzada Ismaily - współpracował z Bonnie Prince Billy, czy Laurie Anderson, zagrał na basie, Grega Foxa (Ex-Eye), elektronika, perkusja. Przy okazji sesji nagraniowych, które miały miejsce w Dreamland Studios w Huxley (północna część stanu Nowy York), Christopher Bono zaprosił piętnastu muzyków i trzech tancerzy. Owe sesje trwały przez pięć dni, szósta doba była dniem prób, a tydzień zamykały dwa występy na żywo. Pierwszym, który przyjął zaproszenie do tego zacnego grona, był Kevin McMahon - producent, inżynier dźwięku, potem pojawił się Anthony Molina, znany ze składu Mercury Rev. "Chciałem stworzyć projekt, który łączyłby w sobie jogę, medytację, uzdrawiające dźwięki oraz rozmaite koncepcje ezoteryczne" - oświadczył Christopher Bono. Muzykę, która pojawiła się w wyniku wymiany myśli, sugestywnych interakcji i radosnej zabawy, można analizować na różnych płaszczyznach. Podczas sesji Bono dokładnie zaplanował czas - swój oraz zaproszonych gości. Minuta po minucie, godzina po godzinie, wszystko toczyło się według wcześniej ustalonego harmonogramu - wspólne medytacje, posiłki, joga, muzykowanie itd. Czwartego dnia progi studia nagraniowego przekroczyli Laraaji oraz jego nieodłączna towarzyszka i przyjaciółka Arji OceAnanda, którzy mieli przede wszystkim oczyścić nieco napięta już atmosferę.

Laraaji (Edward Larry Gordon) - to urodzony w 1943 roku, w Filadelfii, multiinstrumentalista, od najmłodszych lat uczył się gry na skrzypcach oraz fortepianie, absolwent Howard University. W latach 70-tych zainteresował się kulturą Wschodu, grał na ulicy, ponoć najczęściej można go było spotkać w Nowym Yorku, w okolicach Washington Square Park. To właśnie tam wypatrzył go Brian Eno i zaproponował udział w sesji nagraniowej "Day Of Radiance". Swoją przyjaciółkę Arji OceAnandę poznał w 2008 roku, podczas zlotu uzdrowicieli dźwiękiem. Z kolei Christopher Bono spotkał Edwarda Gordona w 2013 roku, niedaleko miejscowości Monroe, gdzie odbywały się warsztaty jogi. Płyta "Circle Of Celebration" stanowi zapis wspólnego muzykowania całej wspomnianej wyżej grupy, do którego doszło właśnie w trakcie czwartego dnia sesji.

Początek albumu, czyli "Into Nousness" - to delikatne wprowadzenie do kręgu dźwięków, poprzez tony gitary akustycznej, perkusjonalia, rozmaite głosy rozbrzmiewające na ambientowym tle. Wspólnym mianownikiem wielu z tych nagrań jest śmiech Edwarda Gordona. "Śmiech to dźwięk o drobnej wibracji (...). To czysty dźwięk, który wydobywa się z twojego ducha" - oświadczył Laraaji. "Of Common Origin" rozpoczyna plemienny śpiew Gordona, który niczym szaman powtarza zbitki słów i porusza się po ściśle określonym terytorium. Warto podkreślić, że pozostali artyści tworzący ten subtelny kolaż dźwięków, to świetnie zgrany i rozumiejący się organizm. Kolejne fragmenty kompozycji przypominają oddychanie w trakcie medytacji - głęboki wdech i spokojny wydech. Zwracają na siebie uwagę płynne przejścia pomiędzy utworami oraz swoboda wypowiedzi. Muzycy mieli sporo czasu (większość utworów trwa kilkanaście minut), żeby znaleźć wspólną i odpowiednią wibrację. Znakomity, 13-minutowy "Connecting" przynosi drobną zmianę tempa, stanowi wyrafinowanie połączenie wątków psychodelicznych, ambientowych z elementami indie-rocka. Głos Christophera Bono uzupełniony etnicznymi zaśpiewami Gordona, przeplata funkcję harmoniczną, z rytmiczną i melodyczną. Artyści cierpliwie tkają barwną siatkę połączeń poszczególnych motywów, z których sukcesywnie uwypuklają pojedyncze partie. Przypadek formacji Nous to zdecydowane coś więcej, niż zebrani w pomieszczaniu studia nagraniowego gitarzyści, perkusiści, czy wokaliści, muzykujący w nieskrępowanym stylu, dryfujący gdzieś na obrzeżach czasu - to po prostu sposób bycia, nie tylko w przestrzeni estetycznej. "Dla mnie te kawałki wydają się być zaproszeniem do przyjrzenia się temu, co dzieje się w twoim życiu" - stwierdził Laraaji. "Krąg jest nieskończony. Chcieliśmy, żeby słuchacz czuł się tak, jakby był z nami w tym kręgu, podczas radosnej rytualnej celebracji". Gorąco polecam uzdrawiającą moc muzyki na każdą porę dnia i nocy. Szczególnie tak dobrej, jak ta zebrana na krążku "Circle Of Celebration"

(nota 8/10)


 


W kąciku deserowym, na dobry początek, zwiastun wydawnictwa, które jakoś powinno korespondować z albumem "Circle Of Celebration". "Think I'm Going Weird: Original Artefacts From The British Psychodelic Scene 1966-68"  - zestaw zawiera 51 rzadkich nagrań, dla miłośników psychodelicznego brzmienia z końcówki lat sześćdziesiątych. Niezła propozycja prezentu pod choinkę.



 A może by tak zajrzeć na nową płytę Marillion. Od kilku dni nie rozstaję się ze znakomitym singlem, który promuje najnowszy album "An Hour Before It's Dark". Premiera albumu w marcu przyszłego roku.



Coś z wytwórni Bongo Joe Records, czyli Tout Bleu (Simone Aubert z Genewy), w utworze "Baleine", promującym płytę "Otium, która ukazała się wczoraj.



W kąciku improwizowanym blisko 50-minut wspaniałej muzyki, zajrzymy bowiem na koncert naszego ulubieńca - Matthew Halsalla. W ubiegłym tygodniu ukazała się koncertował wersja płyty "Salute To The Sun", omawianej w ubiegłym roku na łamach tego bloga.


Na koniec raz jeszcze, tym razem finałowy, fragment płyty "Circle Of Celebration". "Giving Praise" - to jedno z najwspanialszych nagrań tego jakże udanego wydawnictwa.







czwartek, 31 grudnia 2020

"GUST ZABIJA SZTUKĘ" - CZYLI PODSUMOWANIE PŁYTOWE 2020 ROKU

 

    Zdaje się, że to Edward Degas wypowiedział pamiętne zdanie: "Gust zabija sztukę". Trudno się z tym nie zgodzić, zerkając na kolejne benefisy przedstawicieli nurtu disco-polo, prezentowane na jakże gościnnych, w tym względzie, antenach telewizji publicznej, w ramach realizowania tak zwanej "misji". Jaka owa "misja" by nie była, nie zwalnia nas z odpowiedzialności za przyszłe pokolenia (gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę). A także za to, żeby ten gust nieustannie kształtować; przekraczać granice, stawiać sobie nowe wyzwania, nieco inne niż ustawiczne gapienie się w: "oczy zielone", bo nim się spostrzeżemy, te oczy rzeczywiście zabiorą nam resztki zdrowego rozsądku, przysłonią racjonalne myślenie, a my ugrzęźniemy w bagnie miernoty, przebrzmiałych dźwięków, rutyny i durnego samozadowolenia. 

Z drugiej strony - piękne Panie, drodzy Panowie - nie zapominajmy o relatywizmie. Stworzyć "super przebój", który znałaby na pamięć połowa ludności kraju nie jest łatwo ( druga połowa tylko przewrotnie udaje, że nie zna). Póki co nikt tajemnej wiedzy w tym zakresie nie posiadł, a pytanie: "Jak, do cholery, to zrobić?!" - wciąż pozostaje otwarte. Może jest to kwestia, nad którą powinni pochylić się psycholodzy, socjolodzy, kto wie, może nawet psychiatrzy. Przed laty bliski rozwiązania tej frapującej zagadki był Ryszard Tymon Tymański. Mam nieodparte wrażenie, że kiedy tworzył kultowy, w wąskich kręgach, ale jednak, szlagier "Jesienna deprecha", był o krok zaledwie, o włos z łona pomywaczki (że przywołam frazę innego klasyka), żeby wkroczyć w glorii i chwale do Panteonu Wielkich Polaków, i zająć wyróżnione miejsce obok Zenona M. czy Marcina M. Naturalnie niemalże rodzi się w tym miejscu pytanie: "Czego wtedy zabrakło?". Trochę szczęścia, odrobinę przychylności, większej promocji, agresywnych reklam. A przede wszystkim kilku benefisów, zaprezentowanych na jakże gościnnych, w tym względzie, antenach telewizji publicznej, w ramach realizowania tak zwanej "misji".
Jak brzmi "super przebój" 2020 roku, który często i bezwiednie nuciłem, chociażby podczas golenia, spoglądając prosto w moje, o zgrozo, zielone oczy (sic!)? Było ich kilka, ale przewrotnie wybrałem coś takiego.









Gdyby zaufać i ograniczyć się do podpowiedzi wszelkiej maści krytyków muzycznych - 22-letnich stażystów ( przeniesionych ze względu na braki kadrowe i pandemię z działu "kulinaria") oraz tych, z nieco większym stażem, którzy niekiedy ulegają pokusie, i zamiast poszukiwać intrygujących wydawnictw, często oglądają się na swoich kolegów z branży, i na tej czynności schodzą im dni i godziny, a także nieprzespane noce - w tym roku bylibyśmy skazani na odtwarzanie płyt trzech sympatycznych pań: Fionny Apple (całkiem udany album), Phoebe Bridgers oraz Taylor Swift. Tyle podpowiada nam ujęcie statystyczne, a liczby ponoć nie kłamią. Ta ostatnia artystka, owszem, wydała kilka miesięcy temu krążek "Folklore", świetnie wyprodukowany. Za konsoletą zasiadł bowiem Aaron Dessner - nasz dobry znajomy, z wielu wpisów zamieszczonych na łamach tego bloga. Taylor Swift ma od pewnego czasu dobrą prasę, i nic na to nie poradzą nasze rodzime jasno święcące gwiazdy, w stylu Zenona M. czy Sióstr G. Artystka całkiem kusząco zaprezentowała się w kocim wdzianku ( Bombalurina), śpiewając w pewnym musicalu, który w błyskawicznym tempie - i tak zbyt długo - przewinął się niedawno przed moim oczami. Taylor ma ponoć trzy koty, o ile w tak zwanym międzyczasie najstarszy z nich - Meredith Grey - nie dokończył był jednego ze swoich siedmiu puszystych żywotów.

Jak sięgam pamięcią, aż tak dobrej prasy nigdy nie mieli członkowie Zelienople. Bynajmniej nie dlatego, że krytycy wylewali na ich twórcze dokonania wiadra pomyj. Głównie z tego prostego powodu, że większość skupionych na sobie i kolegach z branży dziennikarzy nie zauważała kolejnych wydawnictw Matta, Mike'a i Briana. A przez niemal dwadzieścia lat funkcjonowania na scenie muzycznej nazbierało się tego trochę. Ten ostatni album - "Hold You Up" - ukazał się wiosną i jakoś osobliwie połączył się z początkiem naszej izolacji w domach. "Hold You Up" to płyta, która w warstwie lirycznej, są takie warstwy, nie wspomina co prawda "oczu zielonych", a mimo tego, to właśnie do niej wracałem najczęściej w ostatnich miesiącach, i stąd obecność tego krążka w tym podsumowaniu. W sześciu kolejnych jego odsłonach znalazłem specyficzną melancholie i trudną do uchwycenia głębię, dojrzałe zamyślenie. Kompozycje wypełniają spokojne tony, flirtujące z postrockowymi rozwiązaniami, nawiązujące również do leniwie rozwijanych  przestrzeni americany. W ten album można i warto po prostu się zasłuchać.


    Kolejne dwa albumy, które chciałbym wyróżnić jakoś ze sobą się łączą. Mowa tutaj o  Fair Mothers - "Monochrome" i Christian Kjellvander - "About Love And Loving Again". Obydwa wydawnictwa stworzone zostały przez dojrzałych mężczyzn, przy użyciu dość oszczędnych środków stylistycznych. Obydwa akcentują rolę głosu, który ma czas i miejsce, żeby swobodnie wybrzmieć. I wreszcie obydwa są raczej ponure, żeby nie powiedzieć gorzkie w wymowie, ale przez to bardziej poruszające. Oparte na prywatnych, wręcz intymnych, doświadczeniach artystów, odsłaniają meandry ludzkiej egzystencji. Zarówno Kevin Allan (Fair Mothers), jak i Christian Kjellvander potrafią w przejmujący i szczery sposób opowiedzieć o życiu, miłości, rodzinie, o porażkach i stratach. Co ciekawe, również na tych dwóch albumach znajdują się moje ulubione pieśni tego roku, i są to tytułowe kompozycje: "Monochrome", i "About Love And Loving Again".



Żeby nie było tak ponuro, kolejne płyty zabiorą nas do krainy indie-popu/indie-folku. Album This Is The Kit - "Off Off On", w wyrafinowany sposób pokazał, jak ważną rolę odgrywa zmiana nawyków myślenia na poziomie aranżacji. Niekiedy wystarczy dodać jeden subtelny element do kompozycji, w przypadku wydawnictwa "Off Off On" było to użycie wszelkiej maści instrumentów dętych, żeby piosenka zyskała dodatkowe barwy i nowy wymiar. Krążek Other Lives - "For Their Love", zabrzmiał w moich uszach jak: "znajomy szept dawnego przyjaciela". Dużo dobrych chwil spędziłem w towarzystwie debiutanckich dźwięków, które wypełniły wydawnictwo "Psychic Markers" formacji Psychic Markers. Warto wyróżnić znakomitą pierwszą odsłonę Lost Horizons - "In Quiet Moments" i czekać na drugą część, która ukaże się w lutym. Z kolei płytę "A Quickening" - Orlando Weeksa można potraktować jako metaforę narodzin nowego artysty. Niegdyś lider The Macccabees, w końcu zapragnął wybić się na niepodległość, i wiosną tego roku opublikował debiutancki album (wcześniej miał na koncie wydawnictwo "The Gritterman", było to coś na kształt ścieżki dźwiękowej ilustrującej książkę dla dzieci). Płyta Weeksa zawiera refleksje, spostrzeżenia i odczucia na temat bycia ojcem. W warstwie muzycznej poruszyły mnie urokliwe melodie i harmonie, odnalazłem tam również sporo intrygujących rozwiązań czy tekstur, wystawiających świadectwo o dojrzałości artysty.



   Odnoszę wrażenie, że jeśli chodzi o tak zwaną "brytyjską scenę jazzową", mamy do czynienia z czymś na kształt "samospełniającego się proroctwa". O tym zjawisku zaczęto mówić dużo wcześniej, niż w pełni dało o sobie znać. Dość powiedzieć, że jeden z jej czołowych przedstawicieli - Matthew Halsall - zapytany przed laty przez jednego z dziennikarzy, co myśli o "fenomenie" brytyjskiej sceny jazzowej, szeroko otworzył oczy. Dopiero kiedy padły konkretne nazwy, angielski trębacz skinął głową i powiedział, że: "Znam, słyszałem". Tak naprawdę to ostatnie trzy lata potwierdziły, iż rzeczywiście mamy do czynienia z wysypem ciekawych zespołów i artystów, którzy rezydują na co dzień w okolicach Londynu. Ezra Collective, Shabaka Hutchings, Sons Of Kemet, Cykada, Ashley Henry Quartet, Makaya McCraven, Nubya Garcia itd. Za nimi wszystkimi, gdzieś w tle przewijała się skromna postać znakomitego dziennikarza i promotora muzycznego Gillesa Petersona. Przy tej okazji zwracała na siebie uwagę, z jednej strony eklektyczność, z drugiej zaś wielokulturowość londyńskiej sceny jazzowej, gdyż sporo jej przedstawicieli to emigranci, którzy nad Tamizą znaleźli doskonałe miejsce do rozwoju artystycznego. (Nieco przybliża zjawisko brytyjskiej sceny jazzowej składanka Soul Jazz Records - "Kaleidoscope: New Spirit Known & Unknown", którą prezentowałem na łamach tego bloga).

Wspominam o tym dlatego, że jedną z moich ulubionych płyt jazzowych 2020 roku, nagrała przedstawicielka wyżej wspomnianej sceny; mam tu na myśli Nubya Garcię i album "Source". W dalszej kolejności wyróżniłbym wydawnictwa, które przywoływały jazzową klasykę oraz te, które całkiem nieźle zderzały tradycję z nowoczesnością. Charles Lloyd - "8: Kindred Spirits",  Matthew Halsall - "Salute to The Sun", Matthew Tavares & Leland Whitty - "Visions", Tani Tabbal Trio - "Now Then", Bent Arcana - "Bent Arcana", Oded Tzur - "Here Be Dragons", Brian Krock's Liddle - "Viscera", Moor Mother - "Circuit City", Jamael Dean - "Oblivion", Per Oddvar Johansen - "The Quiet Cormoran", Rob Mazurek/ Exploding Star Orchestra - "Dimensional Stardust", Terje Rypdal - "Conspiracy".

A dla tych, którzy wciąż odrobinę się wahają, i z pewną taka nieśmiałością podchodzą do krainy mniej lub bardziej improwizowanych dźwięków, proponuję album, który może posłużyć jako sugestywne zaproszenie, żeby w jazzie poszukać czegoś tylko dla siebie. I znów scena brytyjska, bo pod nazwą Angin - "Sentenced To Love", ukrywa się David McLean, muzycy jazzowi i aktorzy teatralni z Wysp Brytyjskich. A poniżej, na deser fragment z albumu "Bent Arcana" formacji Bent Arcana.

Mam nadzieję, że moimi wyborami nie zabiłem SZTUKI, a jedynie delikatnie, z troską i czułością ją poddusiłem. Czego Wam, drodzy Czytelnicy, w nadchodzących miesiącach życzę. Ps. Zdaje się, że to również Edward Degas wypowiedział mniej pamiętne zdanie: "Proszę uważać - gust może być synonimem występku".






piątek, 20 listopada 2020

MATTHEW HALSALL - "SALUTE TO THE SUN" (Gondwana Records) "Z trąbką w tropikach"

 

    9 czerwca 1891 roku, po dziewiętnastu dniach długiej i wyczerpującej, morskiej podróży Paul Gauguin dopływa do brzegów Tahiti.  "W nocy, gdy jesteśmy w łóżku ( Thehmana i Gauguin), prowadzimy długie rozmowy, długie i często bardzo poważne. W duszy tego dziecka szukam śladów jej dawno utraconej przeszłości" - przeczytamy po latach, w jego prywatnych zapiskach zatytułowanych - "Noa Noa". To właśnie na tej wyspie, zainspirowany bujną i egzotyczną przyrodą, francuski malarz stworzy swoje największe dzieła: "Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?", "Kobieta z  Mango", "Tehmana ma wielu rodziców", "Manao tupapau",  "Arearea No Varua Ino",  "Rave Te Iti Aamu". Dlaczego o tym wspominam? Oto ukazała się najnowsza płyta Matthew Halsalla - "Salute to The Sun", która brzmi jak ścieżka dźwiękowa do obrazów Paula Gauguina, pochodzących z okresu jego pobytu na tropikalnej wyspie.

Nie ma w tym moim skojarzeniu niczego nadzwyczajnego. Brytyjski trębacz sam napomknął w wywiadzie, że tym razem podczas tworzenia kompozycji inspirował się nagraniami terenowymi z egzotycznych wysp - dźwięki lasu deszczowego, odgłosy tropików i tamtejszej przyrody. Stąd w trakcie realizacji nagrań pojawiły się rzadko wykorzystane instrumenty jak: marimba, kalimba, rozmaite grzechotki. To właśnie cały zestaw perkusjonaliów - obsługiwanych przez dwóch perkusistów - odmalowuje bogactwo tropikalnej dżungli. 



"Salute To The Sun" - to pierwsza płyta Halsalla nagrana po pięciu latach przerwy  (w 2015 roku ukazał się album "Into Forever").  Miniony okres to nie był łatwy czas dla brytyjskiego trębacza. Problemy ze zdrowiem, drobne uszkodzenie słuchu, niepewność przyszłych dni - wszystko to stało się udziałem szefa wytwórni Gondwana Records. W dodatku na nowo musiał zestawić muzyczny skład. Poprzedni artyści mieli już dość ciągłych podróży na linii Manchester - Londyn, dlatego zgodnie osiedlili się w stolicy. Tymczasem Halsall potrzebował muzyków na miejscu, z którymi przynajmniej raz w tygodniu mógłby ćwiczyć i opracowywać kolejne kompozycje w jazzowym klubie "Yes", który ma siedzibę w Manchesterze. Z pomocą przyszli stały współpracownik trębacza, Gavin Barras, grający na basie, brat Daniel, odpowiedzialny za realizację nagrań oraz Peter Bedlmann - inżynier dźwięku. Skład muzyków w studiu uzupełnili: Meddie Herbert - harfistka, Matt Cliffe - flet i saksofon oraz Liviu Gheorghe - fortepian. I właśnie przy tym ostatnim instrumencie chciałbym zatrzymać się na dłużej. 

Znam pełną dyskografię Matthew Halsalla, wszystkie solowe wydawnictwa mam w swojej kolekcji i często do nich wracam. Moją przygodę z twórczością trębacza rozpocząłem od drugiego albumu "Colour Yes". I jeśli czegoś brakowało mi w poszczególnych nagraniach, to właśnie nieco bardziej wyeksponowanej roli fortepianu. Na debiucie brytyjskiego artysty zagrał pianista Adam Fairhall, który powrócił do składu kilka lat później, przy okazji wydania "On The Go". Matthew Halsall w kompozycjach lubi postawić na harfę. W końcu nazwa "spiritaul jazz" do czegoś zobowiązuje. Duch Alice Coltrane unosi się w jego nagraniach. W wieku szesnastu lat Halsall wybrał się na koncert, gdzie po raz pierwszy usłyszał kompozycje Alice Coltrane i Pharoaha Sandersa, w wykonaniu lokalnych artystów. Po tym koncercie czym prędzej pobiegł do sklepu i kupił wszystkie płyty Alice Coltrane, jakie znalazł na półkach.  Jako młody chłopak Matthew często jeździł do Liverpoolu, żeby odwiedzić babcię, przy okazji zaglądał również do Green Fish Cafe, gdzie pewnego dnia napotkał starego harfistę - Stana Ambrose'a (zmarł w 2016 roku). To właśnie wtedy Halsall odbył pierwszą sesję nagraniową z tym instrumentem. Brzmienie harfy jest dyskretne, tworzy i zacieśnia intymny krąg, jej delikatne tony nie potrafią być tak spektakularne, jak nieraz bywają przebiegi fortepianu. 

Być może bohater dzisiejszego wpisu nie miał szczęścia do pianistów. Z pewnością nie napotkał na drodze żadnego wirtuoza klawiatury. Ale moja rozbudzona wyobraźnia nieraz podsuwała mi wizję w stylu: "Co by było gdyby", dajmy na to, ktoś pokroju Brada Mehldau'a zostawił fortepianowe esy-floresy podczas rejestracji nagrań, chociażby w klubie "YES". Matthew Halsall hołduje starej jazzowej zasadzie, stąd każdy z jego solistów ma w poszczególnych kompozycjach swoje pięć minut. Jak sięgam pamięcią, żadna z dotychczasowych improwizacji fortepianu, które przewinęły się przez wszystkie nagrania brytyjskiego trębacza, nie wywołała u mnie stanu estetycznej ekstazy.



Podobnie jest na płycie "Salute To The Sun", choć akurat w tym przypadku brak wirtuoza klawiatury nie jest tak odczuwalny. Dość powiedzieć, że to jedna z najlepszych płyt w dorobku szefa wytwórni Gondwana Records, a z pewnością najlepiej zrealizowana. Krążek wypełnia siedem kompozycji, intrygujących brzmieniowo, bez zbędnych popisów, za to o bogatej fakturze. Wyżej wspomniane przeze mnie perkusjonalia zrobiły swoje.  To właśnie one wprowadzają słuchacza w klimat sugestywnego otwarcia "Harmony With Nature", symbolizują przepływ powietrza oraz wody, do tego dochodzą subtelne dźwięki dzwoneczków, nieśmiałe muśnięcia strun harfy. Struktura tego utworu jest początkowo bardziej otwarta, niż pozostałych kompozycji, poszczególne instrumenty swobodnie dialogują ze sobą. Dopiero tony saksofonu porządkują całą scenę, niejako zbierają wokół siebie pozostałe instrumenty. Dalej mamy znakomity singlowy "Joyful Spirits Of The Universe" i energetyczny "Canopy & Stars". Kolejna leniwa kompozycja "Mindfulness Meditations" przynosi swobodną improwizację trąbki. Tytułowy "Salute To The Sun" rozpoczynają delikatne dźwięki harfy, jednak główny powtarzalny motyw podają tony klawiszy, wokół których rozbudowują swoją opowieść trąbka i saksofon. Całość kończy pulsującym rytmem "The Energy Of Life". Chyba nawet sam Paul Gauguin, słuchając tych dźwięków, porwałby do tańca swoje nastoletnie żony i kochanki.


(nota 8/10)


 



 




niedziela, 11 października 2020

FUTURE ISLANDS - "AS LONG AS YOU ARE" (4AD) "Muzyka dla tańczących inaczej"

 

     Przypatrując się biografiom zespołów, które odniosły sukces, zwykle natrafiamy na tak zwany "punkt zwrotny". Moment, kiedy to niezbyt znana nazwa formacji zyskuje na znaczeniu. Tym "punktem zwrotnym" może być zapadający w pamięć teledysk, wyjątkowo udany koncert, bądź przebój, który z uporem maniaka będzie odtwarzał prezenter radiowy (lub rozgłośnia), cieszący się wyjątkową popularnością.  Albo występ w programie telewizyjnym, chociażby takim, jak ten prowadzonym przez Davida Lettermana. To były pamiętne i kluczowe - jak się później okazało - niecałe cztery minuty dla grupy Future Islands, która w dniu 3 marca 2014 roku pojawiła się w programie "David Letterman The Late Show", żeby wykonać piosenkę "Seasons (Waiting On You)". Wokalista i autor tekstów amerykańskiej formacji, Samuel T. Herring, był wielokrotnie pytany właśnie o ten występ. Wątpliwości dziennikarzy dotyczyły głównie tego, czy frontman wcześniej wszystko starannie sobie  zaplanował, uzgadniając to z pozostałymi członkami zespołu. Odpowiedź zawsze brzmiała podobnie: "Niczego nie planowałem. Robiłem to, co zwykle robię na scenie".

Początki grupy Future Islands sięgają miasta Morehead City (Północna Kalifornia), gdzie mieszkali Samule T. Herring oraz Gerrit Welmers (klawisze) - ich domy dzieliły zaledwie dwie ulice, chodzili do tej samej szkoły średniej. Pierwszy z nich interesował się wtedy rapem, drugi natomiast słuchał muzyki metalowej i punk rocka. To zainteresowanie rapem pozostało amerykańskiemu twórcy do dziś, w ubiegłym roku jako Hemlock Ernst wydał album "Back At The House". Kolejnego członka zespołu Williama Cashima (bas), Herring poznał w szkole artystycznej, kiedy ten pomagał mu przygotować się do egzaminu z historii sztuki. To przy okazji tych korepetycji miała paść z jego ust konkretna propozycja: "Załóżmy zespół".

Sympatyczne trio początkowo przybrało nazwę Art Lord & The Self Portraits, a swój pierwszy występ przed publicznością dali przy okazji Walentynek. Zafascynowani sceną new-wave i dokonaniami Kraftwerk młodzi twórcy poszukiwali własnej tożsamości. W 2006 roku do tria dołączył Erick Murillo, a dwa lata później na rynku pojawił się ich debiut fonograficzny "Wave Like Home". Początki zespołu to był trudny okres szczególnie dla wokalisty, który zmagał się wtedy z uzależnieniem od narkotyków, porzucił naukę w college'u. Bez cienia przesady można powiedzieć, że barwę głosu Samuela T. Herringa ukształtowało życie. Alkohol, nikotyna, narkotyki, problemy z gardłem oraz żołądkiem (refluks, nadmierne wydzielanie się kwasów), wszystko to odcisnęło się na jakości jego strun głosowych. "Głos soulowego weterana" - tak przed lat określił ten charakterystyczny tembr Robert Sankowski. W moim odczuciu ton głosu Herringa przypomina śpiew folkowego barda, który jeździ od mieściny do mieściny, żeby w zadymionych knajpach, przy szklaneczce whisky i z gitarą pod pachą, snuć smętne opowieści o straconych miłościach i życiowej niedoli.

Jednak muzyka Future Islands niewiele ma wspólnego zarówno z folkiem, jak i ze soulem. W kompozycjach amerykańskiej formacji odnajdziemy muzyczną pocztówkę lat 80-tych oraz echa dokonań takich zespołów jak: New Order czy The Cure; krótko mówiąc energetyczny synth-pop, post-wave w romantycznych dekoracjach. Za romantyczną otoczkę odpowiada rozmyte brzmienie klawiszy, obsługiwanych przez sprawne dłonie Gerrita Welmersa.  Warto dodać, iż pomimo zwykle energetycznego rytmu i tanecznego charakteru wielu kompozycji ("muzyka dla tańczących  inaczej"), odnajdziemy w nich melancholijny czy nostalgiczny nastrój obecny również w warstwie lirycznej albumów. Przez pełne osobistych refleksji teksty Samuela T. Herringa przewijają się tematy rozłąki, straty, lęków. W jego biblioteczce są książki takich twórców jak: Larkin, Bukowski, Italo Calvino.

Kończący się z wolna rok to nie tylko czas pandemii (izolacji) oraz brak koncertów - co zespół, który 3/4 roku spędzał w trasie musiał odczuć dość boleśnie - ale również czas zmian w życiu osobistym. Oto bowiem Samuel T. Herring w czerwcu stanął na ślubnym kobiercu i po chwili wahania (lub bez zbędnej zwłoki), powiedział głośne i wyraźne "TAK" Julii Ragmarsson. Obecnie, jak donosi w mediach, pilnie uczy się języka ojczystego swojej żony (szwedzki).

Najnowsza płyta "As Long As You Are" została nagrana w Wrightway Studios w Baltimore pod czujnym okiem i uchem inżyniera dźwięku Steve'a Wrighta. Na całe szczęście nie zawiera żadnych brzmieniowych rewolucji, tylko jedenaście zgrabnie napisanych piosenek, w starym, rozpoznawalnym i kojarzonym z amerykańską formacją stylu. W odróżnieniu od poprzednich nagrań, tym razem wykorzystano tradycyjną perkusję - do składu dołączył Michael Lowry. Album można podzielić na dwie współgrające ze sobą części. Do pierwszej zaliczyłbym lekkie popowe piosenki utrzymane w skocznym rytmie: "For Sure", "Waking", "Plastic Beach", "Hit The Coast". Do drugiej zaś nieco bardziej refleksyjne utwory. Jak celnie zauważył to jeden z recenzentów: "Średni BPM (ilość uderzeń na minutę) został drastycznie zmniejszony", w stosunku do poprzedniego wydawnictwa "The Far Field". Trzeba przyznać, że te spokojniejsze kompozycje jak: "I Knew You" (z emocjonalną wokalizą), "Moonlight", "City's Face", "Thrill", bronią się doskonale, głównie za sprawą głosu Herringa, który ma miejsce oraz czas, żeby w pełni wybrzmieć. Skromne aranżacje, funkcjonujące w oparciu o klawisze, a także wyeksponowany bas, dobrze pokazują, jak przy użyciu niewielkich środków nagrać ciekawą piosenkę. "To nasza najlepiej brzmiąca płyta w historii" - stwierdził charyzmatyczny wokalista. 

Samuel T. Herring ma na koncie wspólne występy z Victorią Legrand (Beach House) czy Katriną Ford (Celebration). Myślę, że całkiem dobrze odnalazłby się w wielu innych  gatunkach lub stylistykach. Chciałbym usłyszeć jego wokalizę na dłuższym dystansie, w stylu, który zaprezentował w kompozycji "Time Moves Slow" grupy BadBadNotGood. W teledysku, który znajdziecie poniżej, pamiętne kadry z "Do utraty tchu" Jean-Luc Godarda, i prześliczna Jean Seberg. 

Ps. Jakiś "paryski" akcent musiał się znaleźć, po tym, co dla kibiców oraz tych, którzy sami biegają po korcie, zrobiła nasza tenisistka Iga Świątek. Gratulacje!

(nota 7.5/10) 


  




W kąciku deserowym dziś początkowo pozostaniemy w tanecznych rytmach; tytuł wpisu "Muzyka dla tańczących inaczej" do czegoś zobowiązuje. Helena Deland to urodzona w Vancouver autorka tekstów i piosenkarka. Na jej koncie znajdziemy kilka singli i epek. Kilka dni temu wreszcie opublikowała swój pełnowymiarowy debiut "Someone New". Płyta ukazała się nakładem stosunkowo młodej wytwórni Luminelle Recordings, która powstała w 2017 roku, jako wynik współpracy Fat Possum z House Arrest, jej szefowie stawiają przede wszystkim na śpiewające panie.



Zespół, który bardzo lubię znów dał o sobie znać w ten pandemiczny czas. Tym razem Yo La Tengo proponuje epkę "Sleepless Night". Początkowo ten materiał wyszedł jako 12 calowa płyta przygotowana na wystawę Yoshitomo Nary w Muzeum Hrabstwa Los Angeles. To japoński artysta pomógł wybrać zestaw piosenek i zaprojektował okładkę. Na krążku znajdziemy interpretacje utworów The Byrds, The Delmore Brothers, Boba Dylana, Ronniego Lane'a i The Flying Machine, a także jedną nową i całkiem udaną kompozycję "Bleeding". Przy tej okazję pozwolę sobie jednak powrócić do mojego ulubionego coveru grupy Yo La Tengo, czyli do utworu "Gentle Hour", który pochodzi z repertuaru The Clean. Ta jakże cudna i urokliwa kompozycja pojawiła na składance "Dark Was The Night (Red Hot Compilation)".




Jeśli chodzi o krainę improwizowanych dźwięków, to The Budos Band powrócił z nową przyzwoitą, ale jednak nieco przewidywalną, moim zdaniem, płytą -"Long In The Tooth". Miłośnicy grupy, zwolennicy afro-jazzu czy afro-beatu, oraz fani analogowej jakości, powinni znaleźć tam dla siebie dużo dobrych dźwięków.  Mój kolejny ulubieniec, stały gość bloga, szef wytwórni Gondwana Records, Matthew Halsall zapowiada nowy album, który ukaże się w połowie listopada i będzie nosić tytuł "Salute To The Sun". Kompozycja "Joyful Spirits Of Universe" promuje to wydawnictwo. (Ps. warto zwrócić uwagę na realizację dźwięku).