sobota, 21 czerwca 2025
TAN COLOGNE - "UNKNOWN BEYOND" (Labrador Records) "Spójna płyta"
sobota, 17 maja 2025
QUADE - "THE FOEL TOWER" (AD93 Rec.) "Ważna jest każda sekunda - czyli dekonstrukcja"
W jednej z nielicznych recenzji, które można napotkać, płyty "The Foel Tower" brytyjskiej formacji QUADE, dziennikarz użył niegdyś modnego określenia "Dekonstrukcja", i odniósł je do gatunku post-rocka. W filozofii to pojęcie wiąże się z pracami Jacquesa Derridy, który zaczął posługiwać się nim w latach sześćdziesiątych. Odnosił je do prób interpretacji tekstu, jako sposobu podkreślania przeciwstawnych ujęć. Twórcy szeroko pojętej kultury popularnej przyswoili je znacznie później, umieszczając ów termin w różnych możliwych kontekstach. Mieliśmy więc do czynienia, z dekonstrukcją tego lub tamtego, choć w wielu wypadkach nic szczególnego się nie wydarzało. Ot, po raz kolejny ktoś postanowił użyć popularnego, czy dobrze brzmiącego słowa. Trafnie próbował je przybliżyć krytyk literacki J.Hillis Muller - "Dekonstrukcja nie jest demontażem struktury tekstu, ale udowodnieniem, że już od samego początku była zdemontowana. Jego pozornie solidny fundament nie jest twardą skałą, lecz rzadkim powietrzem". Warto zapamiętać, że dekonstrukcja to także szukanie ukrytych założeń, momentów pęknięć tekstu, niespójności, wieloznaczności, itd.
Jeśli chodzi o przypadek angielskiego dziennikarza, to muszę przyznać, że ze swoją metaforą trafił całkiem dobrze. Grupa Quade rzeczywiście używa elementów kojarzonych z estetyką post-rocka, ale próbuje umieścić je w nowym kontekście. Ich metodologia działania opiera się na posługiwaniu skrajnościami. Tworzą w ten sposób "klasę kontrastu" - "głośno/cicho", "głęboko/płytko", "szeroko /wąsko", "szybko/wolno" itd. Jakby tego nie interpretować, w ostatecznym rozrachunku i tak liczy się głównie efekt końcowy. A ten, w przypadku płyty "The Foel Tower", okazał się bardzo intrygujący.
Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta Matta Maltese, zatytułowana "HERS". Wyszedł z tego całkiem przyjemny album.
sobota, 1 października 2022
MERMONTE - "VARIATION" (Room Records) "Francuski pocałunek"
Dziś odwiedzimy miasto leżące w regionie Bretania, gdzie mieści się całkiem spory i prężny ośrodek uniwersytecki, który zgodnie z żywiołem młodości rozkwita po zapadnięciu zmroku. Z Muzeum Sztuk Pięknych wolnym krokiem przejdziemy obok futurystycznego budynku Champs Libre, żeby pomoczyć nogi w basenie św. Jerzego, a tuż po lampce wina, którym uraczy nas jedna z lokalnych knajpek, spróbujemy poczuć się jak król i królowa zwiedzając Pałac Parlamentu Bretanii (odnowiony po pożarze w 1994 roku). Na koniec dnia, nieco zmęczeni, przycupniemy na ławeczce, chociażby z ostatnim numerem tygodnika "Polityka", gdzie znajdziemy artykuł dotyczący holenderskiego pisarza Marieke Lucasa Rijnevelda (wspominałem o nim na łamach bloga), i będziemy wdychać zapach róż rosnących w parku Thabor. Przy tej okazji, już po lekturze, możemy tez posłuchać zespołu Mermonte, który właśnie z miasta Rennes pochodzi, i jest tam popularny tak, że mógłby zostać jego barwną wizytówką.
W epoce moich rodziców rozpowszechniły się kolorowe pocztówki dźwiękowe, nagrywane na płytach winylowych, z myślą o kimś bliskim lub o sobie samym. Nie wiem dokładnie, o kim lub o czym myślał Ghislain Fracapane, lider francuskiej formacji, czy nawet, w pewnym momencie działalności, kolektywu. Wiem za to, że rejestrując poszczególne nagrania zamieszczone na płycie "Variation", początkowo miał zamiar stworzyć coś na kształt ścieżki dźwiękowej do filmu. Stąd trzy instrumentalne utwory oznaczone cyframi 1,2,3 oraz tytułem "Variation". Tworząc te krótkie fragmenty Fracapane inspirował się filmami Johna Carpentera oraz dokonaniami przywoływanego już na łamach bloga Lalo Schifrina. Jednak, kiedy do jego głowy zaczęły wpadać kolejne pomysły, tym razem już na piosenki, szybko porzucił koncepcję stworzenia soundtracka. A, że jest sprawnym kompozytorem, udowodnił to dekadę temu, debiutując albumem zatytułowanym "Mermonte". Płyta zwierała osiem piosenek, nagranych w szerokim składzie, z Pierrem Marais na perkusji, śpiewającą Astrid Radigue, z Charlotte Merand na skrzypcach i Jeanne Lugue na wiolonczeli. To, co zwracało uwagę na tym albumie, oprócz szerokości składu oraz idącego za tym bogactwa wykorzystanych instrumentów, można określić jako smukłość i lekkość linii melodycznych. Coś jakby subtelne połączenie fragmentów pieśni Efterklang, z delikatnością najlepszych utworów dawnego Sufiana Stevensa. Ghislain Fracapane oraz jego koledzy i koleżanki z zespołu dość sprawnie poruszali się po obrzeżach alternatywnego popu/rocka/folku, w żadnym z tych gatunków nie zapuszczając korzeni. To było również siłą ich pierwszych nagrań - swoboda i wyobraźnia, własny styl, kameralny rozmach, słyszalna w kolejnych odsłonach płyty radość wspólnego grania.
Lider i wokalista Mermonte nazywa siebie dyktatorem, i nie jest to tylko kurtuazja czy potwierdzenie posiadania dystansu do własnej osoby. Zawiadując tak duża grupą ludzi, trzeba umiejętnie odnaleźć się w ogniu sporów i gorących niekiedy dyskusji, czasem należy podjąć męską decyzję i wskazać właściwy kierunek, inaczej nigdy nie ruszy się z miejsca. Fracapane podkreśla, że melodia leżąca w sercu niemal każdego utworu, zawsze będzie miała dla niego podstawowe znaczenie, tym samym, zawsze będzie ciągnęło artystę w stronę muzyki popularnej. Nie oznacza to bynajmniej, że jego utwory będą brzmiały płasko i wtórnie, na podobieństwo tych, które zwykle pławią się w bagnie przeciętnej listy przebojów. Kto wie, może w ten sposób należy odczytywać zawartość najnowszej propozycji grupy Mermonte - "Variation", jako próbę zainteresowania nieco szerszej publiczności swoją twórczością. Mamy tu bowiem do czynienia z przejściem od akustycznego grania, usytuowanego gdzieś na obrzeżach szeroko pojętej alternatywy, do nieco bardziej bezpiecznego indie-rockowego mainstreamu, z wyeksponowanym brzmieniem basu oraz gitar. W tym kontekście przypomina się płyta formacji The Notwist - "Neon Golden", która nagle i zupełnie nieoczekiwanie, przede wszystkim dla jej twórców, zyskała ogromną popularność. Płycie "Variation" aż tak dużego sukcesu nie wróżę, co nie znaczy, że jest to zły album. Dominują na nim żywe, energetyczne utwory, utrzymane w duchu dawnych piosenek Arcade Fire, niepozbawione melodycznego wdzięku (francuski pocałunek), jak chociażby świetny "Consume", który powstał już cztery lata temu, tuż po domknięciu listy nagrań zamieszczonych na płycie "Mouvement". Podobnie brzmi "It Won't Last Long", z aktywnym basem i nawiązaniem do postrockowych przestrzeni, szarpany "In Circles", ze zbyt dużą, jak dla mnie, ilością kontrapunktów i przestojów. "Animals" ma w sobie coś z melodyki Broadcast czy wczesnych dokonań Stereolab, a jedyny zaśpiewany w języku francuskim - ot, paradoks - "Rythme Interdit" wieńczy piosenkową część dzieła. Mój ulubiony, od samego początku, "Underwater", wykonany w duecie, opowiada o dyskryminacji płciowej. Autorka tekstu Eleonora James (wcześniej grała w Bumpkin Island), chciała w nim zawrzeć refleksje dotyczące bycia kobietą w zdominowanym przez mężczyzn świecie. Jeden z recenzentów określił przed laty muzykę grupy Mermonte mianem "akrobatycznego popu", próbując jakoś uchwycić ową gatunkową różnorodność i to beztroskie ślizganie się po rozmaitych stylistykach. Przy okazji krążka "Variation" tych swobodnych akrobacji, salt i piruetów, tego umiejętnego ślizgania się i brzmieniowego dobrobytu odrobinę zabrakło. Mamy za to dużo więcej, niż kiedyś, skomasowanej w krótkich odcinkach czasu życiodajnej energii.
(nota 7.5/10)
W dodatkach do dania głównego przeniesiemy się do pewnego domu oraz ogrodu, który niegdyś wypełniała muzyka grupy Mermonte. Przy tej okazji zespół będzie tak dla nas miły, że wykona dwie kompozycje ze swojej debiutanckiej płyty.
W dalszej kolejności pojawi się następny francuski akcent, z małym polskim dodatkiem. Duet Fleur Bleu-e pochodzi z Paryża, a tworzą go: Delphine Lewandowski i Vladimir Pechea. Oto ich najnowszy singiel.
Brukselę reprezentuje grupa Under The Reefs Orchestra, która niedawno publikowała płytę "Sakurajima".
Powrócimy również do płyty amerykańskiego żeńskiego duetu Tan Cologne, który swój album "Earth Visions Of Water Spaces" wydał w skandynawskiej oficynie.
Wspominani już niejednokrotnie australijscy weterani z grupy The Church na początek przyszłego roku zapowiedzieli premierę swojej płyty "The Hypnogogue".
Jeden z niegdyś moich ulubionych zespołów - wciąż bardzo bliski, staram się być wiernym muzycznym kochankiem, zbyt łatwo porzucamy dawnych towarzyszy doli i niedoli, zbyt często dajemy się wciągnąć w pułapkę nieustannej pogoni za "nowym", żyjąc w "kulturze natychmiastowości" - czyli grupa Breathless, opublikowała niedawno, po dekadzie milczenia, nowy album zatytułowany - "See Those Colours Fly". Rejestracji nagrań towarzyszyły specyficzne okoliczności, bowiem na trzy dni przed wejściem do studia ich perkusista Tristram Latimer Sayer uczestniczył w groźnym wypadku samochodowym, na skutek którego utrzymywany był w śpiączce farmakologicznej (na szczęście wrócił już do zdrowia), co mogło odbić się na jakości piosenek. Ostatecznie postanowiono wykorzystać automat perkusyjny. Najnowszy album, i to jest miła niespodzianka, wyprodukował KRAMER - ten sam, o którym wspominałem w ubiegłym tygodniu. Dominik Appleton oraz jego koledzy z formacji bardzo sobie chwalą współpracę z amerykańskim producentem. W ich zgodnej opinii, to właśnie dzięki niemu utwory Breathless zyskały znacznie więcej przestrzeni. Płyta "See Those Colours Fly", zawiera nieco bardziej stonowane kompozycje, dużo w nich wieczornego nastroju, łagodności i emocjonalnych opowieści, w porównaniu z poprzednim bardzo udanym krążkiem "Green To Gold". Przede wszystkim, i niestety dla mnie, mniej tutaj brzmienia gitar Gary'ego Mundy, wielka szkoda, za to bardziej wyeksponowano głos Dominika Appletona. Ktoś złośliwy powie, że muzyka Breathless od kilku dekad wciąż jest taka sama, a zespół przez ten czas nie ruszył się z miejsca ani o centymetr. Całkiem możliwe. Tyle, że w tym przypadku to spory atut. Tak czy inaczej, dla fanów grupy to pozycja obowiązkowa. Mój ulubiony utwór? Chyba właśnie ten, który promował to wydawnictwo.
W kąciku improwizowanym najnowszy album grupy The Bad Plus, Reid Anderson - bas, Dave King - perkusja, Ben Monder - gitary, Chris Speed - saksofon, klarnet.
sobota, 10 września 2022
CHIP WICKHAM - "CLOUD 10" (Gondwana Records) "Roger That"
Postać Rogera Chipa Wickhama jest bardzo słabo znana nawet dla tych, którzy mają w zwyczaju uważnie oglądać okładki płyt, żeby sprawdzić, kto pojawił się w studiu podczas sesji nagraniowych. Nasz dzisiejszy bohater gościł we wnętrzu niejednego studia, aktywnie uczestniczył w rejestracji wielu albumów, reprezentujących różne gatunki muzyczne, od jazzu począwszy, przez funky, a na soulowych produkcjach skończywszy. Jednak żadna z tych płyt nie zdołała wypłynąć na szerokie wody, chociażby mizernej popularności. Długo to trwało, zanim "Chip" wreszcie postanowił wybić się na niepodległość, porzucić bezpieczne wdzianko muzyka sesyjnego i podpisać wydawnictwo tylko i wyłącznie własnym nazwiskiem. Z nadmorskiego Brighton przeniósł się do Manchesteru, nie tylko po to, żeby studiować, ale również, żeby rozwijać się jako artysta. To w mieście słynnych klubów piłkarskich poznał był Andy Votela, członków zespołu Nightmares On Wax, współpracował z prezentowanym na łamach bloga Dwightem Trible, i zapomnianym już dziś Badly Drawn Boyem, grał w orkiestrze kierowanej przez Craiga Charlesa - The Fantasy Funk Band. Spotkanie Z Matthew Halsallem i Natem Birchallem zaowocowało zacieśnieniem współpracy z tym pierwszym. Nic więc dziwnego, że Wickham pojawił się w składzie, który nagrał debiutancki album szefa oficyny Gondwana Records - "Sending My Love". Dalszą część biografii wypełniają podróże, jak ta do Hiszpanii, gdzie w mieście Madryt Roger Chip Wickham mieszkał przez dziesięć lat, założył tam grupę The Fire Eaters oraz The Madrid All-Stars, żeby ostatecznie przenieść się do stolicy Kataru. Zadebiutował w 2017 roku krążkiem "La Sombra", w tamtym okresie funkcjonował przede wszystkim jako flecista, i właśnie to był jego podstawowy oraz najchętniej używany instrument. Pozostawał pod wielkim wrażeniem gry Harolda Naive'a, słuchał płyt z udziałem Rolanda Kirka, pasjonował się jazzem modalnym oraz jego duchową odmianą, przyglądał się bliżej dokonaniom Pharoaha Sandersa i Yusefa Lateefa, któremu dedykował kompozycje "Mighty Yusef", zamieszczoną na wydawnictwie "Blue to Red" (2020). W maju tego roku przypomniał o sobie epką zatytułowaną "Astral Traveling", stanowiącą próbę reinterpretacji nagrań Lonnie Listona Smitha z 1973 roku.
Szkoda, że nagrań z tej epki Wickham nie zdecydował się dołączyć do najnowszej dość krótkiej płyty "Cloud 10". Przyznam, że po przesłuchaniu tej ostatniej odczuwam pewien niedosyt. Chip Wickham pokazuje się tutaj jako przyzwoity kompozytor i niezły instrumentalista. To, co w pewnym sensie ratuje ten album, to jego różnorodność brzmieniowa oraz wiążąca się z tym obecność zaproszonych do studia gości. Na marginesie dodam, że "Estudios Brazil" mieszczące się w Madrycie, jest wyposażone w sprzęt analogowy. Przyjaciółka i stała współpracowniczka, harfistka Amanda Whiting (wydała w tym roku płytę "Lost In Abstraction"), w wyróżniającej się odsłonie zatytułowanej "Winter", świetnie odmalowała zimowy pejzaż, przy udziale perkusjonaliów oraz fletu. "Tubby Chase" pulsuje rwanymi, krótkimi akordami fortepianu, za którym zasiadł Phil Wilkinson. "Dark Eyes" - to miniatura, jak żywcem wyjęta z filmu noir. W "Lower East Side" w roli głównej znów mamy flet, pełen barw, ilustracyjny... i ... nagle urywający swoją opowieść. Reżyser dźwięku, z sobie tylko znanych powodów, zdecydował się wyciszyć to nagranie przed upływem trzech minut. "Stratosphere" brzmi jak nowy klasyk godnie reprezentujący szyld oficyny Gondwana Records, także za sprawą gry wibrafonisty Tony'ego Risco.
Szybko mija czas w towarzystwie płyty "Cloud 10". To prawda. Być może nawet za szybko. W jej poszczególnych fragmentach nie znajdziemy, ani zapierających dech w piersiach solowych popisów, ani barwnych dialogów czy raptownych stylistycznych zwrotów. To, co z nami zostaje po przesłuchaniu tego krążka, to pewien specyficzny nastrój, sugestywna aura, którą raz lepiej, raz gorzej, udało się wyczarować przy pomocy: fletu, saksofonu, harfy, wibrafonu, flugelhornu, fortepianu oraz perkusji, za zestawem której świetnie się odnalazł Jon Scott, znany ze składu Mulatu Astatke. A wspomniany przeze mnie wcześniej niedosyt, cóż... pewnie pozostanie. Zawsze można spróbować nieco go rozmazać, wracając do albumu "Cloud 10" po raz kolejny.
(nota7/10)
Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta "Earth Visions Of Water Spaces" żeńskiego duetu Tan Cologne, rodem ze stanu Nowy Meksyk. Wybrałem dla Was taką oto kompozycję.
Hermanos Gutierrez nie mieszkają obecnie w stanie Nowy Meksyk, tylko w Zurychu, gdzie wraz z szefem wytwórni "Easy Eye Sound" - Danem Auerbachem - 28 października opublikują album "El Bueno Y El Malo".
Sporo nowości płytowych ukazało się w piątek. Jedną z nich jest album "The Dance" wokalistki Nicole Schneit, ukrywającej się pod szyldem Air Waves, z gościnnym udziałem Cassa McCombsa, Skylera Skjelesta (z grupy Fleet Foxes), czy Luke'a Templa.
Z Harrogate w Anglii pochodzi Niall Summerton, który kilka dni temu podzielił się ze światem takim oto singlem.
Odrobina gitar z Manchesteru, który, jak widać i słychać, nie rozbrzmiewa tylko "duchowym jazzem". Właśnie z tego miasta pochodzi grupa Gorgeous Bully, która niedawno opublikowała album "Paint".
Z Los Angeles w stanie Kalifornia pochodzi kolejny żeński duet OHMA, który wczoraj wydał album zatytułowany "Between All Things".
W kąciku improwizowanym fragment niedawno wydanej płyty "The Path", kanadyjskiej formacji The Cookers Quintet.
niedziela, 28 sierpnia 2022
NAT BIRCHAL UNITY ENSEMBLE - "SPIRITUAL PROGRESSONS" (AAOS) "Nie mam za czym się schować"
"Dla mnie najlepsza muzyka zawsze będzie grana w czasie rzeczywistym przez artystów, którzy nadają na tych samych falach, i ciągle wchodzą ze sobą w interakcje" - tyle na dobry początek nasz dzisiejszy główny bohater - Nat Birchall. Brytyjski saksofonista pojawiał się na łamach tego bloga już nieraz, czy to przy okazji solowych dokonań, czy jako gość specjalny podczas sesji nagraniowych, chociażby tych z udziałem jego młodszego kolegi, Matthew Halsalla, szefa wytwórni Gondwana Records. O tym drugim muzyku jeszcze dziś wspomnę w dalszej części tekstu. Tak się złożyło, że obydwaj panowie na ten sam dzień wyznaczyli datę premiery swoich najnowszych wydawnictw. Drobna różnica polega na tym, że album "Spirtual Progressions" wydaje się być krążkiem dużo lepszym, niż krótka epka trębacza z Manchesteru.
Można zaryzykować twierdzenie, że właściciel oficyny Gondwana Records, odkrył talent Nata Birchalla na nowo, bowiem mało kto pamiętał debiut płytowy tego saksofonisty z 1999 roku zatytułowany "The Sixth Sense". Dokładnie dziesięć lat później Birchall zadebiutował w wytwórni Halsalla albumem "Akhenaten", który zawierał cztery długie kompozycje. U boku saksofonisty na fortepianie zagrał wtedy Adam Fairhall ten sam, który przy okazji sesji nagraniowych "Spiritual Progressions" kładł palce to na białe, to znów na czarne klawisze. Nat Birchall lubi otaczać się sprawdzonymi w boju muzykami, których grę dobrze czuje, i z którymi łączą go subtelne nici porozumienia, bowiem to właśnie one są gwarancją powstania kolejnych udanych kompozycji. "Moja muzyka jest bardzo prosta - harmonicznie, melodycznie, dlatego muszę grać z jak największym przekonaniem, bo nie mam za czym się schować". Gdybyśmy bliżej wniknęli w personalia osób zaproszonych do studia przy okazji nagrywania kolejnych płyt Birchalla, odkrylibyśmy, że najczęściej (dość sporadycznie, jeśli w ogóle) mistrz saksofonu wymienia sekcję rytmiczną. Przy tej wymianie nasz dzisiejszy bohater zwraca baczną uwagę na to, żeby basista i perkusista grali już ze sobą wcześniej. W przypadku Unity Ensemble było podobnie. Pochodzący z Irlandii Północnej, a zamieszkały obecnie w Leeds, basista Michael Bardon występował u boku perkusisty Paula Hessiona przy okazji wspólnego muzykowania w trio Jaktar. Z kolei urodzony w Leeds Paul Hession znany jest, co bardziej wnikliwym, ze składu grup Dereka Baileya, Joe McPhee, Otomo Yoshide. Ostatnie płyty Nata Brichalla, jak chociażby "Ancient Africa" (2021), były również próbami pokazania tego wciąż mało znanego, przynajmniej w naszym kraju, muzyka jako multiinstrumentalisty. Starając się jakoś odnaleźć w czasie pandemii oraz warunkach izolacji, Birchall zagrał tam na ulubionym tenorze, klarnecie, fortepianie i perkusji. Na szczęście w trakcie prac nad krążkiem "Spiritual Progressions" przypomniał sobie o dawnych znajomych, z którymi grał niegdyś w kwintecie.
Najnowsze wydawnictwo, podobnie jak debiut Birchalla z 2009 roku dla oficyny Gondwana Records, również zawiera cztery kompozycje, czasem trwania oscylujące w okolicach 10 minut. Całość wyjątkowo udanie rozpoczyna "Unity", a potem... cóż, potem jest już tylko lepiej. Do naszych uszu przyklejają się dźwięki dzwoneczków i rozmaitych perkusjonaliów, a także innych egzotycznych i mało znanych instrumentów. I jak tu nie wierzyć w edukacyjną siłę muzyki, skoro przy okazji odsłuchiwania tego krążka, poznałem tak rzadko używane, przynajmniej w Europie, instrumenty jak: mbira, balafon czy gunibri. Szkoda tylko, że brytyjski saksofonista nie zdecydował się użyć ich w nieco szerszej formule, bo to właśnie wyżej wymienione instrumenty, dograne już na kolejnych etapach produkcji, mocno wzbogaciły brzmienie tego albumu. Fortepian Adama Fairhalla, absolwenta Leeds College Of Music, zabiera nasze skojarzenia do płyt Johna Coltrane'a, bez trudu przenosi nas prosto do krainy muzyki improwizowanej, która okres swojej świetności przeżywała w latach 60-tych ("Jazz był wtedy osobisty i prawdziwy" - stwierdził McCoy Tyner). Te charakterystyczne "rzucane akordy", te rozpostarte szeroko szpony pianisty oraz sprawnego improwizatora, który niemal w każdej z odsłon najnowszego albumu Birchalla zostawił swój wyraźny podpis. Ten ostatni, jak mało który współczesny artysta, nie tylko doskonale czuje, ale także rozumie ducha tamtej epoki. Dziś chyba nikt o takim sposobie granie na napisze, że to "anty jazz", jak w magazynie Down Beat, z 23 listopada 1961 roku, dziennikarz podsumował ówczesne poczynania Johna Coltrane'a.
Moją ulubioną kompozycją z płyty "Spiritual Progressions" od pierwszego przesłuchania stała się odsłona zatytułowana "Lokumbe". W jej wstępie muzycy skupieni wokół szyldu Unity Ensemble ukazują nieco bardziej etniczny charakter, niż w pozostałych fragmentach. Znów dają o sobie znać egzotyczne instrumenty, jak chociażby ten zachodnioafrykański, pochodzący z rodziny idiofonów, czyli balafon. Gra Birchalla przynosi kojące ciepło, jego saksofon rozbrzmiewa, jak chyba nigdzie indziej, "darem wewnętrznej wolności", ofiarowuje spokój, afirmuje jasną stronę życia, i zabiera nasze myśli zdecydowanie bliżej dokonań Pharoaha Sandersa. Mnóstwo tu sączących się delikatnie tonów, definiujących na nowo ten wspaniale brzmiący akustyczny jazz. Tytuł może stanowić nawiązanie czy też wspomnienie amerykańskiego trębacza Hannibala Lokumbe, znanego ze składu Gila Evansa. Birchall to wielki fan i kolekcjoner dawnych winylowych płyt. W pierwszych taktach "Nile Valley" usłyszymy kolejny egzotyczny instrument - gunibri, rodzaj lutni popularnej w Senegalu. Kontrastujące ze swoimi poprzednikami nieco cięższe akordy mogą przywoływać obrazy karawany wolno przemieszczającej się po rozgrzanym piachu. Kolejne jej kroki odmalowuje fortepian, szarpnięcia kontrabasu, co dobitnie pokazuje, jak świetnie zgrany zespół powołał do życia Nat Birchall. W kończącym dzieło "Sun In The East" rozbrzmiewa partia fletu, a liryczne ornamenty saksofonu znów odsyłają do płyt Pharoaha Sandersa czy Charlesa Lloyda.
Zamiast fragmentu z tej płyty, którą oczywiście proponuję odsłuchać w całości, raz, drugi i trzeci..., przewrotnie zabrzmi jedna z moich ulubionych kompozycji z udziałem Nata Birchalla. Może to skłoni Was do odszukania "Spiritual Progressions", jeśli nie na sklepowych półkach, to na platformach streamingowych.
(nota 8/10)
W kąciku deserowym pojawi się jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich dni. Fragment płyty "Earth Visions Of Water Spaces", duetu Tan Cologne, której premiera przewidziana jest na 9 września. Pod nazwą ukrywają się dwie panie - Lauren Green oraz Marisa Macias.
A jak brzmią połączone siły grupy The National oraz Bon Ivera? Proszę bardzo.
Na moment przeniesiemy się do Japonii, którą odwiedzamy bardzo rzadko. Właśnie stamtąd pochodzi grupa Mass Of The Fermenting Dregs, która całkiem niedawno opublikowała album "Awakening : Sleeping".
Również z Japonii pochodzi formacja Minami Deutsch, która wydała płytę "Fortune Goddies".
Julianna Barwick przypomina o sobie gościnnymi występami u boku grupy Four Horses. Piosenka pochodzi z nadchodzącej płyty "A Nurse To My Patience".
Wspomniany wcześniej Matthew Halsall wkrótce skończy 39 lat, i pewnie z tej okazji zrobił sobie muzyczny prezent, publikując najnowszą epkę zatytułowaną "The Temple Within".
Jak już pewnie wiecie, w minionych dniach, w wieku 39 lat, pożegnaliśmy Jaimie Branch. Oto fragment jednego z jej ostatnich wcieleń.
Na zakończenie dzisiejszej odsłony bloga... raz jeszcze wystąpi nasz główny bohater.







