Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tan Cologne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tan Cologne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 czerwca 2025

TAN COLOGNE - "UNKNOWN BEYOND" (Labrador Records) "Spójna płyta"

 

    Duet Tan Cologne od kilku lat pojawia się częściej lub rzadziej w strefie "Dodatki...".Świadczy to o tym, że na każdej z czterech wydanych do tej pory płyt, począwszy od niezłego debiutu - "Cave Vaults On The Moon In New Mexico" (2020), a skończywszy na wczoraj opublikowanym wydawnictwie zatytułowanym "Unknown Beyond", można znaleźć intrygujące nagrania. Niewątpliwie dwie sympatyczne, miejmy nadzieje, panie tworzące Tan Cologne - czyli Marissa Macias oraz Lauren Green, z miejscowości Taos w stanie Nowy Meksyk - mają talent do tworzenia sugestywnych i zapadających w pamięć singli. Wiele z nich mogłoby bez przeszkód ozdobić ścieżki dźwiękowe wypełniejące mniej lub bardziej charakterystyczne obrazy. Pogranicze stylistyczne dream-pop/shoegaze, po którym artystki sprawnie się poruszają, to wymarzone pole dla tego typu doświadczeń.


Nieco gorzej przedstawia się sytuacja, kiedy utwory Tan Cologne zestawi się obok siebie i zbierze w jedną całość. W tym kontekście przypomniał się przypadek formacji Cigarettes After Sex. Kiedy raz na pół roku lub jeszcze rzadziej wypuszczali "magiczne single", całość brzmiała świeżo i oryginalnie, a słuchacz po kilku taktach wiedział, z czym ma do czynienia. Kiedy wreszcie po wielu długich miesiącach oczekiwań zespół opublikował cały album, błyszczące niegdyś nagrania nieco wyblakły, i straciły na sile oddziaływania. Wszystko to przez łudzące podobieństwo poszczególnych piosenek, stworzonych w oparciu o jeden przyjęty z góry szablon. Stała również za nim wyraźnie wyczuwalna obawa, żeby ów założony z góry i wygodny model jakoś przełamać, wyjść poza narzucone sztywne ramy.

W muzyce Tan Cologne pozornie wszystko się zgadza. Mamy tu powtarzające się partie gitar, połączone z tonami syntezatorów, elektroniczną perkusję oraz eteryczną wokalizę. W poszczególnych odsłonach można znaleźć nawiązania do melodyki grupy Slowdive z okresu płyty "Pygmalion", fragmenty nawiązujące do twórczości grupy Zelienople czy My Bloody Valentine.

"Kiedy zaczynałyśmy Tan Cologne, miałyśmy podobną obsesję na punkcie wokali i dźwięków, które unosiły się w przestrzeni. Połączenie naszych głosów w ten sposób miało sens, ponieważ nauczyłyśmy się harmonizować, a także używać wokali jako instrumentów, które towarzyszą naszym podwojonym gitarom" - oświadczyła Marisa Macias.




Jednak po wysłuchaniu całości albumu "Unknown Beyond", można odczuć drobne znużenie lub spory niedosyt. Dwa niebezpieczne stany, które często idą w parze.

Przepis na klasyczną piosenkę Tan Cologne jest prosty. Trochę przetworzonych tonów gitary (efekty pogłosu, chorusu, tremolo) dwa, trzy akordy, niewielkie zmiany w obrębie frazy oraz wokaliza, także ze sporą ilością pogłosu. Przypuszczam, że taki stan rzeczy wynika z ograniczonych możliwości gitarzystek. Nie chcę wyjść na szowinistę, ale w niektórych żeńskich składach czuć wyraźnie niekoniecznie szlachetną skromność warsztatu. Wiele artystek wychodzi z tej pułapki obronną ręką. Drobne niedobory techniki skutecznie maskują przez wybór takiej, a nie innej formy przekazu. 

Być może panie tworzące Tan Cologne w końcu dojdą do przekonania, że przydałoby się od czasu do czasu zerwać z przyzwyczajeniami, i dodać nowy instrument, który do tej pory bywał rzadko - jeśli w ogóle - wykorzystywany. Muzyka Tan Cologne kojarzy się z upałem i kurzem, wyschniętymi od słońca płatami ziemi, po której kapryśny wiatr przetacza kule biegaczy. W takich okolicznościach zwykle sprawdzają się dźwięki trąbki, chociażby sztucznie wygenerowane przy pomocy syntezatora. Można również raz po raz zmienić rytm, odmierzać takty w innym sposób. Wprowadzić dodatkowe głosy i wzajemne interakcje pomiędzy nimi. Mówiąc krótko, zrobić coś, żeby kompozycje zaczęły różnić się od siebie. Nie jestem członkiem duetu Tan Cologne, i nie mam zamiaru układać im aranżacji, ale nowy materiał można by z pewnością odrobinę urozmaicić.

(nota 7/10)


 


Przeniesiemy się do ulubionego miasta Javiera Mariasa - Madrytu, gdzie działa zespół STATIC, który na początku czerwca opublikował epkę zatytułowaną "Echo Atlas".




Przed nami Dublin, ale ten w stanie Ohio, przy okazji siedziba zespołu o długiej nazwie - We Are Only Human Once - który 11 lipca opublikuje płytę "Summer Luv".





Brytyjskie Bradford i mało znana grupa Abandoned Buildings, która przed tygodniem opublikowała bardzo urokliwy singiel.





Kolorado reprezentuje Matt Jencik (znany ze składu grupy Slint), oraz znana z wpisów na tym blogu formacja Midwife. Ich album zatytułowany "Never Die" ukaże się 11 lipca.





W kanadyjskim Vancouver znajdziemy Alfreda Hermida, który ukrywa się pod nazwą In The Afterglow. Oto jego ostatni singiel.




Do Nowej Zelandii zaglądamy bardzo rzadko. Przed tygodniem ukazała się płyta Jazmine Mary zatytułowana "I Want To Rock And Roll". Oto mój ulubiony fragment.




Jeszcze rzadziej odwiedzamy Lizbonę, gdzie mieszka i tworzy Tamara Qaddoumi. Kilkanaście dni temu opublikowała całkiem udane wydawnictwo zatytułowane "The Murmur".




MISS TYGODNIA  - powstała w wyniku połączenia sił dwóch amerykańskich bardzo słabo znanych artystów - Layzi (czyli Carissa Myra z  Bostonu) oraz Coolhand Jax (Jake Weissman z Los Angeles). Czy wyniknie z tej współpracy coś więcej niż jeden singiel, czas pokaże.




KĄCIK IMPROWIZOWANY - przed tygodniem ukazała się płyta "All The Quiet (Part 3)", brytyjskiego producenta i klawiszowca, znanego z wpisów na tym blogu, Joe Armon Jonsesa, podczas pracy nad kompozycjami przez studio nagraniowe przewinęło się sporo ciekawych gości. Oto mój ulubiony fragment.



 
Odrobinę naginam zasady, gdyż przed Wami polska formacja, choć skład jak najbardziej międzynarodowy - Zdjęcia Robione Słońcu i fragment z niedawno wydanej płyty "Tylko nieświadomi przeżyją".




sobota, 17 maja 2025

QUADE - "THE FOEL TOWER" (AD93 Rec.) "Ważna jest każda sekunda - czyli dekonstrukcja"

 

     W jednej z nielicznych recenzji, które można napotkać, płyty "The Foel Tower" brytyjskiej formacji QUADE, dziennikarz użył niegdyś modnego określenia "Dekonstrukcja", i odniósł je do gatunku post-rocka. W filozofii to pojęcie wiąże się z pracami Jacquesa Derridy, który zaczął posługiwać się nim w latach sześćdziesiątych. Odnosił je do prób interpretacji tekstu, jako sposobu podkreślania przeciwstawnych ujęć.  Twórcy szeroko pojętej kultury popularnej przyswoili je znacznie później, umieszczając ów termin w różnych możliwych kontekstach. Mieliśmy więc do czynienia, z dekonstrukcją tego lub tamtego, choć w wielu wypadkach nic szczególnego się nie wydarzało. Ot, po raz kolejny ktoś postanowił użyć popularnego, czy dobrze brzmiącego słowa. Trafnie próbował je przybliżyć krytyk literacki J.Hillis Muller - "Dekonstrukcja nie jest demontażem struktury tekstu, ale udowodnieniem, że już od samego początku była zdemontowana. Jego pozornie solidny fundament nie jest twardą skałą, lecz rzadkim powietrzem". Warto zapamiętać, że dekonstrukcja to także szukanie ukrytych założeń, momentów pęknięć tekstu, niespójności, wieloznaczności, itd.

Jeśli chodzi o przypadek angielskiego dziennikarza, to muszę przyznać, że ze swoją metaforą trafił całkiem dobrze. Grupa Quade rzeczywiście używa elementów kojarzonych z estetyką post-rocka, ale próbuje umieścić je w nowym kontekście. Ich metodologia działania opiera się na posługiwaniu skrajnościami. Tworzą w ten sposób "klasę kontrastu" - "głośno/cicho", "głęboko/płytko", "szeroko /wąsko", "szybko/wolno" itd. Jakby tego nie interpretować, w ostatecznym rozrachunku i tak liczy się głównie efekt końcowy. A ten, w przypadku płyty "The Foel Tower", okazał się bardzo intrygujący.





Formacja Quade to również ten przypadek, kiedy czwórka chłopaków, którzy znali się w dzieciństwie, spotyka się raz jeszcze po latach. Tyle, że efekty tego spotkania tym razem są bardzo wymowne. Nazwa QUADE po raz pierwszy pojawiła się, kiedy młodzieńcy podziwiali uroki południowej Francji, z perspektywy foteli mknącego niczym strzała białego Forda Escorta. "To był dość obskurny i dziki wypad kampingowy" - wspominał wokalista Barney Matthews.

 Charakterystyczna przestrzeń i konkretne miejsce czasem wywiera wpływ na twórczość artystyczną. Wspominałem o tym przy okazji postaci Annie Hogan, kiedy przywołałem pojęcie "Genius loci". W przypadku najnowszego wydawnictwa grupy QUADE, była to malowniczo położna walijska dolina - Elan Valley. To właśnie tam znajdziemy Foel Tower, rodzaj zabytkowej wieży, zakończonej metalową kopułą, połączonej z mostem/zaporą  - Garreg Ddu. Specjalny zbiornik, pompy oraz układ rur, rozprowadzają wodę po całej okolicy.






Podstawą do rozpoczęcia prac nad nowym albumem były nagrania terenowe dokonane przez perkusistę Leo Fini. W dalszej kolejności pojawiły się pierwsze drobne motywy muzyczne, które zostały systematycznie rozwijane, również na zasadzie swobodnej improwizacji, szczególnie jeśli chodzi o partie skrzypiec. Od samego początku obcowania z tym materiałem warto zwrócić uwagę na świadomość celu i konsekwencję, z jaką muzycy tworzą następne partie kompozycji. To ostatnie słowo bywa nadużywane we wszelkiej maści recenzjach. Jednak jeśli chodzi o przypadek grupy QUADE, jest w pełni uprawnione, gdyż brytyjski zespół bardziej tworzy pełnowymiarowe kompozycje niż rockowe utwory.





Od samego początku płyty "The Foel Tower" mogą przypomnieć się dokonania wspaniałego niegdyś zespołu  Bark Psychosis, na którego twórczość chętnie powołują się członkowie formacji QUADE. Pozostałe inspiracje to: Fridge, Slint, Movietone czy Bill Callahan. W tym przypadku chodzi głównie o realizacje brzmienia zestawu perkusyjnego. W muzyce grupy z Bristolu znajdziemy sporo celowych zatrzymań, wymownych przystanków, ale też mocniejszych akcentów oraz grania ciszą. Ciężko znaleźć drugi taki zespół, który nawiązując do post-rockowej estetyki tak chętnie wykorzystywałby pauzę. Tam, gdzie inni artyści odkręcają pokrętła gitarowych wzmacniaczy, tam członkowie QUADE z rozmysłem zwolnili tempo, powściągnęli emocje, co pokazuje także fragment zatytułowany "See Unit", przy okazji ulubiony utwór wokalisty. Mamy tutaj do czynienia z minimalizmem na poziomie aranżacji. Muzycy celowo używają mniej środków stylistycznych, żeby, jak podkreślają, łatwiej nad mini zapanować, a tym samym poświęcić każdemu z nich większą uwagę. Dzięki takiemu podejściu każda sekunda na albumie "The Foel Tower" zyskuje na znaczeniu.

Można bez przeszkód powiedzieć, że panowie z Bristolu wyspecjalizowali się w graniu ciszą. Widać całkiem wyraźnie, że nie obawiają się braku dominujących  dźwięków, konkretnego motywu. Dlatego tak chętnie wstrzymują oddech, albo robią głębokiego zanurzenie. Z drugiej strony potrafią cierpliwie budować, a potem podtrzymywać napięcie, co słychać w znakomitym "Nannerth Ganol" (tytuł odnosi się do miejsca, gdzie nagrywano kolejne kompozycje).Przy okazji tej wymownej odsłony mogą pojawić się skojarzenia, z obrazami filmowymi lub fragmentami twórczości grupy M83, którzy z kilku prostych dźwięków potrafili wyczarowywać podobną atmosferę.

 Na płycie "The Foel Tower" napotkamy także naleciałości folkowe, wyraźnie obecne w "Canada Geese", głównie za sprawą wspomnianej już wcześniej improwizowanej partii skrzypiec. Trzeba przyznać, że płyta "The Foel Tower", jest ciekawszą i dojrzalszą propozycją niż debiutancki krążek zatytułowany "Nacre" (2023), nieco bardziej osadzony w post-rockowych ramach, choć także bardzo swobodnie potraktowanych. 

(nota 7.5-8/10)

 




Na dobry początek naszej wyliczanki ostrzeżenie,... żeby uważać na lizaki. Belgijska grupa DRUUGG i energetyczny fragment z niedawno opublikowanej płyty "LOST".





Pozostaniemy w obrębie jamy ustnej. W Oksfordzie możemy spotkać członków formacji Low Island, którzy kilka dni temu opublikowali nowy singiel.





Po wielu latach przerwy przypomniała o sobie duńska formacja Lampshade, która kilka dni temu opublikowała nowy singiel.



Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta Matta Maltese, zatytułowana "HERS". Wyszedł z tego całkiem przyjemny album.




Również w dniu wczorajszym ukazał się koncertowy album kolejnego naszego znajomego Alexa Henry Fostera - "Night Fall Ritual". Płyta stanowi zapis występu, który miał miejsce w Kolonii 27 lipca 2024 roku.




Przed nami strefa coverów. Cztery dni temu nasz dobry znajomy saksofonista - Joseph Shabason i także znajoma wokalistka Dawn Richard, opublikowali nową wspólną piosenkę, którą fani muzyki powinni rozpoznać.





Francuska grupa ASTRID oraz wokalista Sylvain Chauveau także spróbowali swoich sił w repertuarze innych artystów, głównie śpiewających pań - Niny Simone, Nancy Cinatry, Beth Gibbons, Kate Bush, Lany Del Ray, itd. Tak powstał album "Cover Songs". który ukaże się 18 lipca. Oto singiel promujący to wydawnictwo.




Kolejni znajomi to prezentowany już niegdyś duet z miasta Taos (stan Nowy Meksyk) - Tan Cologne. 20 czerwca ukaże się ich nowy album zatytułowany "Unknown Beyond". Oto singiel promujący to wydawnictwo.





MISS TYGODNIA -  podejdzie do nas tanecznym krokiem, należy do Luke'a Lalonde oraz jego kanadyjskiego zespołu Born Ruffians, który w ten sposób zapowiada nowy album "Beauty's Pride", premiera 6 czerwca.





KĄCIK IMPROWIZOWANY - rozpocznie przedstawiciel londyńskiej sceny jazzowej, czyli międzynarodowy kolektyw Ebi Soda oraz ich nowy singiel, który zapowiada album "Frank Dean And Andrew", premiera 19 września.




Wczoraj ukazała się ciekawa płyta "Silentropia", do której będę jeszcze powracał, fińskiego kwartetu, reprezentującego miasto Helsinki, czyli Symbiocene.




sobota, 1 października 2022

MERMONTE - "VARIATION" (Room Records) "Francuski pocałunek"

 

    Dziś odwiedzimy miasto leżące w regionie Bretania, gdzie mieści się całkiem spory i prężny ośrodek uniwersytecki, który zgodnie z żywiołem młodości rozkwita po zapadnięciu zmroku. Z Muzeum Sztuk Pięknych wolnym krokiem przejdziemy obok futurystycznego budynku Champs Libre, żeby pomoczyć nogi w basenie św. Jerzego, a tuż po lampce wina, którym uraczy nas jedna z lokalnych knajpek, spróbujemy poczuć się jak król i królowa zwiedzając Pałac Parlamentu Bretanii (odnowiony po pożarze w 1994 roku). Na koniec dnia, nieco zmęczeni, przycupniemy na ławeczce, chociażby z ostatnim numerem tygodnika "Polityka", gdzie znajdziemy artykuł dotyczący holenderskiego pisarza Marieke Lucasa Rijnevelda (wspominałem o nim na łamach bloga), i będziemy wdychać zapach róż rosnących w parku Thabor. Przy tej okazji, już po lekturze, możemy tez posłuchać zespołu Mermonte, który właśnie z miasta Rennes pochodzi, i jest tam popularny tak, że mógłby zostać jego barwną wizytówką.

  W epoce moich rodziców rozpowszechniły się kolorowe pocztówki dźwiękowe, nagrywane na płytach winylowych, z myślą o kimś bliskim lub o sobie samym. Nie wiem dokładnie, o kim lub o czym myślał Ghislain Fracapane, lider francuskiej formacji, czy nawet, w pewnym momencie działalności, kolektywu. Wiem za to, że rejestrując poszczególne nagrania zamieszczone na płycie "Variation", początkowo miał zamiar stworzyć coś na kształt ścieżki dźwiękowej do filmu. Stąd trzy instrumentalne utwory oznaczone cyframi 1,2,3 oraz tytułem "Variation". Tworząc te krótkie fragmenty Fracapane inspirował się filmami Johna Carpentera oraz dokonaniami przywoływanego już na łamach bloga Lalo Schifrina. Jednak, kiedy do jego głowy zaczęły wpadać kolejne pomysły, tym razem już na piosenki, szybko porzucił koncepcję stworzenia soundtracka. A, że jest sprawnym kompozytorem, udowodnił to dekadę temu, debiutując albumem zatytułowanym "Mermonte". Płyta zwierała osiem piosenek, nagranych w szerokim składzie, z Pierrem Marais na perkusji, śpiewającą Astrid Radigue, z Charlotte Merand na skrzypcach i Jeanne Lugue na wiolonczeli. To, co zwracało uwagę na tym albumie, oprócz szerokości składu oraz idącego za tym bogactwa wykorzystanych instrumentów, można określić jako smukłość i lekkość linii melodycznych. Coś jakby subtelne połączenie fragmentów pieśni Efterklang, z delikatnością najlepszych utworów dawnego Sufiana Stevensa. Ghislain Fracapane oraz jego koledzy i koleżanki z zespołu dość sprawnie poruszali się po obrzeżach alternatywnego popu/rocka/folku, w żadnym z tych gatunków nie zapuszczając korzeni. To było również siłą ich pierwszych nagrań - swoboda i wyobraźnia, własny styl, kameralny rozmach, słyszalna w kolejnych  odsłonach płyty radość wspólnego grania. 

Lider i wokalista Mermonte nazywa siebie dyktatorem, i nie jest to tylko kurtuazja czy potwierdzenie posiadania dystansu do własnej osoby. Zawiadując tak duża grupą ludzi, trzeba umiejętnie odnaleźć się w ogniu sporów i gorących niekiedy dyskusji, czasem należy podjąć męską decyzję i wskazać właściwy kierunek, inaczej nigdy nie ruszy się z miejsca. Fracapane podkreśla, że melodia leżąca w sercu niemal każdego utworu, zawsze będzie miała dla niego podstawowe znaczenie, tym samym, zawsze będzie ciągnęło artystę w stronę muzyki popularnej. Nie oznacza to bynajmniej, że jego utwory będą brzmiały płasko i wtórnie, na podobieństwo tych, które zwykle pławią się w bagnie przeciętnej listy przebojów. Kto wie, może w ten sposób należy odczytywać zawartość najnowszej propozycji grupy Mermonte - "Variation", jako próbę zainteresowania nieco szerszej publiczności swoją twórczością.  Mamy tu bowiem do czynienia z przejściem od akustycznego grania, usytuowanego gdzieś na obrzeżach szeroko pojętej alternatywy, do nieco bardziej bezpiecznego indie-rockowego mainstreamu, z wyeksponowanym brzmieniem basu oraz gitar. W tym kontekście przypomina się płyta formacji The Notwist - "Neon Golden", która nagle i zupełnie nieoczekiwanie, przede wszystkim dla jej twórców, zyskała ogromną popularność. Płycie "Variation" aż tak dużego sukcesu nie wróżę, co nie znaczy, że jest to zły album. Dominują na nim żywe, energetyczne utwory, utrzymane w duchu dawnych piosenek Arcade Fire, niepozbawione melodycznego wdzięku (francuski pocałunek), jak chociażby świetny "Consume", który powstał już cztery lata temu, tuż po domknięciu listy nagrań zamieszczonych na płycie "Mouvement". Podobnie brzmi "It Won't Last Long", z aktywnym basem i nawiązaniem do postrockowych przestrzeni, szarpany "In Circles", ze zbyt dużą, jak dla mnie, ilością kontrapunktów i przestojów. "Animals" ma w sobie coś z melodyki Broadcast czy wczesnych dokonań Stereolab, a jedyny zaśpiewany w języku francuskim  - ot, paradoks - "Rythme Interdit" wieńczy piosenkową część dzieła. Mój ulubiony, od samego początku, "Underwater", wykonany w duecie, opowiada o dyskryminacji płciowej. Autorka tekstu Eleonora James (wcześniej grała w Bumpkin Island), chciała w nim zawrzeć refleksje dotyczące bycia kobietą w zdominowanym przez mężczyzn świecie. Jeden z recenzentów określił przed laty muzykę grupy Mermonte mianem "akrobatycznego popu", próbując jakoś uchwycić ową gatunkową różnorodność i to beztroskie ślizganie się po rozmaitych  stylistykach. Przy okazji krążka "Variation" tych swobodnych akrobacji, salt i piruetów, tego umiejętnego ślizgania się i brzmieniowego dobrobytu odrobinę zabrakło. Mamy za to dużo więcej, niż kiedyś, skomasowanej w krótkich odcinkach czasu życiodajnej energii.

(nota 7.5/10)

 


W dodatkach do dania głównego przeniesiemy się do pewnego domu oraz ogrodu, który niegdyś wypełniała muzyka grupy Mermonte. Przy tej okazji zespół będzie tak dla nas miły, że wykona dwie kompozycje ze swojej debiutanckiej płyty.



W dalszej kolejności pojawi się następny francuski akcent, z małym polskim dodatkiem. Duet Fleur Bleu-e pochodzi z Paryża, a tworzą go: Delphine Lewandowski i Vladimir Pechea. Oto ich najnowszy singiel.



Brukselę reprezentuje grupa Under The Reefs Orchestra, która niedawno publikowała płytę "Sakurajima".

Powrócimy również do płyty amerykańskiego żeńskiego duetu Tan Cologne, który swój album "Earth Visions Of Water Spaces" wydał w skandynawskiej oficynie.



Wspominani już niejednokrotnie australijscy weterani z grupy The Church na początek przyszłego roku zapowiedzieli premierę swojej płyty "The Hypnogogue".



Jeden z niegdyś moich ulubionych zespołów - wciąż bardzo bliski, staram się być wiernym muzycznym kochankiem, zbyt łatwo porzucamy dawnych towarzyszy doli i niedoli, zbyt często dajemy się wciągnąć w pułapkę nieustannej pogoni za "nowym", żyjąc w "kulturze natychmiastowości" - czyli grupa Breathless, opublikowała niedawno, po dekadzie milczenia, nowy album zatytułowany - "See Those Colours Fly". Rejestracji nagrań towarzyszyły specyficzne okoliczności, bowiem na trzy dni przed wejściem do studia ich perkusista Tristram Latimer Sayer uczestniczył w groźnym wypadku samochodowym, na skutek którego utrzymywany był w śpiączce farmakologicznej (na szczęście wrócił już do zdrowia), co mogło odbić się na jakości piosenek. Ostatecznie postanowiono wykorzystać automat perkusyjny. Najnowszy album, i to jest miła niespodzianka, wyprodukował KRAMER - ten sam, o którym wspominałem w ubiegłym tygodniu. Dominik Appleton oraz jego koledzy z formacji bardzo sobie chwalą współpracę z amerykańskim producentem. W ich zgodnej opinii, to właśnie dzięki niemu utwory Breathless zyskały znacznie więcej przestrzeni. Płyta "See Those Colours Fly", zawiera nieco bardziej stonowane kompozycje, dużo w nich wieczornego nastroju, łagodności i emocjonalnych opowieści, w porównaniu z poprzednim bardzo udanym krążkiem "Green To Gold". Przede wszystkim, i niestety dla mnie, mniej tutaj brzmienia gitar Gary'ego Mundy, wielka szkoda, za to bardziej wyeksponowano głos Dominika Appletona. Ktoś złośliwy powie, że muzyka Breathless od kilku dekad wciąż jest taka sama, a zespół przez ten czas nie ruszył się z miejsca ani o centymetr. Całkiem możliwe. Tyle, że w tym przypadku to spory atut. Tak czy inaczej, dla fanów grupy to pozycja obowiązkowa. Mój ulubiony utwór? Chyba właśnie ten, który promował to wydawnictwo. 



W kąciku improwizowanym najnowszy album grupy The Bad Plus, Reid Anderson - bas, Dave King - perkusja, Ben Monder - gitary, Chris Speed - saksofon, klarnet.




sobota, 10 września 2022

CHIP WICKHAM - "CLOUD 10" (Gondwana Records) "Roger That"

 

    Postać Rogera Chipa Wickhama jest bardzo słabo znana nawet dla tych, którzy mają w zwyczaju uważnie oglądać okładki płyt, żeby sprawdzić, kto pojawił się w studiu podczas sesji nagraniowych. Nasz dzisiejszy bohater gościł we wnętrzu niejednego studia, aktywnie uczestniczył w rejestracji wielu albumów, reprezentujących różne gatunki muzyczne, od jazzu począwszy, przez funky, a na soulowych produkcjach skończywszy. Jednak żadna z tych płyt nie zdołała wypłynąć na szerokie wody, chociażby mizernej popularności. Długo to trwało, zanim "Chip" wreszcie postanowił wybić się na niepodległość, porzucić bezpieczne wdzianko muzyka sesyjnego i podpisać wydawnictwo tylko i wyłącznie własnym nazwiskiem. Z nadmorskiego Brighton przeniósł się do Manchesteru, nie tylko po to, żeby studiować, ale również, żeby rozwijać się jako artysta. To w mieście słynnych klubów piłkarskich poznał był Andy Votela, członków zespołu Nightmares On Wax, współpracował z prezentowanym na łamach bloga Dwightem Trible, i zapomnianym już dziś Badly Drawn Boyem, grał w orkiestrze kierowanej przez Craiga Charlesa - The Fantasy Funk Band. Spotkanie Z Matthew Halsallem i Natem Birchallem zaowocowało zacieśnieniem współpracy z tym pierwszym. Nic więc dziwnego, że Wickham pojawił się w składzie, który nagrał debiutancki album szefa oficyny Gondwana Records - "Sending My Love". Dalszą część biografii wypełniają podróże, jak ta do Hiszpanii, gdzie w mieście Madryt Roger Chip Wickham mieszkał przez dziesięć lat, założył tam grupę The Fire Eaters oraz The Madrid All-Stars, żeby ostatecznie przenieść się do stolicy Kataru. Zadebiutował w 2017 roku krążkiem "La Sombra", w tamtym okresie funkcjonował przede wszystkim jako flecista, i właśnie to był jego podstawowy oraz najchętniej używany instrument. Pozostawał pod wielkim wrażeniem gry Harolda Naive'a, słuchał płyt z udziałem Rolanda Kirka, pasjonował się jazzem modalnym oraz jego duchową odmianą, przyglądał się bliżej dokonaniom Pharoaha Sandersa i Yusefa Lateefa, któremu dedykował kompozycje "Mighty Yusef", zamieszczoną na wydawnictwie "Blue to Red" (2020). W maju tego roku przypomniał o sobie epką zatytułowaną "Astral Traveling", stanowiącą próbę reinterpretacji nagrań Lonnie Listona Smitha z 1973 roku.

Szkoda, że nagrań z tej epki Wickham nie zdecydował się dołączyć do najnowszej dość krótkiej płyty "Cloud 10". Przyznam, że po przesłuchaniu tej ostatniej odczuwam pewien niedosyt. Chip Wickham pokazuje się tutaj jako przyzwoity kompozytor i niezły instrumentalista. To, co w pewnym sensie ratuje ten album, to jego różnorodność brzmieniowa oraz wiążąca się z tym obecność zaproszonych do studia gości. Na marginesie dodam, że "Estudios Brazil" mieszczące się w Madrycie, jest wyposażone w sprzęt analogowy. Przyjaciółka i stała współpracowniczka, harfistka Amanda Whiting (wydała w tym roku płytę "Lost In Abstraction"), w wyróżniającej się odsłonie zatytułowanej "Winter", świetnie odmalowała zimowy pejzaż, przy udziale perkusjonaliów oraz fletu. "Tubby Chase" pulsuje rwanymi, krótkimi akordami fortepianu, za którym zasiadł Phil Wilkinson. "Dark Eyes" - to miniatura, jak żywcem wyjęta z filmu noir. W "Lower East Side" w roli głównej znów mamy flet, pełen barw, ilustracyjny... i ... nagle urywający swoją opowieść. Reżyser dźwięku, z sobie tylko znanych powodów, zdecydował się wyciszyć to nagranie przed upływem trzech minut. "Stratosphere" brzmi jak nowy klasyk godnie reprezentujący szyld oficyny Gondwana Records, także za sprawą gry wibrafonisty Tony'ego Risco.

 Szybko mija czas w towarzystwie płyty "Cloud 10". To prawda. Być może nawet za szybko. W jej poszczególnych fragmentach nie znajdziemy, ani zapierających dech w piersiach solowych popisów, ani barwnych dialogów czy raptownych stylistycznych zwrotów. To, co z nami zostaje po przesłuchaniu tego krążka, to pewien specyficzny nastrój, sugestywna aura, którą raz lepiej, raz gorzej, udało się wyczarować przy pomocy: fletu, saksofonu, harfy, wibrafonu, flugelhornu, fortepianu oraz perkusji, za zestawem której świetnie się odnalazł Jon Scott, znany ze składu Mulatu Astatke. A wspomniany przeze mnie wcześniej niedosyt, cóż... pewnie pozostanie. Zawsze można spróbować nieco go rozmazać, wracając do albumu "Cloud 10" po raz kolejny.

(nota7/10)

 


Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta "Earth Visions Of Water Spaces" żeńskiego duetu Tan Cologne, rodem ze stanu Nowy Meksyk. Wybrałem dla Was taką oto kompozycję.



Hermanos Gutierrez nie mieszkają obecnie w stanie Nowy Meksyk, tylko w Zurychu, gdzie wraz z szefem wytwórni "Easy Eye Sound" - Danem Auerbachem - 28 października opublikują album "El Bueno Y El Malo".



Sporo nowości płytowych ukazało się w piątek. Jedną z nich jest album "The Dance" wokalistki Nicole Schneit, ukrywającej się pod szyldem Air Waves, z gościnnym udziałem Cassa McCombsa, Skylera Skjelesta (z grupy Fleet Foxes), czy Luke'a Templa.



Z Harrogate w Anglii pochodzi Niall Summerton, który kilka dni temu podzielił się ze światem takim oto singlem.



Odrobina gitar z Manchesteru, który, jak widać i słychać, nie rozbrzmiewa tylko "duchowym jazzem". Właśnie z tego miasta pochodzi grupa Gorgeous Bully, która niedawno opublikowała album "Paint".


Z Los Angeles w stanie Kalifornia pochodzi kolejny żeński duet OHMA, który wczoraj wydał album zatytułowany "Between All Things".



W kąciku improwizowanym fragment niedawno wydanej płyty "The Path", kanadyjskiej formacji The Cookers Quintet.





niedziela, 28 sierpnia 2022

NAT BIRCHAL UNITY ENSEMBLE - "SPIRITUAL PROGRESSONS" (AAOS) "Nie mam za czym się schować"

 

    "Dla mnie najlepsza muzyka zawsze będzie grana w czasie rzeczywistym przez artystów, którzy nadają na tych samych falach, i ciągle wchodzą ze sobą w interakcje" - tyle na dobry początek nasz dzisiejszy główny bohater - Nat Birchall. Brytyjski saksofonista pojawiał się na łamach tego bloga już nieraz, czy to przy okazji solowych dokonań, czy jako gość specjalny podczas sesji nagraniowych, chociażby tych z udziałem jego młodszego kolegi, Matthew Halsalla, szefa wytwórni Gondwana Records. O tym drugim muzyku jeszcze dziś wspomnę w dalszej części tekstu. Tak się złożyło, że obydwaj panowie na ten sam dzień wyznaczyli datę premiery swoich najnowszych wydawnictw. Drobna różnica polega na tym, że album "Spirtual Progressions" wydaje się być krążkiem dużo lepszym, niż krótka epka trębacza z Manchesteru.

Można zaryzykować twierdzenie, że właściciel oficyny Gondwana Records, odkrył talent Nata Birchalla na nowo, bowiem mało kto pamiętał debiut płytowy tego saksofonisty z 1999 roku zatytułowany "The Sixth Sense". Dokładnie dziesięć lat później Birchall zadebiutował w wytwórni Halsalla albumem "Akhenaten", który zawierał cztery długie kompozycje. U boku saksofonisty na fortepianie zagrał wtedy Adam Fairhall ten sam, który przy okazji sesji nagraniowych "Spiritual Progressions" kładł palce to na białe, to znów na czarne klawisze. Nat Birchall lubi otaczać się sprawdzonymi w boju muzykami, których grę dobrze czuje, i z którymi łączą go subtelne nici porozumienia, bowiem to właśnie one są gwarancją powstania kolejnych udanych kompozycji. "Moja muzyka jest bardzo prosta - harmonicznie, melodycznie, dlatego muszę grać z jak największym przekonaniem, bo nie mam za czym się schować". Gdybyśmy bliżej wniknęli w personalia osób zaproszonych do studia przy okazji nagrywania kolejnych płyt Birchalla, odkrylibyśmy, że najczęściej (dość sporadycznie, jeśli w ogóle) mistrz saksofonu wymienia sekcję rytmiczną. Przy tej wymianie nasz dzisiejszy bohater zwraca baczną uwagę na to, żeby basista i perkusista grali już ze sobą wcześniej. W przypadku Unity Ensemble było podobnie. Pochodzący z Irlandii Północnej, a zamieszkały obecnie w Leeds, basista Michael Bardon występował u boku perkusisty Paula Hessiona przy okazji wspólnego muzykowania w trio Jaktar. Z kolei urodzony w Leeds Paul Hession znany jest, co bardziej wnikliwym, ze składu grup Dereka Baileya, Joe McPhee, Otomo Yoshide. Ostatnie płyty Nata Brichalla, jak chociażby "Ancient Africa" (2021), były również próbami pokazania tego wciąż mało znanego, przynajmniej w naszym kraju, muzyka jako multiinstrumentalisty. Starając się jakoś odnaleźć w czasie pandemii oraz warunkach izolacji, Birchall zagrał tam na ulubionym tenorze, klarnecie, fortepianie i perkusji. Na szczęście w trakcie prac nad krążkiem "Spiritual Progressions" przypomniał sobie o dawnych znajomych, z którymi grał niegdyś w kwintecie. 

Najnowsze wydawnictwo, podobnie jak debiut Birchalla z 2009 roku dla oficyny Gondwana Records, również zawiera cztery kompozycje, czasem trwania oscylujące w okolicach 10 minut. Całość wyjątkowo udanie rozpoczyna "Unity", a potem... cóż, potem jest już tylko lepiej. Do naszych uszu przyklejają się dźwięki dzwoneczków i rozmaitych perkusjonaliów, a także innych egzotycznych i mało znanych instrumentów. I jak tu nie wierzyć w edukacyjną siłę muzyki, skoro przy okazji odsłuchiwania tego krążka, poznałem tak rzadko używane, przynajmniej w Europie, instrumenty jak: mbira, balafon czy gunibri. Szkoda tylko, że brytyjski saksofonista nie zdecydował się użyć ich w nieco szerszej formule, bo to właśnie wyżej wymienione instrumenty, dograne już na kolejnych  etapach produkcji, mocno wzbogaciły brzmienie tego albumu. Fortepian Adama Fairhalla, absolwenta Leeds College Of Music, zabiera nasze skojarzenia do płyt Johna Coltrane'a, bez trudu przenosi nas prosto do krainy muzyki improwizowanej, która okres swojej świetności przeżywała w latach 60-tych ("Jazz był wtedy osobisty i prawdziwy" - stwierdził McCoy Tyner). Te charakterystyczne "rzucane akordy", te rozpostarte szeroko szpony pianisty oraz sprawnego improwizatora, który niemal w każdej z odsłon najnowszego albumu Birchalla zostawił swój wyraźny podpis. Ten ostatni, jak mało który współczesny artysta, nie tylko doskonale czuje, ale także rozumie ducha tamtej epoki. Dziś chyba nikt o takim sposobie granie na napisze, że to "anty jazz", jak w magazynie Down Beat, z 23 listopada 1961 roku, dziennikarz podsumował ówczesne poczynania Johna Coltrane'a.

Moją ulubioną kompozycją z płyty "Spiritual Progressions" od pierwszego przesłuchania stała się odsłona zatytułowana "Lokumbe". W jej wstępie muzycy skupieni wokół szyldu Unity Ensemble ukazują nieco bardziej etniczny charakter, niż w pozostałych fragmentach. Znów dają o sobie znać egzotyczne instrumenty, jak chociażby ten zachodnioafrykański, pochodzący z rodziny idiofonów, czyli balafon. Gra Birchalla przynosi kojące ciepło, jego saksofon rozbrzmiewa, jak chyba nigdzie indziej, "darem wewnętrznej wolności", ofiarowuje spokój, afirmuje jasną stronę życia, i zabiera nasze myśli zdecydowanie bliżej dokonań Pharoaha Sandersa. Mnóstwo tu sączących się delikatnie tonów, definiujących na nowo ten wspaniale brzmiący akustyczny jazz. Tytuł może stanowić nawiązanie czy też wspomnienie amerykańskiego trębacza Hannibala Lokumbe, znanego ze składu Gila Evansa. Birchall to wielki fan i kolekcjoner dawnych winylowych płyt. W pierwszych taktach "Nile Valley" usłyszymy kolejny egzotyczny instrument - gunibri, rodzaj lutni popularnej w Senegalu. Kontrastujące ze swoimi poprzednikami nieco cięższe akordy mogą przywoływać obrazy karawany wolno przemieszczającej się po rozgrzanym piachu. Kolejne jej kroki odmalowuje fortepian, szarpnięcia kontrabasu, co dobitnie pokazuje, jak świetnie zgrany zespół powołał do życia Nat Birchall. W kończącym dzieło "Sun In The East" rozbrzmiewa partia fletu, a liryczne ornamenty saksofonu znów odsyłają do płyt Pharoaha Sandersa czy Charlesa Lloyda. 

Zamiast fragmentu z tej płyty, którą oczywiście proponuję odsłuchać w całości, raz, drugi i trzeci..., przewrotnie zabrzmi jedna z moich ulubionych kompozycji z udziałem Nata Birchalla. Może to skłoni Was do odszukania "Spiritual Progressions", jeśli nie na sklepowych półkach, to na platformach streamingowych.

(nota 8/10)


 


W kąciku deserowym pojawi się jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich dni. Fragment płyty "Earth Visions Of Water Spaces", duetu Tan Cologne, której premiera przewidziana jest na 9 września. Pod nazwą ukrywają się dwie panie - Lauren Green oraz Marisa Macias.



A jak brzmią połączone siły grupy The National oraz Bon Ivera? Proszę bardzo.



Na moment przeniesiemy się do Japonii, którą odwiedzamy bardzo rzadko. Właśnie stamtąd pochodzi grupa Mass Of The Fermenting Dregs, która całkiem niedawno opublikowała album "Awakening : Sleeping".



Również z Japonii pochodzi formacja Minami Deutsch, która wydała płytę "Fortune Goddies".



Julianna Barwick przypomina o sobie gościnnymi występami u boku grupy Four Horses. Piosenka pochodzi z nadchodzącej płyty "A Nurse To My Patience".



Wspomniany wcześniej Matthew Halsall wkrótce skończy 39 lat, i pewnie z tej okazji zrobił sobie muzyczny prezent, publikując najnowszą epkę zatytułowaną "The Temple Within".



Jak już pewnie wiecie, w minionych dniach, w wieku 39 lat, pożegnaliśmy Jaimie Branch. Oto fragment jednego z jej ostatnich wcieleń.



Na zakończenie dzisiejszej odsłony bloga... raz jeszcze wystąpi nasz główny bohater.