sobota, 26 kwietnia 2025
ORCHID MANTIS - "POSSESSION PACT" (Start-track. com) "Analogowe refleksy"
sobota, 16 grudnia 2023
EXIT NORTH - "ANYWAY, STILL" (Self-Released) "Poeci zmierzchu"
Można powiedzieć, że najnowszą płytę wciąż mało znanej grupy dowodzonej przez Steve'a Jansena zostawiłem sobie na deser kończącego się z wolna roku. Od jej premiery minęło już sporo czasu - żadna to gorąca nowość, żaden parzący w dłonie diament - ponieważ wydawnictwo Exit North zatytułowane "Anyway, Still" ukazało się na wiosnę tego roku, tuż przed rozpoczęciem mojego ulubionego turnieju na kortach w Monte Carlo. Nie jest to oczywiście album, który znajdziecie w podsumowaniach płytowych - zdziwiłbym się bardzo - które jak grzyby po grudniowym deszczu zaczęły ukazywać się kilkanaście dni temu. W tych ostatnich, z roku na rok, można dostrzec nie tylko prywatne idiosynkrazje rozmaitej maści krytyków (przeważają albumy energetyczne i dynamiczne, można by nawet podać przybliżony BPM tych wydawnictw), ale również coraz większy rozrzut dziennikarskich sympatii, co ma także swoje dobre strony. W zestawieniach popularnych portali czujne oko dostrzeże również pewne podobieństwa, gdyż na czołowych miejscach znalazły się takie tytuły jak: "False Lankun" - Lankun, "I Inside The Old Year Dying" - PJ Harvey, "The Records" - Boygenius, "Rat Saw God" - Wednesday, "Heavy Heavy" - Young Fathers, czy "Desire, I Want To Turn Into You" - Caroline Polachek.
Wydaje się, że nie po to zaglądamy na podobne do tego blogi, żeby przeczytać recenzję płyty Caroline Polachek - "Desire, ...". Raczej poszukujemy wydawnictw, które z jakichś powodów umknęły prasie głównego nurtu oraz dziennikarskiej gawiedzi, jakże często skupionej na powielaniu sprawdzonych już - przez innych kolegów z branży - wzorów, czy promowaniu, niejako przy okazji, własnej wcale nie takiej skromnej osoby.
Mam wrażenie, że czytelnikom tego bloga nie muszę przedstawiać postaci Steve'a Jansena (dawny perkusista grupy Japan) lub towarzyszącego mu od lat szwedzkiego pieśniarza Thomasa Feinera. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że to artyści osobni, którzy nie mieszczą się w żadnej ciasnej gatunkowej szufladzie, bowiem dla własnych potrzeb stworzyli sobie stylistyczną niszę, w której doskonale się czują. Tak czy inaczej, ich dokonania bardzo rzadko bywają recenzowane, albo przybliżane w mniej lub bardziej wnikliwych opisach. Panowie po raz pierwszy zetknęli się ze sobą przy okazji powstania płyty "Slope" (2007), gdzie w znakomitej kompozycji autorstwa Steve'a Jansena - to ona w dzisiejszym wydaniu bloga rozbrzmiała jako pierwsza - pojawił się głos Feinera. Rok później światło dzienne ujrzała świetna i wciąż bardzo ceniona wśród kolekcjonerów płyta Thomasa Feinera - "The Opiates Revisited", którą wyprodukował brat Jansena - David Sylvian. Całkiem niedawno można było nabyć ekskluzywne, rocznicowe i winylowe wydanie tego materiału. Choć puryści dźwiękowi mocno narzekali na jakość tłoczenia, zarówno pierwszej, jak i drugiej edycji. Sam Thomas Feiner ponoć był załamany egzemplarzem, który otrzymał od wytwórni. Po krytyce szwedzkiego wokalisty album został wytłoczony ponownie, ale według zgodnej opinii wielu audiofilów, drugie wydanie również dalekie jest od doskonałości.
Przyznam, że Thomas Feiner to jeden z moich ulubionych wokalistów, który jakoś wypełnia mi lukę powstałą po tym, jak David Sylvian wycofał się z działalności artystycznej. Przy okazji szwedzkiego pieśniarza zawsze nieco utyskuję, że tak rzadko pojawia się, czy to na solowych albumach, czy jako gość zaproszony do studia nagraniowego. Jego charakterystyczny głęboki głos można także odnaleźć na płytach Steve'a Jansena. Ten ostatni w 2017 roku powołał do życia grupę Exit North, w której składzie oprócz Feinera, znajdziemy Ulfa Janssona (fortepian, instrumenty klawiszowe) oraz Charlesa Storma (multiinstrumentalista, producent). Rok później ukazał się ich debiutancki album zatytułowany "Book Of Romance And Dust'".
Drugie w dyskografii dzieło Exit North - "Anyway, Still" nie przynosi większych zmian stylistycznych. W wielu kompozycjach słychać wyraźnie znak jakości ich twórcy - Steve'a Jansena, który wraz z Thomasem Feinerem był również odpowiedzialny za warstwę tekstową. Chyba nikt tak umiejętnie, z wdziękiem oraz klasą, nie potrafi kreować i wypełniać przestrzeni, tworzyć subtelnych muzycznych światów, jak David Sylvian i Steve Jansen. Ich muzyki nie tylko się słucha, takie kompozycje widzi się i czuje. Szkoda tylko, że tak niewielu artystów próbowało i stara się, podążać wytyczonym przez nich szlakiem. Wydaje się, że to wciąż jest spory obszar do odkrywania i wypełniania treścią.
Na albumie "Anyway, Still" dominuje mroczny, spokojny nastrój, typowy dla poczynań wyżej wymienionego duetu. Chociaż płyta rozpoczyna się dość dynamicznie, jak na możliwości tego składu, od "I Only Believe In Untold Stories", który może przypominać dokonania Toma Waitsa. Podobnie brzmi "Bled Out", żywy lub nawet w pewnym sensie "przebojowy" w tym układzie, wyróżniający się fragment na balladowym tle znakomitej większości nagrań. W poszczególnych odsłonach tradycyjnie znajdziemy sporo ciszy, plastycznie przekształcanej, modyfikowanej na różne sposoby, poprzetykanej cichymi westchnieniami trąbki - Nicolas Rydh, Janne Bjerger - lub oddechami wiolonczeli. O dodatkowe barwy i promienie światła postarała się Orkiestra Symfoniczna z Bratysławy, która tyle dobrego zrobiła w aranżacjach albumu "The Opiates Revisited" (tutaj wykorzystano orkiestrę z Polski). Zwraca na siebie uwagę charakterystyczna dla twórczości Jansena dbałość o szczegóły, skupienie się na pojedynczym detalu, gdyż każdy element ma znaczenie w tak rozumianej aranżacji.
Moim ulubiony utworem od pierwszego przesłuchania został "In The Game", znakomity, trafiony i jasny punkt na mapie tego mrocznego wydawnictwa. Szkoda, że takich udanych fragmentów nie ma nieco więcej. Nie jest to oczywiście album na miarę płyty roku, ale z pewnością godny uwagi.
(nota 7.5/10)
Wspaniałe nagranie!! Dlatego w "dodatkach..." raz jeszcze pojawi się Thomas Feiner, ze słabo znanego singla, u boku artysty wystąpili Giorgio Li Calzi (flugelhorn) oraz Roberto Cechetto (gitara).
Nie byłoby Thomas Feinera, gdyby nie David Sylvian, warto wracać również do starych zapomnianych płyt, tutaj u boku Hectora Zazou na świetnym albumie "Sahara Blue".
Skoro duety i kolaboracje, to David Sylvian w towarzystwie Ryuichi Sakamoto, z mało znanej epki "World Citizen".
David Sylvian, Steve Jansen, Arve Henriksen, Burnt Friedman, czyli grupa Nine Horses oraz kultowy, doskonały album "Snow Borne Sorrow".
Steve Jansen, David Sylvian oraz kontrabasista Keith Lowe, w utworze demo ze specjalnej sesji nagraniowej Nine Horses.
Steve Jansen, David Sylvian, urocza Nina Kinert oraz fragment specjalnej wersji utworu, który w oryginale znalazł się na wspomnianym już dzisiaj albumie "Slope".
Na koniec zostawię Was w dobrych rękach, sam na sam z Davidem Sylvianem. Oto jeden z ostatnich wywiadów, jakich udzielił ten wyjątkowy artysta.
sobota, 6 maja 2023
SQURL - "SILVER HAZE" (Sacred Bones Records) "Inaczej niż w raju"
"The Limits Of Control" to "sensacyjny" - przynajmniej tak podają źródła - film w reżyserii Jima Jarmuscha z 2009 roku. Tak się złożyło, że jest to również jeden z moich ulubionych filmów, z bogatego dorobku artysty niezależnego kina, który w tym roku obchodził siedemdziesiątą rocznicę urodzin. Od samego początku polubiłem charakterystyczny styl amerykańskiego twórcy - niespieszną narrację, długie i powolne ujęcia, inteligentną zabawę konwencjami, czy specyficzne poczucie humoru, które może również uosabiać zamyślona twarz Billa Murraya. Jako coraz bardziej zgorzkniały boomer wciąż w miarę jasno pamiętam dzień, kiedy z rąk siostry kolegi otrzymałem kasetę VHS, na której zarejestrowany był film "Inaczej niż w raju" - tak właśnie rozpoczęła się moja długa przygoda z jarmuschowską wizją świata. A potem oczywiście były następne, w pewnym sensie kultowe obrazy, niezapomniane projekcje, często w gronie bliskich znajomych - obecnie zwyczaj wspólnego oglądania filmów wśród młodzieży chyba całkiem zanikł. Cóż poradzić, skoro wtedy mieliśmy taką "odklejkę", dzięki czemu obejrzałem: "Poza prawem", "Nieustające wakacje", czy "Mistery Train".
Muzyka w filmach Jima Jarmuscha stanowi integralną rolę. Początkowo za ścieżki dźwiękowe jego obrazów odpowiedzialny był John Lurie, który z tego trudnego zadania wywiązywał się w kapitalny sposób. Kto wie, czy to nie po raz pierwszy właśnie w filmie "Inaczej niż w raju" usłyszałem znakomitą kompozycję Screamin' Jay Hawkinsa - "I Put A Spell On You", lub innego ulubieńca amerykańskiego reżysera - Toma Waitsa, który w ostatnim jego filmie "Truposze nie umierają" zagrał "truposza", i to bez większej charakteryzacji. Jim Jarmusch przyznawał w wywiadach, że uwielbia tworzyć muzykę, nie tylko do własnych filmów, i choć nie jest żadnym wielkim gitarzystą - "Nigdy nie brałem lekcji nauki gry na gitarze, gram instynktownie, dla mnie gitara elektryczna jest jednym z największych wynalazków XX wieku, ale traktuję ją jako generator hałasu" - czy świetnym wokalistą, to:" Muzyka jest dla niego doskonałą odskocznią, pozwala się wyszumieć".
Nie przez przypadek rozpocząłem dzisiejszy wpis od tytułu "The Limits Of Control", gdyż to właśnie przy okazji kręcenia kolejnych ujęć do tego filmu Jim Jarmusch i producent Carter Logan wpadli na pomysł powołania zespołu SQURL. Panowie byli wtedy zafascynowani takimi grupami jak Boris czy SUNN O ))), tworzyli ścieżki dźwiękowe do filmów Man Raya. Jako SQURL wydali trzy epki (2011, 2013, 2014) oraz album zawierający zapis koncertu "SQURL Live At Third Man Records" (2016). Jim Jarmusch w swojej biografii ma już zaliczony epizod grania w zespole. Na początku lat osiemdziesiątych "obsługiwał klawisze" w nowojorskiej formacji The Del-Byzanteens, z którą wydał jedną płytę "Lies To Live By" (1982).
Opublikowany wczoraj album SQURL - "Silver Haze" to debiutanckie pełnometrażowe dzieło duetu Jarmusch/Logan. Rozpoczyna je znakomita kompozycja "Berlin '87", która doskonale wprowadza w mroczną atmosferę tego wydawnictwa. Brzmienie grupy - podczas rejestracji nagrań skorzystano z pomocy basisty - oparte na gęstych gitarowych fakturach i monotonnym rytmie, czerpie z psychodelii i post-rocka, przetwarzając inspiracje oraz pomysły w lepką dronową magmę. W poszczególnych odsłonach zmienia się tylko głębokość zanurzenia w materią dźwiękową. Sporadycznie bywa nieco jaśniej, jak w odrobinę westernowym "Queen Elizabeth", albo kiedy promienie mglistego światła rzucą tony gitary Marca Ribota, przy okazji "Garden Of Glasss Flowers". Powtarzana sekwencja dźwięków będąca tworzywem tej kompozycji, przypomniała mi fragment filmu "The Limits of Control", kiedy to Tilda Swinton powolnym krokiem udawała się na spotkanie, a w tle rozbrzmiewała muzyka formacji Boris.
W "She Don't Wanna Talk About It" - usłyszymy głos naszej dobrej znajomej Aniki Henderson (jej płytę "Exploded View" recenzowałem jakiś czas temu na łamach bloga), która bardzo dobrze wypadła u boku Jima Jarmuscha. Znacznie słabiej moim zdaniem prezentuje się Charlotte Gainsbourg, recytując poezję w "John Ashbery Takes A Work". Nie jestem wielkim wielbicielem talentu tej pani, ani jako aktorki, ani tym bardziej wokalistki, ale skoro mistrz kina niezależnego się uparł, muszę uszanować ten wybór. "Il Deserto Rosso" to jeden z najlepszych utworów tego wydawnictwa, i kolejny muzyczny podpis Marca Ribota, którego grę po raz pierwszy usłyszałem lata temu, na wspaniałym albumie Davida Sylviana - "Dead Bees On A Cake" (1999). Trzeba przyznać, że wirtuoz gitary w tej odsłonie zagrał bardzo podobnie, jak w znakomitym sylvianowskim "Midnight Sun" (w jednej z wersji Ribot ponoć wykorzystał klucze od samochodu) - przeprowadził nas przez gęstniejący mrok chłodnej nocy, zapalając tu i ówdzie czerwone znaczniki bluesowych lampionów.
A jakie są najbliższe plany Jima Jarmuscha, który pomimo wieku nie zwalnia tempa. Podobno jesienią rozpoczną się zdjęcia do nowego filmu, po czterech latach przerwy, jakie minęły od "Truposze nie umierają" . Oto, co powiedział reżyser, w jednym z niedawno udzielonych wywiadów: "Film, do którego kręcenia się przygotowuję, żeby rozpocząć zdjęcia pod koniec roku, prawdopodobnie - tak myślę - nie będzie miał w ogóle muzyki".
(nota 7.5/10)
Skoro wspomniałem powyżej nazwisko Davida Sylviana, warto powrócić do nieco zakurzonej płyty "Dead Bees On A Cake", żeby posłuchać również dźwięków gitary Marca Ribota. Wtedy brzmiała świetnie, i dziś także nic w tym względzie się nie zmieniło. Wyborne!!
Pozostaniemy w jarmuschowskim nastroju. Duński psychodeliczny zespół Edena Gardens (w składzie członkowie grup Papir oraz Causa Sui), i fragment z ich najnowszej wydanej w kwietniu płyty "Agar".
Nie wiem, czy wokalistka Ravin Marie zna twórczość Jim Jarmuscha, ale jej najnowsza piosenka "The Fight" toczy się w jarmuschowskim rytmie.
Amerykańska artystka Julie Byrne 7 lipca za pośrednictwem prestiżowej oficyny "Ghostly International" opublikuje płytę "The Greater Wings".
Zapomniany przez wszystkich zespół Fridge wkrótce przypomni o sobie reedycją swojego kultowego albumu "Happiness". Moim ulubionym utworem była, jest i pozostanie, kompozycja, która kończyła to wydawnictwo.
Najnowszy opublikowany pod koniec kwietnia album Y La Bamby nosi tytuł "Lucha", pośród jedenastu kompozycji znajdziemy na niej utwór wykonany w duecie z Devendrą Banhartem.
Sekcję improwizowaną rozpocznie amerykański kolektyw BRAHJA, dowodzony przez Davida Brahja Waldena, fragmentem płyty "Watermelancholia".
Dishwasher to belgijskie trio, które w połowie kwietnia wydało płytę zatytułowaną po prostu "Dishwasher".
Moją ulubioną kompozycję jazzową ostatnich dni zostawiłem na sam koniec. Jej twórcą jest saksofonista Joe Lovano, który grając u boku Marilyn Crispell (fortepian) i Carmen Castaldi (perkusja), za pośrednictwem oficyny ECM opublikował wczoraj płytę "Our Daily Bread". To jest kolejne podejście artysty do tematu "Our Daily Bread", wcześniejszą próbę znajdziemy chociażby na albumie "Seraphic Light" (2008), z Davem Liebmanem i Ravi Coltranem.
sobota, 4 grudnia 2021
MODERN NATURE - "ISLAND OF NOISE" (Bella Union) "Piekło jest puste, a wszystkie diabły są tutaj"
Nie bez powodu w tytule dzisiejszego wpisu użyłem jednego z moich ulubionych cytatów, który można odnaleźć w dramacie Williama Szekspira - "Burza". Napisany czterysta lat temu tekst zainspirował Jacka Coopera - lidera formacji Modern Nature - na tyle, że w oparciu o niego postanowił stworzyć dziesięć kompozycji, a pewien jego fragment umieścił na ścianie swojego warsztatu. "Be Not Afeard, The Isle Is Full Of Noises" - brzmią zgrabne frazy, które posłużyły także za tytuł najnowszej, wydanej wczoraj płyty. O poprzednim debiutanckim albumie brytyjskiej formacji Modern Nature - "How To Live" - napisałem na łamach tego bloga, zwracając uwagę na subtelne połączenie wątków indie-rocka z technikami muzyki improwizowanej. W przypadku najnowszej płyty "Island Of Noise" jest podobnie, choć tych wymownych akcentów pochodzących ze świata swobodnej improwizacji jest jeszcze więcej, niż miało to miejsce dwa lata temu.
"Wyobraziłem sobie krajobraz wyspy oraz to, jak będzie zmieniał się na płycie. Brzmienie mojej gitary, bębny Jima Wallisa i bas Johna Edwardsa, uosabiają sukcesywnie zmieniający się krajobraz. (...). Lasy, doliny oraz życie reprezentowaliby przedstawiciele świata muzyki improwizowanej" - stwierdził w jednym z wywiadów Jack Cooper. Oprócz stałych współpracowników, w tym saksofonisty - Jeffa Tobiasa (przewija się przez kilka różnych składów), brytyjski gitarzysta zaprosił do współpracy Evana Parkera (saksofon, klarnet basowy), Alexandra Hawkinsa (fortepian) oraz Alison Cotton (skrzypce). To właśnie ci muzycy, balansując na pograniczu grania tonami i motywami, a także w oparciu o elementy swobodnej improwizacji, dodali światła, barw i rozmaitych odcieni poszczególnym kompozycjom. "Miałem kilka starych pomysłów i orkiestracji, ale w zasadzie stworzyłem płótno" - to raz jeszcze Jack Cooper. Szukając wyciszenia podczas prac nad kolejnymi fragmentami nasz dzisiejszy bohater schronił się na wsi w hrabstwie Essex. Umiłowanie do świata przyrody jest jednym ze znaków rozpoznawczych Coopera, nie dziwi więc specjalnie fakt, że cała płyta (opakowanie, książeczka), stworzona została dzięki wykorzystaniu materiałów pochodzących z recyclingu. Wszystkie nagrania zarejestrowano w analogowy sposób, dokonując zapisu na taśmie magnetycznej, pod czujnym okiem Eda Deegana. Wspomniana wyżej książeczka ma 36 stron, zawiera prace zaprzyjaźnionych artystów, którzy zainspirowali się kolejnymi utworami. Wśród nich znajdziemy poetę Robina Robertsona (nominowany do prestiżowej nagrody Bookera za poemat "The Long Take"), pisarza Richarda Kinga, a także ilustratorkę Sophy Hollington.
Płyta "Island Of Noise" liczy sobie dwadzieścia nagrań (10 Lp1 plus 10 Lp2), drugi fizyczny krążek to nic innego jak instrumentalne wersje utworów, które możemy znaleźć na pierwszym nośniku. Album rozpoczyna dialog gitary Jacka Coopera, kontrabasu i saksofonu Jeffa Tobiasa. Panowie niedawno opublikowali wspólne wydawnictwo zatytułowane "Tributanies". Kolejna odsłona krążka, czyli "Dunes", to drobny ukłon w stronę dojrzałych dokonań Talk Talk. Nieco bardziej klasyczne podejście do tematu kompozycji i aranżacji, znane z poprzedniej płyty "How To Live", przybliżają "Masque" i wprowadzający żywsze tempo "Brigade". Znakomity i rozmarzony "Ariel", z drobną orkiestracją instrumentów dętych, to jeden z najlepszych fragmentów. Dyskretnie pulsujący od środka jazzową magmą - "Bluster" - przypomniał mi dawne pieśni Davida Sylviana, z okresu działalności grupy Rain Tree Crow. Podobnie brzmi nieśpieszny "Symmetry", choć w tym przypadku nieco bardziej daje o sobie znać myślenie o dźwięku spod szyldu Marka Hollisa. W ostatnim czasie coraz częściej dochodzi do spotkania przedstawicieli sceny alternatywnej, z muzykami reprezentującymi krainę swobodnej improwizacji. Zwykle takie zderzenie dwóch światów niosło wraz z sobą wiele dobrego - podobnie jest w przypadku płyty "Island Of Noise". Pierwsze lepsze wydawnictwo, omawiane na łamach tego bloga, które przychodzi mi w tym kontekście do głowy, to album Daniela Blumberga - "Minus". W odróżnieniu od wspomnianego wyżej artysty, Jack Cooper w większym stopniu wykorzystuje ciszę (te wyłaniające się z niej szepty basu, westchnienia trąbki czy klarnetu, okruchy dźwięków fortepianu). Umiejętnie akcentuje jej rolę, podkreśla znaczenie, a przede wszystkim używa jej jako kolejnego instrumentu, czego przykładem może być kompozycja "Spell" lub "Tempest". Sporo tu grania motywami, oscylowania między melodią, a abstrakcją ("Myślę, że jest to coś, co próbuję odnaleźć - porządek w chaosie"), wyrafinowanej wymiany zdań pomiędzy instrumentami, które sugestywnie odmalowują scenerią tytułowej wyspy. "Improwizacja jest kolorem tej muzyki". Jack Cooper podkreśla także uniwersalność tekstu Szekspira. "Wyspa (...) to analogia, równie dobrze może to być jakakolwiek nieznana przestrzeń, w której się znajdziesz (...). Może to być coś tak banalnego, jak wejście do metra w Londynie o szóstej rano".
Słuchajmy Modern Nature. Czytajmy Szekspira!
(nota 8/10)
Na deser Combo Chimbita, w przepięknej - i nawiązującej odrobinę, zupełnie przypadkiem, również do nastroju omawianej dziś płyty Modern Nature - kompozycji "Oya". Cały album zatytułowany "Ire" ukaże się 28 stycznia przyszłego roku nakładem oficyny Anti - Records.
Ten tydzień chyba należy do oficyny Bella Union, bo oprócz płyty Modern Nature - "Island Of Noise", szef wytwórni Simon Raymonde opublikował wczoraj bardzo udany album Deep Throat Choir - "In Order To Know You".
Zespół Goose przypomniał o sobie znakomitym coverem pieśni Niny Simone - "Sinnerman", pretekstem do podzielenia się ze światem tym utworem jest okazja obchodów 25-lecia działalności wytwórni Secretly Canadian. Na gitarze odcisnął swoje piętno Rick Mitarotondo.
Raz jeszcze, podobnie jak przed tygodniem, zajrzymy na najnowszą płytę Jacksona VanHorna - "A Silent Understanding".
Na koniec, w kąciku improwizowanym, fragment z ostatniej płyty trębacza Erika Palmberga zatytułowanej "In Between". Duch Kenny Wheelera unosi się nad tą kompozycją.
niedziela, 15 listopada 2020
JOHN JEFFREY - "PASSAGE" (Jean Sandwich) "Aż tu nagle..."
To nie był dobry tydzień - kto by pomyślał, że po imieninach, na początku listopada, nastąpi taka flauta. A z pewnością nie był to tydzień moich szczęśliwych wyborów. Co płyta, to ... rozczarowanie. Co utwór, to żałosne westchnienie dobywające się z mojej udręczonej piersi. Doszło do tego - wyobraźcie to sobie - że musiałem zrobić jeden dzień przerwy, w odsłuchiwaniu kolejnych nowych wydawnictw. Uznałem bowiem, że coś ze mną jest nie tak, jak być powinno. Zacząłem podejrzewać, że od tego ciągłego słuchania muzyki stępił mi się słuch, że o wrażliwości nie wspomnę. Dawno już nie obcowałem z tyloma słabymi, kiepskimi, wątłymi albumami. Dodam tylko, chociaż chyba nie muszę, że były to krążki z różnych stylistyk. Nigdy nie widziałem powodu, dlaczego akurat w tej subtelnej materii miałbym się ograniczać. W pewnym momencie przez mój rozczarowany słabymi bodźcami dźwiękowymi mózg przemknęła i taka myśl, żeby zmienić, przynajmniej odrobinę, niepisane zasady tego bloga, wziąć na warsztat jakąś ewidentnie słabą płytę, na której pojawienie się od dłuższego czasu czekałem, i... wylać na nią kubeł cierpkich słów, niezbyt wyszukanych epitetów i ukrytych pretensji. Aż tu nagle...
Aż tu nagle całkiem przypadkiem natrafiłem na wydawnictwo Johna Jeffreya - "Passage", które nie dość, że w znacznej mierze zaspokoiło moje oczekiwania, to jeszcze ukoiło nadszarpnięte kiepskimi tonami nerwy. Szczerze mówiąc, nie skojarzyłem tego niezbyt oryginalnego nazwiska z multiinstrumentalistą, a przede wszystkim z perkusistą formacji Moon Duo czy Rose City Band. Artysta mieszkający w Vancouver w końcu postanowił wydać coś pod własnym szyldem. Zainspirowany pięknymi pejzażami kanadyjskiej przyrody oraz malarstwem Takao Tanabe, który w swojej twórczości uwiecznia morskie i lądowe krajobrazy północno-zachodniego wybrzeża Kanady. Do współpracy zaprosił dwóch gitarzystów: Rolla Olaka i Marca Jenkinsa, sam zaś zagrał na basie, gitarze, wibrafonie i oczywiście zasiadł za zestawem perkusyjnym; okładka albumu do czegoś zobowiązuje. W tym składzie panowie weszli do studia The Hive, mieszczącym się w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie pod czujnym okiem i uchem Colina Stewarta zarejestrowali cały materiał.
Podczas prac nad debiutanckim krążkiem Johnowi Jeffreyowi przyświecały dwie przenikające się idee - progresji oraz improwizacji. Artysta sukcesywnie dokładał kolejne elementy w tkance aranżacyjnej, pogłębiał struktury, poszukiwał subtelnych interakcji, a także intrygującego brzmienia. "Wszystko zostało opracowane wokół prostych wzorów rytmicznych" - powiedział w wywiadzie John Jeffrey. W efekcie multiinstrumentalista mniej lub bardziej świadomie połączył kilka stylistyk - ambient, delikatna elektronika, americana, alt-country. Z tej ostatniej wykorzystał charakterystyczne brzmienie gitary, rozciągnięte w czasie i przestrzeni (Marc Jenkins). Jej rozmaite akcenty bardzo ubogaciły poszczególne kompozycje, które w liczbie czterech (czasem trwania oscylujące w okolicach 10 minut), wypełniły album "Passage".
Od samego początku, czyli od dwunastominutowego otwarcia - "Lonely Years" - nasze skojarzenia biegną w stronę ambientowych dokonań Davida Sylviana czy Briana Eno. Stałym elementem pierwszych trzech kompozycji jest brzmienie perkusji. Jej tony nie tylko wyznaczają kolejne takty, ale również współtworzą przestrzeń, dialogują z pozostałymi instrumentami. W utworze "Leaving Franklin" znajdziemy coś na kształt zapętlonego leniwego funkowego groove, który wzbogacają repetycje syntezatora, dźwięki gitary oraz tony klawiszy, gdzie wychwycimy drobne nawiązania do wczesnych płyt Soft Machine. "Play It As It Lays" - przestrzenny, pełen migoczących świateł, ile tu głębi, ile kojącego ciepła, z cudownymi pasażami gitary - tytułem nawiązuje do powieści Joan Didion z 1970 roku (film powstał dwa lata później). Całość ospale kończy "Pacific Calm", już bez tonów perkusji, za to z morskimi oddechami wibrafonu. Album "Passage" świetnie koresponduje z innym nowym krążkiem omawianym na łamach tego bloga, mam tu na myśli "Philadelphia" - tria Shabason, Krgovich & Harris. Można te wydawnictwa spokojnie zestawić obok siebie i słuchać jednego po drugim, do czego zresztą gorąco namawiam.
(nota7.5/10)
Myśląc, o kąciku improwizowanym, miałem w tym tygodniu spory dylemat. Ukazało się bowiem kilka intrygujących płyt. Wspólnym mianownikiem tych wydawnictw był fakt, że wszystkie pozostawiły we mnie rosnące poczucie niedosytu. Na pierwszy ogień niech pójdzie album Doxas Brothers - "The Circle". O poprzedniej, znakomitej płycie saksofonisty Cheta Doxasa - "Rich In Symbols" - napisałem kilka słów na łamach tego bloga. To był świetny krążek. Tym razem Chet postanowił połączyć siły z bratem Jimem grającym na perkusji. Do składu zaprosili stałego współpracownika basistę Adriana Vedady oraz jednego z moich ulubionych pianistów Marca Coplanda. I to właśnie ten troszkę niedoceniony u nas artysta skradł dla siebie ten album. Przesłuchując kolejne kompozycje, utrzymane w szeroko pojętej stylistyce modern jazz, złapałem się na tym, że słucham głównie gry Marca Coplanda. Aż strach pomyśleć, co byłoby, gdyby tego wspaniałego pianisty zabrakło w studio. Co ciekawe, Copland zaczynał w latach 60-tych od saksofonu. Wprawdzie lekcję gry na fortepianie pobierał od siódmego roku życia, ale mając dziesięć lat zafascynował go saksofon. W późniejszych latach eksperymentował z brzmieniem tego instrumentu, czego efektem był album "Friends", któremu magazyn DownBeat nadał status "kultowego". Na dalszym etapie kariery Copland wrócił jednak do fortepianu, nagrywając wiele wspaniałych płyt dla prestiżowych wytwórni, których odsłuchanie polecam szanownym Czytelnikom tego bloga.
Druga propozycja to album "Kontinent" - Janne Mark. Przyznam, że to nie głos duńskiej wokalistki przyciągnął mnie do tego wydawnictwa, tylko udział Arve Henriksena, który nie tylko zagrał na trąbce, ale wyprodukował ten krążek. To już drugi wspólny materiał Mark i Henriksena, pierwszym była płyta wydana w 2018 roku zatytułowana "Pilgrim". Nagrania, eksplorujące jazzowo-folkowe pogranicze, zarejestrowano pomiędzy 24, a 26 maja tego roku, w studiu The Village, mieszczącym się w Kopenhadze.
Skoro pojawiło się nazwisko Chet Doxas, nie może być tak, żeby na moim blogu, w biały dzień, czy w noc ciemną, nie zabrzmiał choćby fragment jego poprzedniej, jakże udanej płyty "Rich In Symbols", kompozycja "While You Were Sleeping" otwiera ten znakomity krążek, który gorąco i niezmiennie WAM polecam.
niedziela, 20 września 2020
SHABASON, KRGOVICH & HARRIS - "PHILADELPHIA" (Idee Fixe Records) "To, co umyka..."
Pod koniec lat 80-tych wielu z nas nie było jeszcze na tym padole łez, inni z mizernej blastocysty przemieniali się w nieco dojrzalsze formy istnienia, jeszcze inni wycierali niedomyte korytarze szkół podstawowych, wyręczając w ten sposób zajęte plotkami sprzątaczki, i snując poważne plany dotyczące najbliższej przyszłości. W tych jakże śmiałych niekiedy marzeniach wkładaliśmy skafander kosmonauty, przymierzaliśmy pogrzebowe wdzianko kominiarza albo wciskaliśmy się w pomarańczowy uniform kierowcy śmieciarki, której poczynania bacznie śledziliśmy z okien podczas nudnej lekcji. Tymczasem w marcu 1988 roku David Sylvian i Holger Czukay opublikowali album "Plight And Premonition". Krążek zawierał dwa utwory utrzymane w ambientowej stylistyce. Jeszcze w grudniu tego samego roku, zachęceni owocną współpracą, obydwaj panowie ponownie przekroczyli gościnne progi Can Studio w Kolonii, żeby zarejestrować następny materiał zatytułowany "Flux Mutability". Płyta zawierała również dwa utwory, czasem trwania oscylujące wokół 20 minut. Dlaczego na wstępie dzisiejszego spotkania pozwoliłem sobie wrócić do przeszłości i przypomnieć te dwa wspaniałe wydawnictwa? Powód jest bardzo prosty. Oto na rynku pojawiła się płyta o wdzięcznym tytule "Philadelphia", która w pewien sposób nawiązuje do sylvianowskiej estetyki ze wspomnianego wyżej okresu.
Wszystko zaczęło się mniej więcej dwa lata temu, kiedy trójka przyjaciół - Joseph Shabason, Nicholas Krgovich i Chris Harris - nudzili się w jesienne wieczory na tyle, że zaczęli komponować, a potem drogą elektroniczną przesyłać próbki demo. Zebrało się tego osiem nieopierzonych utworów, które wymagały pracy, uwagi oraz dalszej obróbki. "Jesienią 2019 zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli nie spotkamy się razem w jednym miejscu, nigdy nie ukończymy tego albumu". Świadomi czyhających zagrożeń polecili więc do Toronto, gdzie nagrali cały materiał podczas trzech sesji.
O Josephie Shabasonie wspominałem na łamach tego bloga, chociażby przy okazji jego wydawnictwa "Anna", które poświęcił chorującej matce. Cieszę się, że powrócił w dobrej formie, i znów pojawia się w moim wpisie, bo oznacza to, ni mniej ni więcej, iż postawiłem na właściwego konia. Shabason to kanadyjski muzyk sesyjny, kompozytor, saksofonista, znany ze współpracy z takimi grupami jak: Destroyer czy The War On Drugs. Wzrastał w rodzinie muzycznej, bowiem jego ojciec był pianistą jazzowym. Ceni sobie twórczość Briana Eno, Terry Riley'a, Masabumi Kikuchi, czy Midori Takady, do których również odwołują się autorzy krążka "Philadelphia". "Album narodził się z miłości do japońskiej muzyki New Age". Ostatnio dał prókę swoich możliwości przy okazji płyty formacji Austra lub na albumie "Heavy Nights" zespołu Evening Hymns. Jako zaproszony gość - wziął do ręki flet oraz saksofon - wkroczył do studia, kiedy Nicholas Krgovich nagrywał płytę "Ouch" (2018).
Krgovich to multiinstrumentalista i wokalista pochodzący z Vancouver. Ponoć sam Robert Wyatt powiedział o nim i o jego twórczości takie oto zdanie: "Piękny, bardzo wzruszający i ludzki". Debiutował w 2002 roku albumem "When It's Dark And It's Summer". Współpracował z Mount Eerie, Nite Jewel, Dirty Projectors. Popełnił był także jednoaktowy musical dla Vancouver Push Festival. Na wspomnianej przeze mnie płycie "Ouch", zawarł zestaw piosenek pełnych smutku, żalu i rozgoryczenia, w których zaprezentował doświadczenie bycia porzuconym. "Czuję się oszukany i okradziony" - śpiewał, przeżywając bolesne rozstanie. Z gitarzystą Chrisem Harrisem spotkał się pod szyldem P:Ano, kiedy wydali wspólnie album "The Den", grał u jego boku w zespole No Kids. Nic więc dziwnego, że przy okazji pracy na krążkiem "Philadelphia", pozostając w minorowym nastroju, również przypomniał sobie o dobrym znajomym.
Debiutanckie i najnowsze wydawnictwo tria Shabason, Krgovich & Harris zawiera osiem nagrań. W tkance aranżacyjnej znajdziemy tony fletu, saksofonu, trąbki, fortepianu, nagrania terenowe, a także rozmazane brzmienie syntezatorów oraz gitary, które przywołują skojarzenie z wydawnictwami Davida Sylviana i Holgera Czukaya z końca lat 80-tych. Podobny ambientowy charakter, podobna nostalgiczno-melancholijna aura, przeciągnięte frazy gitary, które łagodnie odmierzają kolejne takty i podsuwają pod oczy widok kropli deszczu wolno spływających po okiennej szybie. Nie ma na tym albumie żywej i mocnej perkusji, raczej, i to rzadko, pojawiają się rozmaite perkusjonalia, dzięki czemu kompozycje uzyskały intymny czy kameralny wymiar. Nagrania duetu Sylvian/Czukay miały instrumentalny charakter. Tymczasem w kompozycjach tria SKH pojawia się urokliwy głos Krgovicha. Całość rozpoczyna "Osouji", gdzie wykorzystano nagrania terenowe, w dalszej części albumu znajdziemy dziecięce głosy, śpiew ptaków czy szum strumienia. W tytułowej kompozycji "Philadelphia" panowie nawiązują bezpośrednio do znanego utworu Neila Younga z 1993 roku. Trzeba przyznać, że jest to bardzo udany cover. Zawiera delikatną wokalizę, kruche dźwięki fortepianu w duchu Erika Satie, okraszone nieśmiały muśnięciami blach perkusji i krótkim westchnieniem trąbki. Najciekawsze na płycie zdają się być te najdłuższe utwory, czasem trwania przekraczające sześć czy zbliżające się do ośmiu minut. Wtedy to muzyka Kanadyjczyków może w pełni wybrzmieć i wprowadzić słuchacza w błogi kontemplacyjny letarg. W tekstach Nicholas Krgovich akcentuje rolę szarej codzienności, jak przez szkło powiększające przygląda się prozaicznym zdarzeniom, zwykłym przedmiotom, które umykają naszej uwadze.
(nota 7.5/10)
W kąciku deserowym dziś aż trzy rodzaje różnych ciast. Skoro pojawiło się w tekście nazwisko Erika Satie, to może warto posłuchać, jak Jospeh Shabason spróbował odczytać jeden z klasyków mistrza, oryginalnie kompozycja "Gymnopede No.1" datowana jest na 1888 rok. Myślę, że w tej formie całkiem nieźle uzupełniłaby listę utworów zawartych na albumie "Philadelphia".
Kolejny kawałek ciasta to propozycja dla fanów formacji Skeletons. Wspominałem o niej wiele razy na łamach tego bloga, ostatnio chociażby przy okazji solowego wydawnictwa założyciela tej grupy Matta Mehlana. Najnowszy album "If The Cat Come Back" ukazał się kilka dni temu. Niestety nie jest to dzieło na miarę moich ulubionych płyt Skeletons, czyli "Money" lub "People". Krążek zawiera dziewięć dość różnorodnych utworów, choć do pełni szczęści ewidentnie sporo zabrakło. Znajdziemy na nim więcej eksperymentów elektronicznych, poszukiwań ciekawego brzmienia, co zawsze było znakiem rozpoznawczym amerykańskiej formacji. Jednak tym razem zbyt dużo tutaj jakiegoś niesfornego momentami niezdecydowania, folgującej zbyt mocno wyobraźni. Problem polega na tym, że szukać, to nie zawsze oznacza znaleźć. Choć samo poszukiwanie bywa niekiedy wielce inspirujące. Moim numerem jeden tego albumu od razu został "The Edge", pozostawiając daleko w tyle całą resztę. Definicja stylu, czy coś na kształt muzycznego autografu tej grupy.
Na koniec deserowego kącika zapowiedź płyty, która ukaże się w lutym 2021 roku, będzie nosić tytuł "In Quiet Moments". Cieszę się, że włodarze wytwórni Bella Union znów postanowili zaprosić do studia zaprzyjaźnionych artystów. Owocem pierwszego spotkania był krążek "Ojala", projektu, który przybrał nazwę Lost Horizons. Najwyższa pora na kolejną odsłonę.
piątek, 24 maja 2019
BANG,HONORE, AARSET, ROHRER - "DARK STAR SAFARI" (Arjunamusic) "TAM, GDZIE ZATRZYMAŁ SIĘ DAVID SYLVIAN"
A przecież są to rzeczy wyjątkowe, stworzone z rozwagą i namysłem, ze starannością i precyzją godną zegarmistrza czy jubilera, który w swojej pracy pochyla się nad każdym najdrobniejszym detalem. Bo każdy najmniejszy nawet szczegół ma tutaj znaczenie, o jego wykorzystaniu zadecydowały długie rozmowy, częstokroć intelektualne dysputy, których echa wyłapały wytłumione ściany studia nagraniowego. Chociażby takiego jak to w Berlinie, przy Columbiadamm 10 - "Candybomber Studio" - gdzie sesje odbywają się pod czujnym okiem Ingo Kraussa (próbuje łączyć zdobycze nowoczesnych technologii z analogowym duchem).
Jak wieść gminna niesie, to Samuel Rohrer (perkusista jazzowy, współpracował z Erikiem Truffazem, Arildem Andersenem, Markusem Stockhausenem, założyciel platformy Arjunamusic) wyszedł z inicjatywą i zaprosił do Berlina Jana Banga (norweski muzyk, producent, współpracownik Molvaera i Arve Henriksena), oraz Eivinda Aarseta (norweski gitarzysta, przewinął się przez wiele składów jazzowych, wydający swoje płyty w ECM i Jazzland). Owocem tego spotkania było kilka nagrań, które powstały w wyniku swobodnej improwizacji. Tak zarejestrowany materiał poddano starannej analizie i pogłębiono podczas kolejnych faz produkcji. Pewnie to również Samuel Rohrer przy wydatnym wsparciu Eivinda Aarseta zdołał namówić Jana Banga, żeby ten udzielił się wokalnie. Jan Bang z kolei przesłał zarejestrowany materiał przyjacielowi - Erikowi Honore - który nie dość, że wymyślił nazwę całego projektu (nawiązując do książki Paula Theroux - "Dark Star Safari") i napisał kilka tekstów, to jeszcze skomponował dwie dodatkowe piosenki. Erik Honore to pisarz i muzyk, z wykształcenia inżynier dźwięku, współtwórca festiwalu "Punkt", który współpracował z Davidem Sylvianem, Nilsem Petterem Molvaerem, Arve Henriksenem.
Wymieniłem powyżej wszystkie te nazwiska nie bez powodu, ponieważ album "Dark Star Safari" eksploruje rejony stylistyczne po których poruszają się lub poruszali wspomniani przeze mnie artyści. Melancholia, nostalgia, nastrój skupienia i wyciszenia, skandynawski chłód i głębia, krainy spowite cieniem lub mrokiem, połączenie szeroko pojętej elektroniki z elementami jazzu, spacer po terytorium, które tak udanie i przez tyle lat odkrywał David Sylvian. Już od samego początku płyty - "Labyrinthine" - słuchacz łapie się na tym, że czeka, kiedy w końcu pojawi się ten tak dobrze znany i wytęskniony głos Davida Sylviana. Nie wiem, czy autor jednej z najpiękniejszej kompozycji mojego życia - "BEFORE THE BULLFIGHT" - otrzymał zaproszenie do udziału w projekcie sympatycznej czwórki. Być może w istocie tak było, a Sylvian zgodnie z nowym, utrwalonym seriami powtórzeń, zwyczajem grzecznie odmówił. Wiem za to, że muzyka ukryta pod 10-cioma indeksami wydawnictwa "Dark Star Safari" swobodnie mogłaby wyjść spod pióra angielskiego artysty, kiedy ten tworzył urokliwe tematy zamknięte na albumie "Blemish", lub kiedy odliczał uwielbiane przeze mnie takty: "We Will Lie Back On A Pillow Of The Whitest Snow", w niezwykłym "THE LIBRARIAN", lub gdy u boku nieodżałowanego Micka Karna, Jansena i Barbieriego śpiewał "Black Water", przy okazji Rain Tree Crow.
Co ciekawe Erik Honore, Jan Bang (i Arve Henriksen) spotkali się całkiem niedawno z Davidem Sylvianem, a owocem tej współpracy był krążek "Uncommon Dieties". Jednak Sylvian na tym wydawnictwie ograniczył się jedynie do melorecytacji. Naturalnie Jan Bang nie ma tak charakterystycznego głosu jak angielski bard, ale fakt, że mimo wszystko zdecydował się ozdobić kolejne kompozycje swoim wokalem, zaliczam do dużych plusów. Na albumie "Dark Star Safari" nie brak dźwiękowych eksperymentów, awangardowych rozwiązań spod szyldu "Jan Bang", są szumy, trzaski, przetworzone sample ("remix na żywo") i repetycje, jak w "Family Gossip", jest granie ciszą, kameralna atmosfera oraz gitarowe pasaże. Dominuje mrok, pogłębiona strefa cienia, uwagę zwracają sugestywne, plastyczne i głębokie faktury dźwiękowe, wyrafinowane aranżacje i nad wyraz smakowita produkcja. W pamięci na długo pozostaną wybitny "Resilient Star", transowy "Mordechai (A Prophecy)", poruszający "White Rose" i "Fault Line".
Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że album "Dark Star Safari" to płyta dla nielicznych, wciąż spragnionych tego typu brzmień, poszukiwaczy i kolekcjonerów, w pewnym sensie osieroconych przez Davida Sylviana, którego duch unosi w każdej z tych dziesięciu kompozycji. Jeśli chodzi o skromną osobę autora tego wpisu, to niezmiennie będę trzymał kciuki za takich artystów, którzy wciąż chcą eksplorować tereny niegdyś odkrywane i współtworzone przez Davida Sylviana, Jansena, Barbieriego, Brooka, Ishama, Eno, Zazou itd. Jakby nie patrzeć, czego by nie powiedzieć, takich małych dzieł sztuki, takich wyjątkowych wydawnictw z każdym rokiem pojawia się coraz mniej.
(nota 8/10)
czwartek, 22 listopada 2018
JOSEPH SHABASON - "ANNE" (WESTERN VINYL) "Gdy umiera chwila"
Wspominałem już na łamach tego bloga, że jakże często dramatyczne przeżycia - śmierć bliskich, doświadczenia graniczne, tragedie, choroby - są w konsekwencji impulsem dla wszelkiej twórczości artystycznej. Podobnie było w przypadku najnowszej, wydanej kilka dni temu nakładem jakże zacnej oficyny Western Vinyl, płyty Josepha Shabasona zatytułowanej "Anne". Można powiedzieć, że ten album jest poświęcony i dedykowany matce głównego bohatera dzisiejszego wpisu, która zmaga się z chorobą Parkinsona. Jej głos oraz zwierzenia pojawiają się tu i ówdzie, subtelnie wplecione w tkankę kompozycji. Joseph Shabason w solowej odsłonie w intrygujący i urokliwy sposób eksploruje pogranicze ambientu i jazzu, zestawia ze sobą delikatną elektronikę i często poddane modyfikacji (używa przystawki Eventide) brzmienie trąbki i saksofonu.
Kanadyjski artysta jako mały chłopiec uczył się gry na gitarze. Dopiero w wieku 11 lat - jakby telepatycznie odebrawszy frazę pochodzącą z prozy Wiesława Myśliwskiego: "Wybierz saksofon" - wziął do ręki saksofon , zapisał się na lekcję gry na tym instrumencie, a później ukończył studia na University of Toronto. Jednak nie do końca pozostał wierny saksofonowi, w tak zwanym międzyczasie odkrył brzmienie syntezatora Roland JX-3P, a potem założył zespół Diana i zaczął komponować avant-popowe piosenki. Z nową formacją debiutował w 2013 roku płytą: "Perpetual Surrender", a trzy lata później światło dzienne ujrzał album "Familiar Touch", który zawierał dziewięć indie-popowych kompozycji okraszonych całkiem przyjemną wokalizą Carmen Elle. Warto dodać, że Joseph Shabason miał spory wkład w brzmienie grupy Destroyer, pojawił się jako zaproszony gość na płycie "Kaputt" i "Poison Season" oraz na krążku "Lost in the Dream" formacji The War On Drugs. W wywiadzie podkreśla, że przełomową płytą dla jego podejścia do dźwięku oraz sposobu myślenia o kompozycji był album Jona Hassella i Briana Eno - "Fourth World, vol.1: Possible Musics", nagrany w Celestial Sounds Studio (1980), w Nowym Jorku.
W solowej twórczości Jospeha Shabasona, której początek stanowi album "Aytche"(2013), możemy bez trudu odnaleźć nawiązania do dokonań Jona Hassela (trochę tu również dźwięków spod szyldu David Sylvian/Holger Czukay). Kanadyjski artysta lubi korzystać z repetycji, kreuje łagodne pastelowe przestrzenie, a tworząc dźwiękowe struktury, szuka ich pogłębienia - używa w tym celu dodatkowych, innych niż elektroniczne, instrumentów, takich jak: trąbka, saksofon, fortepian, skrzypce, nagrania terenowe (na ostatniej płycie są wśród nich odgłosy ptaków, wody itp.). W charakterystycznym dla siebie stylu - czego kolejnym potwierdzeniem jest album "Anne" - szkicuje odczucia, stany emocjonalne, tworzy krajobrazy wrażeń. Przy wydatnej pomocy zaproszonych do współpracy gości kreśli coś w rodzaju mentalnych map. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podobnie jak ma to miejsce w opiece nad chorym, Joseph Shabason na płycie "Anne" z wyjątkową troską pochylił nad każdym tonem. Szczególnie słychać to w moim ulubionym utworze, którego słucham od kilku dni wciąż i wciąż, a który kończy album - "Treat It Like a Wine Bar". To małe dzieło sztuki...
Ileż tutaj subtelności, delikatności - dźwięki poszczególnych instrumentów wybrzmiewają łagodnie, mają swój czas, miejsce i przestrzeń, którą współtworzą razem z dialogiem. Melodia nie jest tu celem, pojawia się niejako przy okazji, jakby od niechcenia, liczy się nastrój, swoboda działania, radość tworzenia, momenty olśnienia. Coś wyłania się ze szczelin pomiędzy poszczególnymi nutami, coś się otwiera, czas zwalnia biegu, z tła wynurzają się kolejne nieśmiałe kształty i kształtem jest tło...
"A wiatr, wiesz to przecież, jest odgłosem świata, gdy umiera chwila"
(nota 7.5-8/10)
sobota, 27 października 2018
JULIA HOLTER - "AVIARY" (Domino Recording) "Tam, gdzie kończą się mapy"
Julia Holter na swoim najnowszym albumie "Aviary" proponuje właśnie taką wyprawę w nieznane. Całkiem możliwe, że autorka tych piętnastu kompozycji - 90 minut muzyki - sama dokładnie nie wiedziała, gdzie tym razem poniosą ją myśli, refleksje, fantazja ( w dużej mierze) i pomysły kłębiące się w jej głowie. Zdaje się, że w tym przypadku równie ważna jak koncepcja estetyczna była impresja chwili, zwyczajne poddanie się temu, co często bywa mgliste i ulotne, co szybko pojawia się i raptownie znika, nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Tym razem z całą pewnością ślady pozostały, gdyż bardzo trudno przegapić te kilkanaście tropów, z których niemal każdy prowadzi w odrobinę innym niż pozostałe kierunku, choć wszystkie razem wskazują zgodnie na jedno i to samo - na wyjątkową wrażliwość artystki.
I można na ostatnim albumie Holter odnaleźć nawiązania do twórczości Kate Bush i Davida Sylviana (który milczy wokalnie z uporem i jak zaklęty), można usłyszeć nuty obecne w dokonaniach Laurie Anderson. Moje skojarzenia od czasu do czasu wędrowały również w stronę zapomnianego już, a przecież zacnego, wydawnictwa Nicola Alesiniego i Pier Luigi Andreoniego - "Marco Polo", gdzie David Sylvian, Roger Eno, David Torn i Harold Budd dołożyli coś więcej niż trzy grosze. Jednak przede wszystkim jest to autorski album Julii Holter, który udało jej się stworzyć przy wydatnej pomocy zaprzyjaźnionych muzyków.
"Aviary" to świadectwo jej talentów i pokaz nieskrępowanej wyobraźni, to długimi fragmentami przepiękny zapis swobody estetycznych skojarzeń, zaproszenie do poznania intymnego, kobiecego świata i obietnica (w dużej mierze spełniona) niezwykłej przygody. I mógłbym tak mnożyć kolejne określenie i metafory ponad potrzebę, albo skrócić to coraz bardziej wydłużające się zdanie pisząc, że tej płyty trzeba po prostu posłuchać, trzeba wsłuchać się w nią z uwagą, raz, drugi, trzeci, w każdej chwili, i jeśli czas na to pozwala, żeby ten album poznać, poczuć, i w sprzyjających okolicznościach zrozumieć.
Wszystko zaczęło się - jak zapewnia w wywiadzie Julia Holter, a my nie mamy powodów, żeby jej nie wierzyć - od opowiadań Etel Adnan z tomu "Master of the Eclipse". A kluczowe zdanie, które pojawia się w jednej z opowieści, i które szczególnie utkwiło w głowie naszej dzisiejszej bohaterki, brzmi: "I Found Myself in Aviary Full of Shrieking". Aviary to po prostu woliera, ptaszarnia, ograniczona ścianami klatka dla ptaków. To również według słów artystki metafora świata, w którym przyszło nam żyć. Świata, w którym każdego dnia jesteśmy atakowani przez niezliczoną ilość bodźców, informacji, komunikatów oraz dźwięków, na które, chcąc nie chcąc, reagujemy. Zmęczeni, a czasem zniechęceni, znużeni, z coraz to bardziej stępioną wrażliwością - wytartą niby pożółkłe karty dawnych map - zapominamy o pięknie otaczającego świata, a w konsekwencji o nas samych. Jednak błądzić jest rzeczą ludzką, gdyż jak zapewnia nas, a w pewnym sensie również pociesza, amerykańska artystka: "We wszystkich ludzkich błędach jest coś prawdziwego".
W innym opowiadaniu Etel Adnan - "Journey to Mount Tamalpais" - libańska malarka i pisarka przedstawia swoją ulubioną przyjaciółkę, górę i szczyt Mount Tamalpais, w Pacific Coast Rang, w Kalifornii, wznoszący się na 784 metry ponad poziom morza, i widoczny na teledysku do utworu "Words I Heard" Julii Holter. Na kartach książki Ednan zachwyca się pięknem przyrody, przywołuje bogactwo świata natury, a zatrzymawszy samochód bohaterów u podnóża tej góry, każe im kontemplować cudowne widoki, podczas gdy z radia wydobywają się dźwięki Sonaty Op.1 Albana Berga.
Julia Holter nie stworzyła sonaty, choć w jej kompozycjach nie brakuje elementów muzyki klasycznej, które przenikają się z wątkami estetyki kojarzonej zwykle ze światem alternatywy czy awangardy (barokowe ornamenty, nietuzinkowe rozwiązania, radość jaką niesie ze sobą zabawa głosem, mniej tu artrocka, jak na ostatnich albumach Kate Bush, ale za to więcej swobody). Są i skrzypce, bas, dudy i trąbka, i klawisze - bo to od nich poniekąd wszystko się zaczęło, kiedy w zaciszu domowego ogniska Julia Holter przy ich pomocy i w oparciu o swój charakterystyczny głos tworzyła podwaliny pod pierwsze kompozycje.
"Aviary" to album intrygujący, pełen swobodnych estetycznych skojarzeń i wyzwań rzuconych prosto w uszy słuchacza. Czy im podołasz? Na to pytanie musisz odpowiedzieć sobie sam. Nie będzie łatwo, ale przecież dobrze wiesz, że często to, co łatwo i szybko przychodzi, potrafi równie łatwo i szybko odejść w zapomnienie.
Tylko nieliczni będą mogli przemieszczać się swobodnie i bez obaw po "terytorium smoków".
(nota 8-8.5/10)
sobota, 4 marca 2017
Blonde Redhead - "3 O'Clock" (Wa Kuru Records/ Ponderosa) "Dobra zmiana, czyli dlaczego warto słuchać epek"
Przynajmniej w zamierzeniach nie powinien być to długi wpis. Ponieważ nie jest moją intencją przywoływanie czy charakteryzowanie bogatej historii tego jakże zacnego zespołu. Uważam jednak, że warto odnotować pojawienie się na rynku nowego i co warte podkreślenia dobrego wydawnictwa amerykańskiego tria. Ubiegłoroczną trasę koncertową, szczególnie jej rzymski etap, stanowiło zaprezentowanie wspaniałego i kultowego albumu: "Misery is a butterfly", w wersji na orkiestrę. Uzyskane przy tej okazji i w ten sposób brzmienie najwyraźniej przypadło do gustu członkom zespołu na tyle, że postanowili kontynuować ten właśnie kierunek rozwoju artystycznego. Zresztą, nie trzeba szukać daleko, żeby potwierdzić to spostrzeżenie. Gitarzysta i wokalista Amadeo Pace, w jednym z wywiadów przyznał, że jest wielkim fanem rozmaitych ścieżek dźwiękowych do filmów oraz orkiestracji. Nic więc dziwnego, że na ostatniej epce "3 O'Clock" muzycy skorzystali z takich instrumentów jak: altówka, wiolonczela, skrzypce, klarnet, obój, flet i trąbka.
Najnowszą epkę amerykańskiego tria rozpoczyna utwór "3 O'Clock", i oprócz dobrego otwarcia jest to również w pewnym sensie powrót do starych dobrych linii melodycznych. Dawno już na wydawnictwach sygnowanych nazwą Blonde Redhead nie było tak ładnych "przebiegów melodycznych". A przecież z tego właśnie słynęła amerykańska grupa, i to właśnie dzięki temu zapisała się na kartach mojej pamięci. W tych najlepszych utworach były i nutki nostalgii, i przewijały się tam również tony melancholii, można w nich było także odnaleźć ten szlachetny rodzaj smutku, który tak sobie cenię. Co ciekawe, i warte podkreślenia, owe linie melodyczne były - i poniekąd znów są - bardzo charakterystyczne, niepodobne do piosenek, czy chociażby fragmentów tychże, innych zespołów.
"Piosenki są jak pokoje, która urządzasz wedle własnych upodobań" - powiedziała niedawno, w jednym z wywiadów wokalistka Blonde Redhead, Kazu Makino. W jaki sposób "urządzono pokoje" na epce "3 O'Clock"? Na ostatnim wydawnictwie zespołu słychać wyraźnie, że brzmienie grupy odrobinę złagodniało. Tony gitar nie pełnią już tak dominującej roli, jak to kiedyś bywało. Trio od dłuższego czasu poszukiwało czegoś, co wzbogaciłoby ich brzmienie. Te poszukiwania nie zawsze były owocne, i nie przynosiły - przynajmniej jeśli chodzi o ostatnie dokonania formacji - dobrych rezultatów. Epka "3 O'Clock" przyniosła moim zdaniem korzystną zmianę. W tkance aranżacyjnej bez trudu możemy odnaleźć mnóstwo dźwiękowych subtelności. Raz dadzą o sobie znać tony skrzypiec, to znów delikatnie zaznaczy swoją obecność flet albo trąbka. Wszystko to sprawia, że najnowszych piosenek grupy Blonde Redhead słucha się z dużą przyjemnością.
W Polsce nigdy na dobre nie zaistniało coś, co można by określić mianem swoistej kultury nabywania singli lub epek. W czasach słusznie minionej epoki kupno ulubionego wydawnictwa w formie płyty CD wiązało się z podjęciem sporego wysiłku (że nie wspomnę o finansowych kosztach). Później, po okresie tak zwanej transformacji, kiedy na półkach sklepów muzycznych wreszcie zaczęły pojawiać się zachodnie wydawnictwa, próżno było tam szukać singli lub epek. A przecież to "strony B" singli czy mini albumy (epki) stanowią powód do dumy właściciela kolekcji płytowych. Niejednokrotnie to właśnie małe wydawnictwa i krótkie płyty (również bootlegi) zawierały prawdziwe rarytasy, które nie pojawiły się wcześniej na regularnych albumach. Chociażby singiel bohaterów dzisiejszego wpisu wydany w 2005 roku i zatytułowany "The Secret Society of Butterflies". Dziś nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie znać jego zawartości. Na pozór znajduje się na nim tak niewiele utworów. Jednak mamy tutaj cudowną francuską wersję piosenki "Melody", a całość rozpoczyna prawdziwa perła w koronie, czyli przebój "Messenger" wykonany przez Davida Sylviana.
Dla mnie epka jest przede wszystkim uczciwym postawieniem sprawy na linii artysta-odbiorca (konsument). Skoro zespół miał pomysł jedynie na cztery utwory, to nagrywa, i jeśli jest taka potrzeba i ma takie możliwości, wydaje cztery piosenki, a nie sztucznie dokleja pięć albo sześć mizernych i naprędce skleconych kompozycji, tworząc tym samym tak zwane "zapchaj dziury". Epki lub single czasem coś zwiastują, niekiedy sygnalizują odmienne podejście, dobrą zmianę lub nadchodzący czy pogłębiający się kryzys. Jakby nie patrzeć, wystawiają również świadectwo o aktualnej kondycji grupy.
Jeśli chodzi o epkę "3 O'Clock", to tak, jak to wcześniej bywało, wydawnictwo zostało podzielone wokalnie pół na pół. Dwa utwory na płycie śpiewa Kazu Makino, dwa Amadeo Pace. Utwór zamykający mini album "Give, Give" powstał dużo wcześniej, bo w roku 2010, i nie zmieścił się na płycie "Penny Sparkle". Kolejna dobra informacja jest taka, że wokalistka Kazu Makino pracuje nad swoją pierwszą solową płytą. Ostanie wydawnictwo tria Blonde Redhead nie ma słabych momentów - bardzo dobre otwarcie, a następnie prześliczny "Golden Light", z urokliwą orkiestracją. Moim ulubionym utworem na epce jest kompozycja zatytułowana "Where Your Mind Wants to Go". I to właśnie od tej piosenki nie potrafię się uwolnić w ostatnich dniach. (nota 8/10)
piątek, 22 lipca 2016
Szczęśliwa ósemka - czyli 8 utworów, które zabiorę ze sobą na wakacje
Badbadnotgood - "Time moves slow feat. Sam Herring". Jeśli chodzi o datę wydania, to wakacyjny zestaw rozpoczyna najnowsza kompozycja. Jak wspominałem już w poprzednim poście, utwór ten znalazł się na bardzo udanej płycie zatytułowanej "4". Jest w tym utworze przestrzeń (separacja kanałów, stara szkoła realizacji nagrań), a zarazem rodzaj intymnej atmosfery, która tworzy urokliwe tło dla wokalizy. W ciągu kilku ostatnich dni wielokrotnie złapałem się na tym, że nucę ten wyborny kawałek.
Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się zbyt długo podczas układania poniższego zestawu. Dokonując wyboru poszczególnych kompozycji postawiłem na spontaniczność oraz proste skojarzenia. Wybrałem utwory, które bardzo lubię, na których mógłbym przystawić pieczątkę "moje" (dotyczącą zarówno linii melodycznej, jak i pozostałych składowych - kompozycja, aranżacja, wykonanie itd.). Całkiem możliwe, że za tydzień ta "letnia kompilacja" wyglądałaby zupełnie inaczej. Wszystkie te utwory są w moim odczuciu i pojmowaniu muzyki szczególne, wyjątkowe. Bez nich mój świat wyglądałby zupełnie inaczej, a ja czułbym się niekompletny. Oczywiście nie jest to krótka lista najlepszych utworów, które kiedykolwiek słyszałem .Ta zmienia się cyklicznie, choć kilka punktów od lat jest na niej stałych. Może kiedyś pokuszę się, o stworzenie najważniejszej dziesiątki mojego dotychczasowego życia.
Kings of Convenience - "Gold for the price of silver". Erlend Oye i Eirik Glambek Boe - czarodzieje z krainy fiordów. Z kilku prostych dźwięków, i przy pomocy paru zaledwie instrumentów - najczęściej jest to gitara i pianino - jak mało kto potrafią wyczarować niezwykłe kompozycje, barwne światy, magiczne krainy. Obecnie raczej zapomniani (koncertują, w ciągłej trasie od festiwalu do festiwalu), ale ich muzyka wciąż doskonale się broni. Akustyczne granie podniesione do rangi sztuki. Bez zbytniej przesady można powiedzieć, że czego się nie dotkną - także na poziomie coverów - zamieniają w złoto. W moim przypadku zwykle sprawdza się zasada - nie wiesz czego posłuchać? Włącz płytę Kings of Convenience.
Vancouver Sleep Clinic - "Stakes". Aż trudno w to uwierzyć, że za wszystkim stoi Tim Bettinson,19-latek z Australii (kiedy dokonywał rejestracji tych nagrań liczył sobie zaledwie 17 wiosen). Bardzo lubię wracać do jedynego póki co wydawnictwa sygnowanego tą nazwą, czyli do epki "Winter". "Stakes" był od samego początku moim ulubionym utworem. Zachwyciła mnie bardzo piękna linia melodyczna oraz niezwykły klimat. (Na marginesie taka uwaga - z moich prywatnych spostrzeżeń wynika, że na takie głosy dość alergicznie reaguje wiele pań. Zupełnie tak, jakby śpiewanie w wysokich rejestrach czy posługiwanie się falsetem, odbierało komuś atrybuty męskości. Przecież głos, wokaliza jako taka, jest tylko jednym ze składowych formy utworu). Wyborne!
Francois and the Atlas Mountains - "Moitie". To jeden ze starszych utworów w tym zestawie, ponieważ pochodzi z 2009 roku, znalazł się na płycie "Plaine Inondable". Dla mnie jest to małe dzieło sztuki. Od pierwszych nut tej jakże wyrafinowanej kompozycji słuchacza zachwyca brzmienie - subtelne, delikatne, niepowtarzalne. Łatwo przejść obok, łatwo pominąć w taki sposób zestawione ze sobą dźwięki, ale wcześniej warto sobie odpowiedzieć na proste pytanie - "Ile znam podobnie brzmiących, podobnie zaaranżowanych piosenek? Jak często słyszę coś takiego w radiu?". No właśnie!
Cigarettes after sex - "Dreaming of you". Pomysł na utwór - oto czego brakuje większości piosenek, które brutalnie atakują nasze uszy każdego dnia. "Dreaming of you" to doskonały przykład na to, czym jest aranżacja przestrzeni w muzyce. Ten utwór można było nagrać na kilka różnych sposobów. Można było całkiem inaczej zrealizować perkusje, głos, gitarę. Można było ograbić całość z owej wyjątkowości, która od razu zapisuje się na kartach pamięci. Po raz kolejny słychać wyraźnie jak ważne, oprócz melodii i wykonania, jest myślenie dźwiękiem, inteligencja muzyczna. Nic tylko oprawić w ramki i postawić w gablocie na wyróżnionym miejscu, albo słuchać, słuchać...aż do zatracenia.
Blonde Redhead - "Messenger feat. David Sylvian". Ktoś niewtajemniczony(nieznający bliżej autora tego bloga) zapyta, co w tym osobliwym zestawie robi David Sylvian. Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie ma udanego zestawu, nie ma dobrej kompilacji, bez utworu Davida Sylviana. W moim prywatnym świecie tak wiele od tego artysty się zaczyna i równie wiele kończy...a koniec czasem bywa nowego początkiem. Nie pozostaje nic innego jak tylko życzyć wszystkim czytelnikom udanych wakacji, choćby tak udanych, jak ta przepiękna kompozycja.
piątek, 15 kwietnia 2016
Steve Jansen - "Tender Extinction"
15 kwietnia ukazała się nowa płyta Steve'a Jansena - "Tender Extinction". To kolejny w bogatym dorobku artysty bardzo udany album. Trudno policzyć, który dokładnie w kolejności, ponieważ dużo w tej materii zależy od przyjętej metodologii. W przybliżeniu można powiedzieć, że Steve Jansen współtworzył, brał czynny udział, chociażby jako muzyk sesyjny, lub pojawił się na co najmniej kilkudziesięciu wydawnictwach. Na swojej najnowszej płycie wsparli go wokalnie - Thomas Feiner(można by rzec stały gość, który od lat współpracuje z muzykiem), Melentini Toila, Tim Elesnburg, Nicola Hitchcock, oraz jeden z moich ulubionych wokalistów, nieco już zapomniany Perry Blake. Album nie przynosi żadnych niespodzianek czy brzmieniowych rewolucji. Artysta od lat i bardzo konsekwentnie rozwija i buduje swoje indywidualne brzmienie. Jeśli czegoś mi brakuje, to może głosu Davida Sylviana, który jest moim ulubionym artystą, i takich urokliwych duetów jak ten poniżej, zaśpiewany razem z Niną Kinert.
Jansen rozpoczynał karierę muzyczną u boku brata, Davida Sylviana, jako perkusista w zespole Japan. Tuż po rozpadzie grupy rozpoczął współpracę z Richardem Barbierim. Ich pierwszym wspólnym albumem była płyta "Worlds in a small room"(1985). Obydwaj muzycy funkcjonowali także przez moment pod szyldem The Dolphin Brothers, gdzie wydali - "Catch the fall". Jeśli zaś chodzi o mój ulubiony projekt muzyczny Steve'a Jansena, to musiałbym szczególnie wyróżnić dwa - Rain Tree Crow - "Rain tree crow" oraz wybitny album Nine Horses - "Snow Borne Sorrow". Na tym drugim albumie wraz z bratem, Davidem Sylvianem, Burntem Friedmanem i kilkoma innymi zaproszonymi muzykami, dali popis swoich talentów i ogromnych możliwości. To również na tym albumie, "Snow Borne Sorrow", głos Davida Sylviana znalazł dla siebie wprost idealne otoczenie dźwiękowe(pewnie w niedalekiej przyszłości, projekt Nine Horses znajdzie szerszy opis na łamach tego bloga). Steve Jansen ma również rękę do odkrywania mało znanych i utalentowanych artystów. Można powiedzieć, że to dzięki niemu poznałem takie nazwiska jak: Anja Garbarek, Nina Kinert, Joan Wasser, Theo Travis, czy wciąż bardzo niedocenionego wokalistę - Thomasa Feinera.
Kolejną ciekawą do rozważań kwestią - która niekiedy przewija się na łamach prasy muzycznej - jest to,czy Steve Jansen nie pozostaje mimo wszystko w cieniu brata. Owszem, Jansen jest w miarę znany, szanowany, bywa też doceniany przez dziennikarzy i kolekcjonerów płyt. Jednak zwykle jego nazwisko pada obok, czy niejako przy okazji wymieniania nazwiska brata - Davida Sylviana. Uważam, że jeśli nawet Steve Jansen jest w pewnym sensie "człowiekiem z cienia", czy "artystą drugiego planu" , to kompletnie mu to nie przeszkadza, nie cierpi z tego powodu, bo dobrze czuje się w swojej roli oraz tam, gdzie jest. Nie dla niego popularne rozgłośnie radiowe, czy wielkie sale koncertowe. Jego kompozycje wymagają spokoju, skupienia, szczególnego rodzaju uwagi, wyciszenia, odpowiedniego nastrojenia, najlepiej w blasku świec i przy lampce czerwonego wina. Uważam również, że nie ma większego sensu porównywanie tych dwóch znakomitych artystów. David Sylvian obdarzony został przez naturę wspaniałym charakterystycznym głosem i pewnie również z tego powodu jest bardziej rozpoznawalny. Jednak obydwaj penetrują te same obszary muzyczne. Ich albumy zawierają stonowane, bardzo wyrafinowane kompozycje, w których słuchacz może bez reszty się zanurzyć i zatracić. I jeden i drugi w specyficzny dla siebie sposób budują własne muzyczne światy. I jeden i drugi posiedli czy też opanowali rzadko spotykaną umiejętność - przy pomocy zaledwie kilku dźwięków potrafią stworzyć sugestywne i pełne barw krainy, w których dominuje nostalgia, melancholia, i ów cenny, tak często przeze mnie poszukiwany, "szlachetny wymiar smutku", niedostępny dla wielu artystów. Można lubić twórczość Steve'a Jansena, Davida Sylviana, różnych artystów, którzy z nimi współpracowali(których kiedyś dla własnych potrzeb nazwałem "rodziną architektów"), także tych skupionych wokół formacji King Crimson oraz pobocznych projektów muzycznych związanych z tym zespołem, można też ich nie lubić. Można pasjonować się ich dokonaniami, śledzić przebieg ich kariery, czekać na nowe produkcje albo podchodzić do tego zupełnie obojętnie. Jednak niemal każdy, kto nieco bardziej interesuje się muzyką musi przyznać jedno, że są to wspaniali ARTYŚCI, którzy wnieśli niezaprzeczalny i ogromny wkład w rozwój poszczególnych gatunków. ARTYŚCI wyjątkowi, niezwykli, naznaczeni "boskim tchnieniem"(wybaczcie te nieco górnolotne słowa).
Spokój, zamyślenie, delikatny rytm perkusji, kojące subtelne dźwięki, które lepią się do ucha niczym nitki babiego lata. Kolejne odsłony albumu, to zaproszenie do kolejnych muzycznych światów. Drobinki kurzu wirujące w powietrzu, promień słońca załamany w kropli wilgoci, zapach zbliżającego się lata, stara drewniana szuflada pełna skarbów z dzieciństwa, ułamana kredka, pożółkła fotografia, scyzoryk, kaseta magnetofonowa, czerwona gumowa piłka w białe grochy, rakieta tenisowa...... trzeba jedynie poddać się nastrojowi.... Tutaj wszystko może być drzwiami, wystarczy tylko lekkie pchnięcie myśli....












