Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joe Lovano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joe Lovano. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 maja 2023

SQURL - "SILVER HAZE" (Sacred Bones Records) "Inaczej niż w raju"

 

   "The Limits Of Control" to "sensacyjny" - przynajmniej tak podają źródła - film w reżyserii Jima Jarmuscha z 2009 roku. Tak się złożyło, że jest to również jeden z moich ulubionych filmów, z bogatego dorobku artysty niezależnego kina, który w tym roku obchodził siedemdziesiątą rocznicę urodzin. Od samego początku polubiłem charakterystyczny styl amerykańskiego twórcy - niespieszną narrację, długie i powolne ujęcia, inteligentną zabawę konwencjami, czy specyficzne poczucie humoru, które może również uosabiać zamyślona twarz Billa Murraya. Jako coraz bardziej zgorzkniały boomer wciąż w miarę jasno pamiętam dzień, kiedy z rąk siostry kolegi otrzymałem kasetę VHS, na której zarejestrowany był film "Inaczej niż w raju" - tak właśnie rozpoczęła się moja długa przygoda z jarmuschowską wizją świata. A potem oczywiście były następne, w pewnym sensie kultowe obrazy, niezapomniane projekcje, często w gronie bliskich znajomych - obecnie zwyczaj wspólnego oglądania filmów wśród młodzieży chyba całkiem zanikł. Cóż poradzić, skoro wtedy mieliśmy taką "odklejkę", dzięki czemu obejrzałem: "Poza prawem", "Nieustające wakacje", czy "Mistery Train".


Muzyka w filmach Jima Jarmuscha stanowi integralną rolę. Początkowo za ścieżki dźwiękowe jego obrazów odpowiedzialny był John Lurie, który z tego trudnego zadania wywiązywał się w kapitalny sposób. Kto wie, czy to nie po raz pierwszy właśnie w filmie "Inaczej niż w raju" usłyszałem znakomitą kompozycję Screamin' Jay Hawkinsa - "I Put A Spell On You", lub innego ulubieńca amerykańskiego reżysera - Toma Waitsa, który w ostatnim jego filmie "Truposze nie umierają" zagrał "truposza", i to bez większej charakteryzacji. Jim Jarmusch przyznawał w wywiadach, że uwielbia tworzyć muzykę, nie tylko do własnych filmów, i choć nie jest żadnym wielkim gitarzystą - "Nigdy nie brałem lekcji nauki gry na gitarze, gram instynktownie, dla mnie gitara elektryczna jest jednym z największych wynalazków XX wieku, ale traktuję ją jako generator hałasu" - czy świetnym wokalistą, to:" Muzyka jest dla niego doskonałą odskocznią, pozwala się wyszumieć".



Nie przez przypadek rozpocząłem dzisiejszy wpis od tytułu "The Limits Of Control", gdyż to właśnie przy okazji kręcenia kolejnych ujęć do tego filmu Jim Jarmusch i producent Carter Logan wpadli na pomysł powołania zespołu SQURL. Panowie byli wtedy zafascynowani takimi grupami jak Boris czy SUNN O ))), tworzyli ścieżki dźwiękowe do filmów Man Raya. Jako SQURL wydali trzy epki (2011, 2013, 2014) oraz album zawierający zapis koncertu "SQURL Live At Third Man Records" (2016). Jim Jarmusch w swojej biografii ma już zaliczony epizod grania w zespole. Na początku lat osiemdziesiątych "obsługiwał klawisze" w nowojorskiej formacji The Del-Byzanteens, z którą wydał jedną płytę "Lies To Live By" (1982). 

Opublikowany wczoraj album SQURL - "Silver Haze" to debiutanckie pełnometrażowe dzieło duetu Jarmusch/Logan. Rozpoczyna je znakomita kompozycja "Berlin '87", która doskonale wprowadza w mroczną atmosferę tego wydawnictwa. Brzmienie grupy - podczas rejestracji nagrań skorzystano z pomocy basisty - oparte na gęstych gitarowych fakturach i monotonnym rytmie, czerpie z psychodelii i post-rocka, przetwarzając inspiracje oraz pomysły w lepką dronową magmę. W poszczególnych odsłonach zmienia się tylko głębokość zanurzenia w materią dźwiękową. Sporadycznie bywa nieco jaśniej, jak w odrobinę westernowym "Queen Elizabeth", albo kiedy promienie mglistego światła rzucą tony gitary Marca Ribota, przy okazji "Garden Of Glasss Flowers". Powtarzana sekwencja dźwięków będąca tworzywem tej kompozycji, przypomniała mi fragment filmu "The Limits of Control", kiedy to Tilda Swinton powolnym krokiem udawała się na spotkanie, a w tle rozbrzmiewała muzyka formacji Boris.

W "She Don't Wanna Talk About It" - usłyszymy głos naszej dobrej znajomej Aniki Henderson (jej płytę "Exploded View" recenzowałem jakiś czas temu na łamach bloga), która bardzo dobrze wypadła u boku Jima Jarmuscha. Znacznie słabiej moim zdaniem prezentuje się Charlotte Gainsbourg, recytując poezję w "John Ashbery Takes A Work". Nie jestem wielkim wielbicielem talentu tej pani, ani jako aktorki, ani tym bardziej wokalistki, ale skoro mistrz kina niezależnego się uparł, muszę uszanować ten wybór. "Il Deserto Rosso" to jeden z najlepszych utworów tego wydawnictwa, i kolejny muzyczny podpis Marca Ribota, którego grę po raz pierwszy usłyszałem lata temu, na wspaniałym albumie Davida Sylviana - "Dead Bees On A Cake" (1999). Trzeba przyznać, że wirtuoz gitary w tej odsłonie zagrał bardzo podobnie, jak w znakomitym sylvianowskim "Midnight Sun" (w jednej z wersji Ribot ponoć wykorzystał  klucze od samochodu) - przeprowadził nas przez gęstniejący mrok chłodnej nocy, zapalając tu i ówdzie czerwone znaczniki bluesowych lampionów.

A jakie są najbliższe plany Jima Jarmuscha, który pomimo wieku nie zwalnia tempa. Podobno jesienią rozpoczną się zdjęcia do nowego filmu, po czterech latach przerwy, jakie minęły od "Truposze nie umierają" . Oto, co powiedział reżyser, w jednym z niedawno udzielonych wywiadów: "Film, do którego kręcenia się przygotowuję, żeby rozpocząć zdjęcia pod koniec roku, prawdopodobnie - tak myślę - nie będzie miał w ogóle muzyki".

(nota 7.5/10)

 


Skoro wspomniałem powyżej nazwisko Davida Sylviana, warto powrócić do nieco zakurzonej płyty "Dead Bees On A Cake", żeby posłuchać również dźwięków gitary Marca Ribota. Wtedy brzmiała świetnie, i dziś także nic w tym względzie się nie zmieniło. Wyborne!!



Pozostaniemy w jarmuschowskim nastroju. Duński psychodeliczny zespół Edena Gardens (w składzie członkowie grup Papir oraz Causa Sui), i fragment z ich najnowszej wydanej w kwietniu płyty "Agar".



Nie wiem, czy wokalistka Ravin Marie zna twórczość Jim Jarmuscha, ale jej najnowsza piosenka "The Fight" toczy się w jarmuschowskim rytmie.



Amerykańska artystka Julie Byrne 7 lipca za pośrednictwem prestiżowej oficyny "Ghostly International" opublikuje płytę "The Greater Wings".



Zapomniany przez wszystkich zespół Fridge wkrótce przypomni o sobie reedycją swojego kultowego albumu "Happiness". Moim ulubionym utworem była, jest i pozostanie, kompozycja, która kończyła to wydawnictwo.



Najnowszy opublikowany pod koniec kwietnia album Y La Bamby nosi tytuł "Lucha", pośród jedenastu kompozycji znajdziemy na niej utwór wykonany w duecie z Devendrą Banhartem.



Sekcję improwizowaną rozpocznie amerykański kolektyw BRAHJA, dowodzony przez Davida Brahja Waldena, fragmentem płyty "Watermelancholia".



Dishwasher to belgijskie trio, które w połowie kwietnia wydało płytę zatytułowaną po prostu "Dishwasher".



Moją ulubioną kompozycję jazzową ostatnich dni zostawiłem na sam koniec. Jej twórcą jest saksofonista Joe Lovano, który grając u boku Marilyn Crispell (fortepian) i Carmen Castaldi (perkusja), za pośrednictwem oficyny ECM opublikował wczoraj płytę "Our Daily Bread". To jest kolejne podejście artysty do tematu "Our Daily Bread", wcześniejszą próbę znajdziemy chociażby na albumie "Seraphic Light" (2008), z Davem Liebmanem i Ravi Coltranem.






sobota, 17 grudnia 2022

BENJAMIN LACKNER - "LAST DECADE" (ECM) "To, co wspólne"

 

   "(...) łaknęło się jazzu, negro spirituals i rock and rolla. Wszystko, co śpiewane po angielsku otaczał nimb tajemniczego piękna. "Dream", "Love", "Heart", słowa czyste, pozbawione praktycznego zastosowania, wywołujące poczucie nadprzyrodzonego. W sekrecie pokoju oddawało się orgii słuchania w kółko tej samej płyty, dostawało się od tego zawrotów głowy, jak od oszałamiającego narkotyku, ciało ulegało unicestwieniu i otwierał się świat pełen przemocy i miłości(...). Odnajdywało się jeszcze siebie w ciszy wakacji, w dochodzących z zewnątrz wyraźnych odgłosach prowincji, krokach kobiety idącej na zakupy, warkocie przejeżdżającego samochodu, stukaniu młotka dobiegającego z warsztatu spawacza. Godziny mijały na realizacji mikroskopijnych celów, na rozciągniętych  w czasie czynnościach; chowanie ubiegłorocznych zadań domowych, robienie porządków w szafie, czytanie powieści, ale tak, żeby jej zbyt szybko nie skończyć (...). Odległość, która dzieli przeszłość od teraźniejszości, mierzy się być może za pomocą światła kładącego się na ziemi między cieniami, prześlizgującego się po twarzach, rysującego fałdy na spódnicy, światła, w którym niezależnie od pory dnia jest blask zachodzącego słońca, nawet na czarnobiałym zdjęciu".    "Lata" - Annie Ernaux



   Zamiast nieśmiertelnego przeboju grupy Wham - "Last Christmas", którym gdzieś od dnia Święta Zmarłych raczy nas większość supermarketów, wpuszczając przy okazji do klimatyzatorów sztuczny aromat pierników oraz kawy ("A-56"), proponuję wybrać się na podarunkowe łowy w towarzystwie albumu "Last Deacade" autorstwa Benjamina Lacknera. Kto wie, może słuchając tak wysublimowanych dźwięków niepostrzeżenie dojdziemy do stoiska z książkami, żeby włożyć do koszyka znakomite (!!!) "Lata" - Annie Ernaux (moja ulubiona książka tego roku!), lub "Inne życie" - Jodie Chapman, "Żywe morze snów na jawie" - Richarda Flanagana, "Najskrytszą pamięć ludzi" - Mohameda Mbouga Sarra, czy "Społeczeństwo zmęczenia" - Byunga-Chul Hana. Wszak taka muzyka wymaga odpowiedniej literackiej oprawy.

Sądzę, że Benjamin Lackner to postać słabo znana nawet dla tych, którzy na co dzień dość swobodnie poruszają się po krainie muzyki improwizowanej. Jako syn Niemki i Amerykanina urodził się w Berlinie, w 1976 roku. Korzystając z podwójnego obywatelstwa w wieku lat trzynastu wyjechał do Kalifornii, gdzie później rozpoczął studia na California Institute Of The Arts. W dalszej części edukacji muzycznej pobierał lekcję gry na fortepianie u samego Brada Mehldau-a. Zdobywając doświadczenie współpracował z wieloma artystami, chociaźby z Markiem Ribotem, żeby w 2002 roku założyć trio, z Matthieu Chzarencem i Jerome Regardem. Ten ostatni to basita, absolwent Konserwatorium Narodowego w Paryżu, wzięty muzyk sesyjny, pedagog w Konserwatorium Narodowym w Lyonie, przyjaciel i wierny towarzysz, który regularnie pojawia się na wszystkich wydawnictwach Benjamina Lacknera (wspólnie nagrali bodajże sześć albumów). Nie dziwi więc zbytnio fakt, że zjawił się również podczas sesji nagraniowych "Last Decade", które miały miejsce w Studios La Buissonne, w Pernes-Les-Fontaines. Oprócz niego i szefa wytwórni ECM - Manfreda Eichera, który był producentem tego albumu, za zestawem perkusyjnym zasiadł najbardziej rozpoznawalny w tym zestawieniu Manu Katche, a w roli trębacza obsadzono Mathiasa Eicka. Norweski wirtuoz trąbki popularność zdobył zasilając skład Jaga Jazzist, absolwent konserwatorium w Trondheim, trzy lata młodszy od Lacknera, pochodzi z muzycznej rodziny, całkiem nieźle radzi sobie grając także na gitarze, kontrabasie czy wibrafonie.

Dla Benjamina Lacknera płyta "Last Decade" stanowi upragniony debiut w rodzinie ECM-u. Marzył o tym od wielu lat, po raz pierwszy spotkał się z szefem monachijskiej wytwórni w Berlinie w 2015 roku. Cztery lata później odbył wstępną rozmowę z Manu Katchem, który zadeklarował chęć współpracy, natomiast Mathiasa Eicka poznał przy okazji koncertu w Bremie. Tytułowa "Ostatnia dekada" była ważnym i znaczącym okresem w biografii Lacknera - po dwudziestu latach życia w Kalifornii i Nowym Jorku osiadł w Berlinie, gdzie zawarł związek małżeński i został ojcem dwójki dzieci.

Najnowszy album niemieckiego pianisty udanie rozpoczyna kompozycja "Where We Go From Here" - która jest czymś w rodzaju punktu wyjścia, próbą nakreślenia rozmaitych ścieżek dla dalszej wędrówki. Jej główny temat od samego początku został rozpisany na duet fortepianu i trąbki. Podobnie pytanie lata temu postawił na świetnej płycie "What Now?" Kenny Wheeler, kreśląc niezapomniane partie trąbki u boku przyjaciela i pianisty Johna Taylora, z Davem Hollandem grającym na basie, i uskuteczniając cudowne dialogi z saksofonistą Chrisem Potterem. Takich intymnych  rozmów pomiędzy pianistą, a trębaczem znajdziemy w historii muzyki improwizowanej bardzo dużo. Jeśli chodzi o niemieckie czy też ecmowskie podwórko, można przypomnieć sobie album "Alba" - Markusa Stockhausena i Floriana Webera, płytę Vijay Iyera i Wadady Leo Smitha - "A Cosmic Rhythm With Each Stroke", czy krążek Enrico Ravy - "Tribe", gdzie w roli pianisty wystąpił Giovanni Guidi.

"Mając waltornistę w zespole, musiałem stworzyć inne partie harmonii na fortepian niż to, do czego jestem przyzwyczajony, i zacząć myśleć o trąbce jako o wiodącym głosie" - stwierdził autor wszystkich kompozycji Benjamin Lackner. Gra norweskiego trębacza Mathiasa Eicka jest miękka i subtelna, odpowiednio zbalansowana, unikająca gwałtownych skrajności, szukająca porozumienia z innymi uczestniczkami muzycznej wymiany zdań. Z pewnością można swobodnie ją porównać do niektórych, szczególnie lirycznych, fragmentów twórczości wspomnianego wcześniej Enrico Ravy czy Kenny Wheelera. Trzeba przyznać, że w wyniku interakcji trębacza i pianisty wyłoniło się sporo dobrego "flow". Ten ostatni stara się unikać pustych przebiegów, płynnie przechodzi z poziomu akompaniamentu, do warstwy improwizacji, świetnie podkreśla i wykańcza poszczególne frazy, z czułością dba o każdą nutę - szkoła Brada Mehldau - ale nie zapomina przy tym o pozostałych członkach kwartetu, gdyż w tym układzie personalnym przede wszystkim liczyło się to, co wspólne. To, co zwykle powstaje na styku dźwięków, co migocze na pograniczu zaplanowanych  działań oraz swobodnych skojarzeń, a wszystko w ramach podtrzymania oraz rozwijania obowiązującego w danym momencie nastroju.

Oczywiście warto tu docenić wkład sekcji rytmicznej, tworzenie tego typu narracji wymaga doświadczenia i zrozumienia, empatycznego współodczuwania, pewnie również w jakimś stopniu antycypowania tego, co za chwilę może wydarzyć się w studiu nagraniowym. Gra najstarszego w tym składzie perkusisty Manu Katche sprawiła, że pozostali artyści mieli na czym się oprzeć. Słychać w niej rockowe zaplecze, dawną współpracę muzyka pochodzącego z Wybrzeża Kości Słoniowej ze Stingiem, chociażby przy okazji powstawania płyty "Nothing Like The Sun", czy z Peterem Gabrielem - "So". Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to gra rockowa, bynajmniej, ale jest w niej znacznie więcej dynamiki i energii, oddanej w służbie akcentowania wszelkich subtelności, podkreślania kolejnych lirycznych czy nostalgicznych fraz, niż to zazwyczaj bywa na wydawnictwach sygnowanych logo ECM. Dla ceniących sobie szczegóły dodam na koniec, że kompozycja "Emile" została nazwana na cześć syna Jerome'a Regarda, a tytuł "Camino Cielo" - pochodzi od nazwy pasma górskiego w Kalifornii.

(nota 7.5/10)

 


W drugiej części odsłony dzisiejszego wpisu pojawi się nieco więcej muzyki improwizowanej. Okres przedświąteczny to taki szczególny czas, gdzie ponoć zwierzęta, a nawet niektórzy ludzie, potrafią przemówić ludzkim głosem, a przeciętny parlamentarzysta, patrzący hipnotycznym wzrokiem w przyciski do głosowania, skłonny jest do pogłębionych stanów zadumy i refleksji nad osobliwością tego, co ukazując się-skrywa. Zajrzymy więc na płytę "Jaiyede Sessions Voume 1" duńskiej załogi London Odense Ensemble.



Niektórych albumów słucha się bardzo przyjemnie również ze względu na świetną realizację dźwięku. Tak było w moim przypadku, kiedy obcowałem z najnowszą i bardzo docenioną przez krytyków płytą "Ghost Song" - Cecil Mclorin Salvant.



Pod koniec listopada norweski pianista Oddgeir Berg, wraz ze swoim trio, dzięki uprzejmości oficyny Ozella Music, wydał swój najnowszy album zatytułowany "While We Wait For Brand New Day".



Duński gitarzysta Jakob Bro oraz amerykański saksofonista Joe Lovano połączyli siły, żeby oddać hołd wybitnemu perkusiście Paulowi Motianowi.  Płytę "Once Around The Room" niedawno opublikowała niemiecka wytwórnia ECM.



Dziś odwróciliśmy nieco proporcje, więc pod koniec pojawi się "kącik alternatywny". Zajrzymy na płytę "Before I Saw The Sea" brytyjskiej grupy Me And My Friends, która jak wiele innych ciekawych propozycji ukaże się 27 stycznia przyszłego roku. Cóż to będzie za dzień!



Wasz ulubiony Bingo Club odsłonił kolejny fragment z nadchodzącej płyty "Better Lucky Than Beautiful", której premiera zapowiedziana została na 8 luty.



Na finał, u boku swojego kwintetu, wystąpi belgijska kontrabasistka Lara Rosseel. Oto fragment z jej najnowszego wydawnictwa zatytułowanego "Hert".








sobota, 7 września 2019

ENRICO RAVA & JOE LOVANO - "ROMA" (ECM) "Dwa doktoraty honoris causa na jednej scenie"

  Słuchając ulubionych piosenek często zapominamy o tym, że za ważnymi dla nas utworami kryją się poszczególni artyści, ale też zwykli ludzie, z marzeniami, wadami, zaletami, wreszcie z indywidualnymi biografiami. Prawdopodobnie nie będzie to zbyt wielkie nadużycie z mojej strony, kiedy napiszę, że w świecie muzyki improwizowanej rola pojedynczego człowieka jest o wiele bardziej znacząca, niż ma to miejsce na płaszczyźnie szeroko pojętej muzyki popularnej. To własnie artyści, częstokroć wirtuozi swoich instrumentów, zestawieni ze sobą przypadkowo lub w wyniku celowych zabiegów, wchodząc we wzajemne interakcje, tworzą wyjątkowe estetyczne przestrzenie. Muzyka to ludzie, a w świecie jazzu szczególnie liczą się osobowości, wnoszące do elementów kreacji indywidualną wrażliwość, charakterystyczny sposób myślenia, rozwijany przez lata osobny język.

Z pewnością wszystko to można powiedzieć o dwóch legendach jazzu, którzy łaskawie przyjęli zaproszenie i przekroczyli skromne progi tego bloga. Mam tu na myśli Enrico Ravę i Joe Lovano oraz album "Roma", stanowiący zapis koncertu, który odbył się w Auditorium Parco Della Musica w Rzymie, w listopadzie 2018 roku. Enrico Rava to trębacz, ikona włoskiego jazzu (kiedy mówimy włoski jazz - myślimy Rava), który kilka dni temu obchodził okrągłą, bo 80-tą rocznicę urodzin. Stąd, i to wydawnictwo, i trasa koncertowa, celebrująca niejako imponujące dokonania tego artysty.
Rava urodził się w Trieście, dorastał w Turynie, gdzie jako młody chłopak pracował w rodzinnej firmie transportowej. Sprawdzając listy przewozowe, odprawiając kolejne samochody, odliczał minuty, kwadranse, ciągnące się długie godziny, i marzył o tym, żeby wieczorem, w którymś z turyńskich klubów, znów przystawić do ust trąbkę, i grać... grać jazz. W latach 60-tych Rava sporo podróżował, przemieszczając się pomiędzy Londynem, Argentyną, a Nowym Jorkiem. Może dlatego jego debiut fonograficzny, jako lidera formacji, nosił tytuł: "Il Giro Del Giorno 80 Mundi"; choć wcześniej włoski trębacz wystąpił u boku Steve'a Lacy na płycie "The Forrest And The Zoo" (1966) oraz Lee Koonitza - "Stereokontz" (1968). Przeprowadzka do Nowego Jorku zaowocowała powstaniem grupy Gas Mask i licznymi spotkaniami: z Gilem Evansem, Joe Hendersonem, Patem Metheny, Cecilem Taylorem czy z Chatem Bakerem. Pełna dyskografia włoskiego wirtuoza obejmuje kilkadziesiąt albumów. Osobiście bardzo sobie cenię "późnego Ravę" - dojrzałego, wyciszonego, refleksyjnego, z takich albumów jak: "Easy Living" (2004), , "Tati" (2005),  "The Third Man" (2007), "The Words And The Days" (2007), "New York Days" (2009), "Tribe" (2011),  "Opening Night" (2013). Jego styl ewoluował, ale w ostatnich latach charakteryzuje go subtelna, łagodna, nieco przeciągnięta fraza, lekkość ("obłoki dźwięku"), wyrafinowanie i elegancja. Artysta mówi skromnie o sobie, że nie jest dobrym improwizatorem, po prostu jest "gawędziarzem". Enrico Rava udziela się również na niwie pedagogicznej, organizując liczne seminaria i warsztaty. W 2014 roku od Berklee College of Music otrzymał tytuł doktora honoris causa.








Doktorat honoris causa tej samej uczelni sześć lat wcześniej trafił do rąk drugiego wirtuoza i bohatera dzisiejszego wpisu - Joe Lovano. Joseph Salvatore Lovano urodził się w Clevland (Ohio). Jego ojciec był fryzjerem, który wieczorami grał w klubach na saksofonie tenorowym. To właśnie ten rodzaj saksofonu stał się ulubionym instrumentem Joe, który już jako młody chłopak zastępował ojca grając w lokalnym bandzie. Później wybrał edukację na wspomnianym już wyżej Barklee College of Music. Debiutował albumem "Aphrodisiac For A Groove Merchant". W latach 70-tych podobnie jak Ravę przyciągnął go Nowy York, gdzie saksofonista przewija się przez kilkanaście składów. Lata 80-te w jego biografii zapisują się graniem u boku Paula Motiana i Billa Frisella, którego znał jeszcze z okresu studiów. Wśród swoich największych inspiracji Lovano wymienia jednym tchem Coltrane'a i Ornetta Colemana. Co ciekawe, pierwszy album dla ECM-u, jako lider formacji, nagrał całkiem niedawno, mam tu na myśli wydawnictwo "Trio Tapestry", z pianistką Marylinn Crispell i perkusistą Carmen Castaladi. W dokonaniach Lovano - obejmujących kilkadziesiąt tytułów - jak w pigułce zapisała się historia jazzu, od klasycznego podejścia, aż po freejazzowe rozwiązania, z charakterystycznym zamazywaniem się granicy pomiędzy kompozycją, a improwizacją.

To z pewnością Enrico Rava przy okazji tego wydawnictwa i tego koncertu zaprosił do współpracy pianistę Giovanni Guidiego, którego wypatrzył dużo wcześniej, w trakcie jednego z letnich seminariów w  Sienie. Od tamtej pory chwalił młodego artystę wielokrotnie, mówiąc, że to: "jeden z najciekawszych i najbardziej oryginalnych włoskich pianistów". Ojciec Guidiego był agentem jazzowym, stąd też młody Giovanni szybko poznał wielkie osobowości z tego półświatka. Ważnym punktem w biografii młodego adepta sztuki jazzowej był album Keitha Jarretta " The Koln Concert", którego słuchał namiętnie mając szesnaście lat. Wśród pozostałych wielkich osobowości świata muzyki improwizowanej, które wywarły wpływ na jego grę, odnajdziemy Brada Mehldau'a i Jasona Morana.
 Giovanni Guidi ma 34-lata i przez ten czas zdążył zdobyć kilka prestiżowych nagród i wyróżnień. Debiutował dla ECM-u albumem "City of Broken Dreams", a w 2019 roku ukazał się jego album "Avec Le Temps", z utworem "Tomasz", zamykającym całość, a poświęconym Tomaszowi Stańce.









Kolejnym artystą młodego pokolenia, który miał zaszczyt wystąpić u boku Ravy i Lovano podczas listopadowego wieczoru był basista Dezron Douglas. "Jazz zawsze był gdzieś w pobliżu, ale nie w moim domu" - wspominał po latach, bowiem w jego domu najczęściej rozbrzmiewały piosenki Steve Wondera czy Diane Ross. Douglas ukończył Instytut Muzyki Afroamerykańskiej w Hart School of Music. Dziś sam jest pedagogiem, a na co dzień gra w kilku jazzowych składach, między innymi u boku Ravi Coltrane'a.
Na koniec swoisty pomost łączący "starych" (legendy) i "młodych" (na dorobku), muzyk średniego pokolenia, który w listopadzie ubiegłego roku zasiadł za zestawem perkusyjnym - Gerald Cleaver; absolwent wydziału jazzu Uniwersytetu Michigan, szerokiej, nawet całkiem nieźle zorientowanej publiczności, mniej znany - grał u boku Tomasza Stańki, Roscoe Mitchela, z Joe Morrisem, a także z Giovannim Guidim na albumie "We Don't Live Here Anymore" (2011).

Wydawnictwo "Roma" zawiera pięć indeksów. Całość rozpoczyna subtelny dialog Ravy i Lovano, czyli "Interiors", oryginalnie zarejestrowany na płycie Ravy: "New York Days" z 2009 roku. Kolejny utwór "Secrets" również pochodzi z płyty włoskiego trębacza, o tym samym tytule, która ukazała się w 1987 roku. Podaję te daty nieprzypadkowo, bowiem koncertowe wydawnictwo Ravy to także godzinna podróż po historii jazzu, odsłaniająca kolejne etapy kształtowania się języka muzyki improwizowanej. Kompozycja "Forth Worth" pochodzi z albumu Joe Lovano - "From The Soul" (1992). Przy okazji tego właśnie wydawnictwa miało miejsce jedyne spotkanie Lovano z niezapomnianym wirtuozem fortepianu - Michelem Petruccianim. Na tej płycie artyści mieszali standardy, między innymi Coltrane'a, z kompozycjami Lovano. Co do Coltrane'a to jego kompozycja "Spiritual" domyka wydawnictwo "Roma", wpleciona w 18-sto minutową suitę, obok "Drum Song" (Lovano) i klasyka "Over The Rainbow", który wyłania się łagodnie ze swobodnej fortepianowej improwizacji Giovanni Guidiego.


(nota 7.5/10)