Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modern jazz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modern jazz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 listopada 2020

JOHN JEFFREY - "PASSAGE" (Jean Sandwich) "Aż tu nagle..."

 

      To nie był dobry tydzień - kto by pomyślał, że po imieninach, na początku listopada, nastąpi taka flauta. A z pewnością nie był to tydzień moich szczęśliwych wyborów. Co płyta, to ... rozczarowanie. Co utwór, to żałosne westchnienie dobywające się z mojej udręczonej piersi. Doszło do tego - wyobraźcie to sobie - że musiałem zrobić jeden dzień przerwy, w odsłuchiwaniu kolejnych nowych wydawnictw. Uznałem bowiem, że coś ze mną jest nie tak, jak być powinno. Zacząłem podejrzewać, że od tego ciągłego słuchania muzyki stępił mi się słuch, że o wrażliwości nie wspomnę. Dawno już nie obcowałem z tyloma słabymi, kiepskimi, wątłymi albumami. Dodam tylko, chociaż chyba nie muszę, że były to krążki z różnych stylistyk. Nigdy nie widziałem powodu, dlaczego akurat w tej subtelnej materii miałbym się ograniczać. W pewnym momencie przez mój rozczarowany słabymi bodźcami dźwiękowymi mózg przemknęła i taka myśl, żeby zmienić, przynajmniej odrobinę, niepisane zasady tego bloga, wziąć na warsztat jakąś ewidentnie słabą płytę, na której pojawienie się od dłuższego czasu czekałem, i... wylać na nią kubeł cierpkich słów, niezbyt wyszukanych epitetów i ukrytych pretensji. Aż tu nagle...

Aż tu nagle całkiem przypadkiem natrafiłem na wydawnictwo Johna Jeffreya - "Passage", które nie dość, że w znacznej mierze zaspokoiło moje oczekiwania, to jeszcze ukoiło nadszarpnięte kiepskimi tonami nerwy. Szczerze mówiąc, nie skojarzyłem tego niezbyt oryginalnego nazwiska z multiinstrumentalistą, a przede wszystkim z perkusistą formacji Moon Duo czy Rose City Band. Artysta mieszkający w Vancouver w końcu postanowił wydać coś pod własnym szyldem. Zainspirowany pięknymi pejzażami kanadyjskiej przyrody oraz malarstwem Takao Tanabe, który w swojej twórczości uwiecznia morskie i lądowe krajobrazy północno-zachodniego wybrzeża Kanady. Do współpracy zaprosił dwóch gitarzystów: Rolla Olaka i Marca Jenkinsa, sam zaś zagrał na basie, gitarze, wibrafonie i oczywiście zasiadł za zestawem perkusyjnym; okładka albumu do czegoś zobowiązuje. W tym składzie panowie weszli do studia The Hive, mieszczącym się w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie pod czujnym okiem i uchem Colina Stewarta zarejestrowali cały materiał.

Podczas prac nad debiutanckim krążkiem Johnowi Jeffreyowi przyświecały dwie przenikające się idee - progresji oraz improwizacji.  Artysta sukcesywnie dokładał kolejne elementy w tkance aranżacyjnej, pogłębiał struktury, poszukiwał subtelnych interakcji, a także intrygującego brzmienia. "Wszystko zostało opracowane wokół prostych wzorów rytmicznych" - powiedział w wywiadzie John Jeffrey. W efekcie multiinstrumentalista mniej lub bardziej świadomie połączył kilka stylistyk - ambient, delikatna elektronika, americana, alt-country. Z tej ostatniej wykorzystał charakterystyczne brzmienie gitary, rozciągnięte w czasie i przestrzeni (Marc Jenkins).  Jej rozmaite akcenty bardzo ubogaciły poszczególne kompozycje, które w liczbie czterech (czasem trwania oscylujące w okolicach 10 minut), wypełniły album "Passage".

Od samego początku, czyli od dwunastominutowego otwarcia - "Lonely Years" - nasze skojarzenia biegną w stronę ambientowych dokonań Davida Sylviana czy Briana Eno. Stałym elementem pierwszych trzech kompozycji jest brzmienie perkusji. Jej tony nie tylko wyznaczają kolejne takty, ale również współtworzą przestrzeń, dialogują z pozostałymi instrumentami. W utworze "Leaving Franklin" znajdziemy coś na kształt zapętlonego leniwego funkowego groove, który wzbogacają repetycje syntezatora, dźwięki gitary oraz tony klawiszy, gdzie wychwycimy drobne nawiązania do wczesnych płyt Soft Machine. "Play It As It Lays" - przestrzenny, pełen migoczących świateł, ile tu głębi, ile kojącego ciepła, z cudownymi pasażami gitary - tytułem nawiązuje do powieści Joan Didion z 1970 roku (film powstał dwa lata później). Całość ospale kończy "Pacific Calm", już bez tonów perkusji, za to z morskimi oddechami wibrafonu.  Album "Passage" świetnie koresponduje z innym nowym krążkiem omawianym na łamach tego bloga, mam tu na myśli "Philadelphia" - tria Shabason, Krgovich & Harris. Można te wydawnictwa spokojnie zestawić obok siebie i słuchać jednego po drugim, do czego zresztą gorąco namawiam.

(nota7.5/10)

 



   Myśląc, o kąciku improwizowanym, miałem w tym tygodniu spory dylemat. Ukazało się bowiem kilka intrygujących płyt. Wspólnym mianownikiem tych wydawnictw był fakt, że wszystkie pozostawiły we mnie rosnące poczucie niedosytu. Na pierwszy ogień niech pójdzie album Doxas Brothers - "The Circle". O poprzedniej, znakomitej płycie saksofonisty Cheta Doxasa - "Rich In Symbols" - napisałem kilka słów na łamach tego bloga. To był świetny krążek. Tym razem Chet postanowił połączyć siły z bratem Jimem grającym na perkusji. Do składu zaprosili stałego współpracownika basistę Adriana Vedady oraz jednego z moich ulubionych pianistów Marca Coplanda. I to właśnie ten troszkę niedoceniony u nas artysta skradł dla siebie ten album. Przesłuchując kolejne kompozycje, utrzymane w szeroko pojętej stylistyce modern jazz, złapałem się na tym, że słucham głównie gry Marca Coplanda. Aż strach pomyśleć, co byłoby, gdyby tego wspaniałego pianisty zabrakło w studio. Co ciekawe, Copland zaczynał w latach 60-tych od saksofonu. Wprawdzie lekcję gry na fortepianie pobierał od siódmego roku życia, ale mając dziesięć lat zafascynował go saksofon. W późniejszych  latach eksperymentował z brzmieniem tego instrumentu, czego efektem był album "Friends", któremu magazyn DownBeat nadał status "kultowego". Na dalszym etapie kariery  Copland wrócił jednak do fortepianu, nagrywając wiele wspaniałych płyt dla prestiżowych wytwórni, których odsłuchanie polecam szanownym Czytelnikom tego bloga.



   Druga propozycja to album "Kontinent" - Janne Mark. Przyznam, że to nie głos duńskiej wokalistki przyciągnął mnie do tego wydawnictwa, tylko udział  Arve Henriksena, który nie tylko zagrał na trąbce, ale wyprodukował ten krążek. To już drugi wspólny materiał Mark i Henriksena, pierwszym była płyta wydana w 2018 roku zatytułowana "Pilgrim". Nagrania, eksplorujące jazzowo-folkowe pogranicze, zarejestrowano pomiędzy 24, a 26 maja tego roku, w studiu The Village, mieszczącym się w Kopenhadze.



  Skoro pojawiło się nazwisko Chet Doxas, nie może być tak, żeby na moim blogu, w biały dzień, czy w noc ciemną, nie zabrzmiał choćby fragment jego poprzedniej, jakże udanej płyty "Rich In Symbols", kompozycja "While You Were Sleeping" otwiera ten znakomity krążek, który gorąco i niezmiennie WAM polecam.




niedziela, 5 kwietnia 2020

ENZO CARNIEL HOUSE OF ECHO - "WALLSDOWN" (Jazz&People) "A mury runą..."

    I tak oto przed nami kolejna wizyta w świecie improwizowanych  dźwięków oraz jazzu, który, jak przekona was o tym nasz dzisiejszy bohater, niejedno ma imię. Na wstępie pragnę uspokoić kilku Czytelników, którzy z wytęsknieniem oczekują na alt-rockową propozycję - wkrótce, niebawem, już-już... Tymczasem lotem błyskawicy przeniesiemy się do Marsylii, która jest nie tylko ulubioną przystanią wszelkiej maści przemytników, ale również miejscem, skąd pochodzi Enzo Carniel. I pomyśleć, że o mały włos nie został lekarzem, jednak, z sobie tylko wiadomych powodów, porzucił studia medyczne, żeby ukończyć Conservatorie National Superieur De Musicque w Paryżu. Jako pianista młodego pokolenia (rocznik 87') został już zauważony i doceniony kilkoma cennymi nagrodami i wyróżnieniami. Pośród swoich ulubionych artystów wymienia jednym tchem takie postaci jak: Bley, Monk, Jarrett oraz Brad Mehldau i trzeba przyznać, że charakterystyczne elementy estetyk tych twórców przewijają się w dokonaniach francuskiego pianisty. Debiutował solowym albumem "Erosions" dla wytwórni NoMadMusic w 2014 roku. Dwa lata wcześniej z gitarzystą Marciem Antoinem Perrio powołał do życia grupę House Of Echo. Początkowo panowie działali tylko w tandemie, w międzyczasie szukając kolejnych muzyków. W pewnym momencie formacja rozrosła się aż do sextetu, ale przy okazji najnowszego albumu "Wallsdown" swoich sił spróbował kwartet. Oprócz dwóch już wymienionych przeze mnie nazwisk na liście obecności podpisali się: Simon Tailleu (kontrabas) oraz Ariel Tessier (perkusja, elektronika). Warto również odnotować chociażby z kronikarskiego obowiązku obecność Bruce'a Sherfielda, który w kilku nagraniach łaskawie użyczył głosu. Szkoda tylko, że swoją ekspresję ograniczył do powtarzania krótkich fraz, w stylu: "Zburz ściany", "Otwórz umysł" itp. Przyznam, że w moim uszach zabrzmiało to cokolwiek pretensjonalnie, można było nieco bardziej puścić wodzę fantazji, wykorzystać wersy mniej lub bardziej znanej poezji czy też prozy albo po prostu wymownie milczeć.

Z pewnością autorzy "Wallsdown" w kolejnych udanych odsłonach pragnęliby, żebyśmy zburzyli nasze nawyki i przyzwyczajenia. Mamy tu bowiem do czynienia z czymś, co na pierwszy rzut oka i ucha wydaje się być "muzycznym kolażem" (wybaczcie to odrobinę wyświechtane określenie). Przekraczanie gatunkowych granic, swoboda przejścia pomiędzy estetykami, stały się dla francuskiego pianisty oraz jego sympatycznej załogi sposobem funkcjonowania, a także czymś na kształt wyzwania. Wyzwania, dodajmy, wciąż podejmowanego na nowo. Kompozycje Enzo Carniela skrzą się od intrygujących pomysłów. Dla tych, którzy cenią sobie precyzyjne nazwy, można by w tym miejscu podać termin "jazz progresywny", choć sam twórca pewnie nie zgodziłby się na to, żeby zamknąć jego dokonania w ciasnej i wygodnej dla krytyków szufladce. W barwnych kompozycjach francuskiego pianisty znajdziemy skandynawską melancholię (przywołaną przed tygodniem), rockową dynamikę, zmiany tempa i tętniący energią puls, fragmenty swobodnej improwizacji, elektronikę i repetycje. Owe repetycje, czy to na poziomie pojedynczych akordów (fortepianu, gitary, kontrabasu), czy też na poziomie dłuższych motywów, stanowią zarówno podstawowy budulec, jak i pełnią funkcję rytmiczną. W tej swobodnej grze estetykami zamazują się granice pomiędzy kompozycją, a improwizacją.
W tym momencie warto podkreślić dwie rzeczy.
O ile dla artystów reprezentujących generacje nieco starszych pokoleń wykorzystanie elementów różnych gatunków - to "wychodzenie poza" granice bezpiecznego i wielokrotnie już eksplorowanego terytorium - było rezultatem twórczych koncepcji i śmiałych niekiedy poszukiwań, o tyle dla "współczesnej młodzieży", stawiającej dopiero pierwsze kroki, jest czymś w rodzaju sytuacji zastanej, niejako naturalnym procesem; mówiąc kolokwialnie, grają w ten sposób, gdyż właśnie tak -w dużej mierze - obecnie się gra. Druga warta odnotowania kwestia to płynność, czy też swoboda, z jaką Enzo Carniel (i jemu podobni) przechodzą od jednej estetyki do drugiej, łącząc ze sobą kolejne czasem bardzo odległe wątki. To właśnie dzięki niej wciąż mamy do czynienia z intrygującą i potraktowaną w nieszablonowy sposób MUZYKĄ, a nie tylko z wyrafinowanym przebiegiem nutowym.

Album "Wallsdown" wypełnia 9 kompozycji, które liczą sobie nieco ponad 40 minut. Całość nie przez przypadek rozpoczyna "Ritual Horizon" tonami fortepianu i odgłosami uderzanych o siebie kamieni. Te charakterystyczne dźwięki kamieni stanowią motyw przewodni płyty, mają symbolizować kruszące się nawyki i uprzedzenia, rutynowe, stereotypowe sposoby myślenia, które w konsekwencji i swoistej dezintegracji doprowadzą do spojrzenia w inny sposób, otwarcia się na nowe perspektywy. Powracają więc wplecione w bogatą fakturę tła przy okazji "Ruines Circulaires", w tytułowym i refleksyjnym "Wallsdown", oraz (jakżeby inaczej!) w "Tones Of Stones". Trzeba również dodać, że na albumie "Wallsdown" - który jest wydawnictwem pełniejszym i dojrzalszym niż poprzednia płyta "Echoides"(Jazz&People 2017), posiada bowiem wstęp, rozwinięcie i zakończenie, traktowany jest przez samych twórców jako "podróż" - nie ma słabych momentów. Oczywiście, chciałoby się nieco więcej brzmienia gitary, ale uwagę przykuwa i marzycielska "Lune" czy mroczna "Traya", i zapadająca w pamięci krótka "Winds", z równoległymi repetycjami fortepianu i gitary, jedyna kompozycja Marca Antoine'a Perrio, pod resztą podpis złożył Enzo Carniel, który w energetycznych fortepianowych improwizacjach najbardziej przypomina dokonania Brada Mehldau'a - podobnie zagęszczona narracja i dynamika - choć potrafi być równie sugestywny w nieco bardziej lirycznych odsłonach, o czym mam nadzieję wkrótce się przekonacie.


(nota 8/10)






niedziela, 29 marca 2020

PER ODDVAR JOHANSEN - "THE QUIET CORMORANT" (Losen Records) "Dzień gaśnie w szarej mgle..."

    Dotrzymuję obietnicy danej przed tygodniem i dziś pojawi się kolejna propozycja (a nawet dwie), z kręgu muzyki improwizowanej. Kiedy myślimy o Norwegii, w naszych pierwszych skojarzeniach pojawiają się obrazy naturalnych przestrzeni, bogactwa świata fauny i flory oraz malowniczych  pejzaży. I taką własnie barwną pocztówką postanowił nas obdarować norweski perkusista na czwartej, jeśli dobrze liczę, solowej płycie zatytułowanej: "The Quiet Cormorant". W 13 kompozycjach zawartych na tym albumie znalazło się miejsce i dla ciszy (wyciszenia), i dla subtelnych  dźwięków, które mogą symbolizować kormorana w locie, chociażby tego obserwowanego z uwagą niedaleko miejscowości Bodo (region Nordland). To właśnie tam Per Oddvar Johansen spędził kilka dni, dni parę, w Arctic Hideaway (niewielki hotel nad zatoką, skąd znakomicie widać zorze polarne), szukając natchnienia, a później skrupulatnie zapisując kolejne pomysły w zeszycie nutowym. Początkowo zamierzał wszystko zrobić samodzielnie, ale mając w pamięci bardzo udaną i jakże owocną współpracę z pianistą Helge Lienem, której efekty mogliśmy usłyszeć na poprzednim wydawnictwie "Let's Dance" (Edition Records 2016), postanowił skorzystać z jego uwag i cennych rad. Ten z kolei zaprosił na pokład następnego dobrego znajomego, saksofonistę Torbena Snekkestada (rocznik 73'), urodzonego w Tonsbergu, absolwenta Duńskiej Królewskiej  Akademii Muzycznej. Torben Snekkestad to bardzo zapracowany artysta, ostatnio był widziany w towarzystwie dwóch mistrzów swobodnej improwizacji - znakomitego pianisty Agusti Fernandeza i Barry'ego Guya (polecam wspaniały album tej wyżej przeze mnie wymienionej dwójki "Aurora"), panowie razem opublikowali niedawno płytę "The Swiftest Traveler".

Album "The Quiet Cormorant" zupełnie nie wiadomo dlaczego spędził czas jakiś na półce, bowiem nagrań dokonano 3 i 4 lipca 2017 roku, pod czujnym, i jakże wrażliwym uchem i okiem, niedawno zmarłego, nieodżałowanego inżyniera dźwięku Jana Erika Kongshauga, w legendarnym Rainbow Studio w Oslo. Tej płyty nie wydała oficyna ECM, choć stylistycznie materiał z pewnością nawiązuje do estetyki kojarzonej z tą wytwórnią. Ostateczny mastering miał miejsce dopiero pod koniec listopada ubiegłego roku, a całość pojawiła się na rynku 20 marca 2020 roku, sygnowana logo Losen Records.
Per Oddvar Johansen gra na perkusji od dziecka, ponoć zasiadł za zestawem mając zaledwie 4 lata, później przewinął się przez wiele głównie rockowych składów, ukończył konserwatorium muzyczne w Trondheim. W latach 90-tych odkrył jazz, grał w grupie Bodega, wystąpił u boku Kenny Wheelera, z Joshuą Redmanem, Arildem Andersenem, żeby zostać jednym z najbardziej cenionych i rozchwytywanych skandynawskich perkusistów. Debiutował solowym albumem w 2008 roku - "Ferme Solus - This Is My Music", a jego pełna dyskografia liczy sobie kilkadziesiąt wydawnictw.

Już jako dziecko Johansen lubił odkrywać szczegóły w różnych planach, lub na różnych poziomach dźwiękowych, i to zamiłowanie do detalu słychać również na jego ostatnim wydawnictwie. "Uwielbiam także przypadkowość dźwięku i to, że rzeczy nie powtarzają się w ustalonych  wzorcach" - oświadczył w jednym z wywiadów. Stąd na "The Quiet Cormorant" w dużej mierze nie znajdziemy tradycyjnie rozumianych jazzowych tematów oraz ich rozwinięć. W graniu norweskiego tria słychać doskonałe zrozumienie uczestników dialogu, mnóstwo wolnej przestrzeni, zarówno na poziomie kompozycji, jak i w improwizacjach poszczególnych instrumentów. Dominuje skandynawski spokój, łagodne takty świetnie zrealizowanej perkusji, swobodne wybrzmiewanie dźwięków fortepianu, saksofonu czy klarnetu, jak chociażby w bardzo urokliwych: "The Njalla Suite", "Sunshine - After Fog", "Where Did You Go". Tytułowy "The Quiet Cormorant" to rezultat niespiesznej improwizacji barwnie nakreślonej palcami pianisty Helge Liena. Liryzm, głębia, subtelne interakcje - mimo charakterystycznego dominującego nastroju, który jak mgła spowija całą płytę, udało się też uzyskać pewną różnorodność, szczególnie wyczuwalną na stronie A winylowej wersji; druga część albumu jest zdecydowanie bardziej wyciszona, refleksyjna.
Wisienką na tym norweskim torcie jest obecność gitarzystki Hedvig Mollestad. Niestety dała popis swoich możliwości tylko w dwóch utworach - "Brown House (By The Sea)", "Love, Peace And Currywurst" -  i są to z pewnością dwa fragmenty, do których najczęściej wracałem. Jej przestrzenna gra długimi dźwiękami - trochę w stylu dawnego mistrza Terje Rypdala - zdecydowanie poszerzyła pole znaczeniowe płyty. Szkoda, że tak brzmiący instrument pojawia się w ostatnim czasie bardzo rzadko na wydawnictwach  promujących muzykę improwizowaną.

(nota 7.5-8/10)









Na deser małe dzieło sztuki improwizowanej, czyli wspomniany wcześniej kultowy w wąskich kręgach tropicieli i poszukiwaczy album "Aurora" (Maya Recordings 2006), Agusti Fernandez (fortepian), Burry Guy (bas), Ramon Lopez (perkusja). "Can Ram" to tytuł kompozycji odnoszący się do miejsca, w którym mieszka Agusti Fernandez. Smacznego!








piątek, 7 grudnia 2018

BEN WENDEL - "THE SEASONS" (Motema) "Spal żółte kalendarze..."

    Ostanie godziny roku to czas rozmaitych podsumowań. Niczym grzyby po gwałtownej ulewie wynurzają się z internetowej gleby kolejne zestawienia najciekawszych płyt, które ujrzały światło dzienne w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy (ciekawe, że wśród pierwszych tegorocznych podsumowań bardzo wysoko można znaleźć albumy podpisane przez śpiewające panie). W cyklu wydawniczym grudzień oraz styczeń (jak i miesiące wakacyjne) stanowią specyficzny okres, kiedy to pojawia się zdecydowanie najmniej nowości płytowych. Stąd pewnie, w ramach tego bloga, najbliższe tygodnie lub dni (bo nie wiem jeszcze, jaka będzie częstotliwość ukazywania się kolejnych wpisów), wypełnione zostaną efektami nadrabiania przeze mnie rozmaitych (mam nadzieję, że intrygujących) zaległości płytowych, niż świeżych, gorących i ekscytujących premier (oczywiście niczego nie wykluczam, bo wszystkiego przewidzieć nie sposób, a niespodzianki zawsze są mile widziane).

W tym kontekście muszę przyznać, że album "The Seasons" - Bena Wendela, ukazał się stosunkowo niedawno, choć w dłonie raczej już nie parzy (chyba że fanów disco polo). Krążek ten w specyficzny sposób podsumowuje również nie tylko ostatnie 12 miesięcy - zawiera bowiem 12 kompozycji, z których każda została zatytułowana jak kolejne miesiące roku. Pomysł na ten album powstał w głowie kanadyjskiego saksofonisty dużo wcześniej. Oto w 2015 roku, a dokładniej mówiąc, co miesiąc, w serwisie YT ukazywały się kolejne nagrania Bena Wendela oraz zaproszonego do współpracy gościa. Wybór poszczególnych artystów nie był przypadkowy. Wendelowi zależało na tym, żeby wystąpić u boku ważnego dla siebie muzyka. Na sesjach nagraniowych pojawili się więc między innymi: Joshua Redman, Eric Harland, Shai Maestro, Mark Turner, Julian Lage, Jeff Ballard, Ambrose Akinmusire. Wrzucając drobny kamyczek do ogródka Bena Wendela, musiałbym dodać w tym miejscu, że nagrał kompozycje z artystami, którzy byli akurat dostępni i wyrazili na to zgodę. Jakoś nie chce mi się wierzyć w to, że rezydujący obecnie w Nowym Yorku saksofonista, nie chciałby zagrać na jednej sesji z nieco starszymi mistrzami altu czy barytonu, lub wirtuozami klawiatury.

Ben Wendel to urodzony w Vancouver, a mieszkający obecnie na Brooklynie, kanadyjski saksofonista, kompozytor, producent i adiunkt na wydziale jazzu. Był nominowany do nagrody Grammy, współpracował i grał nie tylko na trasach koncertowych z Tigranem Hamasyanem, Antonio Sanchezem. Fanom filmu może być znany jako autor kompozycji do obrazu w reżyserii Johna Krasińskiego - "Brief Interviews With Hideous Men", na podstawie opowiadań Davida Fostera Wallace'a.  Zdobył kilka prestiżowych nagród i cennych wyróżnień, w tym nagrodę ASCAP Jazz Composer. Nagrał kilkanaście płyt, pod własnym szyldem lub z grupą Kneebody.

Na albumie "The Seasons" na fortepianie zagrał Aaron Parks, na gitarze Gilad Hekselman, na basie Matt Brewer, a na perkusji Eric Harland. Inspiracji do tego wydawnictwa Wendel szukał również w twórczości Piotra Czajkowskiego. Mówiąc dokładniej, kanadyjski saksofonista wprost odwołuje się do cyklu "Pory roku", z 1876 roku, gdzie każda kompozycja została napisana z okazji innego miesiąca. W przypadku albumu Wendela utwór "April" został dodatkowo zainspirowany standardem "I'll Remember April".
Trzeba przyznać, że płyty "The Seasons" słucha się z rosnącą ciekawością, i nie jest to stracone blisko 80 minut. Poszczególne kompozycje różnią się od siebie nastrojem, tempem akcji oraz paletą użytych barw. Post-bop i modern jazz podają tu rękę jazzowej klasyce, kompozycje wykraczają poza ramy tego, co utarte i zwyczajowe. Warto zwrócić uwagę na pianistę - Aarona Parksa, którego gra - raz pełna liryzmu, to znów przepełniona swobodą, dynamiką i różnorodnością - stanowi wartość dodaną dla wielu z tych kompozycji. Od samego początku tego wydawnictwa - "January" - nie sposób nie wyczuć, że Parks świetnie rozumiał się z kanadyjskim saksofonistą, a i pozostali artyści z sekcji rytmicznej dali o sobie znać w znaczący sposób.

(nota 7-7.5/10)








A na deser, lub na tak zwaną drugą nóżkę, dziś gorąca, a jakże, nowość z krajowego podwórka, co tym bardziej mnie cieszy, również z tego powodu, że całkiem blisko jest autorowi tego wpisu i do krainy muzycznej, jak i krainy geograficznej, z której to pochodzą niektórzy artyści wchodzący w skład tej grupy. A mam tu na myśli formacje - JAVVA - powołaną do życia całkiem niedawno przez muzyków takich grup jak: Hokei, Xenony, Alameda 2, 3, 4 i 5, T'ien Lai, Helatone, Duży Jack, Tropy, Contemporary Noise Quintet, Something Like Elvis. Jak możemy przeczytać na ich stronie: "Javva to zespół taneczny zrodzony z bitu, gitar i namiętnych mikropsychoz". Nagranie tygodnia, czyli coś dla "tańczących inaczej".