Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nils Petter Molvaer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nils Petter Molvaer. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 października 2023

EXEK - "THE MAP AND THE TERRITORY" (Foregin Records) "Mniej ambitny album"

 

     "W literaturze czy muzyce właściwie nie sposób zmienić nurtu, możesz mieć pewność, że cię zlinczują. Z drugie strony, jeśli w kółko robisz to samo, oskarżą cię, że się powtarzasz, i chylisz ku upadkowi, ale jeśli się zmienisz, to ci powiedzą, że jesteś niespójny i rozproszony" - napisał przed laty Michael Houellebecq na kartach powieści "Mapa i terytorium". Wydaje się całkiem prawdopodobne, że wokalista i lider australijskiej  grupy EXEK - Albert Wolski - mógł zapoznać się z tym klasycznym obecnie dziełem francuskiego pisarza, zaś to spodobało się mu na tyle, że wykorzystał jego tytuł jako nagłówek najnowszej, szóstej w dorobku, płyty. Warto jednak pamiętać, że jest jeszcze jedna istotna książka o tym tytule - "Mapa i terytorium" - album z fotografiami autorstwa Luigi Ghirri, przedstawiający wycinek prac tego artysty; jak wiadomo Albert Wolski od wielu lat interesuje się także sztukami wizualnymi. 

Tak czy inaczej, to nasze kolejne spotkanie z twórczością australijskiej grupy i artysty o polskich korzeniach. Napisałem o tej formacji jakiś czas temu, biorąc na warsztat wcześniejszą udaną płytę "Good Thing They Ripped Up The Carpet"". Trudno powiedzieć, czy Albert Wolski wziął sobie szczególnie do serca przywołaną przeze mnie wcześniej sentencję Houellebecqa dotycząca zmian. Twórca muzyki zawartej na wydanym wczoraj albumie zatytułowanym "The Map And The Territory", określił ją jako: "mniej ambitny album". Nie wiem, czym dokładnie kierował się, wyrażając taką opinię, być może był to rodzaj kurtuazji albo forma specyficznej reklamy. Nie ulega wątpliwości, że ambicji nowym kompozycjom z pewnością nie brakuje. Chociaż wykorzystują one dobrze sprawdzoną przez australijską załogę stylistykę, którą, idąc tropem pewnego dziennikarza, można by określić mianem: "post-punk/dub-krautrock". Jeśli zaś chodzi o drobne zmiany - bo takie również pojawiają się na tym wydawnictwie - warto odnotować użycie trąbki, do tej pory rzadko wykorzystanej w aranżacjach.

Odpowiedzialna za jej brzmienie Valya Yl Hooi lubi dubowe przestrzenie. Jeden z recenzentów napisał o jej debiutanckiej płycie "Untitled" (2019), że to: "dubowy dream-pop". Valya Yl Hooi nie jest żadnym wirtuozem trąbki, i nigdy nim nie zostanie, ale generowane przez nią tony, często zamienione później w sample i doklejone na etapie produkcji, mocno wzbogaciły ostatnie wydawnictwo grupy EXEK. Charakterystyczne krótkie dźwięki tego instrumentu usłyszymy w udanym "Seamstress Requires Regular Break", czy znajomo brzmiącym "Warszawa centralna", gdzie nawiązując nieco do technik swobodnej improwizacji, Albert Wolski sklecił w gustowną mozaikę kilka barwnych puzzli.

Najbardziej przypadł mi do gustu "The Lifeboats", nieco odbiegający od charakterystycznej dla poczynań zespołu estetyki. Wbrew zaprezentowanej wcześniej sugestii Michele'a Houellebecqa bardzo pochwale za to australijski zespół. Nie jest to oczywiście żadna rewolucja, ale pokaz możliwości tkwiących w tym składzie personalnym. Oparty na krautrockowym rytmie, z melodyką przypominającą przedstawicieli niezależnej sceny początku lat osiemdziesiątych, i zaskakującą, jak na skłonności twórcy, wygładzoną wokalizą. Mało w tej odsłonie ulubionego i wielokrotnie wykorzystanego przez Alberta Wolskiego efektu "space-echo", za to sporo doklejonych gitarowych wstawek. Bardzo przyjemnie wraca się do tego fragmentu.

W starym sprawdzonym stylu rozwija się singlowy "Welcome To My Alibi", czy "It's Just A Flesh Wound Darling", w którym bez trudu można odnaleźć wpływy post-punku lub wspomnienie dawnych płyt The Fall. Wyeksponowany początkowy motyw perkusji w "On The Grand Floor", przypomniał mi utwór The Cure - "All Cats Are Grey", z okresu płyty "Faith", tyle że w dalszej jego części Wolski oraz  koledzy z grupy nie rozwijają ponurego nastroju, zdecydowanie bliżej im w tym fragmencie do psychodelicznej przestrzeni, wykreowanej również dzięki wykorzystaniu rozmaitych sampli oraz elektronicznych dodatków. Szkoda, że czas spędzony w towarzystwie płyty "The Map And The Territory" mija tak szybko, ale z drugiej strony to dobry powód, żeby po raz kolejny do niej wrócić.

(nota 7.5/10)

 


Na dobry początek dodatków mój ulubiony fragment z bardzo chwalonej przez krytyków płyty "Javelin" - Sufjana Stevensa, która ukazała się wczoraj.



Kolejny singiel z płyty "Selvutsletter", która ukaże się 20 października, duet Lost Girls, czyli Jenny Hval i Havard Vilden.



Przeniesiemy się na Brooklyn, gdzie mieszka Will Butler, w tym utworze z pomocą przyszła mu formacja Sister Squars.



Atom Made Earth to trio dowodzone przez Daniela Polveriniego, płyta "Songs For A Dreamer", ukaże się 20 października.



Szybka wizyta w ojczyźnie Javiera Mariasa , skąd pochodzi grupa Melenas, która kilka dni temu opublikowała album "Ahora".



Kanada i prezentowana już kiedyś we fragmencie grupa Population II, która wczoraj opublikowała album "Electrons Libres Du Quebec".



Cincinnati to nie tylko miejsce rozgrywania prestiżowego turnieju tenisowego, ale także siedziba grupy Equipment Pointed Ankh, która 29 września opublikowała album zatytułowany "Downtown!".



Ancient Infinity Orchestra to czternastoosobowy skład muzyków z Leeds, którzy dzięki uprzejmości oficyny Gondwana Records wkrótce opublikują album "River Of Light".



Nasi dobrzy znajomi gitarzysta Eivind Aarset oraz Jan Bang we fragmencie z wydanej niedawno płyty zatytułowanej "Last Two Inches Of Sky".



Skoro Skandynawia to warto wspomnieć o najnowszym albumie Nilsa Pettera Molvaera - "Certainty Of Tides".




sobota, 28 sierpnia 2021

BIG RED MACHINE - "HOW LONG DO YOU THINK IT'S GONNA LAST" (Jagjaguwar) "Standardy spółki Dessner/Vernon"

 

   Na okładce najnowszego albumu Big Red Machine widzimy twarze dzieci. To prywatne zdjęcie pochodzi z albumu rodzinnego członka tego zespołu i autora większości kompozycji - Aarona Dessnera ( The National). Jego dziecięce oblicze, a także buzia jego brata - Bryce'a oraz siostry Jessiki zostały uwiecznione w dniu, kiedy cała trójka wybrała się w podróż, żeby odwiedzić nestorkę rodu, będącą w tamtym czasie pensjonariuszką domu opieki. Dzieciństwo nie zawsze jest sielską krainą, beztroskim okresem, kiedy to spełniają się marzenia. W wielu przypadkach jest źródłem traumy, pierwszych bolesnych doświadczeń, które po wielu latach powracają już w dorosłym życiu jako echa tamtych dniu. I w pewnym sensie również o tym traktuje płyta zatytułowana "How Long Do You Think It's Gonna Last", wydana wczoraj nakładem oficyny Jagjaguwar. 

Wiele wskazuje na to, że Aaron Dessner ma już za sobą trudne momenty, kiedy jako nastolatek zmagał się z dotkliwym obniżeniem nastroju. Ostatnie długie miesiące spędził w studiach nagraniowych, pomagając w pracach nad materiałem muzycznym mniej lub bardziej znanym artystom (o kilku z  nich wspomniałem na łamach tego bloga). Niejako ukoronowaniem tych działań, i tego fragmentu jego biografii, była nagroda Grammy dla albumu "Folklore" - Taylor Swift, który współprodukował. Nic więc dziwnego, że wokalistka została zaproszona na sesje nagraniowe, podobnie jak wielu innych muzyków, którzy mieli wypełnić głównie partie wokalne najnowszego krążka Big Red Machine. O tym jak powstała ta grupa, napisałem przy okazji charakteryzowania ich debiutu. Pozostali wokaliści to w wielu przypadkach nasi dobrzy znajomi. Oczywiście Justin Vernon (Bon Iver), nieco zapomniana ostatnio Anais Mitchell, niektórzy dobrze pamiętają jej krążek "Hadestown" (2010), Ben Howard, Shara Nova z formacji My Brightest Diamond, Artel Engle przewijający się przez szeroki skład mojego ulubionego niegdyś Broken Social Scene, Kate Stables z grupy This Is The Kit, Lisa Hanningan, czy Sharon Van Etten. Kiedy spojrzałem na listę gości, uśmiechnąłem się, bo w jakimś stopniu stanowi ona potwierdzenie moich płytowych wyborów, które potem znajdują swoje odzwierciedlenie w kolejnych  recenzjach. A przecież nie są to artyści z pierwszej linii frontu. Na pewno są dobrze znani i poważani, tyle że w wąskich kręgach.



Najbardziej rozpoznawalną gwiazdą dla przeciętnego zjadacza muzycznego chleba jest w tym zestawieniu Taylor Swift. Piosenka z jej udziałem, czyli "Renegade" - miała być czymś w rodzaju koła napędowego płyty "How Long Do You Think It's Gonna Last". Pozostałe czternaście kompozycji utrzymanych  zostało w podobnej stylistyce. Troszkę tu nostalgicznych nut, kojarzonych z dokonaniami Bon Ivera, trochę leniwej americany oraz charakterystycznego dla poszukiwań duetu Dessner/Vernon indie-folku. Jednak w ostatecznym rozrachunku to, co mogłoby przemawiać za dobrą jakością tego albumu i nakłaniać do ponownego jego przesłuchania - czyli stylistyczna konsekwencja oraz spójność - w rzeczywistości ciągnie ten zestaw podobnych do siebie pieśni i piosenek na grząskie terytorium przewidywalności i znużenia. Chcę przez to powiedzieć, że większość tych utworów słuchanych oddzielnie, całkiem nieźle się broni. Zestawione obok siebie, mniej więcej po trzydziestu minutach przestają zaskakiwać i oblepiają uszy słuchacza niczym ciągnący się cukierek. 

Trudno zarzucić cokolwiek poszczególnym odsłonom krążka. Aaron Dessner i Justin Vernon są zbyt sprawnymi producentami, żeby popełnić rażące błędy. Ich aranżacje są zwykle smakowite i pełne intrygujących niuansów, dobrze zbilansowane, z pieczątką alternatywnej jakości. Panowie bez trudu potrafią wykreować przyjemne miękkie brzmienie, używając do tego fortepianu, gitary czy subtelnych okruchów instrumentów dętych. Jednak w przypadku najnowszego wydawnictwa zabrakło jakiegoś estetycznego przełamania, klasy kontrastu, momentów zwrotu lub odbicia. Warte wielu powrotów jest udane otwarcie "Letter Days", "Birch" - czyli duet Justina Vernona z Taylor Swift, ma coś z atmosfery nagrań Petera Gabriela, "Reese" zwraca na siebie uwagę partią gitar, znakomity "Mimi" urzeka ciekawymi wokalizami, został dedykowany córce Dessnera, "Hutch" poświęcono pamięci Scotta Hutchinsona z grupy Frightened Rabbit, który popełnił samobójstwo.

W jednym z wywiadów Aaron Dessner powiedział dość oczywistą rzecz, dla wszystkich tych, którzy nieco bardziej interesują się przestrzenią muzyki czy kultury. "Granice między gatunkami topnieją od dawna". Podczas innej rozmowy dodał, że grupa Big Red Machine jest jego "laboratorium do eksperymentów". Trzeba przyznać, że przy okazji najnowszego wydawnictwa tych wspomnianych wyżej "eksperymentów" było stosunkowo niewiele. Tak, jak niewiele estetycznych granic udało się przekroczyć spółce Dessner/Vernon na płycie "How Long Do You Think It's Gonna Last". Nie zmienia to faktu, że zachęcam Was, moi drodzy stali czytelnicy oraz niespodziewani goście, do przesłuchania albumu jako całości lub najlepiej w ratach, jako kolejnych oderwanych od siebie odsłon. Szczególnie, że na samym końcu znajdziecie bardzo urokliwą piosenkę w wykonaniu Anais Mitchell - "New Auburn", do której póki co wracam najczęściej.

(nota 7/10)

 



W kąciku deserowym pojawi się grupa Woods, która niedawno opublikowała album "Strange To Explain".




Lotem błyskawicy raz jeszcze przeniesiemy się na płytę grupy Darkside - "Spiral", żeby tym razem posłuchać kompozycji "Liberty Bell".



Snowy Band w utworze "Call It A Day", znajdziecie go na płycie "Alternate Endings", która ukazała się wczoraj.



Caveman  - czyli Matthew Iwanus, Jimmy Carbonetti i Jeff Berrall, w urokliwej i wpadającej w ucho piosence "Hammer", która pochodzi z płyty "Smash".



W kąciku improwizowanym fragment płyty "Happy Destiny", na saksofonie Rich Perry, za fortepianem Gary Versace, na basie Jay Anderson, oraz John Riley na perkusji.



Wczoraj ukazała się nowa płyta Nilsa Pettera Molvaera - "Stitches", na samym jej końcu znajdziemy cover utworu Radiohead - "True Love Waits".



Na zakończenie dzisiejszej odsłony bloga raz jeszcze wystąpi Anais Mitchell u boku Justina Vernona i Aarona Dessnera, bo dobrego nigdy zbyt wiele.




poniedziałek, 25 listopada 2019

ERIK TRUFFAZ - "LUNE ROUGE" (Foufino Productions/ Warner Music France) "JAZZOWY ATOL"

   Muszę przyznać, że byłem odrobinę zaskoczony, kiedy przeglądając poprzednie wpisy odkryłem, iż muzyka tego artysty nie pojawiła się jeszcze pod gościnnymi strzechami tego bloga. W końcu nadarzyła się ku temu odpowiednia okazja, choć przecież i bez konkretnych powodów warto byłoby skreślić kilka słów, słów parę, o francuskim trębaczu. Erik Truffaz - to o nim mowa - obecny jest na scenie muzycznej od kilkudziesięciu lat (rocznik '60), a w jego bogatym dorobku znajdziemy co najmniej kilkanaście albumów. Wiele z nich - do pełnej dyskografii wciąż sporo brakuje - przewinęło się przez mój odtwarzacz. Przy okazji odsłuchiwania najnowszego wydawnictwa - "Lune Rouge" - postanowiłem odkurzyć wybrane starsze pozycje, które znalazłem na półkach.

Erik Truffaz, jak każdy twórca, miał w karierze lepsze i gorsze okresy. Ulubioną przystanią, czy punktem wyjścia był zawsze atol jazzowy, z którego to artysta życzliwie i z ciekawością spoglądał na wysepki wielu innych estetyk: elektronika, pop, fussion, funky, hip-hop, wpływy afrykańskie czy brazylijskie. Przygodę sceniczną rozpoczynał na początku lat 80-tych, w grupie Orange, założoną wspólnie z Markiem Erbettą, przy okazji której eksplorowali pogranicze jazzu i funky. Motyw transgresji od samego początku obecny był w twórczości francuskiego trębacza. Wydostać się z wygodnych i znanych ram macierzystej kultury, żeby spojrzeć na siebie (własne nawyki, skłonności, uprzedzenia, ograniczenia) z dystansu oraz oczami innego ("obcego") - to niepisane credo nie tylko Erika Truffaza. Taka postawa zakłada i wiąże się zarówno z otwartością, jaki i z dialogowym sposobem bycia w przestrzeni estetycznej. Stąd też w biografii urodzonego w Szwajcarii znajdziemy mnóstwo spotkań, wpływów, odwołań. Kolejnym stałym elementem, który niczym barwna nić przewija się przez jego twórczość, jest zabawa formą, swoboda w kreowaniu intrygujących tekstur czy oryginalnych kształtów. Punktem zwrotnym w karierze Truffaza były lata 90-te, sformowanie nowego składu, z którym to wystąpił na kilku festiwalach, gdzie został dostrzeżony przez publiczność i krytyków. W efekcie dowodzony przez niego kwartet w 1996 roku podpisał kontrakt płytowy z kultową oficyną Blue Note, i, co może nieco dziwić, zrobił to jako pierwsza francuska grupa w historii wytwórni. Sympatyczny kolektyw przy jej pomocy wydał dwanaście albumów, z czego cztery nagrano w stałym składzie: Marcello Giuliani (bas), Patrick Muller (klawisze), Marc  Erbert (perkusja). W czerwcu 2010 roku Mullera zastąpił Benoit Corboz - kompozytor, twórca muzyki do filmów, autor czołówek programów telewizyjnych, a także inżynier dźwięku w studiu du Flon, gdzie została zarejestrowana ostatnia płyta.

Tym razem Corboz po raz pierwszy skorzystał z pomocy analogowych syntezatorów. Zarys kształtów wszystkich kompozycji spoczął na barkach najmłodszego członka kwartetu - 29-letniego Arthura Hnateka, który dołączył do składu w 2015 roku. To właśnie jego pomysły zostały później rozbudowane w trakcie dalszych prac nad albumem. Tytuł "Lune Rouge" oznacza "czerwony księżyc", zjawisko zaćmienia, kiedy to Ziemia, Księżyc i Słońce ustawią się w odpowiednim położeniu. Nazwy niektórych kompozycji bezpośrednio odwołują się do nazw księżyców czy gwiazd. I tym tazem Erik Truffaz, jak to ma w zwyczaju, skorzystał z pomocy zaproszonych gości. Jednym z nich był amerykański wokalista Jose James, który w Nowym Yorku stworzył tekst i dograł wokalizę do kompozycji "Reflections". W utworze "She's the Moon" głosu użyczyła Andrina Bollinger, szwajcarska kompozytorka i multiinstrumentalistka. Na albumie "Lune Rouge" nie znajdziemy flirtu z hip-hopem czy elementami fussion, co było znakiem rozpoznawczym kilku poprzednich wydawnictw. Dłuższe i nieco bardziej refleksyjne kompozycje zabiorą nasze skojarzenia w stronę skandynawskiej melancholii i dokonań takich artystów jak: Arve Henriksen czy Nils Peter Molvaer. Nie jest to ani najlepsza, ani tym bardziej przełomowa pozycja w historii kwartetu, ale może stanowić całkiem niezły punkt wyjścia do rozpoczęcia przygody z muzyką francuskiego trębacza.

(nota 7/10)













piątek, 24 maja 2019

BANG,HONORE, AARSET, ROHRER - "DARK STAR SAFARI" (Arjunamusic) "TAM, GDZIE ZATRZYMAŁ SIĘ DAVID SYLVIAN"

   Ilekroć słucham podobnego typu płyt - a, co chyba zrozumiałe, takie właśnie produkcje pojawiają się w moim odtwarzaczu coraz rzadziej - tylekroć ogarnia mnie zdziwienie. Wraz z nim pojawia się zwykle podziw oraz retoryczne pytanie, które można by zamknąć we frazie: "że też jeszcze komuś chce się nagrywać takie rzeczy". Nigdy nie monitorowałem pod tym kątem rynku muzycznego, nie sprawdzałem list sprzedaży, bo i po co, skoro oczywistym wydawał się fakt, że tego typu wydawnictwa trafiają głównie do rąk poszukiwaczy i kolekcjonerów, którzy wyglądają ich pojawienia się z nieskrywanym utęsknieniem, a potem, trzymając w drżących dłoniach srebrny krążek, cieszą się niczym dzieci. O takich albumach zwykle nie piszą portale muzyczne, jeśli już, to grubo po czasie, a prasa branżowa umieszcza, przy mocno sprzyjających wiatrach, łatwą do przegapienia krótką notkę, na jednej z ostatnich stron, gdzieś pomiędzy reklamą gitary, a zapowiedzią koncertu Uriah Heep w dolinie Charlotty.

A przecież są to rzeczy wyjątkowe, stworzone z rozwagą i namysłem, ze starannością i precyzją godną zegarmistrza czy jubilera, który w swojej pracy pochyla się nad każdym najdrobniejszym detalem. Bo każdy najmniejszy nawet szczegół ma tutaj znaczenie, o jego wykorzystaniu zadecydowały długie rozmowy, częstokroć intelektualne dysputy, których echa wyłapały wytłumione ściany studia nagraniowego. Chociażby takiego jak to w Berlinie, przy Columbiadamm 10 - "Candybomber Studio" - gdzie sesje odbywają się pod czujnym okiem Ingo Kraussa (próbuje łączyć zdobycze nowoczesnych  technologii z analogowym duchem).

Jak wieść gminna niesie, to Samuel Rohrer (perkusista jazzowy, współpracował z Erikiem Truffazem, Arildem Andersenem, Markusem Stockhausenem, założyciel platformy Arjunamusic) wyszedł z inicjatywą i zaprosił do Berlina Jana Banga (norweski muzyk, producent, współpracownik Molvaera i Arve Henriksena), oraz Eivinda Aarseta (norweski gitarzysta, przewinął się przez wiele składów jazzowych, wydający swoje płyty w ECM i Jazzland). Owocem tego spotkania było kilka nagrań, które powstały w wyniku swobodnej improwizacji. Tak zarejestrowany materiał poddano starannej analizie i pogłębiono podczas kolejnych faz produkcji. Pewnie to również Samuel Rohrer przy wydatnym wsparciu Eivinda Aarseta zdołał namówić Jana Banga, żeby ten udzielił się wokalnie. Jan Bang z kolei przesłał zarejestrowany materiał przyjacielowi - Erikowi Honore - który nie dość, że wymyślił nazwę całego projektu (nawiązując do książki Paula Theroux - "Dark Star Safari") i napisał kilka tekstów, to jeszcze skomponował dwie dodatkowe piosenki. Erik Honore to pisarz i muzyk, z wykształcenia inżynier dźwięku, współtwórca festiwalu "Punkt", który współpracował z Davidem Sylvianem, Nilsem Petterem Molvaerem, Arve Henriksenem.

Wymieniłem powyżej wszystkie te nazwiska nie bez powodu, ponieważ album "Dark Star Safari" eksploruje rejony stylistyczne po których  poruszają się lub poruszali wspomniani przeze mnie artyści. Melancholia, nostalgia, nastrój skupienia i wyciszenia, skandynawski chłód i głębia, krainy spowite cieniem lub mrokiem, połączenie szeroko pojętej elektroniki z elementami jazzu, spacer po terytorium, które tak udanie i przez tyle lat odkrywał David Sylvian. Już od samego początku płyty - "Labyrinthine" - słuchacz łapie się na tym, że czeka, kiedy w końcu pojawi się ten tak dobrze znany i wytęskniony głos  Davida Sylviana. Nie wiem, czy autor jednej z najpiękniejszej kompozycji mojego życia - "BEFORE THE BULLFIGHT" - otrzymał zaproszenie do udziału w projekcie sympatycznej czwórki. Być może w istocie tak było, a Sylvian zgodnie z nowym, utrwalonym seriami powtórzeń, zwyczajem grzecznie odmówił. Wiem za to, że muzyka ukryta pod 10-cioma indeksami wydawnictwa "Dark Star Safari" swobodnie mogłaby wyjść spod pióra angielskiego artysty, kiedy ten tworzył urokliwe tematy zamknięte na albumie "Blemish", lub kiedy odliczał uwielbiane przeze mnie takty: "We Will Lie Back On A Pillow Of The Whitest Snow", w niezwykłym "THE LIBRARIAN", lub gdy u boku nieodżałowanego Micka Karna, Jansena i Barbieriego śpiewał "Black Water", przy okazji Rain Tree Crow.
Co ciekawe Erik Honore, Jan Bang (i Arve Henriksen) spotkali się całkiem niedawno z Davidem Sylvianem, a owocem tej współpracy był krążek "Uncommon Dieties". Jednak Sylvian na tym wydawnictwie ograniczył się jedynie do melorecytacji. Naturalnie Jan Bang nie ma tak charakterystycznego głosu jak angielski bard, ale fakt, że mimo wszystko zdecydował się ozdobić kolejne kompozycje swoim wokalem, zaliczam do dużych plusów. Na albumie "Dark Star Safari" nie brak dźwiękowych eksperymentów, awangardowych rozwiązań spod szyldu "Jan Bang", są szumy, trzaski, przetworzone sample ("remix na żywo") i repetycje, jak w "Family Gossip", jest granie ciszą, kameralna atmosfera oraz gitarowe pasaże. Dominuje mrok, pogłębiona strefa cienia, uwagę zwracają sugestywne, plastyczne i głębokie faktury dźwiękowe, wyrafinowane aranżacje i nad wyraz smakowita produkcja. W pamięci na długo pozostaną wybitny "Resilient Star", transowy "Mordechai (A Prophecy)", poruszający "White Rose" i "Fault Line".

Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że album "Dark Star Safari" to płyta dla nielicznych, wciąż spragnionych tego typu brzmień, poszukiwaczy i kolekcjonerów, w pewnym sensie osieroconych przez Davida Sylviana, którego duch unosi w każdej z tych dziesięciu kompozycji. Jeśli chodzi o skromną osobę autora tego wpisu, to niezmiennie będę trzymał kciuki za takich artystów, którzy wciąż chcą eksplorować tereny niegdyś odkrywane i współtworzone przez Davida Sylviana, Jansena, Barbieriego, Brooka, Ishama, Eno, Zazou itd. Jakby nie patrzeć, czego by nie powiedzieć, takich małych dzieł sztuki, takich wyjątkowych wydawnictw z każdym rokiem pojawia się coraz mniej.

(nota 8/10)