Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thomas Feiner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thomas Feiner. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2025

ORCHID MANTIS - "POSSESSION PACT" (Start-track. com) "Analogowe refleksy"

 

    Modliszka jaka jest każdy widzi. Ta o nazwie "Orchid Mantis" oznacza modliszkę kwiatu orchidei, którą można spotkać, kiedy wybierzemy się na wyprawę po lasach tropikalnych Azji Południowo-Wschodniej. Jak podają źródła: "Kilka gatunków wyewoluowało tak, żeby naśladować kwiaty orchidei, jako strategię polowania i kamuflażu. (...) Wiadomo, że potrafią schwytać swoją zdobycz z oślepiającą prędkością". Muzyka projektu Orchid Mantis również rozwija się powoli jak kwiat, łagodnie się kołysze, pozornie usypia - "samice kołyszą się na boki naśladując podmuchy wiatru, są ponad o połowę większe od samców". Za tym projektem ukrywa się jeden człowiek, mieszkaniec Atlanty - Thomas Howard, który pojawiał się już w dodatkach na blogu. Wczoraj ukazała się jego najnowsza całkiem udana propozycja zatytułowana "Possession Pact". Nadarzyła się więc dobra okazja, żeby nieco bliżej przyjrzeć się temu artyście.





Piosenki, która rozbrzmiała powyżej, nie znajdziecie na wydanej wczoraj płycie. Chciałem pokazać, że Howard całkiem nieźle radzi sobie również w tej estetyce. Choć nie zawsze tak było. Początki artysty zabierają nas do jego sypialni i szeroko pojętego gatunku bedroom-pop, który Thomas Howard postanowił rozwijać, bawiąc się na łóżku programem muzycznym w laptopie. Przy tej okazji odkrywał także uroki sceny lo-fi. Wielu z jej przedstawicieli nagrywało kompozycje na boomboxach, starych magnetofonach kasetowych, itd. W piwnicy rodzinnego domu Howard zgromadził więc trochę starego sprzętu - samplery, syntezatory (również zabawki przeznaczone dla dzieci), gitary i magnetofon czterościeżkowy. Z czasem doszły do tego nagrania terenowe, których fragmenty wykorzystywał w swoich pierwszych kolażach dźwiękowych. Od tego momentu upłynęło jedenaście lat, w trakcie trwania których artysta z Atlanty rozwinął swój warsztat.

"Kiedy zaczynałem pisać piosenki nie czułem się zbyt pewnie w tworzeniu melodii, opowiadaniu historii itd. Skupiałem się więc na elemencie sugestywnym - starałem się, żeby moja muzyka przypominała stare wspomnienia lub próbowałem komponować mając na uwadze konkretne miejsce, które sobie wizualizowałem".





Nieliczni recenzenci, którzy zdołali zetknąć się z twórczością Orchid Mantis, w dużej mierze autorzy amerykańskich blogów, w swoich próbach uchwycenia charakteru kompozycji Howarda, często przywołują termin "nostalgia". Ta ostatnia rzeczywiście jest wyraźnie wyczuwalna i obecna w poszczególnych odsłonach. Wynika ona bardziej ze stanu mentalnego autora, sposobu postrzegania rzeczywistości, niż artystycznego założenia, funkcjonującego na zasadzie dogmatu.

"Nigdy nie zamierzałem pisać "nostalgicznych piosenek". Jeśli już, to po prostu staram się tworzyć piosenki, które są piękne. Nostalgia jest zawsze słodko-gorzka, więc jest zwykle smutno piękna".


Thomas Howard w ostatnim czasie zainteresował się gatunkiem slowcore. Słuchał dużo starych płyt takich grup jak: Codeine, Low czy Bedhead. Znalazło to bezpośrednie przełożenie na kompozycje zawarte na wydanym wczoraj albumie zatytułowanym "Possession Pact". Powstał zestaw dwunastu analogowych relikwii, utrzymanych w manierze slowcore, inspirowanych starymi filmami, dawnymi fotografiami itp.

 Płyta "Possession Pact" brzmi jak jedna kompozycja w kilku odsłonach, zarówno tych wypełnionych tekstem, jak i w przebiegach instrumentalnych. Przypomina niespieszne wariacje na temat, ponawianą wciąż na nowo próbę uchwycenia specyfiki konkretnego obiektu w paru sugestywnych ujęciach. Dominuje brzmienie gitary, powolne tempo, ramy gatunkowe do czegoś zobowiązują, mikro zmiany tonacji. Z pewnością tego materiału trzeba wysłuchać w całości, żeby w pełni poczuć ten przywoływany wcześniej nostalgiczny nastrój. 

Niektóre fragmenty mają coś z atmosfery nagrań grupy Low, w innych momentach mogą przypomnieć się dokonania recenzowanej na łamach bloga formacji Zelienople. Ta ostatnia nieco więcej uwagi przykłada do brzmienia, dlatego ich nagrania wydają się być głębsze, szlachetniejsze, także pełniejsze i bardziej nasycone treścią. W przypadku Orchid Mantis mamy do czynienia z czarno-białą fotografią; przy tej okazji warto wspomnieć, że nieco mogą drażnić dość jałowe takty perkusji. Na koniec dodam ciekawostkę, że album "Possession Pact" ukazał się w oficynie "Start-track.com", która ma siedzibę w... Bratysławie.

(NOTA 7-7.5/10)

 




Miasto Galaway (Irlandia) i Maria Somerville, która wczoraj w oficynie 4AD opublikowała album "Luster". Długimi fragmentami brzmienie przypomina dawnych reprezentantów tej wytwórni. A krytycy wyjątkowo zgodnie bardzo pochwalili ten materiał.




Szybka wizyta w Cleveland przyniesie spotkanie z Kennym Hooplą, który jak sam przyznaje, nasłuchał się płyt Sonic Youth i grupy Ride. Oto, co powstało z tych inspiracji.




Miasto Tulsa (stan Oklahoma), zespół Broncho, który wczoraj opublikował album "Natural Pleasure". Ten ostatni został skrytykowany przez recenzenta Pitchfork, dlatego... postanowiłem zajrzeć do tej płyty. Trzeba przyznać, że im dalej w las, tym jest coraz gorzej. Ale... są również intrygujące momenty. Chociażby takie cudeńko!





W naszym wiosennym zestawie nie może zabraknąć Elinor Blake (Kalifornia), która ukrywa się pod jakże adekwatnym do pory roku pseudonimem April March. Oto jej nowy singiel.




Indie-folkowy duetu z Bristolu, czyli NANTUA, dopiero rozpoczyna swoją muzyczną przygodę. Kilka dni temu opublikowali taki urokliwy singiel.




O zespole Floating Clouds wiadomo niewiele, poza tym, że wczoraj wydał całkiem udaną płytę zatytułowaną "With Shared Memory". Oto, jak się rozpoczyna to wydawnictwo.




W podobnym nastroju utrzymane jest najnowsze wydawnictwo "Fools Errand", zespołu Sunflecks, którym dowodzi Forrest Meyer z miasta Bellingham. Moja ulubiona piosenka.




 
Cóż, że ze Szwecji, czyli jeden z moich ulubionych męskich głosów ostatnich lat  - Thomas Feiner oraz jego najnowszy singiel.





Przed nami jeden z moich ulubionych artystów, David Sylvian, oraz jego najnowsza propozycja - opublikowane trzy dni temu demo pochodzi z 2011 roku. Ps. Gorące podziękowanie dla Huberta, za czujność, i podesłanie linka do tej kompozycji. 





MISSS TYGODNIA - bardzo lubię takie właśnie urokliwe miniatury, które zwykle gdzieś przepadają, gdyż nikt nie zwraca na nie uwagi. Przed Wami artysta z Londynu, który przybrał pseudonim KILU, i niedawno podzielił się taką oto piosenką. Aż prosiło się, żeby jednak nieco wydłużyć ten ostatni kluczowy fragment. Może następnym razem...





KĄCIK IMPROWIZOWANY - zawita dziś do Monachium, gdzie spotkał się międzynarodowy skład, z Tony Lakatosem, węgierskim saksofonistą, który przyjął dźwięczną nazwę WEB WEB i wczoraj opublikował album zatytułowany ""Plexus Plexus". 




sobota, 16 grudnia 2023

EXIT NORTH - "ANYWAY, STILL" (Self-Released) "Poeci zmierzchu"

 

     Można powiedzieć, że najnowszą płytę wciąż mało znanej grupy dowodzonej przez Steve'a Jansena zostawiłem sobie na deser kończącego się z wolna roku. Od jej premiery minęło już sporo czasu - żadna to gorąca nowość, żaden parzący w dłonie diament - ponieważ wydawnictwo Exit North zatytułowane "Anyway, Still" ukazało się na wiosnę tego roku, tuż przed rozpoczęciem mojego ulubionego turnieju na kortach w Monte Carlo. Nie jest to oczywiście album, który znajdziecie w podsumowaniach płytowych - zdziwiłbym się bardzo - które jak grzyby po grudniowym deszczu zaczęły ukazywać się kilkanaście dni temu. W tych ostatnich, z roku na rok, można dostrzec nie tylko prywatne idiosynkrazje rozmaitej maści krytyków (przeważają albumy energetyczne i dynamiczne, można by nawet podać przybliżony BPM tych wydawnictw), ale również coraz większy rozrzut dziennikarskich sympatii, co ma także swoje dobre strony. W zestawieniach popularnych portali czujne oko dostrzeże również pewne podobieństwa, gdyż na czołowych miejscach znalazły się takie tytuły jak: "False Lankun" - Lankun, "I Inside The Old Year Dying" - PJ Harvey, "The Records" - Boygenius, "Rat Saw God" - Wednesday, "Heavy Heavy" - Young Fathers, czy "Desire, I Want To Turn Into You" - Caroline Polachek.



Wydaje się, że nie po to zaglądamy na podobne do tego blogi, żeby przeczytać recenzję płyty Caroline Polachek - "Desire, ...". Raczej poszukujemy wydawnictw, które z jakichś powodów umknęły prasie głównego nurtu oraz dziennikarskiej gawiedzi, jakże często skupionej na powielaniu sprawdzonych już - przez innych kolegów z branży - wzorów, czy promowaniu, niejako przy okazji, własnej wcale nie takiej skromnej osoby.

Mam wrażenie, że czytelnikom tego bloga nie muszę przedstawiać postaci Steve'a Jansena (dawny perkusista grupy Japan) lub towarzyszącego mu od lat szwedzkiego pieśniarza Thomasa Feinera. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że to artyści osobni, którzy nie mieszczą się w żadnej ciasnej gatunkowej szufladzie, bowiem dla własnych potrzeb stworzyli sobie stylistyczną niszę, w której doskonale się czują. Tak czy inaczej, ich dokonania bardzo rzadko bywają recenzowane, albo przybliżane w mniej lub bardziej wnikliwych opisach. Panowie po raz pierwszy zetknęli się ze sobą przy okazji powstania płyty "Slope" (2007), gdzie w znakomitej kompozycji autorstwa Steve'a Jansena - to ona w dzisiejszym wydaniu bloga rozbrzmiała jako pierwsza - pojawił się głos Feinera. Rok później światło dzienne ujrzała świetna i wciąż bardzo ceniona wśród kolekcjonerów płyta Thomasa Feinera - "The Opiates Revisited", którą wyprodukował brat Jansena - David Sylvian. Całkiem niedawno można było nabyć ekskluzywne, rocznicowe i winylowe wydanie tego materiału. Choć puryści dźwiękowi mocno narzekali na jakość tłoczenia, zarówno pierwszej, jak i drugiej edycji. Sam Thomas Feiner ponoć był załamany egzemplarzem, który otrzymał od wytwórni. Po krytyce szwedzkiego wokalisty album został wytłoczony ponownie, ale według zgodnej opinii wielu audiofilów, drugie wydanie również dalekie jest od doskonałości.



Przyznam, że Thomas Feiner to jeden z moich ulubionych wokalistów, który jakoś wypełnia mi lukę powstałą po tym, jak David Sylvian wycofał się z działalności artystycznej. Przy okazji szwedzkiego pieśniarza zawsze nieco utyskuję, że tak rzadko pojawia się, czy to na solowych albumach, czy jako gość zaproszony do studia nagraniowego. Jego charakterystyczny głęboki głos można także odnaleźć na płytach Steve'a Jansena. Ten ostatni w 2017 roku powołał do życia grupę Exit North, w której składzie oprócz Feinera, znajdziemy Ulfa Janssona (fortepian, instrumenty klawiszowe) oraz Charlesa Storma (multiinstrumentalista, producent). Rok później ukazał się ich debiutancki album zatytułowany "Book Of Romance And Dust'".

Drugie w dyskografii dzieło Exit North - "Anyway, Still" nie przynosi większych zmian stylistycznych. W wielu kompozycjach słychać wyraźnie znak jakości ich twórcy - Steve'a Jansena, który wraz z  Thomasem Feinerem był również odpowiedzialny za warstwę tekstową. Chyba nikt tak umiejętnie, z wdziękiem oraz klasą, nie potrafi kreować i wypełniać przestrzeni, tworzyć subtelnych muzycznych światów, jak David Sylvian i Steve Jansen. Ich muzyki nie tylko się słucha, takie kompozycje widzi się i czuje. Szkoda tylko, że tak niewielu artystów próbowało i stara się, podążać wytyczonym przez nich szlakiem. Wydaje się, że to wciąż jest spory obszar do odkrywania i wypełniania treścią.



Na albumie "Anyway, Still" dominuje mroczny, spokojny nastrój, typowy dla poczynań wyżej wymienionego duetu. Chociaż płyta rozpoczyna się dość dynamicznie, jak na możliwości tego składu, od "I Only Believe In Untold Stories", który może przypominać dokonania Toma Waitsa. Podobnie brzmi "Bled Out", żywy lub nawet w pewnym sensie "przebojowy" w tym układzie, wyróżniający się fragment na balladowym tle znakomitej większości nagrań. W poszczególnych odsłonach tradycyjnie znajdziemy sporo ciszy, plastycznie przekształcanej, modyfikowanej na różne sposoby, poprzetykanej cichymi westchnieniami trąbki - Nicolas Rydh, Janne Bjerger - lub oddechami wiolonczeli. O dodatkowe barwy i promienie światła postarała się Orkiestra Symfoniczna z Bratysławy, która tyle dobrego zrobiła w aranżacjach albumu "The Opiates Revisited" (tutaj wykorzystano orkiestrę z Polski). Zwraca na siebie uwagę charakterystyczna dla twórczości Jansena dbałość o szczegóły, skupienie się na pojedynczym detalu, gdyż każdy element ma znaczenie w tak rozumianej aranżacji.   

Moim ulubiony utworem od pierwszego przesłuchania został "In The Game", znakomity, trafiony i jasny punkt na mapie tego mrocznego wydawnictwa. Szkoda, że takich udanych fragmentów nie ma nieco więcej. Nie jest to oczywiście album na miarę płyty roku, ale z pewnością godny uwagi.

(nota 7.5/10)

 



Wspaniałe nagranie!! Dlatego w "dodatkach..." raz jeszcze pojawi się Thomas Feiner, ze słabo znanego singla, u boku artysty wystąpili Giorgio Li Calzi (flugelhorn) oraz Roberto Cechetto (gitara).



 Nie byłoby Thomas Feinera, gdyby nie David Sylvian, warto wracać również do starych zapomnianych płyt, tutaj u boku Hectora Zazou na świetnym albumie "Sahara Blue".



Skoro duety i kolaboracje, to David Sylvian w towarzystwie Ryuichi Sakamoto, z mało znanej epki "World Citizen".



David Sylvian, Steve Jansen, Arve Henriksen, Burnt Friedman, czyli grupa Nine Horses oraz kultowy, doskonały album "Snow Borne Sorrow".



Steve Jansen, David Sylvian oraz kontrabasista Keith Lowe, w utworze demo ze specjalnej sesji nagraniowej Nine Horses.



Steve Jansen, David Sylvian, urocza Nina Kinert oraz fragment specjalnej wersji utworu, który w oryginale znalazł się na wspomnianym już dzisiaj albumie "Slope".



Na koniec zostawię Was w dobrych rękach, sam na sam z Davidem Sylvianem. Oto jeden z ostatnich wywiadów, jakich udzielił ten wyjątkowy artysta.




sobota, 5 września 2020

HANNAH GEORGAS - "ALL THAT EMOTION" (Dine Alone Records) "Rozczarowania i emocje"

   Jakoś nie mam w tym roku szczęścia do koncertów sygnowanych logo "Ropeadope". Wiosną nieco męczyłem się obcując z koncertowym materiałem Logana Richardsona. Jego poprzednia płyta "Blues People" była znakomita i długo gościła w moim odtwarzaczu. Granie "na żywo" rządzi się swoimi prawami, i dużo w tej delikatnej, wbrew pozorom, materii zależy od realizatora dźwięku, a ten w przypadku krążka "Logan Richardson Live At The Ropeadope Room" ewidentnie się nie popisał. Większość nagrań brzmi szorstko, momentami wręcz jazgotliwie. Poszczególne instrumenty wchodzą na siebie, scena muzyczna traci przejrzystość, może nawet nie tyle co traci, bo niemal od samego początku tego zapisu jej nie miała, po prostu nieprzyjemnie zagęszcza się, a słuchacz wraz z kolejnymi minutami coraz bardziej traci cierpliwość. Pomyślałby kto, że obcuje z bootlegiem, a nie oficjalnym wydawnictwem wytwórni. Jeśli chodzi o krążek Christiana Scotta A Tunde Adjuaha - "Axiom", to realizacja nagrań jest dużo lepsza, niż miało to miejsce przy okazji albumu Richardsona. Jednak nie przekonuje mnie większość z tych kompozycji na tyle że, chciałbym do nich powracać. Najciekawsza wydaje się być "Guinnevere". Rejestracji nagrań dokonano w nowojorskim Blue Note Jazz Club, w stałym składzie, z Eleną Pinderhuges na flecie i Lawrencem Fields przy fortepianie.

Spory opór materiału - co zwykle ma swoje dobre strony, ale nie w tym przypadku - napotkało moje ucho obcując z najnowszym wydawnictwem Tigrana Hamasyana - "The Call Within". Bardzo sobie cenię pianistykę armeńskiego artysty. Niedawno obchodził 33 rocznicę urodzin. Debiutował w 2009 roku albumem "Red Hail", wydanym przez wytwórnię Plus Loin Music. Potem były krążki dla Act Music, ECM oraz Verve Records. Największe wrażenie w jego dyskografii zrobił na mnie album "Atmospheres" (ECM 2016). Dałem temu wyraz, pisząc o nim kilka entuzjastycznych słów na łamach tego bloga. Już sam skład artystów tworzących kompozycje na tym wydawnictwie obiecywał wiele. Obok Hamasyana zagrali tam: Arve Henriksen, Evind Aarset, Jan Bang - czyli nazwiska nie tylko znane niemal wszystkim fanom muzyki improwizowanej, ale i bliskie, które wielokrotnie w różnych konfiguracjach i przy różnych okazjach przewinęły się przez strony tego bloga.
W przypadku najnowszego krążka "The Call Within" Hamasyan próbuje pójść nieco nowocześniejszą ścieżką, niż miało to miejsce na "Atmospheres". W tkance aranżacyjnej pojawiają się więc chórki, głosy, automat perkusyjny, perkusja i bas, a także różne techniczne modyfikacje. Cały album zdaje się być drobnym ukłonem w stronę technicznego grania. Większość kompozycji zaczyna się od punktowych akcji fortepianu, które bardziej służą rytmowi niż warstwie melodycznej. Tej zresztą jest stosunkowo niewiele, brzmi ona, jak brutalnie wyrwana z jednego kontekstu i wrzucona nieco na siłę lub przypadkowo w kolejny. Sporo w tych nagraniach bolesnego z góry narzuconego reżimu. Nie brak zmian tempa w obrębie frazy, do czego przyzwyczaił nas armeński pianista oraz swobodnej improwizacji, ale niebezpiecznie upchanej w sztywne podziały rytmiczne. Za to kompletnie wyparowała gdzieś, tak urzekająca w jego wydaniu metafizyczna głębia, okraszona folklorem z rodzimych stron artysty. Płyta "The Call Within" inspirowana była poezją i kartografią, pianista kolekcjonuje stare egzotyczne mapy. Całość brzmi jak kolejna odsłona nieco nużącej, jak dla mnie, bajki spod szyldu "progresywny jazz". Cóż, estetyczne wybory twórców to nie koncert życzeń, i jakoś trzeba się do nich ustosunkować.
Rozczarowała mnie również najnowsza propozycja Aidana Knighta. Jego poprzednie debiutanckie wydawnictwo  - "Each Other" (2016) - bardzo lubiłem i często wracałem do tego zestawu naprawdę dobrych piosenek, nad którym unosił się duch Jeffa Buckleya. Niby minęło sporo czasu, bo cztery lata to odpowiedni okres, żeby zebrać kilka nowych  pomysłów, ale tym razem nie udało się stworzyć tylu udanych nagrań, i przede wszystkim  zaaranżować ich w intrygujący sposób. Zniknęła gdzieś magia dźwięku, a głos Knighta nie odsłonił się w pełni, i w tym dość przewidywalnym otoczeniu jakby stracił na wartości.
O płycie "Kompromat" I Like Trains lepiej nie wspominać, gdyż jest banalna niczym marzenia nastolatki o nowym chłopaku. Szkoda czasu, szkoda odtwarzacza, szkoda głośników, szkoda słów. Ale dość narzekania... Skoro nadarzyła się okazja, powróćmy na chwilę na mojego ulubionego nagrania z płyty "Each Other". Ależ tutaj wszystko się zgadzało!






Wygląda na to, że ostatnio rozsmakowałem się w kobiecych głosach, ponieważ dziś pojawi się kolejna przedstawicielka żeńskiej indie-popowej sceny. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku Siv Jakobsen, również mogę całkiem szczerze wyznać, że lubię jej barwę głosu - zmysłową, delikatną, kobiecą właśnie. Hannah Georgas to kanadyjska wokalistka mieszkająca w Vancouver. Mam nadzieję, że wybaczy mi, kiedy wspomnę dyskretnie, iż 30 sierpnia skończyła 37 lat, i z tej okazji zrobiła sobie prezent, wydając czwarty w dorobku album zatytułowany "All That Emotion". Płyta w zamierzeniu miała być kontynuacją pomysłów zawartych na poprzednim krążku "For Evelyn", który zaczynał się od słów: 'Budzę się w środku nocy, myśląc: "O Boże, kim ja do cholery jestem", i w warstwie lirycznej traktował o zwątpieniu i egzystencjalnych lękach. W przypadku najnowszego wydawnictwa nie ma aż tylu autobiograficznych refleksji, choć emocji, jak to bywa u śpiewających pań, nie brakuje. Wszak kobiety żyją w świecie emocji, jakże często dla nas mężczyzn niedostępnych. Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby przeciętny osobnik płci męskiej, był w stanie przez chwilę odczuć wszystkie stany emocjonalne, których zwykle doświadczają panie, jego mózg i układ nerwowy mogłyby tego nie wytrzymać.

Płyta "All That Emotion" jest całkiem znośna, powstawała w przeciągu kilku ostatnich lat, w oparciu o producencką pomoc Aarona Dessnera (The National, Big Red Machine), który wyprodukował świetnie przyjęty krążek "Folklore" - Taylor Swift. Początkowo Hannah Georgas przesyłała drogą mailową próbki demo na skrzynkę Dessnera. W końcu ten zaprosił ją do swojego studia - Long Pond Studios - gdzie w trakcie trzech sesji zarejestrowano cały materiał. Najdłużej trwały prace nad utworem "Habits", do którego powstało kilka wersji. "Aaron naprawdę dodał nową głębię i jakość do produkcji". Wokalistka podkreśla dbałość producenta o szczegóły, a także umiejętność tworzenia niezwykłych przestrzeni.
Na płycie znajdziemy jedenaście kompozycji, w dużej mierze wypełnionych urokliwymi melodiami o słodko-gorzkiej wymowie. Trochę tutaj klimatów ciepłych letnich nocy, a trochę jesiennej nostalgii. "Zastanawiam się, czy nadal będziesz mnie kochać, kiedy odkryjesz, że nie jestem taka, jak sądziłeś" -  ot, typowe kobiece rozterki, wplecione w zgrabnie podaną indie-popową stylistykę. Album całkiem nieźle powinien umilić czas oczekiwania na pojawienie się pierwszych poważnych jesiennych premier i kolejnych zaciętych bojów, podczas tegorocznej "pandemicznej" odsłony US Open.
 
(nota 7/10)

 



W kąciku deserowym dziś najnowszy singiel od Steve'a Jansena i jego kompanów. Na wokalu stały współpracownik niezastąpiony Thomas Feiner, Ulf Jansson zagrał na fortepianie, mój imiennik Charles Storm na syntezatorze, Steve Jansen tradycyjnie zasiadł przy zestawie perkusyjnym. Panowie nazwali się Exit North, a singiel nosi tytuł "Let Their Hearts Desire".





piątek, 15 kwietnia 2016

Steve Jansen - "Tender Extinction"








15 kwietnia ukazała się nowa płyta Steve'a Jansena - "Tender Extinction". To kolejny w bogatym dorobku artysty bardzo udany album. Trudno policzyć, który dokładnie w kolejności, ponieważ dużo w tej materii zależy od przyjętej metodologii. W przybliżeniu można powiedzieć, że Steve Jansen współtworzył, brał czynny udział, chociażby jako muzyk sesyjny, lub pojawił się na co najmniej kilkudziesięciu wydawnictwach. Na swojej najnowszej płycie wsparli go wokalnie - Thomas Feiner(można by rzec stały gość, który od lat współpracuje z muzykiem), Melentini Toila, Tim Elesnburg, Nicola Hitchcock, oraz jeden z moich ulubionych wokalistów, nieco już zapomniany Perry Blake. Album nie przynosi żadnych niespodzianek czy brzmieniowych rewolucji. Artysta od lat i bardzo konsekwentnie rozwija i buduje swoje indywidualne brzmienie. Jeśli czegoś mi brakuje, to może głosu Davida Sylviana, który jest moim ulubionym artystą, i takich urokliwych duetów jak ten poniżej, zaśpiewany razem z Niną Kinert.











 Jansen rozpoczynał karierę muzyczną  u boku brata, Davida Sylviana,  jako perkusista w zespole Japan. Tuż po rozpadzie grupy  rozpoczął współpracę z Richardem Barbierim. Ich pierwszym wspólnym albumem była płyta "Worlds in a small room"(1985). Obydwaj muzycy funkcjonowali także przez moment pod szyldem The Dolphin Brothers, gdzie wydali - "Catch the fall". Jeśli zaś chodzi o mój ulubiony projekt muzyczny Steve'a Jansena, to musiałbym szczególnie wyróżnić dwa - Rain Tree Crow - "Rain tree crow" oraz wybitny album Nine Horses - "Snow Borne Sorrow". Na tym drugim albumie wraz z bratem, Davidem Sylvianem, Burntem Friedmanem i kilkoma innymi zaproszonymi muzykami, dali popis swoich talentów i ogromnych możliwości. To również na tym albumie, "Snow Borne Sorrow", głos Davida Sylviana znalazł dla siebie wprost idealne otoczenie dźwiękowe(pewnie w niedalekiej przyszłości, projekt Nine Horses znajdzie szerszy opis na łamach tego bloga). Steve Jansen ma również rękę do odkrywania mało znanych i utalentowanych artystów. Można powiedzieć, że to dzięki niemu poznałem takie nazwiska jak: Anja Garbarek, Nina Kinert, Joan Wasser, Theo Travis, czy wciąż bardzo niedocenionego wokalistę -  Thomasa Feinera.
Kolejną ciekawą do rozważań kwestią - która niekiedy przewija się na łamach prasy muzycznej - jest to,czy Steve Jansen nie pozostaje mimo wszystko w cieniu brata. Owszem, Jansen jest w miarę znany, szanowany, bywa też doceniany przez dziennikarzy i kolekcjonerów płyt. Jednak zwykle jego nazwisko pada obok, czy niejako przy okazji wymieniania nazwiska brata - Davida Sylviana. Uważam, że jeśli nawet Steve Jansen jest w pewnym sensie "człowiekiem z cienia", czy "artystą drugiego planu" , to kompletnie mu to nie przeszkadza, nie cierpi z tego powodu, bo dobrze czuje się w swojej roli oraz tam, gdzie jest. Nie dla niego popularne rozgłośnie radiowe, czy wielkie sale koncertowe. Jego kompozycje wymagają spokoju, skupienia, szczególnego rodzaju uwagi, wyciszenia, odpowiedniego nastrojenia, najlepiej w blasku świec i przy lampce czerwonego wina. Uważam również, że nie ma większego sensu porównywanie tych dwóch znakomitych artystów. David Sylvian obdarzony został przez naturę wspaniałym charakterystycznym głosem i pewnie również z tego powodu jest bardziej rozpoznawalny. Jednak obydwaj penetrują te same obszary muzyczne. Ich albumy zawierają stonowane, bardzo wyrafinowane kompozycje, w których słuchacz może bez reszty się zanurzyć i zatracić. I jeden i drugi w specyficzny dla siebie sposób budują własne muzyczne światy. I jeden i drugi posiedli czy też opanowali rzadko spotykaną umiejętność - przy pomocy zaledwie kilku dźwięków potrafią stworzyć sugestywne i pełne barw krainy, w których dominuje nostalgia, melancholia, i ów cenny, tak często przeze mnie poszukiwany, "szlachetny wymiar smutku", niedostępny dla wielu artystów. Można lubić twórczość Steve'a Jansena, Davida Sylviana, różnych artystów, którzy z nimi współpracowali(których kiedyś dla własnych potrzeb nazwałem "rodziną architektów"), także tych skupionych wokół formacji King Crimson oraz pobocznych projektów muzycznych związanych z tym zespołem, można też ich nie lubić. Można pasjonować się ich dokonaniami, śledzić przebieg ich kariery, czekać na nowe produkcje albo podchodzić do tego zupełnie obojętnie. Jednak niemal każdy, kto nieco bardziej interesuje się muzyką musi przyznać jedno, że są to wspaniali ARTYŚCI, którzy wnieśli niezaprzeczalny i ogromny wkład w rozwój poszczególnych gatunków. ARTYŚCI wyjątkowi, niezwykli, naznaczeni "boskim tchnieniem"(wybaczcie te nieco górnolotne słowa).
Spokój, zamyślenie, delikatny rytm perkusji, kojące subtelne dźwięki, które lepią się do ucha niczym nitki babiego lata. Kolejne odsłony albumu, to zaproszenie do kolejnych muzycznych światów.  Drobinki kurzu wirujące w powietrzu, promień słońca załamany w kropli wilgoci, zapach zbliżającego się lata, stara drewniana szuflada pełna skarbów z dzieciństwa, ułamana kredka, pożółkła fotografia, scyzoryk, kaseta magnetofonowa, czerwona gumowa piłka w białe grochy, rakieta tenisowa...... trzeba jedynie poddać się nastrojowi.... Tutaj wszystko może być drzwiami, wystarczy tylko lekkie pchnięcie myśli....