piątek, 3 kwietnia 2026
DEARY - "BIRDING" (Bella Union) "Muzyka do bycia obok"
sobota, 21 marca 2026
CHATON LAVEUR - "LABYRINTHE" ( EXAG Records) "LIEGE-BASTOGNE-LIEGE"
Od czasu do czasu warto mieć jakiś francuski akcent. Jeśli nie prosto ze stolicy Francji, to może pochodzący z belgijskiego miasta Liege. To miasto nie kojarzy się tylko z Bazyliką Świętego Pawła, Musee Des Beaux Arts, festiwalem muzycznym, startem oraz metą wyścigu kolarskiego, czy niepowtarzalnym smakiem gofrów, ale od tygodnia także z duetem CHATON LAVEUR, który tworzą Julie Odeurs - gitara, bas, śpiew i Pierre Lechien - klawisze, perkusja, śpiew. Po ponad siedemdziesięciu koncertach w całej Europie i takim sobie debiucie - "Etat Souvage" (2024), duet powrócił z drugim dużo bardziej udanym albumem zatytułowanym "LABYRINTH", który ukazał się przed tygodniem.
Zespół, jak wiele innych młodych grup, powstał w trakcie lockdownu. Główne inspiracje dla swojej twórczości znalazł w muzyce krautrockowych formacji z lat 70-tych. "Krautrock nie tylko wpłynął na nas muzycznie, stał się naszym wspólnym językiem". W twardym rdzeniu poczynań belgijskiego duetu znajdziemy minimalizm, który opiera się na powtarzalnych rytmach, prostych strukturach połączonych z elementami indie lub dream-popu (melodyka podobna do Broadcast czy Stereolab).
Julie Odeurs lubi używać gitar nagrywanych warstwowo, z efektami typu delay czy reverb, charakterystycznymi dla estetyki dream-pop lub shoegaze. Partie syntezatorów dodają głębi i przestrzeni często pełnią funkcję motoryczną. Uwagę przykuwa barwa głosu Julie - delikatna, zwiewna, dziewczęca, która czasem wchodzi w interakcję, zgrabnie harmonizuje z męską wokalizą Pierre'a Lechiena. Dodaje to poszczególnym melodią nowego wymiaru, ale także nadaje całemu brzmieniu eterycznej miękkości.
Oczywiście nie wszystkie utwory są w stu procentach udane, trafione w punkt - jak to zwykło się mówić. Z drugiej strony, czuć wyraźnie, że belgijski duet chciał, żeby materiał zawarty na drugim albumie był różnorodny. Stąd obok energetycznych odsłon, znajdziemy również te nieco bardziej wyciszone, eksperymentalne lub psychodeliczne.
Po udanym wstępie "In", od razu napotykamy jeden z najlepszych akcentów tego wydawnictwa czyli "Conte-La- Montre", utkany z repetytywnych funkcji gitary i basu, które pchają całą kompozycję naprzód. Mój ulubiony "La source" pokazuje nieco bardziej marzycielskie oblicze duetu, przypomniał mi nastrojem i melodyką piosenki Beach House, Memoryhouse lub Slowdive. "Fantasia" przynosi wspomniany wcześniej psychodeliczny klimat.
Płyta "LABYRINTHE" to nie tylko śmiałe rozwinięcie pomysłów zaprezentowanych na dość przeciętnym debiucie, to również duży krok naprzód i zaproszenie do wejścia w "labirynt", gdzie powtarzalne motywy splatają się z nastrojowymi melodiami w jedyną w swoim rodzaju podróż przez emocję i czas.
sobota, 28 lutego 2026
SIGHTSEEING CREW - "MUFFLED EARS, THE WORLD SOUNDS BAD QUALITY" "Cyfrowe zmęczenie"
Bardzo rzadko zdarza się taka płyta, która od pierwszych chwil nie tylko brzmi dobrze i ciekawie, ale również wydaje się być czymś na kształt manifestu artystycznego. "Muffled Ears, The World Sounds Bad Quality" to album, który nie próbuje przypodobać się komukolwiek. Wręcz przeciwnie. Stawia przed odbiorcą spore wyzwanie. SIGHTSEEING CREW - za całym tym projektem w dużej mierze ukrywa się jeden człowiek, brytyjski multiinstrumentalista Andrew J.Vickers - wciąga słuchacza w swój intymny świat. Ten bywa lekko zamglony, chwilami przytłumiony, ale może również dlatego bardziej prawdziwy.
Tytuł płyty nie jest dziełem przypadku. Brzmienie rzeczywiście bywa "przytłumione", jakby przefiltrowane przez warstwę emocji, dystansu, czy dysonansu poznawczego. Produkcja daleka jest od sterylnego wygładzenia - co w tym wypadku jest bardzo dobrym posunięciem. Według twórcy głównym bohaterem tego wydawnictwa jest postać nazwana "Static Man". Ten ostatni ma problem z "nadmiarem wiadomości", które każdego dnia atakują jego percepcję. Stąd ten przepych aranżacyjny. W tkance albumu znajdziemy mnóstwo instrumentów - gitara akustyczna, elektryczna, bas, perkusja, perkusjonalia, saksofon, trąbka, flet, organy, pianino elektryczne, smyczki, nagrania terenowe, itd. Pikanterii dodaje fakt, że na wszystkich tych instrumentach ANDREW J. VICKERS zagrał samodzielnie. Tylko niektóre partie skrzypiec, czy rozbudowane fragmenty trąbki i saksofonu są autorstwa zaproszonych do studia gości. Spora część nagrań została zarejestrowana w specjalnie przygotowanej altanie ogrodowej. Trzeba przyznać, że brytyjski muzyk wykonał przez okrągły rok mnóstwo pracy, żeby brzmienie instrumentów nie sugerowało, że zostały one doklejone na kolejnych etapach produkcji. Wszystko jest gładkie, bardzo płynne, ma swoje miejsce i odpowiedni dla siebie czas.
To jeden z tych wyjątkowych albumów, który wymaga skupienia i odsłuchania w całości, gdyż poszczególne kompozycje łączą się ze sobą i płynnie przechodzą jedna w drugą. To zdecydowanie bardziej rozbudowana i całkiem zgrabnie rozpisana suita, podzielona na kilkanaście spójnych części, niż zestaw nagrań z piosenkami. To, co stanowi koniec jednej odsłony, jest równocześnie początkiem drugiej. Na płycie SIGHTSEEING CREW kompozycje nie tyle kończą się w typowy sposób, co raczej przeobrażają. W tym kontekście nie dziwi, że partie instrumentów pojawiają się i znikają, niczym postacie w ciągle zmieniającym się krajobrazie czy spektaklu. Co jeszcze bardziej uwypukla główne tematy albumu - rutynę pracy i obowiązków, zmęczenie, alienację, zagubienie.
Od pierwszych chwil tego wydawnictwa zachwyca bogactwo faktur. Niektóre motywy muzyczne powracają, raczej nie w formie klasycznych cytatów, z tego, co już było, tylko jako przypomnienie, odrobinę zmodyfikowane i umieszczone w nowym kontekście. Kolejne utwory budowane są przez dokładanie następnych warstw - rytm, harmonia, detale, spójny nostalgiczno-oniryczny nastrój, sporo pogłosu, echo itd. Jeśli chodzi o ramy gatunkowe, to mamy do czynienia ze swobodnym przekraczaniem granicy pomiędzy takimi stylami jak: pop, indie-folk, art-rock, jazz, easy listening, downtempo, jam session, eksperyment, itp. Co ciekawe, tak duża liczba wykorzystanych instrumentów w żadnym momencie nie przytłacza. To raczej sugestywna próba odmalowania odczuć bohatera, który bywa przeciążony bodźcami pochodzącymi z cyfrowego świata. To trochę tak, jakby za ścianą grała cała orkiestra. Niby wszystko słychać, choć nie każdy detal jest aż tak czytelny.
Najmniej wyraźne są linie wokalne - to niestety jest minus tej propozycji - celowo rozmyte, mocno zamazane. Bywają momenty, kiedy tekst jest zupełnie nieczytelny. Nie ułatwia tego również specyficzna maniera wokalisty - rzewne zawodzenie, celowe przeciąganie głosek - oraz delikatna barwa, która sytuuje się głównie w wysokich rejestrach. Największą siłą tej płyty jest klimat. Utwory od razu układają się w spójną opowieść o przebodźcowaniu oraz alienacji, próbie uchwycenia ostrości w świecie, który ciągle :"brzmi w złej jakości'. Atutem jest różnorodność tego wydawnictwa - są momenty bardziej dynamiczne, okraszone solówkami saksofonu lub gitary oraz fragmenty wyciszone, niemal kontemplacyjne. To sprawia, że album nie nudzi. Wręcz przeciwnie, nieustannie zachęca do kolejnego przesłuchania. Tej płyty nie tylko się słucha, jak każdej innej, lepszej lub gorszej propozycji, czy zanurza się w niej, jak w niewielu dobrych wydawnictwach. Ten album to również pewien stan emocjonalny, jego sugestywny zapis, a zarazem sposób czy bezpośrednia przyczyna, żeby go znów wywołać.
sobota, 17 stycznia 2026
YA TSEEN - "STAND ON MY SHOULDERS" (Sub Pop Records) "Przeszłość to nie muzeum"
Głównym bohaterem dzisiejszej odsłony bloga jest rdzenny mieszkaniec Alaski - Nicholas Galanin. Po ciężkim wypadku (złamał kręgosłup oraz żebra, ale lekarze jakoś go poskładali w jedną całość) ojciec nadał mu imię - YEIL YA TSEEN, co oznacza: "Kruk, który przetrwa". I to właśnie zmarłemu w 2021 roku ojcu Galanin poświęcił swój najnowszy wydany wczoraj album zatytułowany "STAND ON MY SHOULDERS". Ów tytuł miał w zamierzeniach autora jedenastu kompozycji symbolizować wdzięczność wobec przodków plemienia TLINGIT oraz spuścizny artystycznej. Na okładce, która również odwołuje się do lokalnej tradycji, możemy dostrzec reprodukcję zdjęcia ojca, w tradycyjnym stroju TLINGIT.
To druga płyta Nicholasa Galanina, po nieźle przyjętym debiucie "INDIAN YARD" (2021). Tym razem autor wszystkich kompozycji postanowił zaprosić do współpracy kilku artystów. Wśród nich znajdziemy osoby nieco bardziej rozpoznawalne jak: Portugal The Man, czy Meshell Ndegeocello oraz te nieco mniej - Anel Figueroa czy Hanna Ben, co przy okazji podkreśla kolektywny charakter tego wydawnictwa. Album "STAND ON MY SHOULDERS" poszerza artystyczną wizję YA TSEENA, zarówno muzycznie, jak i tematycznie. Wiele z tych piosenek jest bardzo starannie dopracowana. Przykuwają uwagę specyficzną lekkością i charakterystycznym brzmieniem.
Nicholas Galanin jest znanym, głównie lokalnie, artystą wizualnym i performerem. Posiada tytuł magistra sztuk pięknych. Jego muzyka nie jest projektem pobocznym, tylko jednym z narzędzi wypowiedzi artystycznych, obok rzeźby ( w drewnie), instalacji czy performensów. Mieszkaniec Alaski z pewnością nie stylizuje się na "rdzennego artystę" , tylko działa z wnętrza ciągle żywej kultury TLINGIT. Ta ostatnia to przestrzeń starannie kultywowana przez mieszkańców południowo-wschodniej Alaski. Opiera się na ciągłości pokoleń, szacunku do świata natury, odpowiedzialności wobec przodków i przyszłych generacji. Nicholas Galanin mówi wprost: "To, co robię istnieje również dlatego, że ktoś był przede mną". W innym wywiadzie dodał: "To świadoma próba odejścia od narracji o bolesnych historiach i skupienia się na wyzwoleniu jako akcie oporu (...). Mamy miłość, mamy radość, mamy rodziny i dzieci. Nie definiuje nas tylko trauma".
Warto podkreślić, że w wypadku prac tego artysty nie mamy do czynienia z lokalnym folklorem. Przeszłość to nie muzeum - tylko jeden ze sposobów odniesienia się do teraźniejszości. Dlatego niektórzy odbiorcy mogą być odrobinę zaskoczeni, lub nawet zawiedzeni, że na albumie "STAND ON MY SHOULDERS" nie znajdą żadnych "etnicznych wstawek". Muzyka zaproponowana przez artystę jest jak najbardziej współczesna - indie-pop, elektronika, eksperyment. W jego przekonaniu stanowi jakąś formę ciągłości kulturowej. Z jednej strony jest to długimi fragmentami bardzo udana indie-popowa płyta. Z drugiej jak najbardziej współczesny głos przedstawiciela kultury TLINGIT, który stara się wypowiadać aktualnym językiem.
YA TSEEN ma wyraźną słabość do syntezatorów analogowych, które kolekcjonuje. Brzmienie tych ostatnich stanowi osnowę wielu kompozycji. Te z kolei najbardziej przypomniały mi, tu i ówdzie, dokonania grupy Washed Out. Podobna dream-popowa aura, swoboda w kreśleniu zgrabnych linii melodycznych. Z kolei linie rytmiczne są sprężyste, miejscami nieco syntetyczne, choć wiele utworów posiada hipnotyczny rytm, który niesie słuchacza. Mimo użycia elektroniki słychać w tych nagraniach dużo oddechu - żywe instrumenty, sporo nakładek wokalnych, przestrzeń w miksie. Ta płyta ma więcej atutów niż pozornie się wydaje.
(nota 7-7.5/10)
Spotkanie z naszymi dobrymi znajomymi z Londynu - DEARY. Ich piosenki kilka razy pojawiały się w dodatkach. Ta najnowsza, utrzymana w duchu Slowdive, zwiastuje premierę nowej płyty - "BIRDING" (3 kwietnia).
Wizyta w Norwegii przyniesie nową muzykę grupy MISTY COAST. Przy okazji zapowiedź płyty zatytułowanej "ALWAYS SUN", która pojawi się 24 kwietnia.
Niemiecki twórca Sascha Ring, czyli Apparat, również zapowiada nowy album zatytułowany "HUM OF MAYBE" (20 lutego). Oto świeży singiel z tego wydawnictwa.
Pozostaniemy w Berlinie, grupa GOLDEN HOURS dnia 6 lutego opublikuje nowe wydawnictwo zatytułowane "BEYOND WIRES".
Przed nami Manchester. Wczoraj ukazała się nowa płyta formacji SHAKING HAND zatytułowana po prostu "SHAKING HAND". Oto wybrany fragment.
MISS TYGODNIA - to czysta ROZKOSZ słuchać takiego wspaniałego NAGRANIA... i móc je zaprezentować. Obawiam się, że jest kompletnie nieznane, podobnie jak grupa, nawet nie ma swojego odpowiednika w serwisie YT. Londyńskie trio PRACTICAL ANARCHY jest dopiero na początku "kaiery", w dorobku jedynie dwie epki. Barwa głosu wokalistki - Julia Biel - przypomniała mi odrobinę naszą krajową Marsiję, znaną chociażby z występów na płytach Silver Rocket. W połowie grudnia PRACTICAL ANARCHY opublikował drugi krótki materiał zatytułowany "EP 2". A tam, na samym końcu, znalazłem to wyborne cudeńko, z którym oczywiście się nie rozstaję. Przy okazji wrzucę drobny kamyczek do ogródka twórców - dlaczego, ach, dlaczego, ta KOPMPOZYCJA nie trwa przynajmniej 10 min? Jak można było przerwać taką rozkosz tak szybko. Cóż, może w wersji koncertowej potrwa nieco dłużej.
sobota, 9 sierpnia 2025
EVERYTHING ELSE - "ANOTHER ONE MAKING CLOUDS" (Big Potatos Records) "Na ramionach wiatru"
Od czasu do czasu warto sprawdzić, co robią artyści związani z naszymi ulubionymi zespołami. Po osiągnięciu dojrzałego wieku i ugruntowaniu swojej pozycji, często udzielają się tam i tu, uczestniczą w tak zwanych projektach pobocznych, nawiązują sympatyczne relacje z innymi twórcami lub próbują rozwijać ścieżkę solowej kariery. I tak Rachel Goswell z grupy Slowdive wraz z partnerem Stevem Clarkiem powołała do życia duet The Soft Cavlary. Wsparła także wokalnie i merytorycznie nową grupę z miasta Portland, która przyjęła nazwę Pete International Airport (bardzo udany singiel pojawi się w dalszej części dzisiejszej odsłony). Perkusista zespołu Slowdive - Simon Scott, wydaje się być najbardziej zapracowany, z grona swoich szacownych kolegów. W ostatnich miesiącach rozwijał solowy projekt The Quarter Skies (gościł na łamach bloga). Pomaga również młodszym artystom, jak chociażby formacji Newmoon (był odpowiedzialny za mastering ich nagrań), czy znanych z wpisów na tym blogu grup - Deary, Whiteland lub Drab Majesty. Dlaczego wspominam dziś zespół Slowdive? Tak się złożyło, że jego wokalista i gitarzysta Neil Halstead zmiksował w ostatnim czasie singiel nowego duetu - EVERYTHING ELSE. Przed tygodniem ukazała się ich debiutancka płyta zatytułowana "Another One Making Clouds". I to właśnie nad nią dziś się pochylimy.
sobota, 29 marca 2025
MESS ESQUE - "JAY MARIE, COMFORT ME" (Drag City) "Dzienniki pisane snami"
Ileż to razy, szczególnie w ostatnich latach, prezentowałem podobną historię. Dwa oddalone od siebie miasta - w odległości około 1415 km - czyli Brisbane oraz Melbourne, dwa komputery, sieć internetowa. Po jednej stronie łączy wokalistka Helen Franzmann, która wcześniej próbowała rozwijać solową karierę, funkcjonując na scenie muzycznej pod nazwą McKisko, dzielnie rozgrzewała publiczność przed występami Bon Iver, Jose Gonzalesa. Po drugiej stronie, o wiele bardziej znany w tym personalnym zestawieniu - Mick Turner, gitarzysta grupy The Dirty Three, Tren Brother, współpracował także z Cat Power, Willem Oldhamem i Billem Callahanem. Zanim do tej wymiany myśli, pragnień oraz wyobrażeń doszło, pojawiła się potrzeba znalezienia wokalistki, którą Mick Turner zadeklarował wśród swoich znajomych. Jeden z nich - właściciel studia nagraniowego Nick Huggins, oświadczył, że zna kogoś takiego i polecił Helenę Franzmann. I tak oto, gdzieś w okolicach 2019 roku, gitarzysta i wokalistka nawiązali pierwszy kontakt.
sobota, 9 listopada 2024
MICHELLE GUREVICH - "IT WAS THE MOMENT" "Zatrzymać chwilę"
Wiele wskazuje na to, że bohaterka dzisiejszego wpisu - Michelle Gurevich - ma w naszym kraju grupę wiernych fanów. Do tej pory wszystkie jej koncerty cieszyły się sporym powodzeniem. Ostatnie sceniczne występy miały miejsce w ubiegłym roku, wokalistka odwiedziła Gdańsk, Warszawę, Poznań oraz Katowice. Również wiele stron internetowych proponowanych przez popularne wyszukiwarki, gdzie zamieszono wzmianki o tej artystce, napisane zostały w języku polskim (choć powielają te same zdania). Troszkę może to dziwić, że głównie fani z Europy Środkowej lub Wschodniej docenili twórczość artystki. Można to wytłumaczyć faktem, że Michelle Gurevich posiada rosyjskie korzenie - matka była baletnicą, ojciec inżynierem - choć aktualnie posiada kanadyjskie obywatelstwo. W zdobyciu większej popularności z pewnością nie pomaga osobliwy upór wokalistki, która od samego początku wydaje kolejne albumy własnym sumptem, i nic nie wskazuje na to, żeby ten stan rzeczy miał się zmienić. Z dużym prawdopodobieństwem to celowy zabieg i sposób funkcjonowania na rynku muzycznym. Jakoś nie potrafię uwierzyć w to, że tak charakterystyczna wokalistka nie mogła do tej pory znaleźć chociażby niszowego wydawcy.
Dwa dni temu, czyli przed tradycyjnym "premierowym piątkiem" Michelle Gurevich za pośrednictwem platformy Bandcamp udostępniła najnowszy album zatytułowany "It Was The Moment". Debiutowała krążkiem "Party Girl", który ukazał się w 2007 roku, zaś ostatnim wydawnictwem płytowym był album "Ecstasy In The Shadow Of Ecsasy" (2020). Zgodnie z moją tezą, również za albumem "It Was The Moment" stoi męski producent Chris Brown (współpracował z Radiohead, Muse). Całość zmiksował nasz dobry znajomy KRAMER, a na basie w tytułowym utworze zagrał Tymek Wojtewicz. Muzyka Michelle Gurevich w zamierzony sposób próbuje połączyć elementy kultury Wschodu i Zachodu. Z tej ostatniej czerpie wyraźnie wyczuwalną stylistykę indie, w której zanurzają się zwykle niespiesznie rozwijane mroczne lub nostalgiczne ballady.
Pierwsze utwory Kanadyjka nagrywała w sypialni, przykładając usta bardzo blisko mikrofonu. Jej charakterystyczny głęboki głos - kontralt - często płynnie przechodzi od śpiewu do recytacji. W dzieciństwie słuchała Pugaczowej, Adriano Celentano, Charlesa Aznavoura, Yoko Ono czy Nino Roty. Do lata 2016 roku używała pseudonimu "ChinaWoman" - jej matka posiada chińskie korzenie i stąd taka nazwa. Jednak po wielu listach, w których regularnie pojawiały się oskarżenia o rasizm, postanowiła to zmienić.
Michelle Gurevich początkowo zamierzała kręcić filmy, ale po zakupie syntezatora i gitary zmieniła zdanie. Założyła profil na stronie Myspace i opublikowała pierwszą piosenkę - "I Kiss Hand Of My Destroyer" (2005 ). Sześć lat później z Kanady przeniosła się do Berlina, a jej utwór "A Kiss In Taksim Square" stał się przebojem wśród tureckiej mniejszości. Kompozycje Gurevich trafiły również na ścieżki dźwiękowe głównie europejskich filmów, chętnie wykorzystywano je podczas pokazów mody. Kilka lat temu został matką, porzuciła stolicę Niemiec i przeniosła się do Kopenhagi.
Najnowszy bardzo udany album "It Was The Moment", podobnie jak poprzednie oszczędne produkcje, w brzmieniu nawiązuje do dark-popu, slowecore; jeden z krytyków dość trafnie określił styl kanadyjskiej wokalistki terminem "dark chanson". "Kiedy czuje się dobrze, nie mam czasu myśleć o pisaniu piosenek. Nie rozumiem, jak ludzie mogą pisać piosenki poprawiające nastrój" - zauważyła w jednym z wywiadów, żeby w kolejnej rozmowie z dziennikarzem dodać: "Być może wciąż piszę tę samą piosenkę".
W tej jednej, uparcie i na nowo rozwijanej pieśni, autorka porusza tematy przemijania, straty, miłości czy tęsknoty. Jej kompozycje przypominają utrwalone w kadrze migotliwe obrazy z filmów noir. Jeśli chodzi o moje prywatne porównania kilka bardzo udanych fragmentów płyty "It Was The Moment" skojarzyło mi się z płytami Melanie Di Biasio lub z twórczością nieco zapomnianej i niezbyt dobrze znanej grupy ILYA. Podobna wrażliwość, podobna głębia zanurzenia w materiał dźwiękowy - choć Michelle Gurevich używa niewielu instrumentów, dość starannie posługuje się brzmieniem - zbliżone stany melancholijnej refleksji. Wiele wskazuje na to, że to najlepsze wydawnictwo w jej całym dotychczasowym dorobku. Warto!
(nota 8/10)
W strefie "Dodatków..." postaram się podtrzymać podobny nastrój. Na dobry początek artysta z Nowego Yorku, czyli Mark Trecka, który pod koniec października opublikował album zatytułowany "Fool Signal".
Hiszpanię reprezentuje duet Sophie Brightman i Javier Manrigueddara, czyli duet Sophie And Me, który w połowie października wydał epkę "For Those Unfinished Feelings".
Olivia Barchard mieszka w San Francisco, i ukrywa się pod pseudonimem Venus In Arms, oto jej najnowsza piosenka.
Gilles Dewalque i przyjaciele pochodzą z Belgii, tworzą grupę Pale Grey, która kilka dni temu opublikowała nowy singiel.
Trzeba przyznać, że to był słaby rok dla wytwórni Bella Union, niewiele płyt nowych zespołów opublikowali, a starsi artyści wymownie milczeli. Wczoraj nakładem tej oficyny ukazał się album grupy Our Girl zatytułowany "The Good Kind".
Również w dniu wczorajszym ukazał się album "Why Is The Colour Of The Sky" australijskiej formacji Bananagun. Wybrałem z niego taki oto fragment.
Uważny Czytelnik zauważył pewnie, że zaprezentowałem już kilka urokliwych piosenek brytyjskiego duetu Deary, który tworzą Ben Easton oraz Rebecca "Dottie" Cockram. W ubiegłym tygodniu pojawiała się ich epka zatytułowana "Aurelia". Oto przed Wami "PIOSENKA TYGODNIA".
W "kąciku improwizowanym" przeniesiemy się do Etiopii, skąd pochodzi formacja Mulatu Astatke, która wczoraj wraz z Hoodna Orchestra opublikowała nową płytę zatytułowaną "Tension".
Dawno nie słuchałem jakiegoś bootlega, jest ku temu dobra okazja, bowiem wczoraj ukazała się płyta Miles Davis Quintet - "Miles In France 1963 & 1964, The Bootleg Series vol.8".
sobota, 5 października 2024
TRACE MOUNTAINS - "INTO THE BURNING BLUE" (Lame-O Records) "W drodze..."
Początek płyty czasem zwiastuje jej charakter, potrafi być niby pierwsza strona książki, która nas wciągnie, zniechęci lub pozostawi obojętnym. Początek albumu Trace Mountains - "Into The Burning Blue" nie pozostawia obojętnym, gdyż mocno przypomniał mi nagrania zawarte na najlepszych wydawnictwach zespołu The War On Drugs - "Lost In The Dream" czy "A Deeper Understanding". Zbliżony nastrój, łudząco podobne tempo akcji, i to charakterystyczne nabijanie rytmu przez zestaw perkusyjny i wtórujące mu zgodne pomruki basu, coś jak uosobienie permanentnego ruchu, bycia w drodze. Jedynie głos wokalisty i gitarzysty, założyciela grupy Trace Mountains - Dave'a Bentona, nieco odbiega od tonu lidera formacji The War On Drugs. Pomyślałby kto, że oto przy okazji siedmiominutowego wstępu odkrywamy zagubione nagranie tego ostatniego zespołu lub obcujemy ze świeżym singlem promującym najnowszy krążek The War On Drugs.
W dalszej części płyty "Into The Burning Blue" bywa podobnie, choć jej autorzy dołożyli starań, żeby zróżnicować tempo i przyciągnąć uwagę odbiorcy. Wydatnie w tym pomógł producent Craig Hendrix, z grupy Japanese Breakfast. To właśnie on zaproponował, żeby na płycie Trace Mountains spróbować wyczarować brzmienie dominujące w latach osiemdziesiątych, nawiązujące do płyt Bruce'a Springstina, Toma Petty (szczególnie krążek "Wildflowers"), czy The Cure z tamtego okresu.
Dave Benton wcześniej uzupełniał skład zespołu LVL UP, był także współzałożycielem znanej czytelnikom bloga wytwórni Double Double Whammy (recenzowałem kilka wydawnictw z katalogu tej oficyny). Album Trace Mountains zatytułowany "Lost In Country"(2020), zyskał bardzo pochlebne recenzje w prasie branżowej. Listę kompozycji tego wydawnictwa zamykała odsłona "Turn To Blue", jakby nieświadoma zapowiedź nadchodzących wydarzeń. Trzeba wiedzieć, że inspiracją do powstania najnowszej propozycji amerykańskiego twórcy było zakończenie ośmioletniego związku. "Ponad połowa piosenek powstała zaraz po rozstaniu. Po prostu starałem się stworzyć jakąś twórczą rutynę, żeby poczuć się dobrze" - oświadczył Benton.
Ból, żal, próba pogodzenia się ze stratą i rozpoczęcie kolejnego etapu. Ten ostatni element szczególnie akcentowany przewija się w metaforycznych tekstach Dave'a Bentona.
Mamy w nich podróż, wspomniane wcześniej i sugestywnie odmalowane przez muzykę "Bycie w drodze", przypominanie minionych kluczowych momentów życia. "Tak łatwo można zatracić się w szczegółach własnej egzystencji, a przy okazji stracić istotne rzeczy". Podróż jak w przywoływanym na początku "In A Dream", przez kolejne fazy snu, a jednocześnie próba wyrwania się z jego mrocznych czeluści. Podróż z ciemności do światła, choćby miało być ono tylko kolejną złudną nadzieją. Jakby autor tych tekstów chciał przywołać zdanie z powieści Ann Prachet - "Stany zdumienia": "Zawsze czujemy się lepiej, gdy zmierzamy w stronę domu". Odsłona "In A Dream" zawdzięcza inspiracje pewnej audycji, w trakcie trwania której psychologowie próbowali analizować sny pod kątem ukrytych w nich znaczeń.
To, co niemal od samego początku rzuca się w oczy, to światło bijące z kolejnych odsłon albumu "Into The Burning Blue". Jasne, ciepłe, a nawet długimi fragmentami kojące strumienie, które łagodzą żal po nieoczkiwanej stracie. Pomimo takich, a nie innych okoliczności, jakaś pozytywna aura unosi się nad tymi nagraniami, wyczuwalna szczególnie w: "Crawling Back To Yotu", '"Hard To Accept", "Melt", który ma coś z atmosfery albumu "High" grupy The Blue Nile. W utworze "Gone&Done" może przypomnieć się tom Pettyy (choć nie jestem szczególnym wielbicielem i znawcą jego twórczości). W kolejnych kompozycjach tego bardzo udanego wydawnictwa mogą pojawić się skojarzenia z takimi artystami jak: Sufjan Stevens, Kurt Vile, czy Neutral Milk Hotel.
Album "Into The Burning Blue" to kolejny znaczący krok w rozwoju amerykańskiej grupy, ale również udana próba odejścia od charakterystycznego dla poczynań Dave'a Bentona idiomu, zawartego na dwóch pierwszych płytach "A Partner To Lean On", "Buttery Sprouts & Other Songs".
(nota 7.5-8/10)
Pewnie znacie już na pamięć najnowszy singiel zespołu The Cure, dlatego strefę "Dodatków" zaczniemy dziś niezbyt typowo, bowiem zajrzymy do naszych południowych sąsiadów. Z Czech wywodzi się Misha Chilkova, choć obecnie mieszka w Londynie, i to również tam 15 listopada opublikuje swoją płytę "Dancing At Te Same Dance". Oto singiel promujący to wydawnictwo.
Kolejnymi znajomymi z Londynu będzie duet Deary, który 1 listopada wyda wyczekiwany przez niektórych album zatytułowany "Aurelia". Nagrań dokonano w studiach 4AD i Bella Union, a całość zremasterował Simon Scott (Slowdive).
Skoro padło nazwisko Simona Scotta, warto odnotować, że jego nowy projekt nazywa się Three Quartet Skies, a tytuł niedawno wydanej płyty brzmi "Fade In".
Zawsze bliski Erlend Oye z duetu Kings Of Convenience jakiś czas temu przypomniał o sobie albumem "La Comitiva".
Z Irlandii pochodzi grupa Telebox, która niedawno opublikowała epkę zatytułowana "When Nights Turns Into Day". Oto mój ulubiony fragment.
Szybka podróż do Francji. Z miasta Nancy pochodzi Jerome Didelot, lider zespołu Orwell. 25 października grupa opublikuje nowy album "Simple Minded". Oto pełen uroku singiel z tego wydawnictwa.
Paryż to również siedziba grupy Winter Family, który przed tygodniem opublikował album "On Beautiful Days".
Przed Wami dwa NAGRANIA TYGODNIA. Pierwsze, dość oczywiste, pochodzi z wydanej wczoraj, bardzo udanej płyty - ciekawe aranżacyjne pomysły, sporo intrygujących rozwiązań - grupy The Smile - "Cutouts".
Drugie NAGRANIE TYGODNIA to spora niespodzianka, przynajmniej dla mnie, bo jestem zaskoczony, że nowy singiel zespołu TARWATER, który zapowiada listopadową premierę albumu "Nuts Of Ay", ( 22 listopad), brzmi tak wybornie!
W "Sekcji improwizowanej" zajrzymy do Francji, miasto Albi, skąd pochodzi Nicolas Repac, który niedawno opublikował wydawnictwo zatytułowane "Gramophonie".
W Nowym Yorku funkcjonuje i tworzy saksofonista Darius Jones, który wczoraj opublikował płytę "Legend Of E'Boi (The Hypervigilant Eye)".
sobota, 22 czerwca 2024
MIKE LINDSAY - "SUPERSHAPES VOLUME 1" (Moshi Moshi Music) "Sekretne życie mebli"
"Rzeczywistość, uczy Arystoteles, staje się przed człowiekiem sama przez się, i sama mu się narzuca". Tymczasem Edmund Husserl wskazywał, że świat składa się z fenomenów (czystych wrażeń) oraz istoty każdego z nich. "Żeby uchwycić istotę stołu i każdej innej rzeczy, nie możemy ograniczać się tylko do widoku jednego zmysłowego obiektu. Musimy w wyobraźni przerobić niejako różne jego wariacje". W kontekście fenomenologii Husserla kluczowe stają się pytanie: "Co się jawi? Jak się jawi? Komu się jawi?".
Tak się złożyło, że to również stół - stary, zrobiony z francuskiego dębu, stojący pośrodku kuchni - pojawił się jako główny obiekt na horyzoncie zdarzeń, czyli był jednym z przedmiotów, który zainspirował brytyjskiego muzyka Mike'a Lindsaya. Pewnie kilku stałych Czytelników bloga słyszało już gdzieś to nazwisko. Przypomnę tylko krótko, że to znany producent, laureat nagrody Mercury Music Prize, współtwórca zespołu Tunng (pionierzy gatunku "Folktronika"), druga połowa duetu LUMP (pierwsza to Laura Marling), wyprodukował albumy Jona Hopkinsa, Guya Garveya, Tinariven, Elizabeth Fraser, Anny B Savage, czy naszego dobrego znajomego Williama Doyle'a. Tak się złożyło, że to widok stołu, wprawdzie innego, ozdobił także okładkę debiutanckiego albumu Lindsaya "Supershapes Volume 1", który ukazał się przed tygodniem.
Ps. Znany już jest główny temat kolejnego albumu "Supershapes Volume 2" - będą nim budynki; "Szczególnie jeden, w którym mieszkałem dwadzieścia pięć lat temu, tuż po przeprowadzce do Londynu" - oznajmił Mike Lindsay.
(nota 7.5/10)
Sekcję "Dodatki..." rozpocznie dziś kolejny, gdyż jeden już prezentowałem, singiel zapowiadający wrześniową premierę albumu Efterklang - "Things We Have In Common".
Do Peru zaglądamy bardzo rzadko, jest więc okazja, żeby nadrobić zaległości. Grupa Los Membrillos zgrabną piosenką zapowiada nadejście epki.
Z Londynu pochodzą nasi znajomi - Ben Easton i Rebecca "Dottie" Cockram, którzy tworzą duet Deary, oto ich nowy singiel.
Z miasta Rochester pochodzi amerykańska grupa Joywave, która niedawno opublikowała album zatytułowany "Permanent Pleasure". Oto mój ulubiony fragment.
W katalogu oficyny Full Time Hobby znajdziemy ostatni album zatytułowany "Hahaha...",brytyjskiego artysty, który ukrywa się pod pseudonimem Canty.
Na Brooklynie rezyduje Iris James Garrison oraz jej zespół Blomsday, którzy dwa tygodnie temu opublikowali album "Heart Of The Artichoke".
Kolejna artystka pochodzi z Francji, mowa o Morgane Imbeaud, która kilka dni temu wydała płytę zatytułowaną "The Lake".
Następna francuska artystka mieszka w Szwecji - cóż, że ze Szwecji - Alba James. Oto fragment z jej ostatniego singla.
Na deser - gdyby mimo wszystko komuś mało było kobiecych głosów - aż dwie śpiewające panie reprezentujące Niemcy (Hamburg), które w młodości nasłuchały się płyt zespołu Cocteau Twins, stąd taka, a nie inna nazwa - Garlands. Oto ich najnowszy singiel.
W "Kąciku improwizowanym" na dobry początek oktet pochodzący z Teneryfy - Gaz & The Love Supreme Arkestra, który wczoraj opublikował płytę "Ganzfeld". Oto moja ulubiona kompozycja.
Przeniesiemy się do miasta Nashville w stanie Tennessee, skąd pochodzi nasz znajomy z poprzednich wpisów artysta - Rich Ruth. Wczoraj opublikował album "Water Still Flows".

















