Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deary. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2026

DEARY - "BIRDING" (Bella Union) "Muzyka do bycia obok"

 

  Z londyńskim trio DEARY jesteśmy od samego początku. Ich pierwsze single pojawiały się regularnie w strefie "Dodatki...". Każdy kto systematycznie zagląda do tej sekcji, musiał odnotować ich piosenki. Być może również czekał na debiut, który nosi tytuł "BIRDING", i ukazał się wczoraj nakładem oficyny Bella Union. Wcześniej mogliśmy cieszyć się ich udanymi epkami - "Deary" (2023) oraz "Aurelia"(2024), które co niektórym słuchaczom zaostrzyły apetyt. W między czasie zespół zdążył także zmienić wytwornię. Z gościnnej, prowadzonej przez przyjaciela grupy, oficyny Sonic Cathedral przeszedł dla Bella Union. Zanim do tego doszło, wokalistka Dottie Cockram spotkała się z jej szefem Simonem Raymonde (niegdyś filar grupy Cocteau Twins), wypiła z nim piwo i zjadła sernik. Ciekawe, czy tak pyszny jak mój świąteczny? Smacznego!




 Są takie płyty, które nie próbują zwrócić na siebie uwagi. Debiut zespołu DEARY proponuje coś subtelnego: świat utkany z miękkich gitar, rozmytych emocji, eterycznej wokalizy i refleksji nad tym, co kruche - zarówno w nas samych, jak i w naturze.

Już od pierwszych dźwięków słychać, że londyńskie trio nie jest zainteresowane prostym odtwarzaniem estetyki shoegaze'u czy dream-popu. "BIRDING" to raczej próba uchwycenia pewnego stanu zawieszenia pomiędzy spokojem, a niepokojem, bliskością, a dystansem. Grupa konsekwentnie trzyma się obranego wcześniej kursu. Przede wszystkim muzycy świetnie operują przestrzenią, pozwalają wybrzmiewać dźwiękom, nie zagęszczają sztucznie aranżacji. Najprościej rzecz ujmując, w poczynaniach trójki Brytyjczyków odnajdziemy brzmienie gitar kojarzone z formacja Slowdive oraz zwiewną melodykę, która tu i ówdzie przypomina najlepsze piosenki Cocteau Twins. Myślę, że ten drugi element wychwycił w ich twórczości Simon Raymonde, i stąd ta prośba o spotkanie, które zakończyło się propozycją podpisania kontraktu płytowego.





Wszystko zaczęło się od gitarzysty Bena Eastona, który kilka lat temu poznał Dotti Cockram przez wspólnych znajomych. Połączyła ich słabość do shoegaze'u, bardzo udane koncerty takich grup jak: Slowdive, Saint Etienne, czy Cranes. W takim układzie wymiana plików dźwiękowych była koniecznością i oczywistością. Początkowo dla podkreślenia rytmu używali automatu perkusyjnego, a później do składu dołączył Harry Catchpole. Na jednej z ich poprzednich epek za bębnami zasiadł także Simon Scott, perkusista grupy Slowdive.

W trakcie trwania prac nad płytą Dottie Cockram zmieniła miejsce zamieszkania, co stało się źródłem inspiracji i znalazło swoje odzwierciedlenie w warstwie tekstowej.

"Przeprowadziłam się nad morze, więc często siedziałam na plaży, kiedy tworzyłam album. Próbowałam znaleźć inspirację albo po prostu znaleźć trochę czasu, żeby popatrzeć na morze. Było tam mnóstwo ptaków morskich, tak przypuszczam. I trochę mnie pochłonął ich majestat i blask" - wspomina Cockram.

Metodologia pracy Bena Eastona polega na tym, że zwykle tworzy szkielet ścieżek, z którym można potem pracować. Często rozpoczyna od warstwy rytmicznej, odmierzając proste podziały. Później pojawia się melodia, gitary nakładane warstwowo, często z efektem reverb i delay. Zamiast jednej dominującej gitary, woli wykorzystać nieco rozmytą chmurę dźwięków, zamiast shoegaze'owego brudu, kreuje przestrzeń wokół onirycznej wokalizy Dottie Cockram.

Album "BIRDING" to bardzo udany debiut, który podkreśla klasę zespoły. Może działać jak jeden długi emocjonalny strumień - bez wyraźnych szczytów, ale też bez dramatycznych mielizn. To nie jest płyta, która zostawia pojedyncze chwytliwe piosenki. Raczej oferuje nastrój, do którego chce się wracać.

(nota 7.5-8/10)



 








sobota, 21 marca 2026

CHATON LAVEUR - "LABYRINTHE" ( EXAG Records) "LIEGE-BASTOGNE-LIEGE"

 

 Od czasu do czasu warto mieć jakiś francuski akcent. Jeśli nie prosto ze stolicy Francji, to może pochodzący z belgijskiego miasta Liege. To miasto nie kojarzy się tylko z Bazyliką Świętego Pawła, Musee Des Beaux Arts, festiwalem muzycznym, startem oraz metą wyścigu kolarskiego, czy niepowtarzalnym smakiem gofrów, ale od tygodnia także z duetem CHATON LAVEUR, który tworzą Julie Odeurs - gitara, bas, śpiew i Pierre Lechien - klawisze, perkusja, śpiew. Po ponad siedemdziesięciu koncertach w całej Europie i takim sobie debiucie - "Etat Souvage" (2024), duet powrócił z drugim dużo bardziej udanym albumem zatytułowanym "LABYRINTH", który ukazał się przed tygodniem.




Zespół, jak wiele innych młodych grup, powstał w trakcie lockdownu. Główne inspiracje dla swojej twórczości znalazł w muzyce krautrockowych formacji z lat 70-tych. "Krautrock nie tylko wpłynął na nas muzycznie, stał się naszym wspólnym językiem". W twardym rdzeniu poczynań belgijskiego duetu znajdziemy minimalizm, który opiera się na powtarzalnych rytmach, prostych strukturach połączonych z elementami indie lub dream-popu (melodyka podobna do Broadcast czy Stereolab). 

Julie Odeurs lubi używać gitar nagrywanych warstwowo, z efektami typu delay czy reverb, charakterystycznymi dla estetyki dream-pop lub shoegaze. Partie syntezatorów dodają głębi i przestrzeni często pełnią funkcję motoryczną. Uwagę przykuwa barwa głosu Julie - delikatna, zwiewna, dziewczęca, która czasem wchodzi w interakcję, zgrabnie harmonizuje z męską wokalizą Pierre'a Lechiena. Dodaje to poszczególnym melodią nowego wymiaru, ale także nadaje całemu brzmieniu eterycznej miękkości.




Oczywiście nie wszystkie utwory są w stu procentach udane, trafione w punkt - jak to zwykło się mówić. Z drugiej strony, czuć wyraźnie, że belgijski duet chciał, żeby materiał zawarty na drugim albumie był różnorodny. Stąd obok energetycznych odsłon, znajdziemy również te nieco bardziej wyciszone, eksperymentalne lub psychodeliczne.

Po udanym wstępie "In", od razu napotykamy jeden z najlepszych akcentów tego wydawnictwa czyli "Conte-La- Montre", utkany z repetytywnych funkcji gitary i basu, które pchają całą kompozycję naprzód. Mój ulubiony "La source" pokazuje nieco bardziej marzycielskie oblicze duetu, przypomniał mi nastrojem i melodyką piosenki Beach House, Memoryhouse lub Slowdive. "Fantasia" przynosi wspomniany wcześniej psychodeliczny klimat. 


Płyta "LABYRINTHE" to nie tylko śmiałe rozwinięcie pomysłów zaprezentowanych na dość przeciętnym debiucie, to również duży krok naprzód i zaproszenie do wejścia w "labirynt", gdzie powtarzalne motywy splatają się z nastrojowymi melodiami w jedyną w swoim rodzaju podróż przez emocję i czas.

(nota 7.5/10)

 




Strefę "Dodatki..." rozpoczniemy od wizyty na krajowym podwórku. Miasto Poznań - pozdrawiam mieszkańców - a  w nim duet DESTINY PORTS, który kilka dni temu opublikował nowy singiel.






Z londyńską grupą DEARY jesteśmy od pierwszych singli. Oto pojawił się kolejny, który zapowiada album "Birding", premiera 1 kwietnia.





Do Szwajcarii zaglądamy bardzo rzadko, a właśnie stamtąd pochodzi kompletnie nieznana grupa MONO MOCHI. Oto ich nowy wiosenny singiel.




I po raz kolejny Londyn, a w nim ANNA CALVI, wczoraj ukazała się jej epka "Is This All There Is?". Wśród zaproszonych gości znajdziemy Iggy'ego Poopa, Perfume Genius, Laurie Anderson.





Kalifornię reprezentuję JOHN CRAIGIE, niedawno ukazała się jego płyta zatytułowana "I SWAM HERE". Oto mój ulubiony fragment.




Kopenhaga, a w niej czwórka znajomych, w składzie GW. SOK znany z grupy Oiseaux Tempete, Ignacio Cordoba, Soren Hoj, PJ Fossum. Wczoraj ukazała się ich płyta pod szyldem THIS HOUSE, zatytułowana "Soft Rains Will Come".








MISS TYGODNIA - dawno nie było reprezentanta w tej prestiżowej kategorii, dlatego dziś będzie ich aż dwóch. Na pierwszy ogień pójdzie TOMO KATSURADA, jak nazwisko wskazuje  mieszkaniec... Amsterdamu, który 1 kwietnia wyda reedycję epki "DREAM OF THE EGG". W mojej ulubionej kompozycji na gitarze gościnnie zagrał Jonny Nash.





MISS TYGODNIA - dla bardziej wymagających słuchaczy. MARIA PORTUGAL reprezentuje Berlin, artystka znana ze współpracy z przedstawicielami sceny improwizowanej, zasilała skład Fire! Orchestra. 1maja ukaże się jej płyta zatytułowana "Erosao Percussion Trio".





KĄCIK IMPROWIZOWANY - Niemcy reprezentuje LEHTO AND THE MOTION ORCHESTRA - wczoraj ukazała ich nowa płyta zatytułowana "Here Tommorow".




I kolejna reedycja w naszym zestawieniu, pierwotnie płyta BOBBY CALLENDER - "RAINBOW" ukazała się w 1968 roku, a jej wznowienie jesienią ubiegłego roku.







sobota, 28 lutego 2026

SIGHTSEEING CREW - "MUFFLED EARS, THE WORLD SOUNDS BAD QUALITY" "Cyfrowe zmęczenie"

 

  Bardzo rzadko zdarza się taka płyta, która od pierwszych chwil nie tylko brzmi dobrze i ciekawie, ale również wydaje się być czymś na kształt manifestu artystycznego. "Muffled Ears, The World Sounds Bad Quality" to album, który nie próbuje przypodobać się komukolwiek. Wręcz przeciwnie. Stawia przed odbiorcą spore wyzwanie. SIGHTSEEING CREW - za całym tym projektem w dużej mierze ukrywa się jeden człowiek, brytyjski multiinstrumentalista Andrew J.Vickers - wciąga słuchacza w swój intymny świat. Ten bywa lekko zamglony, chwilami przytłumiony, ale może również dlatego bardziej prawdziwy.




Tytuł płyty nie jest dziełem przypadku.  Brzmienie rzeczywiście bywa "przytłumione", jakby przefiltrowane przez warstwę emocji, dystansu, czy dysonansu poznawczego. Produkcja daleka jest od sterylnego wygładzenia - co w tym wypadku jest bardzo dobrym posunięciem. Według twórcy głównym bohaterem tego wydawnictwa jest postać nazwana "Static Man". Ten ostatni ma problem z "nadmiarem wiadomości", które każdego dnia atakują jego percepcję. Stąd ten przepych aranżacyjny. W tkance albumu znajdziemy mnóstwo instrumentów - gitara akustyczna, elektryczna, bas, perkusja, perkusjonalia, saksofon, trąbka, flet, organy, pianino elektryczne, smyczki, nagrania terenowe, itd. Pikanterii dodaje fakt, że na wszystkich tych instrumentach ANDREW J. VICKERS zagrał samodzielnie. Tylko niektóre partie skrzypiec, czy rozbudowane fragmenty trąbki i saksofonu są autorstwa zaproszonych do studia gości. Spora część nagrań została zarejestrowana w specjalnie przygotowanej altanie ogrodowej. Trzeba przyznać, że brytyjski muzyk wykonał przez okrągły rok mnóstwo pracy, żeby brzmienie instrumentów nie sugerowało, że zostały one doklejone na kolejnych etapach produkcji. Wszystko jest gładkie, bardzo płynne, ma swoje miejsce i odpowiedni dla siebie czas.




 To jeden z tych wyjątkowych  albumów, który wymaga skupienia i odsłuchania w całości, gdyż poszczególne kompozycje łączą się ze sobą i płynnie przechodzą jedna w drugą. To zdecydowanie bardziej rozbudowana i całkiem zgrabnie rozpisana suita, podzielona na kilkanaście spójnych  części, niż zestaw nagrań z piosenkami. To, co stanowi koniec jednej odsłony, jest równocześnie początkiem drugiej. Na płycie SIGHTSEEING CREW kompozycje nie tyle kończą się w typowy sposób, co raczej przeobrażają. W tym kontekście nie dziwi, że partie instrumentów pojawiają się i znikają, niczym postacie w ciągle zmieniającym się krajobrazie czy spektaklu. Co jeszcze bardziej uwypukla główne tematy albumu - rutynę pracy i obowiązków, zmęczenie, alienację, zagubienie.

Od pierwszych chwil tego wydawnictwa zachwyca bogactwo faktur. Niektóre motywy muzyczne powracają, raczej nie w formie klasycznych cytatów, z tego, co już było, tylko jako przypomnienie, odrobinę zmodyfikowane i umieszczone w nowym kontekście. Kolejne utwory budowane są przez dokładanie następnych warstw - rytm, harmonia, detale, spójny nostalgiczno-oniryczny nastrój, sporo pogłosu, echo itd. Jeśli chodzi o ramy gatunkowe, to mamy do czynienia ze swobodnym przekraczaniem granicy pomiędzy takimi stylami jak: pop, indie-folk, art-rock, jazz, easy listening, downtempo, jam session, eksperyment, itp. Co ciekawe, tak duża liczba wykorzystanych instrumentów w żadnym momencie nie przytłacza. To raczej sugestywna próba odmalowania odczuć bohatera, który bywa przeciążony bodźcami pochodzącymi z cyfrowego świata. To trochę tak, jakby za ścianą grała cała orkiestra. Niby wszystko słychać, choć nie każdy detal jest aż tak czytelny.

Najmniej wyraźne są linie wokalne - to niestety jest minus tej propozycji - celowo rozmyte, mocno zamazane. Bywają momenty, kiedy tekst jest zupełnie nieczytelny. Nie ułatwia tego również specyficzna maniera wokalisty - rzewne zawodzenie, celowe przeciąganie głosek - oraz delikatna barwa, która sytuuje się głównie w wysokich rejestrach. Największą siłą tej płyty jest klimat. Utwory od razu układają się w spójną opowieść o przebodźcowaniu oraz alienacji, próbie uchwycenia ostrości w świecie, który ciągle :"brzmi w złej jakości'. Atutem jest różnorodność tego wydawnictwa - są momenty bardziej dynamiczne, okraszone solówkami saksofonu lub gitary oraz fragmenty wyciszone, niemal kontemplacyjne. To sprawia, że album nie nudzi. Wręcz przeciwnie, nieustannie zachęca do kolejnego przesłuchania. Tej płyty nie tylko się słucha, jak każdej innej, lepszej lub gorszej propozycji, czy zanurza się w niej, jak w niewielu dobrych wydawnictwach. Ten album to również pewien stan emocjonalny, jego sugestywny zapis, a zarazem sposób czy bezpośrednia przyczyna, żeby go znów wywołać.

Szkoda, że ostatniej płyty Sightseeing Crew nie wydał jakiś poważny niezależny wydawca. Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby żaden szef wytwórni - chociażby tych, których propozycje katalogowe sukcesywnie prezentuję na łamach tego bloga - nie zainteresował się tym udanym materiałem.

(nota 8/10)


 


"Dodatki" rozpocznie jeszcze ciepły i pyszny singiel naszych dobrych znajomych z Londynu. Grupa DEARY - 3 kwietnia opublikuje album zatytułowany "Birding".





Przeniesiemy się do Dublina, gdzie działa artysta, który przyjął nazwę NASHPAINTS. Niedawno ukazała się jego debiutancka płyta zatytułowana "Everyone Good Is Called Molly".





Pozostaniemy w Dublinie, pod koniec stycznia ukazała płyta zatytułowana "Holy Show" formacji Big Sleep. Oto wybrany singiel.




Wycieczka po Chicago przyniesie nam spotkanie z wokalistką DELANEY BAILEY, która niedawno opublikowała całkiem udany debiutancki album - "CONCAVE". Oto mój ulubiony fragment.




Przeniesiemy się do Londynu, gdzie działa grupa MODERN WOMEN, która 13 kwietnia opublikuje nowy album zatytułowany "Johnny's Dreamworld". Oto singiel promujący to wydawnictwo.





Podróż do Kanady przyniesie spotkania z dobrymi znajomymi, na początek grupa BIBI CLUB, która wczoraj opublikowała zapowiadaną przeze mnie płytę "AMARO". Tak zaczyna się ten album.






Wciąż Kanada. Kolejni nasi znajomi z Montrealu - formacja POPULATION II - 3 kwietnia opublikuje album zatytułowany "GIMMICKS". Oto pierwsza ujawniona kompozycja.






Wczoraj w prestiżowej wytwórni Heavy Psych Sound Records ukazała nowa płyta warszawskiej grupy WEEDPECKER zatytułowana po prostu "V".






KĄCIK IMPROWIZOWANY - odrobinę cofniemy się czasie, do końca listopada ubiegłego roku, kiedy to japoński artysta TAKURO OKADA opublikował bardzo udany album zatytułowany "KONOMA".










sobota, 17 stycznia 2026

YA TSEEN - "STAND ON MY SHOULDERS" (Sub Pop Records) "Przeszłość to nie muzeum"

 

  Głównym bohaterem dzisiejszej odsłony bloga jest  rdzenny mieszkaniec Alaski - Nicholas Galanin. Po ciężkim wypadku (złamał kręgosłup oraz żebra, ale lekarze jakoś go poskładali w jedną całość) ojciec nadał mu imię - YEIL YA TSEEN, co oznacza: "Kruk, który przetrwa". I to właśnie zmarłemu w 2021 roku ojcu Galanin poświęcił swój najnowszy wydany wczoraj album zatytułowany "STAND ON MY SHOULDERS". Ów tytuł miał w zamierzeniach autora jedenastu kompozycji symbolizować wdzięczność wobec przodków plemienia TLINGIT oraz spuścizny artystycznej. Na okładce, która również odwołuje się do lokalnej tradycji, możemy dostrzec reprodukcję zdjęcia ojca, w tradycyjnym stroju TLINGIT.





To druga płyta Nicholasa Galanina, po nieźle przyjętym debiucie "INDIAN YARD" (2021). Tym razem autor wszystkich kompozycji postanowił zaprosić do współpracy kilku artystów. Wśród nich znajdziemy osoby nieco bardziej rozpoznawalne jak: Portugal The Man, czy Meshell Ndegeocello oraz te nieco mniej - Anel Figueroa czy Hanna Ben, co przy okazji podkreśla kolektywny charakter tego wydawnictwa. Album "STAND ON MY SHOULDERS" poszerza artystyczną wizję YA TSEENA, zarówno muzycznie, jak i tematycznie. Wiele z tych piosenek jest bardzo starannie dopracowana. Przykuwają uwagę specyficzną lekkością i charakterystycznym brzmieniem.

Nicholas Galanin jest znanym, głównie lokalnie, artystą wizualnym i performerem. Posiada tytuł magistra sztuk pięknych. Jego muzyka nie jest projektem pobocznym, tylko jednym z narzędzi wypowiedzi artystycznych, obok rzeźby ( w drewnie), instalacji czy performensów. Mieszkaniec Alaski z pewnością nie stylizuje się na "rdzennego artystę" , tylko działa z wnętrza ciągle żywej kultury TLINGIT. Ta ostatnia to przestrzeń starannie kultywowana przez mieszkańców południowo-wschodniej Alaski. Opiera się na ciągłości pokoleń, szacunku do świata natury, odpowiedzialności wobec przodków i przyszłych generacji. Nicholas Galanin mówi wprost: "To, co robię istnieje również dlatego, że ktoś był przede mną". W innym wywiadzie dodał: "To świadoma próba odejścia od narracji o bolesnych historiach i skupienia się na wyzwoleniu jako akcie oporu (...). Mamy miłość, mamy radość, mamy rodziny i dzieci. Nie definiuje nas tylko trauma".




  Warto podkreślić, że w wypadku prac tego artysty nie mamy do czynienia z lokalnym folklorem. Przeszłość to nie muzeum - tylko jeden ze sposobów odniesienia się do teraźniejszości. Dlatego niektórzy odbiorcy mogą być odrobinę zaskoczeni, lub nawet zawiedzeni, że na albumie "STAND ON MY SHOULDERS" nie znajdą żadnych "etnicznych wstawek". Muzyka zaproponowana przez artystę jest jak najbardziej współczesna - indie-pop, elektronika, eksperyment. W jego przekonaniu stanowi jakąś formę ciągłości kulturowej. Z jednej strony jest to długimi fragmentami bardzo udana indie-popowa płyta. Z drugiej jak najbardziej współczesny głos przedstawiciela kultury TLINGIT, który stara się wypowiadać aktualnym językiem.

YA TSEEN ma wyraźną słabość do syntezatorów analogowych, które kolekcjonuje. Brzmienie tych  ostatnich stanowi osnowę wielu kompozycji. Te z kolei najbardziej przypomniały mi, tu i ówdzie, dokonania grupy Washed Out. Podobna dream-popowa aura, swoboda w kreśleniu zgrabnych linii melodycznych. Z kolei linie rytmiczne są sprężyste, miejscami nieco syntetyczne, choć wiele utworów posiada hipnotyczny rytm, który niesie słuchacza. Mimo użycia elektroniki słychać w tych nagraniach dużo oddechu - żywe instrumenty, sporo nakładek wokalnych, przestrzeń w miksie. Ta płyta ma więcej atutów niż pozornie się wydaje.

(nota 7-7.5/10)




Spotkanie z naszymi dobrymi znajomymi z Londynu - DEARY. Ich piosenki kilka razy pojawiały się w dodatkach. Ta najnowsza, utrzymana w duchu Slowdive, zwiastuje premierę nowej płyty - "BIRDING" (3 kwietnia).



Wizyta w Norwegii przyniesie nową muzykę grupy MISTY COAST. Przy okazji zapowiedź płyty zatytułowanej "ALWAYS SUN", która pojawi się 24 kwietnia.



Niemiecki twórca Sascha Ring, czyli Apparat, również zapowiada nowy album zatytułowany "HUM OF MAYBE" (20 lutego). Oto świeży singiel z tego wydawnictwa.



Pozostaniemy w Berlinie, grupa GOLDEN HOURS dnia 6 lutego opublikuje nowe wydawnictwo zatytułowane "BEYOND WIRES".



Przed nami Manchester. Wczoraj ukazała się nowa płyta formacji SHAKING HAND zatytułowana po prostu "SHAKING HAND". Oto wybrany fragment.



MISS TYGODNIA - to czysta ROZKOSZ słuchać takiego wspaniałego NAGRANIA... i móc je zaprezentować. Obawiam się, że jest kompletnie nieznane, podobnie jak grupa, nawet nie ma swojego odpowiednika w serwisie YT. Londyńskie trio PRACTICAL ANARCHY jest dopiero na początku "kaiery", w dorobku jedynie dwie epki. Barwa głosu wokalistki - Julia Biel - przypomniała mi odrobinę naszą krajową Marsiję, znaną chociażby z występów na płytach Silver Rocket. W połowie grudnia PRACTICAL ANARCHY opublikował drugi krótki materiał zatytułowany "EP 2". A tam, na samym końcu, znalazłem to wyborne cudeńko, z którym oczywiście się nie rozstaję. Przy okazji wrzucę drobny kamyczek do ogródka twórców - dlaczego, ach, dlaczego, ta KOPMPOZYCJA nie trwa przynajmniej 10 min? Jak można było przerwać taką rozkosz tak szybko. Cóż, może w wersji koncertowej potrwa nieco dłużej. 






KĄCIK IMPROWIZOWANY - w nim znany już nam artysta z Nowego Yorku - ILHAN ERSAHIN, który wczoraj opublikował nowy album zatytułowany "ISTANBUL SESSIONS: MAHALLE".





Skoro byliśmy dzisiaj na Alasce, na koniec musi zabrzmieć projekt ALAASKA, za którym to szyldem ukrywa się francuski muzyk Jerome Plasseraud. Wczoraj ukazała się jego płyta zatytułowana "Monoi".







sobota, 9 sierpnia 2025

EVERYTHING ELSE - "ANOTHER ONE MAKING CLOUDS" (Big Potatos Records) "Na ramionach wiatru"

 

  Od czasu do czasu warto sprawdzić, co robią artyści związani z naszymi ulubionymi zespołami. Po osiągnięciu dojrzałego wieku i ugruntowaniu swojej pozycji, często udzielają się tam i tu, uczestniczą w tak zwanych projektach pobocznych, nawiązują sympatyczne relacje z innymi twórcami lub próbują rozwijać ścieżkę solowej kariery. I tak Rachel Goswell z grupy Slowdive wraz z partnerem Stevem Clarkiem powołała do życia duet The Soft Cavlary. Wsparła także wokalnie i merytorycznie nową grupę z miasta Portland, która przyjęła nazwę Pete International Airport (bardzo udany singiel pojawi się w dalszej części dzisiejszej  odsłony). Perkusista zespołu Slowdive - Simon Scott, wydaje się być najbardziej zapracowany, z grona swoich szacownych kolegów. W ostatnich miesiącach rozwijał solowy projekt The Quarter Skies (gościł na łamach bloga). Pomaga również młodszym artystom, jak chociażby formacji Newmoon (był odpowiedzialny za mastering ich nagrań), czy znanych z wpisów na tym blogu grup - Deary, Whiteland lub Drab Majesty. Dlaczego wspominam dziś zespół Slowdive? Tak się złożyło, że jego wokalista i gitarzysta Neil Halstead zmiksował w ostatnim czasie singiel nowego duetu - EVERYTHING ELSE. Przed tygodniem ukazała się ich debiutancka płyta zatytułowana "Another One Making Clouds". I to właśnie nad nią dziś się pochylimy.





Duet EVERYTHING ELSE tworzą panowie z miasta Liverpool - Herbie Whitty i Charlie Holton. Młodzieńcy przyjaźnią się od szóstego roku życia, czyli od czasów przedszkolnych. Kto wie, może już wtedy, przed i po leżakowaniu ciągnęło ich drobne palce, żeby dotknąć strun gitary, czy musnąć białe lub czarne klawisze syntezatora. Ta słabość do instrumentów po latach przerodziła się w nieco poważniejsze granie. Wciąż dość proste, ale nie pozbawione uroku. Nie wiem, w jaki sposób Neil Halstead natknął się na ten duet. Całkiem możliwe, że  Herbie i Charlie przesłali na jego adres mailowy próbki demo. Te ostatnie musiały przypaść do gustu wokaliście grupy Slowdive, bowiem postanowił wesprzeć chłopaków stawiających pierwsze niepewne artystyczne kroki.

Jak podkreśla notka brytyjskiej oficyny Big Potatos Records, duetowi EVERYTHING ELSE zależało na tym, żeby materiał zabrzmiał dość surowo, pozbawiony niekiedy zbędnej ingerencji producenta. Trzeba przyznać, że tu i ówdzie udało się to zrobić. Choć, w moim odczuciu, tej surowości, wyrażanej przede wszystkim na poziomie specyficznego brzemienia, mogłoby być znacznie więcej. Całość materiału liczącego niespełna czterdzieści minut, brzmi specyficznie miękko. I nawet pojawiające się raz po raz nieco mocniejsze podmuchy gitar tego stanu rzeczy nie zmieniają. Miękka praca perkusji oraz basu, barwne refleksy syntezatorów, którym towarzyszy odrobinę wycofana i bardzo łagodna wokaliza, w manierze tej znanej z dokonań formacji Cigarette After Sex.




Młodzieńcy z duetu EVERYTHING ELSE całkiem zgrabnie, mniej lub bardziej świadomie, przywołują shoegazeowego ducha z początku lat dziewięćdziesiątych. Raczej dokładają swoją skromną cegiełkę do istniejącego już całkiem pokaźnego gmachu tej stylistyki, niż w pocie czoła wykuwają nowe komnaty. Całkiem możliwe, że na albumie "Another One Making Clouds" nie znajdziecie żadnego nowego dźwięku, którego nie słyszelibyście już wcześniej. Co nie oznacza, że jest to wada tej muzycznej publikacji. W tym gatunku zrobiono już naprawdę wiele, dlatego obytego z tą estetyką słuchacza trudno czymś oryginalnym zaskoczyć. 

Przede wszystkim, i nie tylko za sprawą znaczącej obecności Neila Halsteada, przy opisie tej propozycji muszą pojawić się skojarzenia z twórczością formacji Slowdive. Mam tu myśli głównie dwa szczególne okresy. Ten nieco bardziej ambientowy, podkreślony płytą "Pygmalion", oraz współczesny, wyrażony przez dwa ostatnie wydawnictwa.  Herbie Whitty i Charlie Holton (oraz jego brat pomagający w produkcji Nicholas), z krążka "Pygmalion" zaczerpnęli podobną melodykę. Choć warto wspomnieć, że ich pierwsze utwory zawierały znacznie mniej brzmienia gitar i o wiele bardziej wpisywały się w ambientowy kontekst. 

Na singla promującego debiutancką płytę duetu EVERYTHING ELSE wybrano piosenkę "Two Monkeys", którą współprodukował wspomniany wcześniej Neil Halstead. Gdyby to ode mnie zależało, zdecydowanie bardziej postawiłbym na mój ulubiony "Hollow Surrounds". W odsłonie "Every Word Said" duet zabrzmiał jak Slowdive z ostatniej płyty "Everything Is Alive". W kompozycjach "Uncertian" czy "Watch" przypomniał mi charakterystyczny nastrój niektórych nagrań grupy Zelienople.

Trzeba przyznać, że "Another One Making Clouds" to bardzo udany debiut dwójki przyjaciół, którzy fragmentami brzmią jak pełnowymiarowy skład. W moim odczuciu zabrakło nieco więcej drapieżności, brudu, szram i blizn, gustownych przesterów i drobnych garażowych potknięć - czyli zadeklarowanej przed opublikowaniem tego wydawnictwa surowości brzmienia. Kto wie, może następnym razem.

(nota 7.5/10)


 


Niedawno wspominałem grupę Blueshift Signal, powstali w 1993 roku, w mieście Providence. Wczoraj ukazała się ich płyta "Eventide", która zawiera osiem dawnych utworów. Również w dniu wczorajszym ukazał się koncertowy materiał innego zespołu z przeszłości. Mam tu na myśli grupę Galaxie 500. Rejestracji koncertu dokonano 13 grudnia 1988 roku, w nowojorskim klubie "CBGB". Nagrania zremasterował z analogowej taśmy nasz dobry znajomy producent KRAMER.




W dzisiejszym tekście wspominałem o wkładzie Rachel Goswell w rozwój nowej grupy z Portland, czyli formacji Pete International Airport. Dlatego czekając na ich płytę, pozwolę sobie zaprezentować ich ostatni jakże wyborny singiel.




Wcześniej wspomniałem także o brytyjskiej grupie DEARY, której pomaga Simon Scott. Niedawno ukazał się ich taki urokliwy cover znanego przeboju.




Pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, miasto Manchester, a w nim formacja Nightbus, która 10 października opublikuje album zatytułowany "Passanger".




Skoczymy za ocean, do miasta Los Angeles, żeby spotkać członków grupy Mirror Ball, którzy kilka dni temu podzielili się nową piosenką.




W tym samym mieście przy odrobinie szczęścia napotkamy znaną, także z wpisów na tym blogu, formację Automatic, którzy we wrześniu opublikują album zatytułowany "Stones Thrown".




Kolejna zapowiedź zabierze nas z powrotem na Wyspy Brytyjskie. 9 września ukaże się nowa płyta Joanne Robertson i Olivera Coatesa zatytułowana "BLURRR". Przyznam, że czekam na to wydawnictwo. I z radością odsłuchuję nowy singiel.





MISS TYGODNIA - nie mogło być inaczej, skoro grupa The Antlers to wciąż jeden z moich ulubionych zespołów (szczególnie ciepło wspominam znakomity album "Familiars", oraz jego koncertowe wydanie z Londynu). Dobre wieści są takie, że 10 października ukaże się nowa płyta "Blight". Póki co, można cieszyć się wybornym singlem, który zapowiada to wydawnictwo. 




KĄCIK IMPROWIZOWANY - przed wami sympatyczne trio - Oren Ambarchi, Johan Berthling i Andreas Werliin. Fragment z płyty "GHOSTED III", która ukaże się 29 sierpnia.




Dla tych, którzy podobnie do mnie ciepło wspominają płyty grupy The Blue Nile - szczególnie album "HIGH" - kwartet kierowany przez Colina Steele'a, przygotował miłą niespodziankę. Niedawno ukazała się płyta "The Blue Nile - Jazz Interpretations Of The Blue Nile Songbook".




sobota, 29 marca 2025

MESS ESQUE - "JAY MARIE, COMFORT ME" (Drag City) "Dzienniki pisane snami"

 

  Ileż to razy, szczególnie w ostatnich latach, prezentowałem podobną historię. Dwa oddalone od siebie miasta - w odległości około 1415 km - czyli Brisbane oraz Melbourne, dwa komputery, sieć internetowa. Po jednej stronie łączy wokalistka Helen Franzmann, która wcześniej próbowała rozwijać solową karierę, funkcjonując na scenie muzycznej pod nazwą McKisko, dzielnie rozgrzewała publiczność przed występami Bon Iver, Jose Gonzalesa. Po drugiej stronie, o wiele bardziej znany w tym personalnym zestawieniu - Mick Turner, gitarzysta grupy The Dirty Three, Tren Brother, współpracował także z Cat Power, Willem Oldhamem i Billem Callahanem. Zanim do tej wymiany myśli, pragnień oraz wyobrażeń doszło, pojawiła się potrzeba znalezienia wokalistki, którą Mick Turner zadeklarował wśród swoich znajomych. Jeden z nich - właściciel studia nagraniowego Nick Huggins, oświadczył, że zna kogoś takiego i polecił Helenę Franzmann. I tak oto, gdzieś w okolicach 2019 roku, gitarzysta i wokalistka nawiązali pierwszy kontakt.




   Helen Franzmann dorastała na australijskiej farmie, pośród pięciorga rodzeństwa. Ze starych winylowych płyt docierały do niej skoczne tony folku oraz soulu. W wolnych chwilach tworzyła poezję, uczyła się grać na pianinie. Później zainteresował ją śpiew klasyczny. Chcąc kontynuować naukę takiej wokalizy wybrała się w daleką podróż do Londynu. Jednak będąc już na miejscu, pewnego dnia porzuciła ten pomysł, wszystko za sprawą kupna gitary i uczestnictwa w kilku rockowych koncertach. Ważnym punktem w jej metodologii pracy jest dziennik snów, w którym artystka od dłuższego czasu zapisuje fragmenty marzeń sennych, przynajmniej te z nich, które zdołała zapamiętać. Ma to później bezpośrednie przełożenie na teksty oraz nastrój poszczególnych kompozycji. Z tego powodu Australijka kładzie się bardzo wcześnie spać, nastawia budzik, żeby otworzyć oczy gdzieś w okolicach godziny drugiej w nocy. Po czym skrupulatnie zapisuje swoje senne wrażenia.

Po nawiązaniu owocnej, jak się później okazało, znajomości z Mickiem Turnerem, w 2021 roku pojawił się zestaw debiutanckich nagrań, który nosił tytuł , jakżeby inaczej - "Dream#12", a jakiś czas po nim światło dzienne ujrzał kolejny zbiór piosenek "Mess Esque". W międzyczasie duet spotkał się ze sobą twarzą w twarz, wystąpił wspólnie na kilku koncertach, między innymi pojawił się na deskach sceny Rising Festival w Melbourne.




Podczas prac nad trzecim albumem zatytułowanym "Jay Marie, Comfort Me" (tytuł nawiązuje do smutnego wydarzenia, śmierci siostry Franzmann, która niespodziewanie zmarła... w trakcie snu), przez studio nagraniowe przewinęło się kilku artystów, którzy wcześniej zasilali szeregi duetu Mass Esque podczas koncertów. Mam tu na myśli Keeley Young, Kishore Ryan, na wiolonczeli zagrała Stephanie Arnold, a na perkusji Bree Van Reyk oraz Jim White, kolejny członek grupy The Dirty Three, który niedawno również opublikował swój nowy materiał nagrany w duecie.

Prezentowałem fragmenty z poprzedniej płyty Mess Esque, przy okazji odrobinę utyskując, że spoglądający głównie na siebie recenzenci, przegapili to udane wydawnictwo. Zachwycony oryginalnym brzmieniem zaprezentowałem również rozkoszny singiel "Liminal Space", zwiastujący najnowsze dzieło duetu - "Jay Marie, Comfort Me". Przyznam szczerze, że nie przypuszczałem, że cała płyta może brzmieć w ten sposób. Coś jakby niefrasobliwą i swobodną rejestrację w manierze lo-fi, zderzyć ze studyjną sterylnością i czystością, albo uchwycić ich wspólne bardzo żywotne i wydajne pograniczne. Dzięki temu tak wiele na wydanym wczoraj albumie świeżego powietrza, sporo przestrzeni pomiędzy instrumentami. 

Te ostatnie niekoniecznie chcą grać dokładnie w punkt, gitary celowo przeciągają frazę, od czasu do czasu skrobią lub trzeszczą, jakby sugerowały, że za chwilę porzucą ciasny rygor sztywnych taktów i podążą zupełnie w innym kierunku. Zwraca na siebie uwagę również świetna realizacja perkusji, która czuwa nad nieco chropowatym czy szorstkim dialogiem gitar i basu. Proste, fragmentami wręcz dziecięce, dźwięki organów kontrastują z gładkością odrobinę dziewczęcej wokalizy Helen Franzmann. Ten głos, zgodnie z duchem tej płyty, raz rozbrzmiewa nieco dalej, to znów podchodzi bliżej do słuchacza ( postanowiono wykorzystać część warstwy wokalnej zarejestrowanej w domowych warunkach). Wszystko to zdaje się funkcjonować w ramach specyficznej logiki snów, obecnej także w tekstach, i przejść pomiędzy kolejnymi ich poziomami. Parafrazując słowa Franka Underwooda, głównego bohatera z serialu "House Of Cards", mógłbym napisać: "Realizacja, realizacja, realizacja!".

Fragmentami może przypomnieć się nastrój wspólnej piosenki - "Let Me Get There" - Kurta Ville'a i Hope Sandoval & The Warm Invention, szczególnie w odsłonie "Light Showroom". Ta sama niespieszność frazy, podobnie leniwe i pełne magii wykonanie. Praca gitar musi budzić skojarzenia z dokonaniami grupy The Dirty Three, skoro na pokładzie studia nagraniowego znalazł się ich gitarzysta. Jednak to nieco wymuszona analogia. Gdybym nie znał dokładnie składu australijskiego duetu, tropy mogłyby być zupełnie inne.

Sukces albumu Mess Esque - "Jay Marie, Comfort Me" polega przede wszystkim na tym, że sympatycznej parze oraz zaproszonym do studia gościom, udało się wyczarować bardzo oryginalne brzmienie. Jeśli więc mam zestawiać te wyborne piosenki z czymkolwiek innym, to raczej z poprzednimi nagraniami tandemu Franzmann / Turner. Wsuwasz ten krążek do odtwarza, rozpoczyna się odtwarzanie, i od pierwszych chwil wiesz z całą pewnością, że nie jest to nasza, polska, krajowa produkcja. 

Przyznam, że mam słabość właśnie do takiego brzmienia, do tego sposobu realizacji, może dlatego tak bardzo chwalę album Mess Esque, i stąd moja nie ukrywam spora ekscytacja tym materiałem. Pośród ośmiu spójnych, utrzymanych na podobnym poziomie, kompozycji, znalazł się również jeden "przebój" - swoista "MISS TYGODNIA" (a nawet miesiąca lub kwartału) - który szczególnie chciałbym wyróżnić. Mam tu na myśli rozkoszny "CROW'S ASH TREE". Dzisiejsze spotkanie celowo rozpocząłem przypominając piosenkę z poprzedniej płyty Mess Esque. W tym symbolicznym zderzeniu  z utworem, który zabrzmi na koniec, chyba całkiem wyraźnie widać, że australijski duet wykonał spory krok na przód. Znakomity album!

(nota 8-8.5/10)

 



Dużym sentymentem darzę czeską, mało znaną, zapomnianą obecnie grupę The Naked Souls. A szczególnie trwałe miejsce w mojej pamięci, ma i mieć będzie, prześliczne nagranie "Sleep". Poznałem je wiele lat temu, oglądając i nagrywając na taśmę VHS cotygodniowe niedzielne wydanie alternatywnego programu MTV - "120 Minutes" ( jak wiem, dzięki prywatnej korespondencji od Was, nie jestem jedyny, który wychował się na tej audycji). Tak się złożyło, że wczoraj ukazała się oczyszczona reedycja ich debiutanckiej płyty zatytułowanej "Reverb From The Depths" (1990), który otwiera ten cudny utwór!!




W podobnym nastroju utrzymane są kompozycje londyńskiej załogi, która przyjęła nazwę Deary. Oto ich najnowszy singiel.




Kolejne spotkanie z naszym dobrym znajomym. Matt Maltese i jego jeszcze ciepły singiel, który zapowiada najnowszy album zatytułowany "HERS" - premiera 16 maja.




Wczoraj, w oficynie Secretly Canadian, ukazała się nowa epka zatytułowana "Living Legend", amerykańskiego artysty - Loren Kramara.




Przed Wami bardzo udana płyta, którą warto odsłuchać w całości. Grupa z Waszyngtonu - czyli LAKE - oraz cały wydany niedawno krążek "BUCOLIC GONE". W kategorii "avant-pop" to jedna z najciekawszych propozycji tego roku.




Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie całkiem udana płyta Destroyer - "Dan's Boogie". Mój ulubiony fragment z tego wydawnictwa zaprezentowałem przed tygodniem. Pora na kolejny.




Również w dniu wczorajszym ukazał się album paryskiej grupy Helen Island, pod nazwą ukrywa się producent Leopold Colin, krążek zatytułowano - "Silence Is Priceless". Oto mój ulubiony fragment.




MISS TYGODNIA - a właściwie wice-miss, gdyż tytuł "Królowej miesiąca" należy do kompozycji "Crow's Ash Tree", grupy Mess Esque - to wiosenna piosenka zespołu Carwyn Ellis & Rio 18, (przez studio nagraniowe podczas rejestracji albumu przewinęło się piętnastu artystów), która zwiastuje nadejście płyty "Fontana Rosa", premiera 23 maja.




"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - zajrzymy do katalogu oficyny Gondwana Records, gdzie wczoraj pojawiła się nowa płyta grupy Vega Trails - "Sierra Trakcs".



sobota, 9 listopada 2024

MICHELLE GUREVICH - "IT WAS THE MOMENT" "Zatrzymać chwilę"

 

     Wiele wskazuje na to, że bohaterka dzisiejszego wpisu - Michelle Gurevich - ma w naszym kraju grupę wiernych  fanów. Do tej pory wszystkie jej koncerty cieszyły się sporym powodzeniem. Ostatnie sceniczne występy miały miejsce w ubiegłym roku, wokalistka odwiedziła Gdańsk, Warszawę, Poznań oraz Katowice. Również wiele stron internetowych proponowanych przez popularne wyszukiwarki, gdzie zamieszono wzmianki o tej artystce, napisane zostały w języku polskim (choć powielają te same zdania). Troszkę może to dziwić, że głównie fani z Europy Środkowej lub Wschodniej docenili twórczość artystki. Można to wytłumaczyć faktem, że Michelle Gurevich posiada rosyjskie korzenie - matka była baletnicą, ojciec inżynierem - choć aktualnie posiada kanadyjskie obywatelstwo. W zdobyciu większej popularności z pewnością nie pomaga osobliwy upór wokalistki, która od samego początku wydaje kolejne albumy własnym sumptem, i nic nie wskazuje na to, żeby ten stan rzeczy miał się zmienić. Z dużym prawdopodobieństwem to celowy zabieg i sposób funkcjonowania na rynku muzycznym. Jakoś nie potrafię uwierzyć w to, że tak charakterystyczna wokalistka nie mogła do tej pory znaleźć chociażby niszowego wydawcy.


Dwa dni temu, czyli przed tradycyjnym "premierowym piątkiem" Michelle Gurevich za pośrednictwem platformy Bandcamp udostępniła najnowszy album zatytułowany "It Was The Moment". Debiutowała krążkiem "Party Girl", który ukazał się w 2007 roku, zaś ostatnim wydawnictwem płytowym był album "Ecstasy In The Shadow Of Ecsasy" (2020). Zgodnie z moją tezą, również za albumem "It Was The Moment" stoi męski producent Chris Brown (współpracował z Radiohead, Muse). Całość zmiksował nasz dobry znajomy KRAMER, a na basie w tytułowym utworze zagrał Tymek Wojtewicz. Muzyka Michelle Gurevich w zamierzony sposób próbuje połączyć elementy kultury Wschodu i Zachodu. Z tej ostatniej czerpie wyraźnie wyczuwalną stylistykę indie, w której zanurzają się zwykle niespiesznie rozwijane mroczne lub nostalgiczne ballady.

Pierwsze utwory Kanadyjka nagrywała w sypialni, przykładając usta bardzo blisko mikrofonu. Jej charakterystyczny głęboki głos - kontralt - często płynnie przechodzi od śpiewu do recytacji. W dzieciństwie słuchała Pugaczowej, Adriano Celentano, Charlesa Aznavoura, Yoko Ono czy Nino Roty. Do lata 2016 roku używała pseudonimu "ChinaWoman" - jej matka posiada chińskie korzenie i stąd taka nazwa. Jednak po wielu listach, w których regularnie pojawiały się oskarżenia o rasizm, postanowiła to zmienić.

Michelle Gurevich początkowo zamierzała kręcić filmy, ale po zakupie syntezatora i gitary zmieniła zdanie. Założyła profil na stronie Myspace i opublikowała pierwszą piosenkę - "I Kiss Hand Of My Destroyer" (2005 ). Sześć lat później z Kanady przeniosła się do Berlina, a jej utwór "A Kiss In Taksim Square" stał się przebojem wśród tureckiej mniejszości. Kompozycje Gurevich trafiły również na ścieżki dźwiękowe głównie europejskich filmów, chętnie wykorzystywano je podczas pokazów mody. Kilka lat temu został matką, porzuciła stolicę Niemiec i przeniosła się do Kopenhagi.



Najnowszy bardzo udany album "It Was The Moment", podobnie jak poprzednie oszczędne produkcje, w brzmieniu nawiązuje do dark-popu, slowecore; jeden z krytyków dość trafnie określił styl kanadyjskiej wokalistki terminem "dark chanson". "Kiedy czuje się dobrze, nie mam czasu myśleć o pisaniu piosenek. Nie rozumiem, jak ludzie mogą pisać piosenki poprawiające nastrój" - zauważyła w jednym z wywiadów, żeby w kolejnej rozmowie z dziennikarzem dodać: "Być może wciąż piszę tę samą piosenkę".

W tej jednej, uparcie i na nowo rozwijanej pieśni, autorka porusza tematy przemijania, straty, miłości czy tęsknoty. Jej kompozycje przypominają utrwalone w kadrze migotliwe obrazy z filmów noir. Jeśli chodzi o moje prywatne porównania kilka bardzo udanych fragmentów płyty "It Was The Moment" skojarzyło mi się z płytami Melanie Di Biasio lub z twórczością nieco zapomnianej i niezbyt dobrze znanej grupy ILYA. Podobna wrażliwość, podobna głębia zanurzenia w materiał dźwiękowy - choć Michelle Gurevich używa niewielu instrumentów, dość starannie posługuje się brzmieniem - zbliżone stany melancholijnej refleksji. Wiele wskazuje na to, że to najlepsze wydawnictwo w jej całym dotychczasowym dorobku. Warto!

(nota 8/10) 

 


W strefie "Dodatków..." postaram się podtrzymać podobny nastrój. Na dobry początek artysta z Nowego Yorku, czyli Mark Trecka, który pod koniec października opublikował album zatytułowany "Fool Signal".



Hiszpanię reprezentuje duet Sophie Brightman i Javier Manrigueddara, czyli duet Sophie And Me, który w połowie października wydał epkę "For Those Unfinished Feelings".



Olivia Barchard mieszka w San Francisco, i ukrywa się pod pseudonimem Venus In Arms, oto jej najnowsza piosenka.



Gilles Dewalque i przyjaciele pochodzą z Belgii, tworzą grupę Pale Grey, która kilka dni temu opublikowała nowy singiel. 



Trzeba przyznać, że to był słaby rok dla wytwórni Bella Union, niewiele płyt nowych zespołów opublikowali, a starsi artyści wymownie milczeli. Wczoraj nakładem tej oficyny ukazał się album grupy Our Girl zatytułowany "The Good Kind".



Również w dniu wczorajszym ukazał się album "Why Is The Colour Of The Sky" australijskiej formacji Bananagun. Wybrałem z niego taki oto fragment.



Uważny Czytelnik zauważył pewnie, że zaprezentowałem już kilka urokliwych piosenek brytyjskiego duetu Deary, który tworzą  Ben Easton oraz Rebecca "Dottie" Cockram. W ubiegłym tygodniu pojawiała się ich epka zatytułowana "Aurelia". Oto przed Wami "PIOSENKA TYGODNIA".



W "kąciku improwizowanym" przeniesiemy się do Etiopii, skąd pochodzi formacja Mulatu Astatke, która wczoraj wraz z Hoodna Orchestra opublikowała nową płytę zatytułowaną "Tension".



Dawno nie słuchałem jakiegoś bootlega, jest ku temu dobra okazja, bowiem wczoraj ukazała się płyta Miles Davis Quintet - "Miles In France 1963 & 1964, The Bootleg Series vol.8".





sobota, 5 października 2024

TRACE MOUNTAINS - "INTO THE BURNING BLUE" (Lame-O Records) "W drodze..."

 

      Początek płyty czasem zwiastuje jej charakter, potrafi być niby pierwsza strona książki, która nas wciągnie, zniechęci lub pozostawi obojętnym. Początek albumu Trace Mountains - "Into The Burning Blue" nie pozostawia obojętnym, gdyż mocno przypomniał mi nagrania zawarte na najlepszych wydawnictwach zespołu The War On Drugs - "Lost In The Dream" czy "A Deeper Understanding". Zbliżony nastrój, łudząco podobne tempo akcji, i to charakterystyczne nabijanie rytmu przez zestaw perkusyjny i wtórujące mu zgodne pomruki basu, coś jak uosobienie permanentnego ruchu, bycia w drodze. Jedynie głos wokalisty i gitarzysty,  założyciela grupy Trace Mountains - Dave'a Bentona, nieco odbiega od tonu lidera formacji The War On Drugs. Pomyślałby kto, że oto przy okazji siedmiominutowego wstępu odkrywamy zagubione nagranie tego ostatniego zespołu lub obcujemy ze świeżym singlem promującym najnowszy krążek The War On Drugs.



W dalszej części płyty "Into The Burning Blue" bywa podobnie, choć jej autorzy dołożyli starań, żeby zróżnicować tempo i przyciągnąć uwagę odbiorcy. Wydatnie w tym pomógł producent Craig Hendrix, z grupy Japanese Breakfast. To właśnie on zaproponował, żeby na płycie Trace Mountains spróbować wyczarować brzmienie dominujące w latach osiemdziesiątych, nawiązujące do płyt Bruce'a Springstina, Toma Petty (szczególnie krążek "Wildflowers"), czy The Cure z tamtego okresu. 

Dave Benton wcześniej uzupełniał skład zespołu LVL UP, był także współzałożycielem znanej czytelnikom bloga wytwórni Double Double Whammy (recenzowałem kilka wydawnictw z katalogu tej oficyny). Album Trace Mountains zatytułowany "Lost In Country"(2020), zyskał bardzo pochlebne recenzje w prasie branżowej. Listę kompozycji tego wydawnictwa zamykała odsłona "Turn To Blue", jakby nieświadoma zapowiedź nadchodzących wydarzeń. Trzeba wiedzieć, że inspiracją do powstania najnowszej propozycji amerykańskiego twórcy było zakończenie ośmioletniego związku. "Ponad połowa piosenek powstała zaraz po rozstaniu. Po prostu starałem się stworzyć jakąś twórczą rutynę, żeby poczuć się dobrze" - oświadczył Benton. 

Ból, żal, próba pogodzenia się ze stratą i rozpoczęcie kolejnego etapu. Ten ostatni element szczególnie akcentowany przewija się w metaforycznych tekstach Dave'a Bentona. 



Mamy w nich podróż, wspomniane wcześniej i sugestywnie odmalowane przez muzykę "Bycie w drodze", przypominanie minionych kluczowych momentów życia. "Tak łatwo można zatracić się w szczegółach własnej egzystencji, a przy okazji stracić istotne rzeczy". Podróż jak w przywoływanym na początku "In A Dream", przez kolejne fazy snu, a jednocześnie próba wyrwania się z jego mrocznych czeluści. Podróż z ciemności do światła, choćby miało być ono tylko kolejną złudną nadzieją. Jakby autor tych tekstów chciał przywołać zdanie z powieści Ann Prachet - "Stany zdumienia": "Zawsze czujemy się lepiej, gdy zmierzamy w stronę domu". Odsłona "In A Dream" zawdzięcza inspiracje pewnej audycji, w trakcie trwania której psychologowie próbowali analizować sny pod kątem ukrytych w nich znaczeń. 

To, co niemal od samego początku rzuca się w oczy, to światło bijące z kolejnych odsłon albumu "Into The Burning Blue". Jasne, ciepłe, a nawet długimi fragmentami kojące strumienie, które łagodzą żal po nieoczkiwanej stracie. Pomimo takich, a nie innych okoliczności, jakaś pozytywna aura unosi się nad tymi nagraniami, wyczuwalna szczególnie w: "Crawling Back To Yotu", '"Hard To Accept", "Melt", który ma coś z atmosfery albumu "High" grupy The Blue Nile. W utworze "Gone&Done" może przypomnieć się tom Pettyy (choć nie jestem szczególnym wielbicielem i znawcą jego twórczości). W kolejnych kompozycjach tego bardzo udanego wydawnictwa mogą pojawić się skojarzenia z takimi artystami jak: Sufjan Stevens, Kurt Vile, czy Neutral Milk Hotel.

Album "Into The Burning Blue" to kolejny znaczący krok w rozwoju amerykańskiej grupy, ale również udana próba odejścia od charakterystycznego dla poczynań Dave'a Bentona idiomu, zawartego na dwóch pierwszych płytach "A Partner To Lean On", "Buttery Sprouts & Other Songs".

(nota 7.5-8/10)

 


Pewnie znacie już na pamięć najnowszy singiel zespołu The Cure, dlatego strefę "Dodatków" zaczniemy dziś niezbyt typowo, bowiem zajrzymy do naszych południowych sąsiadów. Z Czech wywodzi się Misha Chilkova, choć obecnie mieszka w Londynie, i to również tam 15 listopada opublikuje swoją płytę "Dancing At Te Same Dance". Oto singiel promujący to wydawnictwo.



Kolejnymi znajomymi z Londynu będzie duet Deary, który 1 listopada wyda wyczekiwany przez niektórych album zatytułowany "Aurelia". Nagrań dokonano w studiach 4AD i Bella Union, a całość zremasterował Simon Scott (Slowdive).



Skoro padło nazwisko Simona Scotta, warto odnotować, że jego nowy projekt nazywa się Three Quartet Skies, a tytuł niedawno wydanej płyty brzmi "Fade In".



Zawsze bliski Erlend Oye z duetu Kings Of Convenience jakiś czas temu przypomniał o sobie albumem "La Comitiva".



Z Irlandii pochodzi grupa Telebox, która niedawno opublikowała epkę zatytułowana "When Nights Turns Into Day". Oto mój ulubiony fragment.



Szybka podróż do Francji. Z miasta Nancy pochodzi Jerome Didelot, lider zespołu Orwell. 25 października grupa opublikuje nowy album "Simple Minded". Oto pełen uroku singiel z tego wydawnictwa.



Paryż to również siedziba grupy Winter Family, który przed tygodniem opublikował album "On Beautiful Days".



Przed Wami dwa NAGRANIA TYGODNIA. Pierwsze, dość oczywiste, pochodzi z wydanej wczoraj, bardzo udanej płyty - ciekawe aranżacyjne pomysły, sporo intrygujących rozwiązań - grupy The Smile - "Cutouts".



Drugie NAGRANIE TYGODNIA to spora niespodzianka, przynajmniej dla mnie, bo jestem zaskoczony, że nowy singiel zespołu TARWATER, który zapowiada listopadową premierę albumu "Nuts Of Ay", ( 22 listopad), brzmi tak wybornie!



W "Sekcji improwizowanej" zajrzymy do Francji, miasto Albi, skąd pochodzi Nicolas Repac, który niedawno opublikował wydawnictwo zatytułowane "Gramophonie".



W Nowym Yorku funkcjonuje i tworzy saksofonista Darius Jones, który wczoraj opublikował płytę "Legend Of E'Boi (The Hypervigilant Eye)".




sobota, 22 czerwca 2024

MIKE LINDSAY - "SUPERSHAPES VOLUME 1" (Moshi Moshi Music) "Sekretne życie mebli"

 

    "Rzeczywistość, uczy Arystoteles, staje się przed człowiekiem sama przez się, i sama mu się narzuca". Tymczasem Edmund Husserl wskazywał, że świat składa się z fenomenów (czystych wrażeń) oraz istoty każdego z nich. "Żeby uchwycić istotę stołu i każdej innej rzeczy, nie możemy ograniczać się tylko do widoku jednego zmysłowego obiektu. Musimy w wyobraźni przerobić niejako różne jego wariacje". W kontekście fenomenologii Husserla kluczowe stają się pytanie: "Co się jawi? Jak się jawi? Komu się jawi?".

Tak się złożyło, że to również stół - stary, zrobiony z francuskiego dębu, stojący pośrodku kuchni - pojawił się jako główny obiekt na horyzoncie zdarzeń, czyli był jednym z przedmiotów, który zainspirował brytyjskiego muzyka Mike'a Lindsaya. Pewnie kilku stałych Czytelników bloga słyszało już gdzieś to nazwisko. Przypomnę tylko krótko, że to znany producent, laureat nagrody Mercury Music Prize, współtwórca zespołu Tunng (pionierzy gatunku "Folktronika"), druga połowa duetu LUMP (pierwsza to Laura Marling), wyprodukował albumy Jona Hopkinsa, Guya Garveya, Tinariven, Elizabeth Fraser, Anny B Savage, czy naszego dobrego znajomego Williama Doyle'a. Tak się złożyło, że to widok stołu, wprawdzie innego, ozdobił także okładkę debiutanckiego albumu Lindsaya  "Supershapes Volume 1", który ukazał się przed tygodniem.




"W tym czasie moja żona Lily pisała pracę magisterską na temat obiektów posiadających świadomość. Rozmawialiśmy o tym każdego dnia i zaczęło przenikać to do mojej pracy. Pomyślałem sobie, że tytułowe "super-kształty" mogą być przedmiotami, które nas kształtują"  - tyle Mike Lindsay. Kolejnymi, niejako pobocznymi wątkami debiutanckiego wydawnictwa brytyjskiego producenta, była magia ukryta w rytuałach codzienności, atmosfera panująca w domu, którą współtworzą zgromadzone w nim przedmioty. Stąd w tkance aranżacyjnej, którą wypełnia miękka elektronika subtelnie połączona z elementami ze świata jazzu (klarnet, saksofon), znajdziemy mnóstwo rozmaitych sampli, ścinek, drobnych dźwiękowych cytatów. Wśród nich pojawił się zapis stukania w meble, który Mike Lindsay zarejestrował w sklepie meblowym w Cliftonville. Tak przygotowany zestaw starannie zmiksował we własnym studiu "MESS" (Mike's Exellent Sound Space), do którego zaprosił kolejnego naszego dobrego znajomego saksofonistę Rossa Blake'a, Roberta Stillmana, wokalistkę i przyjaciółkę Annę B Savage (wyprodukował jej ostatni album "In Flux", 2023) oraz perkusistę Adama Bettsa.

Wiele z tych dziesięciu kompozycji, które wypełniły album "Supershapes Volume 1", powstały przy starym dębowym stole. W początkowych zamierzeniach miał to być jedynie instrumentalny projekt, jednak spotkanie dwóch saksofonistów Balek'a i Stillmana, zmieniło sposób postrzegania koncepcji płyty. 



Oprócz mebli, ważnym elementem był... widoczny na zdjęciu ogórek, wspomniany już przy okazji nieco słabszego, moim zdaniem, singla promocyjnego najnowszego wydawnictwa "Pretender To Surrender" oraz w "Kachumber", czyli jak twierdzi autor: "najpiękniejszej piosence o robieniu sałatki z ogórków". W tekście znajdziemy fragmenty z książki kucharskiej "Dishoom", którą Lindsay otrzymał jako prezent pod choinkę. Mowa tutaj o przepisie na sałatkę z ogórków. "W zasadzie to jedyny przepis z tej książki, który tak naprawdę potrafię przygotować". W tym utworze pierwotnie miał pojawić się głos Roberta Wyatta, ale ten po przesłuchaniu piosenki stwierdził, że wokaliza Mike'a Lindsaya brzmi w tym fragmencie świetnie. Podobno podczas koncertów będzie można skosztować sałatki ogórkowej przygotowanej na scenie.

Muzycznie album "Supershapes Volume 1" stanowi połączenie eksperymentalnej indie-elektroniki ze światem swobodnej improwizacji. Słychać tu i czuć dość wyraźnie rękę producenta, nawyk lepienia i wklejania rozmaitych dźwiękowych drobiazgów, a przy tym całkiem sporo frajdy. Przy okazji udanego otwarcia "Lie Down" (zwrot powielany przez różne głosy otwiera to wydawnictwo oraz je zamyka), mogą przypomnieć się kompozycje recenzowanego na łamach bloga Snowpoet, a także echa dokonań Josepha Shabassona i Nicolasa Krgovica. W pamięci pozostaje ciekawie zaprojektowana polifonia ludzkich głosów, rozpięta na tle rytmicznych pociągnięć basu i saksofonowych ozdobników. Trzeba również wspomnieć, że w tym specyficznym dźwiękowym otoczeniu świetnie odnalazł się charakterystyczny głos wokalistki Anny B Savage, przynoszący wraz z sobą powiew dawnych lat, głównie za sprawą delikatnego vibrato. Jedynie w odsłonie "Do What" zastąpiła ją Lily Buchanan. 

Największym "przebojem" tego udanego wydawnictwa wydaje się być świetny "Table", który zabrzmiał na początku dzisiejszego spotkania. Warto powiedzieć, że właśnie od tej kompozycji wszystko się zaczęło - cała zmiana koncepcji płyty, z instrumentalnych fragmentów na nieco bardziej piosenkowe formy, z wyeksponowaną wokaliza Anny B Savage. "Table" przypomniał mi najlepsze momenty albumu "Your Wilderness Rvisited" - Williama Doyle'a (recenzja na blogu). Jego ostatni wydany na początku tego roku krążek "Spings Eternal" współprodukował Mike Lindsay, choć moim zdaniem nie jest to udana propozycja. W odróżnieniu od płyty "Supershapes Volume 1", którą oczywiście gorąco Wam polecam. 

Ps. Znany już jest główny temat kolejnego albumu "Supershapes Volume 2" - będą nim budynki; "Szczególnie jeden, w którym mieszkałem dwadzieścia pięć lat temu, tuż po przeprowadzce do Londynu" - oznajmił Mike Lindsay.

(nota 7.5/10) 


 


Sekcję "Dodatki..." rozpocznie dziś kolejny, gdyż jeden już prezentowałem, singiel zapowiadający wrześniową premierę albumu Efterklang - "Things We Have In Common".



Do Peru zaglądamy bardzo rzadko, jest więc okazja, żeby nadrobić zaległości. Grupa Los Membrillos zgrabną piosenką zapowiada nadejście epki.



Z Londynu pochodzą nasi znajomi - Ben Easton i Rebecca "Dottie" Cockram, którzy tworzą duet Deary, oto ich nowy singiel.



Z miasta Rochester pochodzi amerykańska grupa Joywave, która niedawno opublikowała album zatytułowany "Permanent Pleasure". Oto mój ulubiony fragment.



W katalogu oficyny Full Time Hobby znajdziemy ostatni album zatytułowany "Hahaha...",brytyjskiego artysty, który ukrywa się pod pseudonimem Canty.



Na Brooklynie rezyduje Iris James Garrison oraz jej zespół Blomsday, którzy dwa tygodnie temu opublikowali album "Heart Of The Artichoke".



Kolejna artystka pochodzi z Francji, mowa o Morgane Imbeaud, która kilka dni temu wydała płytę zatytułowaną "The Lake".



Następna francuska artystka mieszka w Szwecji - cóż, że ze Szwecji - Alba James. Oto fragment z jej ostatniego singla.



Na deser - gdyby mimo wszystko komuś mało było kobiecych głosów - aż dwie śpiewające panie reprezentujące Niemcy (Hamburg), które w młodości nasłuchały się płyt zespołu Cocteau Twins, stąd taka, a nie inna nazwa - Garlands. Oto ich najnowszy singiel.



W "Kąciku improwizowanym" na dobry początek oktet pochodzący z Teneryfy - Gaz & The Love Supreme Arkestra, który wczoraj opublikował płytę "Ganzfeld". Oto moja ulubiona kompozycja.



Przeniesiemy się do miasta Nashville w stanie Tennessee, skąd pochodzi nasz znajomy z poprzednich wpisów artysta - Rich Ruth. Wczoraj opublikował album "Water Still Flows".