Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joseph Shabason. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joseph Shabason. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2026

BROKEN SOCIAL SCENE - "REMEMBER THE HUMANS" (City Slang Rec.) "Piosenki, które nauczyły się zestarzeć"

 
    Przyznam, że nie jest łatwo napisać kilka słów o jednym z ulubionych zespołów. Był czas, coraz bardziej odległy, okolice 2002 roku, tuż po wydaniu płyty "You Forgot It People", a potem kolejnej, kiedy zapytany: "Jaki jest obecnie twój ulubiony indie-rockowy zespół?", musiałbym odpowiedzieć zgodnie z prawdą i bez większego zawahania, że to Broken Social Scene. Od tego czasu sporo się zmieniło, a kanadyjska formacja oraz jej członkowie, którzy przewinęli się przez ten dość szeroki skład, przeszli sporą drogę. Wydaną wczoraj płytę zatytułowaną "REMEMBER THE HUMANS", słucham więc nie tylko jako kolejnego albumu w dyskografii, ale również jako rozdziału w długiej, osobistej historii.





Oczywiście nie jest to ten sam żywiołowy kolektyw, który kiedyś brzmiał jak spontaniczne spotkanie grupki przyjaciół -  w tym również tkwiła ich siła - zamkniętych w studiu nagraniowym na kilka bezsennych nocy i dni. Tamta młodzieńcza energia gdzieś wyparowała, a może ustąpiła miejsca czemuś bardziej refleksyjnemu, nieco spokojniejszemu, ale przez to wcale nie uboższemu. 

Pierwsze minuty nowej płyty "Remember The Humans" przynoszą to znajome uczucie - warstwowość dźwięku, odrobinę kontrolowanego chaosu. Gitary nadal zgrabnie się przeplatają, wokale pojawiają się i znikają ( przez studio przewinęło się sporo zaproszonych przyjaciół i gości - Leslie Feist, Hannah Georgas, Lisa Lobsinger). Trochę tak, jakby ktoś próbował uchylić drzwi do dobrze znanych pokoi. A jednak jest w tym wszystkim nieco więcej przestrzeni, być może muzycy przez te wszystkie lata nauczyli się - dziewięć minęło od wydania poprzedniego albumu - że cisza miedzy dźwiękami również coś znaczy. 

Najbardziej może uderzyć nastrój całej płyty - delikatnie melancholijny, momentami odrobinę rozliczeniowy. To już nie jest banda szalonych młodzieńców, próbujących podbić świat swoim unikalnym brzemieniem. To rodzaj grupy, która potrafi spojrzeć wstecz i robi to bez nadmiernego patosu i smętnej goryczy. Duża w tym zasługa producenta Davida Newfelda, tego samego, który był odpowiedzialny za brzmienie pierwszych płyt. Powrót do tej współpracy słychać niemal od razu - w tej charakterystycznej, lekko rozmytej, jednocześnie ciepłej produkcji. To nie jest kolejna próba odtworzenia przeszłości jeden do jednego. Tylko świadome sięgnięcie po język, którym kiedyś kanadyjska formacja wyrażała się najpełniej. 







Co ciekawe tym razem wszystko zaczęło się dość niepozornie. Do ponownego spotkania Kevina Drew (gitara, śpiew) oraz producenta Davida Newfelda doszło przypadkiem. Po latach panowie zamieszkali niedaleko od siebie. I jak to często bywa w takich przypadkach, wystarczyła jedna rozmowa, kilka wspomnień - nagle okazało się, że wciąż mają sobie coś do powiedzenia. Obydwaj panowie w ostatnim czasie stracili matki, co również odbiło się na charakterze tego wydawnictwa. 

Niektóre utwory brzmią jak echo dawnych najbardziej udanych płyt (okres 2002 - 2005) przefiltrowane przez aktualne możliwości zespołu. Słychać to szczególnie w najlepszej, środkowej części tego albumu. Takie fragmenty jak "Relief" - ma w sobie znajomy puls, czy "Think Of You" - przynosi wraz z sobą powiew melancholii, charakterystycznej dla najlepszych momentów kanadyjskiej formacji. Melancholii ludzi, którzy wiedzą już, że niektóre rzeczy właśnie dlatego pozostają z człowiekiem na całe życie, ponieważ wydarzają się tylko raz, w konkretnym miejscu oraz czasie, i już nigdy nie wrócą w tej samej formie. 

Mój ulubiony "The Briefest Kiss" to jeden z tych utworów, gdzie czas nagle zwalnia i przez chwilę zespół znów brzmi tak, jakby grał instynktem, a nie doświadczeniem. Ta kompozycja ma w sobie jakąś kruchość, której nie da się łatwo zaplanować czy wyprodukować - przypomina przypadkowo uchwycony moment między udaną próbą a jej rozpadem. A potem przychodzi "Life Within The Ground", który odbieram niemal jak ciche dokończenie wcześniejszej kompozycji. Słuchając tej  części płyty miałem wrażenie, jakbym oglądał stare fotografie ludzi, których kiedyś widywałem niemal codziennie. Nie wszystko jest wciąż ostre, część emocji się rozmyła, ale być może również dlatego wciąż to działa. 








Tytuł płyty - "Remember The Humans" - to konsekwencja żartu Charlesa Spearina, który stwierdził, ze gdyby sztuczna inteligencja miała nadać nową nazwę klasycznemu i wspomnianemu dziś przeze mnie albumowi "You Forgot It In People", brzmiałoby to właśnie jak "Remember The Humans".  Oczywiście nie ma na tej płycie już tyle młodzieńczej erupcji emocji, która sprawiała, że wiele piosnek Broken Social Scene brzmiało jak odkrywanie nowego lądu. Zamiast tego dostajemy muzykę ludzi dojrzałych, którzy przeżyli już drobne wzloty,  mają za sobą upadki w życiu osobistym, doświadczyli ulotnych chwil szczęścia oraz prywatnych dramatów. 

W tym kontekście warto wspomnieć, że cała ta "niezależna scena z Toronto", z tamtego początkowego okresu, była jednocześnie artystycznym kolektywem i siecią intensywnych emocjonalnych relacji (Kevin Drew romansował z Leslie Feist, itd.). Może również dlatego te starsze wydawnictwa przedstawicieli tej sceny brzmią tak organicznie - tam grupa bliskich sobie osób naprawdę próbowała wspólnie przeżyć swoje 20-ste i 30-ste lata. Co ciekawe, pomimo rozstań, drobnych kłótni i nieporozumień, członkowie tej "sceny"  zachowali dobre relacje i dalej współpracowali przez długi czas. 

Może z tej przyczyny "Remember The Humans" pozostawia po sobie tak dziwne, trudne do jednoznacznego opisania uczucie. To nie jest wielki powrót zespołu, który znów chciałby zmieniać świat, czy definiować nowe pokolenie indie-rocka. Ten moment już minął - a grupa doskonale o tym wie. Zamiast desperacko ścigać własną legendę, Broken Social Scene nagrali płytę osób, którzy nauczyli się żyć z upływem czasu, nie tracąc wiele z dawnej wrażliwości. 

I kiedy po raz kolejny w moich uszach wybrzmiewają leniwe takty "The Briefest Kiss", trudno, żebym nie pomyślał o wszystkich tych latach spędzonych z ich muzyką - o domach, których już nie ma, o miejscach, które zarosły kurzem niepamięci, o znajomościach, które nie przetrwały próby czasu, nocnych spacerach zbyt ważnych, żeby je zapomnieć. Te emocje nie zniknęły. Po prostu brzmią dziś nieco inaczej. Im dłużej obcuje z wydanym wczoraj albumem, tym bardziej jestem skłonny powiedzieć, że piosenki Broken Social Scene nauczyły się starzeć razem z nami.

(nota 7.5/10)

 




Miasto Preston w Wielkiej  Brytani jest siedzibą dobrze nam znanej grupy - WHITE FLOWERS, zajrzymy na ich niedawno wydany album  zatytułowany " Dreams For Somebody Else", który kończy się tak wybornie.






Wizyta w Szwajcarii przyniesie kolejne spotkanie z moją ulubioną wokalistką z tego regionu - AINO SALTO - która niedawno opublikowała nową epkę. Oto mój ulubiony fragment.





Kolejni nasi znajomi reprezentują Danię, mam tu na myśli grupę SSSIV. Wczoraj ukazał się ich nowa całkiem udana płyta zatytułowana "SSSIV 2".





Raz jeszcze Wielka Brytania, miejscowość Fareham, która jest siedzibą formacji THE MUSIC LIBERATION FRONT SWEDEN, która niedawno opublikowała album zatytułowany "LOST HOPE SOCIETY".




 

W marcu ukazało się wznowienie płyty mało znanej grupy INRAIN - zatytułowanej "RISE". To właściwie duet, który przed laty tworzyli Rudy Tambala z grupy A.R. KANE oraz Alison Show z formacji CRANES, nagrania pochodzą z 1990 roku. Cudeńko!





Skoro w dzisiejszej odsłonie bloga głównym wątkiem była scena kanadyjska, sprawdźmy, co robi jeden z jej współczesnych reprezentantów - NICHOLAS KRGOVICH. Wczoraj ukazała się jego płyta "Boss Tape", a 12 czerwca pojawi się kolejna "Four Days In June" w duecie z naszym dobrym znajomym, saksofonistą Jospehem Shabasonem.  Oto jej fragment. Taki czerwiec to ja rozumiem!!






MISS TYGODNIA - znów Skandynawia, reprezentanci Kopenhagi, którzy od kilku dni wypełniają mi wolny czas. Czyli grupa BENDING BACKWARDS oraz ich znakomity!!!! nowy singiel.


  



KĄCIK IMPROWIZOWANY -  po raz kolejny zawitamy do Kopenhagi, żeby spotkać duet Johanna Borchert & Miles Perkin, fragment pochodzi z albumu "The Match".







Tym razem Chicago i płyta, na którą czekam, 19 czerwca ukaże się album "The St.Louis Session", formacji BLUE EARTH SOUND, znamy już pierwsze wyborne nagranie!!







sobota, 17 maja 2025

QUADE - "THE FOEL TOWER" (AD93 Rec.) "Ważna jest każda sekunda - czyli dekonstrukcja"

 

     W jednej z nielicznych recenzji, które można napotkać, płyty "The Foel Tower" brytyjskiej formacji QUADE, dziennikarz użył niegdyś modnego określenia "Dekonstrukcja", i odniósł je do gatunku post-rocka. W filozofii to pojęcie wiąże się z pracami Jacquesa Derridy, który zaczął posługiwać się nim w latach sześćdziesiątych. Odnosił je do prób interpretacji tekstu, jako sposobu podkreślania przeciwstawnych ujęć.  Twórcy szeroko pojętej kultury popularnej przyswoili je znacznie później, umieszczając ów termin w różnych możliwych kontekstach. Mieliśmy więc do czynienia, z dekonstrukcją tego lub tamtego, choć w wielu wypadkach nic szczególnego się nie wydarzało. Ot, po raz kolejny ktoś postanowił użyć popularnego, czy dobrze brzmiącego słowa. Trafnie próbował je przybliżyć krytyk literacki J.Hillis Muller - "Dekonstrukcja nie jest demontażem struktury tekstu, ale udowodnieniem, że już od samego początku była zdemontowana. Jego pozornie solidny fundament nie jest twardą skałą, lecz rzadkim powietrzem". Warto zapamiętać, że dekonstrukcja to także szukanie ukrytych założeń, momentów pęknięć tekstu, niespójności, wieloznaczności, itd.

Jeśli chodzi o przypadek angielskiego dziennikarza, to muszę przyznać, że ze swoją metaforą trafił całkiem dobrze. Grupa Quade rzeczywiście używa elementów kojarzonych z estetyką post-rocka, ale próbuje umieścić je w nowym kontekście. Ich metodologia działania opiera się na posługiwaniu skrajnościami. Tworzą w ten sposób "klasę kontrastu" - "głośno/cicho", "głęboko/płytko", "szeroko /wąsko", "szybko/wolno" itd. Jakby tego nie interpretować, w ostatecznym rozrachunku i tak liczy się głównie efekt końcowy. A ten, w przypadku płyty "The Foel Tower", okazał się bardzo intrygujący.





Formacja Quade to również ten przypadek, kiedy czwórka chłopaków, którzy znali się w dzieciństwie, spotyka się raz jeszcze po latach. Tyle, że efekty tego spotkania tym razem są bardzo wymowne. Nazwa QUADE po raz pierwszy pojawiła się, kiedy młodzieńcy podziwiali uroki południowej Francji, z perspektywy foteli mknącego niczym strzała białego Forda Escorta. "To był dość obskurny i dziki wypad kampingowy" - wspominał wokalista Barney Matthews.

 Charakterystyczna przestrzeń i konkretne miejsce czasem wywiera wpływ na twórczość artystyczną. Wspominałem o tym przy okazji postaci Annie Hogan, kiedy przywołałem pojęcie "Genius loci". W przypadku najnowszego wydawnictwa grupy QUADE, była to malowniczo położna walijska dolina - Elan Valley. To właśnie tam znajdziemy Foel Tower, rodzaj zabytkowej wieży, zakończonej metalową kopułą, połączonej z mostem/zaporą  - Garreg Ddu. Specjalny zbiornik, pompy oraz układ rur, rozprowadzają wodę po całej okolicy.






Podstawą do rozpoczęcia prac nad nowym albumem były nagrania terenowe dokonane przez perkusistę Leo Fini. W dalszej kolejności pojawiły się pierwsze drobne motywy muzyczne, które zostały systematycznie rozwijane, również na zasadzie swobodnej improwizacji, szczególnie jeśli chodzi o partie skrzypiec. Od samego początku obcowania z tym materiałem warto zwrócić uwagę na świadomość celu i konsekwencję, z jaką muzycy tworzą następne partie kompozycji. To ostatnie słowo bywa nadużywane we wszelkiej maści recenzjach. Jednak jeśli chodzi o przypadek grupy QUADE, jest w pełni uprawnione, gdyż brytyjski zespół bardziej tworzy pełnowymiarowe kompozycje niż rockowe utwory.





Od samego początku płyty "The Foel Tower" mogą przypomnieć się dokonania wspaniałego niegdyś zespołu  Bark Psychosis, na którego twórczość chętnie powołują się członkowie formacji QUADE. Pozostałe inspiracje to: Fridge, Slint, Movietone czy Bill Callahan. W tym przypadku chodzi głównie o realizacje brzmienia zestawu perkusyjnego. W muzyce grupy z Bristolu znajdziemy sporo celowych zatrzymań, wymownych przystanków, ale też mocniejszych akcentów oraz grania ciszą. Ciężko znaleźć drugi taki zespół, który nawiązując do post-rockowej estetyki tak chętnie wykorzystywałby pauzę. Tam, gdzie inni artyści odkręcają pokrętła gitarowych wzmacniaczy, tam członkowie QUADE z rozmysłem zwolnili tempo, powściągnęli emocje, co pokazuje także fragment zatytułowany "See Unit", przy okazji ulubiony utwór wokalisty. Mamy tutaj do czynienia z minimalizmem na poziomie aranżacji. Muzycy celowo używają mniej środków stylistycznych, żeby, jak podkreślają, łatwiej nad mini zapanować, a tym samym poświęcić każdemu z nich większą uwagę. Dzięki takiemu podejściu każda sekunda na albumie "The Foel Tower" zyskuje na znaczeniu.

Można bez przeszkód powiedzieć, że panowie z Bristolu wyspecjalizowali się w graniu ciszą. Widać całkiem wyraźnie, że nie obawiają się braku dominujących  dźwięków, konkretnego motywu. Dlatego tak chętnie wstrzymują oddech, albo robią głębokiego zanurzenie. Z drugiej strony potrafią cierpliwie budować, a potem podtrzymywać napięcie, co słychać w znakomitym "Nannerth Ganol" (tytuł odnosi się do miejsca, gdzie nagrywano kolejne kompozycje).Przy okazji tej wymownej odsłony mogą pojawić się skojarzenia, z obrazami filmowymi lub fragmentami twórczości grupy M83, którzy z kilku prostych dźwięków potrafili wyczarowywać podobną atmosferę.

 Na płycie "The Foel Tower" napotkamy także naleciałości folkowe, wyraźnie obecne w "Canada Geese", głównie za sprawą wspomnianej już wcześniej improwizowanej partii skrzypiec. Trzeba przyznać, że płyta "The Foel Tower", jest ciekawszą i dojrzalszą propozycją niż debiutancki krążek zatytułowany "Nacre" (2023), nieco bardziej osadzony w post-rockowych ramach, choć także bardzo swobodnie potraktowanych. 

(nota 7.5-8/10)

 




Na dobry początek naszej wyliczanki ostrzeżenie,... żeby uważać na lizaki. Belgijska grupa DRUUGG i energetyczny fragment z niedawno opublikowanej płyty "LOST".





Pozostaniemy w obrębie jamy ustnej. W Oksfordzie możemy spotkać członków formacji Low Island, którzy kilka dni temu opublikowali nowy singiel.





Po wielu latach przerwy przypomniała o sobie duńska formacja Lampshade, która kilka dni temu opublikowała nowy singiel.



Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta Matta Maltese, zatytułowana "HERS". Wyszedł z tego całkiem przyjemny album.




Również w dniu wczorajszym ukazał się koncertowy album kolejnego naszego znajomego Alexa Henry Fostera - "Night Fall Ritual". Płyta stanowi zapis występu, który miał miejsce w Kolonii 27 lipca 2024 roku.




Przed nami strefa coverów. Cztery dni temu nasz dobry znajomy saksofonista - Joseph Shabason i także znajoma wokalistka Dawn Richard, opublikowali nową wspólną piosenkę, którą fani muzyki powinni rozpoznać.





Francuska grupa ASTRID oraz wokalista Sylvain Chauveau także spróbowali swoich sił w repertuarze innych artystów, głównie śpiewających pań - Niny Simone, Nancy Cinatry, Beth Gibbons, Kate Bush, Lany Del Ray, itd. Tak powstał album "Cover Songs". który ukaże się 18 lipca. Oto singiel promujący to wydawnictwo.




Kolejni znajomi to prezentowany już niegdyś duet z miasta Taos (stan Nowy Meksyk) - Tan Cologne. 20 czerwca ukaże się ich nowy album zatytułowany "Unknown Beyond". Oto singiel promujący to wydawnictwo.





MISS TYGODNIA -  podejdzie do nas tanecznym krokiem, należy do Luke'a Lalonde oraz jego kanadyjskiego zespołu Born Ruffians, który w ten sposób zapowiada nowy album "Beauty's Pride", premiera 6 czerwca.





KĄCIK IMPROWIZOWANY - rozpocznie przedstawiciel londyńskiej sceny jazzowej, czyli międzynarodowy kolektyw Ebi Soda oraz ich nowy singiel, który zapowiada album "Frank Dean And Andrew", premiera 19 września.




Wczoraj ukazała się ciekawa płyta "Silentropia", do której będę jeszcze powracał, fińskiego kwartetu, reprezentującego miasto Helsinki, czyli Symbiocene.




sobota, 5 listopada 2022

OLD FIRE - "VOIDS" (Western Vinyl) "Ezoteryczny Teksas"

 

   "Nie zaszkodzi mieć w sobie trochę Teksasu" - oświadczył, w typowym dla siebie stylu, Frank Underwood, w jednym z odcinków serialu "House Of Cards". Pewnie pod tym stwierdzeniem chętnie podpisałby się producent i muzyk John Mark Lapham, założyciel i pomysłodawca projektu Old Fire, który właśnie z Teksasu pochodzi. W tym drugim pod względem powierzchni oraz ludności stanie USA znajduje się miasto Abilene, gdzie mieszkał i dorastał późniejszy autor albumu "Voids". Region znany jest z surowych zasad i konserwatyzmu, przewijającego się na różnych poziomach ludzkiej egzystencji. Może dlatego Lapham opuścił rodzinne strony i wyruszył w długą podróż, żeby ostatecznie na dziesięć lat znaleźć bezpieczną przystań w nieco bardziej otwartym i tolerancyjnym Manchesterze. To tam zawiązał trwałe przyjaźnie, nawiązał kontakty, które pomogły mu w rozwoju artystycznym. 

Początki zwykle bywają trudne - "Dzieliłem kawalerkę ze szczurami i biesiadowałem w Rushome's Curry Mile". W czasie pomiędzy pochłanianiem posiłków, a tępieniem gryzoni, brzdąkał w grupie The Earlies, ich debiutancka płyta "These Were The Earlies" ukazała się w 2005 roku. Wraz z Micahem P. Hinsonem pod nazwą The Late Cord przygotowywał zestaw nagrań dla wytwórni 4AD. Potem była współpraca z Davidem Stithem, chwilowa obecność w zespole Mien i The Revival Hour. Spotkanie z dawnym szefem wspomnianej wcześniej oficyny 4AD - Ivo Watts Russellem było spełnieniem młodzieńczych marzeń (jako nastolatek Mark słuchał płyt Cocteau Twins, Dead Can Dance, This Mortal Coil czy Japan). Jakiś czas później Lapham powołał do życia projekt Old Fire. Podczas prac nad debiutanckim albumem "Songs From The Haunted South", w studiu nagraniowym pojawili się koledzy z grupy The Earlies, Gem Club, Thor Harris (Swans), i mój niegdyś ulubiony Warren Defever (His Name Is Alive). Oprócz własnych utworów Lapham wrzucił na warsztat interpretatora kompozycje Psychic Tv, Low, Iana Williama Craiga, Jasona Moliny czy zespołu Shearwater. Twórcą okładki tego wydawnictwa był zdobywca nagrody Grammy, i nadworny grafik oficyny 4AD - Vaughan Oliver, mający na swoim koncie współpracę z takimi gwiazdami sceny alternatywnej jak: Dead Can Dance, Cocteau Twins, Mojave 3, This Mortal Coil, Pixies, His Name Is Alive czy David Sylvian. Niestety artysta odszedł pod koniec grudnia 2019 roku.



Na okładce debiutanckiego albumu Old Fire - "Songs From The Haunted South" wykorzystano stare zdjęcie (1958 rok) pochodzące z rodzinnego albumu Laphama, które przedstawiało jego ojca. Rodzice amerykańskiego muzyka zmarli całkiem niedawno, również życie osobiste przyniosło nagły kres dwóch intymnych relacji. Wszystko to odcisnęło się na kondycji mentalnej twórcy i znalazło odbicie w kompozycjach zamieszczonych na najnowszej płycie "Voids". Nad jego poszczególnymi odsłonami unosi się nostalgiczny nastrój, zabarwiony fazami niepokoju lub pogłębionego smutku. Dominuje leniwe tempo, na którym osadzono indie-folkowe pieśni lub wykreowano ambientowe przestrzenie. Pośród wokalistów, którzy zgodzili się ozdobić swoim głosem kolejne kompozycje znajdziemy sporo naszych dobrych znajomych - Adam Torres, Julia Holter, Bill Callahan i Emily Cross. W moim odczuciu ta ostatnia artystka chyba wypadła najciekawiej, bowiem świetnie zaaranżowany "Blue Star" jest jednym z najlepszych nagrań tego wydawnictwa. Emily Cross wraz z mężem Danem Duszyńskim tworzy duet Cross Record. W 2016 na łamach bloga recenzowałem ich płytę "Wabi-Sabi". Zwróciłem wtedy uwagę, że sympatyczna małżeńska para wyprowadziła się z Chicago, żeby osiąść na farmie w... Teksasie. Mark Lapham długo szukał wokalistki do tego nagrania, jak to nieraz bywa zadecydował przypadek, kiedy pewnego dnia usłyszał piosenkę zespołu Loma, w której zaśpiewała urocza Emily Cross. W ten sposób odnalazł brakujący element. Kolejnym mocnym punktem płyty "Voids" jest Bill Callahan, którego głos pojawia się w aż trzech kompozycjach. W zamyśle autora, w utworze "When I Was In My Prime" miał zaśpiewać Robert Wyatt, ale po braku odzewu z jego strony ostatecznie Thor Harris w prywatnej rozmowie podsunął nazwisko Callahana. Zaśpiewany przez niego "Don't You Go" pierwotnie był piosenką antywojenną, i pochodził z repertuaru Johna Martyna (krążek z 1981 roku). Lapham zainteresował się bliżej jego twórczością po rekomendacji Ivo Watts Russella. Z kolei "Corpus" powstał już dekadę temu, doczekał się przez ten czas kilkunastu wersji, i we wstępnych założeniach miał nosić tytuł "Mephisto". "Próbowałem wyobrazić sobie, jak zabrzmiałby zespół Talk Talk wyprodukowany przez Davida Lyncha" - oświadczył w jednym z wywiadów John Mark Lapham. 

Przyznam, że niezbyt przekonała mnie pieśń Julii Holter - "Windows Without A World" (nie dlatego, że nie lubię tej artystki, wprost przeciwnie), a właściwie to, co z nią zrobił amerykański producent. Ta piosenka pierwotnie została zamieszczona na jej albumie "Loud City Song" (2013). Wykorzystany w tej odsłonie krążka "Voids" vocoder nie należy do moich ulubionych studyjnych urządzeń. Ponoć Julia Holter po przesłuchania tej wersji nie grymasiła, nie kręciła nosem, i nie dostała czkawki, co więcej, była bardzo zadowolona. Nie wiem również, czy ten prosty, ale też dość drastyczny podział albumu, na część piosenkową oraz część instrumentalną, był najlepszym rozwiązaniem. Można było spróbować nieco inaczej połączyć ze sobą kolejne utwory. Z pewnością ambientowo-jazzowa końcówką płyty jest warta szczególnej uwagi. Wykorzystano tam całkiem sporo instrumentów, które nie manifestują zbyt głośno czy dosadnie swojej obecności. Usłyszymy tutaj między innymi gitarę Boba Hoffnara, klarnet - Thora Harrisa, saksofon - Josepha Shabasona (znów on!), trąbkę i flugelhorn - Matta Burke'a, wiolonczelę - Semay Wu, harfę - Audrey Harrer, perkusje -  Robba Kidda, czy bas - Robina Allendera.

(nota 7/10)

 


Powyżej zabrzmiał głos Emily Cross, dlatego skorzystam z okazji i powrócę do mojego ulubionego fragmentu wspomnianej już dzisiaj płyty "Wabi-Sabi", którą stworzyła w duecie z mężem, ukrywając się pod szyldem Cross Record.



Najwyższa pora przygotować się do zimy, wyciągnąć rękawiczki, poszukać czapki, podostrzyć łyżwy, żeby na gładkiej tafli lodu móc kreślić swobodne esy-floresy, przy okazji słuchając wybornego, w ostatnich dniach mojego ulubionego, singla grupy Bingo Club, który zapowiada album "Better Lucky Than Beautiful" (premiera w lutym 2023).


Mam nadzieję, że pozostaniecie w podobnym nastroju słuchając najnowszej piosenki duetu Blue Lupin. Pod nazwą ukrywa się wokalistka Joanna Wolfe i nieco bardziej znany producent Owen Lewis, który wcześniej przygotowywał ścieżkę dźwiękową do świetnego serialu "True Detective".



Z miasta Vendome położonego we Francji pochodzi grupa Primevere, którą dowodzi wokalistka i autor większości piosenek Romain Benard. Na ich  najnowszej płycie "II" znalazłem dla siebie taką oto urokliwą kompozycję. 



Ze Stillwater w stanie Oklahoma pochodzi nasz dobry znajomy Jesse Tabish, lider i wokalista grupy Other Lives. Jakiś czas temu opublikował on solowe wydawnictwo zatytułowane "Cowboy Ballads Part I". Fragment z tego albumu całkiem nieźle powinien dopełnić dzisiejszy nastrój.


Spoglądam na moje półki z płytami, i tak, wciąż na nich znajduje się kilka albumów grupy Yo La Tengo - ma się rozumieć tych najlepszych. Kto wie, może w lutym, a dokładniej mówiąc tuż po 10 dniu tego miesiąca, dołączy do nich nowy krążek zespołu zatytułowany "The Stupid World".



W kąciku improwizowanym przeniesiemy się do Australii, bowiem stamtąd pochodzi Jeremy Rose, saksofonista i klarnecista, który wraz ze swoim oktetem całkiem niedawno opublikował album "Disruption! The Voice Of Drums". Wybrałem z niego taki oto mój ulubiony fragment.


Saksofonista Michael Blake w towarzystwie kolegów - Stewart, Rojas, Bernstein, Gayton, Mednard - zaproponuje fragment z jego niedawno wydanej płyty "Combobulate".







sobota, 8 października 2022

THE ORIELLES - "TABLEAU" (HEAVENLY RECORDINGS) "Drogi ucieczki"

 

    "Nowoczesność" to termin, który dość często pojawia się przy okazji recenzji płytowych, tu i ówdzie czytamy o:"nowoczesnym brzmieniu", "nowoczesnym graniu", "nowoczesnych  pomysłach". Znakomita większość dziennikarzy używa tego słowa w pozytywnym kontekście, zderzając "bycie nowoczesnym", z tym, co stare lub tradycyjne, i w dużej mierze znane. Dawniej określenie to wykorzystywano charakteryzując wiek oświecenia i rozumu, dopóki... "płynna ponowoczeność", oraz jej orędownicy, nie wykazała jego uwikłań, ograniczeń i rozmaitych pułapek. Daleki jestem od tego, żeby pokusić się o próbę zdefiniowania, sami przyznacie, dość nieostrego pojęcia. Chodzi mi tu raczej o potoczne rozumienie słowa "nowoczesność". Myślę, że wielu z nas, nałogowych słuchaczy i tropicieli różnych dźwięków, potrafi intuicyjnie wyczuć rozmyty, ale jednak kształt tego, co inteligentnie i swobodnie wykracza poza ramy powszechnie obowiązujących gatunkowych norm. W tym kontekście element transgresji wydaje się być kluczowym, ale sporo też zależy od indywidualnego poczucia artysty, który dla własnych potrzeb, jakże często bezwiednie, kreśli rozmaite linie demarkacyjne.
 Odnoszę wrażenie, że dla Kurta Wagnera, i jego załogi z grupy Lambchop, bycie "nowoczesnym" od kilku wydawnictw płytowych wyraża się głównie poprzez wykorzystanie całego, coraz to bogatszego, arsenału środków technicznych, które oferuje aktualnie studio nagraniowe. Trudno nie zauważyć, że te cyfrowe zabaweczki, rozmaite elektroniczne dodatki, wszelkiej maści filtry czy modulatory, stały się dla amerykańskiego twórcy ważniejsze, niż twarde jądro kompozycji (linia melodyczna, tekst, nastrój), czego kolejnym smutnym przykładem jest najnowsza płyta zatytułowana "The Bible". Może wokalista z Nashville miał nadzieję, że współczesna technika zdoła przykryć osobliwą pustkę, która bije z tych zero-jedynkowych smętnych utworów, albo przynajmniej odwróci od niej uwagę słuchacza. Kierunek, który wybrał Kurt Wagner, w swoim marszu do "nowoczesności", do złudzenia przypomina ten, którym od kilku lat ślepo podąża Justin Vernon (Bon Iver). Obydwaj panowie jakoś nie potrafią, a może zwyczajnie nie chcą, wyplątać się z kłębowiska kabli stołu mikserskiego, w którym z własnej woli się znaleźli.

Na drugim biegunie "bycia nowoczesnym" sytuuje się ostatnia, wydana wczoraj, świetna płyta grupy The Orielles. Warto w tym miejscu dodać, że owa wspomniana przez mnie potrzeba nowoczesności, z pewnością znalazła się na samym końcu listy spraw do załatwienia, przy okazji składania kolejnych wizyt w studiu nagraniowym. Sympatyczne trio z West Yorkshire, które tworzą siostry Esme i Sidonie Hand Halford oraz gitarzysta Henry Carlyle-Wade swoją muzyczną przygodę rozpoczęli dekadę temu. Początkowo tworzyli single, krótkie pojedyncze piosenki, które z uporem maniaka rozsyłali do kolejnych wytwórni płytowych. Pierwsi żywo zareagowali na nie włodarze oficyny Heavenly Recordings, proponując podpisanie kontraktu. Ich debiut przypadł na 2018 rok, nosił tytuł "Silver Dollar Moment" (nazwa pochodziła od klubu w Kanadzie, gdzie koncertowali). Następna płyta "Disco Volador" (2020) przyniosła w konsekwencji pochlebne recenzje krytyków i potwierdziła, że grupa wciąż szuka intrygującego brzmienia. Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje, że przy okazji najnowszego wydawnictwa - "Tableau" - to brzmienie znalazła.



Znakomita kompozycja, prawda? Od razu zwraca na siebie uwagę brzemieniem, sposobem zrealizowania i wykorzystania perkusji (użyto między innymi korków od butelek, zmodyfikowano je potem i zapętlono - "perkusyjny recycling"), a także subtelną fazą przejścia do czegoś, co można określić, jako strefę remixu, gdzie nieco bardziej zaakcentowano głos wokalistki (jakby dawny Stereolab spotkał Andy Votela). Takich fragmentów na płycie "Tableau" jest całkiem sporo. Możemy w nich odnaleźć cały bogaty wachlarz środków technicznych, które oferuje współczesne studio. Jednak w odróżnieniu od najnowszej płyty grupy Lambchop, brytyjskie trio nie zapomniało, o wspomnianym przeze mnie wcześniej, twardym rdzeniu kompozycji. Warto w tym miejscu dodać, że w roli producenta znów obsadzono Joela Anthony'ego Patchetta, który współpracował z zespołem już podczas nagrywania poprzednich wydawnictw.

Jak wieść gminna niesie, tym razem wszystko zaczęło się od regularnych wizyt w studiu Goyt Mill, kiedy siostry Hand-Halford oraz Henry Carlyle- Wade tworzyli remiksy własnych utworów. To mniej więcej wtedy pojawiła się mglista idea zrobienia czegoś, co zawierałoby mnóstwo barw czy odnośników, i zamieniałoby akustyczne granie, przepuszczone przez elektroniczne dodatki, w nową formułę. "Czas spędzony w studiu, powinien być czasem spędzonym na eksperymentach" - oświadczyła wokalistka i basistka Esme Hand-Halford. Bardzo ważnym elementem studyjnych poczynań była próba zerwania z dawnymi nawykami, kolejnymi uprzedzeniami, pułapkami rutynowego myślenia. Istotne okazało się podjęcie starań, żeby wyjść poza własną strefę komfortu, znaleźć drogę ucieczki od tego, kim się było oraz w jaki sposób funkcjonowało się w przestrzeni estetycznej do tej pory. "Zawsze staramy się uciec - jest tak wiele rzeczy, przed którymi można uciec" - to raz jeszcze Esme.

Sporo nagrań zamieszczonych na albumie "Tableau" zawdzięcza swój żywot długim próbom, nie mniej wywodzi się z radosnych jamów, które rejestrowano, a potem zamieniano w barwne dźwiękowe kolaże. Brytyjskie trio ma również niezłe doświadczenie w kreowaniu muzyki na żywo do filmu, w ich sali prób znajduje się często używany projektor. W tym miejscu powinno pojawić się pojęcie "Goyting". Esme, Sidonie oraz Henry rozumieją przez to tworzone losowo i przekształcane na kolejnych etapach produkcji muzyczne tekstury. To właśnie one są budulcem niektórych kompozycji zamieszczonych na płycie "Tableau". Wiele rzeczy na tym albumie jest efektem swobodnego myślenia, niefrasobliwej momentami gry skojarzeń, a nawet przypadku. Esme Hand Halford wspomina o "automatycznym" sposobie pisania niektórych tekstów, przypomina o dawnych technikach surrealistów. Z kolei jej siostra - Sidonie - zainteresowała się koncepcją zapisu nutowego Wadady Leo Smitha, która uwzględnia także określenia kolorów czy kształtów.  Tak zwane "partytury graficzne" stworzyły podwaliny chociażby pod kompozycję "Beam/s", która pierwotnie nosiła tytuł "Brian Emo". W najdłuższym i jednym z najlepszych  utworów "Improvisation 001", wykorzystano sekcję smyczkową, dowodzoną przez skrzypaczkę Isabel Baker. Wydaje się, że na każdą drobną ścieżkę tego wydawnictwa zespół miał oddzielny, jakże często intrygujący, pomysł. A fragmentów do zagospodarowania było sporo, bo album liczy sobie aż szesnaście odsłon.

 Gdyby pokusić się o próbę nakreślenia, czy też wskazania kierunków stylistycznych, którymi podążają The Orielles przy okazji płyty "Tableau", w efekcie otrzymalibyśmy prawdziwą różę wiatrów: avant-pop, indie-rock, retro-pop, jazz, psychodelia, itd. Takie utwory, jak "Television" czy "To Offer, To Erase" przywołują skojarzenia z dokonaniami ulubionego zespołu sióstr, czyli Sonic Youth. Energetyczny "The Room" pulsuje dubowym rytmem dla "tańczących inaczej". Przebojowy "Instrumental" ma w sobie coś z lekkości piosenek The Pastels, a "Darkened Corners", zaśpiewany na dwa głosy, zapuścił się w rejony kojarzone niegdyś z Yo La Tengo. W cudownym i świetnie brzmiącym "Transmission" trio inspirowało się muzyką grupy Portishead. Członkowie formacji The Orielles chętnie wskazują także inspiracje nie związane z muzyką. Wśród nich znajdziemy chociażby retrospektywę Lee Friedlandera, oglądaną w Berlinie, film "Orfeusz" J. Cocteau, twórczość Jamesa Stanle'ya Brakhage'a (eksperymentalny artysta filmowy), czy egzystencjalizm w wydaniu Sartre'a i Camusa.

Cóż mogę więcej dodać. Chyba jedynie to, żebyście koniecznie przesłuchali płytę "Tableau". I to niejeden raz! Naprawdę warto!

(nota 8/10)

 


Na początek dodatków zajrzymy do Belgii, skąd pochodzi Joachim Liebens, artysta ukrywający się pod nazwą The Hounted Youth. W listopadzie ukaże się jego płyta zatytułowana "Dawn Of The Freak".



Na dzień czternastego października Rachael Dadd zaplanowała premierę najnowszej płyty "Kaleidoscope". Poniżej fragment z tego wydawnictwa, czyli coś dla fanów popularnej marki telefonów.



Brytyjski artysta i autor tekstów - Gaz Coombes, dla niektórych znany jako gitarzysta zespołu Supergrass, w styczniu 2023 roku opublikuje solową płytę "Turn The Car Around".



Z Walii pochodzi wokalistka Johanna Warren, która wczoraj wydała album "Lesson For Mutants".



Znany z wielu wpisów na tym blogu Joseph Shabason i jego muzyczny kompan Nicholas Krgovich, wczoraj podzielili się ze światem płytą "At Scaramouche". Można to wydawnictwo nabyć również pod postacią dwóch płyt, drugi krążek zawiera recenzowany przeze mnie album "Philadelphia".



I tak dotarliśmy do strefy swobodnej improwizacji. Saksofonistka Camilla George reprezentuje miasto Londyn. W ubiegłym tygodniu opublikowała płytę "Ibio-Ibio", gdzie pośród kilku mężczyzn wystąpił u jej boku mocny żeński skład, z Sheilą Maurice-Greey na trąbce, Rosie Turton na puzonie, a Sarah Tandy uderzała to w białe, to znów w czarne klawisze.





sobota, 17 września 2022

GLORIA DE OLIVEIRA & DEAN HURLEY - "OCEANS OF TIME" (Sacred Bones Records) "CZARNE PLECY CZASU"

 

   "Czas zastępuje sam siebie, to, co przychodzi, zamazuje to, w czego miejsce przyszło, i co się oddaliło, dziś nie sumuje się z wczoraj, tylko wypiera je i odstrasza, i w tej niemal pozbawionej pamięci sferze ciągłość zaciera granice między tym, co przed, i tym, co po, wszystko stapia się w jednolitą magmę, i człowiek nie może już poznać tego, co kiedyś było możliwe, ale się nie ziściło, co zostało odrzucone i zepchnięte na bok, czego nikt nie podjął, a może właśnie próbował, lecz poniósł porażkę..."   

   

Nie bez powodu rozpocząłem dzisiejszy wpis cytatem z powieści "Tomas Nevinson" - Javiera Marisa. To był smutny tydzień, głównie z tej przyczyny, że w ostatnich dniach odszedł od nas ten znakomity hiszpański pisarz. Od dawna był moim ulubionym autorem, zdecydowanie najlepszym przewodnikiem po gęstwinach ponowoczesnego świata.  Tak naprawdę wiele razy odnosiłem wrażenie, że Marias był ze mną od zawsze. Po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością przy okazji wspaniałej książki "Serce tak białe", i doskonale pamiętam, co sobie wtedy pomyślałem. Pomyślałem wtedy, że w ten sposób do tej pory nikt nie pisał. A nie dalej jak trzy tygodnie później, już po lekturze kolejnej znakomitej powieści - fabularnie chyba najlepszej w całym bogatym dorobku - "Jutro, w czas bitwy o mnie myśl", to osobliwe odczucie stało się jeszcze bardziej  dojmujące. Przede wszystkim urzekły mnie te długie swobodnie płynące frazy, z wyraźnie wyczuwalną melodią, charakterystycznym tonem oraz rytmem, trwające choćby i stronę, lub znajdujące swój kres w postaci tak upragnionej dla wielu kropki na kartce obok. Uwiodły mnie strefy pogłębionej refleksji-dygresji, kreślonej gdzieś na marginesie głównej fabuły (w tym miejscu trzeba nadmienić, że w ostatnich latach wątki fabularne zeszły w jego powieściach na jakiś dalszy mało istotny plan; kto by się tym przejmował, z pewnością nie Marias i jego zagorzali czytelnicy). Długo pozostawałem pod wrażeniem tych meandrycznych zdań często rozpiętych pomiędzy dwoma skrajnymi biegunami znaczeń ("albo-albo"), doskonale oddających to, co zwykle rozgrywa się pod powierzchnią zdarzeń rzeczy widzialnych i słyszalnych (fluktuacje, stany kwantowe), tego rodzaju metafizycznego zachwytu, ale też zadumy i wahania, w którym ujawniała się prawda bycia, prawda tekstu, pojęta jako uosobienie greckiej "Alethei" (w ujęcia Martina Heideggera "nie-skrytość", "ukazując-skrywa"). W tych skrzydlatych słowach, które znakomicie potrafił uchwycić nasz tłumacz Carlos Marrodan Casas, odnajdywałem okruchy własnych nieporadnych myśli, spostrzeżeń, trafnych opisów tego, co rozgrywało się także za moim oknem. 

Javier Marias bardzo dużo palił. Stanowczo za dużo. Ciężki do zwalczenia nałóg utrudniał mu życie, komplikował spotkania towarzyskie i podróże, ale chyba również dzięki temu hiszpański mistrz słowa zdawał się być bardziej ludzki, z krwi i kości, a nie przesłany z odległej literackiej galaktyki. Miłośnik lodów Haagen Dazs ("Na pogrzeb do Madrytu nie pojadę, ale lody Haagen Dazs kupię" - napisał do mnie kolega na wieść o śmierci autora "Berty Isli"), fan klubu Real Madryt i starego kina, szczególnie spod znaku "noir", król wyspy Redonda, notoryczny kandydat do Nagrody Nobla, jak wiemy, już jej nie otrzyma (skandal!!), na pożegnanie zostawił dla nas felietony, które - i to jest dobra wiadomość - wkrótce ukażą się w naszym kraju. Marias był również w trakcie kończenia kolejnej powieści, ale decyzja co do ewentualnej publikacji jeszcze nie zapadła. Dwa dni po śmierci Javiera Mariasa, pożegnał się z nami inny wielki artysta, Jean-Luc Godard, do którego wczesnych filmów często wracam - "Do utraty tchu", "Żyć własnym życiem", "Pogarda", "Amatorski gang" itd.



Dlatego też dzisiejsza główna odsłona bloga będzie miała nostalgiczno-filmowy charakter. Świetnie w tej materii, uwierzcie mi na słowo, sprawdzi się najnowsza, wydana wczoraj płyta "Oceans Of Time", duetu Gloria De Oliveira i Dean Hurley. Ten ostatni to od kilku lat nadworny współpracownik Davida Lyncha. W  swoim "A Symmetrical Studio", gdzie nagrywa muzykę oraz dubbingi, zarejestrował ścieżkę dźwiękową do trzeciego sezonu serialu "Twin Peaks". Dean Hurley świetnie wyczuwa nastroje panujące w filmach amerykańskiego reżysera, i sam dobrze odnajduje się w podobnej stylistyce. Jego partnerka - Gloira de Oliveira- w tym muzyczno-oceanicznym dialogu, to aktorka, artystka wizualna i wokalistka o niemiecko-brazylijskich korzeniach. Płyta "Oceans of Time" powstawała w trybie korespondencyjnym, przy pomocy plików przesyłanych przez Ocean Atlantycki. Gloria początkowo zafascynowana była śpiewem operowym, co da się wyczuć w jej wokalizie. Lecz zamiast zostać śpiewaczką, wybrała aktorstwo, zagrała w kilku filmach, sztukach teatralnych i radiowych. Później rozpoczęła naukę na Akademii Sztuk Pięknych w Hamburgu oraz Paryżu. W 2017 roku powołała do życia jednoosobowy projekt Lovespell i opublikowała epkę "Lua Azul". Jej naturalnym środowiskiem były oniryczno-nostalgiczne krainy, pełne łagodnych swobodnie rozbrzmiewających dźwięków, stanowiących dyskretne nawiązania do prac jej ulubionego reżysera Jeana Rollina. "Niektóre piosenki przychodzą do mnie niemal całkowicie we śnie" - powiedziała w jednym z nielicznych wywiadów, żeby po chwili dodać - "Melancholia to dla mnie "radość" oddania się specyficznemu rodzajowi smutku, który sprawia, że czujesz, że żyjesz. To afirmacja życia".

W podobnym melancholijno-sennym nastroju utrzymano dwanaście piosenek wypełniających album "Oceans Of Time". Całość sugestywnie rozpoczyna wyborne intro, którego kontynuacją, a zarazem pogłębieniem jest utwór  "In Nebel". "A Shore Oh The Cosmic Sea" - to pierwsze i nie ostatnie nawiązanie do płyt Bel Canto, Cocteau Twins, This Mortal Coil. Warto w tym miejscu dodać, że to właśnie pomiędzy wierzchołkami tak nakreślonego estetycznego trójkąta będziemy poruszać się w dalszej części tego wydawnictwa. Fani starych płyt zamieszczanych sukcesywnie w dawnym katalogu oficyny 4AD znajdą tutaj dla siebie sporo dobrego. Kolejne niespieszne kompozycje oddychają kojącymi tonami syntezatorowych i gitarowych fal. Duet De Oliveira/Hurley ani przez moment nie ulega pokusie, żeby postarać się być nieco bardziej nowoczesny. Artyści przy pomocy prostych środków kreują barwne nostalgiczne pejzaże i całkiem nieźle przywołują melodykę piosenek Elizabeth Fraser. Głos Glorii de Oliveira również korzysta z rozwiązań i stylu zaproponowanego przez wokalistkę grupy Cocetau Twins. Dominują długie wysokie rejestry, szkoda tylko, że w dodatkowych liniach  wokalnych, na poziomie zaplecza czy chóru, nie dzieje się odrobinę więcej. Ktoś powie, że to bezpieczne wydawnictwo, i w żadnym momencie nie wykracza poza dobrze znane już rejony. Pewnie będzie w tej opinii sporo racji. Czasem jednak dobrze jest powspominać nie tak odległe czasy w miłym towarzystwie. Niepublikowana do tej pory kompozycja Elizabeth Fraser zatytułowana "All Flowers In Time Bend Toward The Sun", którą napisała wspólnie z nieodżałowanym Jeffem Buckleyem, to niejedyna, którą warto zapamiętać na dłużej z tego albumu.

(nota 7.5/10)

  


Postaram się, przynajmniej początkowo, utrzymać podobny nastrój. Zajrzymy na płytę grupy Holy Fawn - "Dimensional Bleed", która ukazała się niedawno, i która zebrała dość skrajne recenzje w prasie muzycznej. Wybrałem taką oto urokliwą kompozycję.



Jay-Jay Johanson na 30 września przewidział premierę swojego nowego albumu zatytułowanego "Portfolio".




Niedawno prezentowani na łamach bloga Shabason/Krgovich nie próżnują. 7 października opublikują najnowszy album "At Scarmauche". 



21 października ukaże się nowa płyta brytyjskiej grupy Dry Cleaning - "Stumpwork".



Dawno nie słyszałem zespołu Suede. Jest do tego wyśmienita okazja, oto wczoraj ukazała się ich najnowsza płyta zatytułowana - "Autofiction", która zbiera całkiem pochlebne recenzje.



Przed Wami jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich dni, do której regularnie powracam. Australijski duet Mick Turner oraz Helen Franzmann (McKisko), czyli Mess Esque w kompozycji zatytułowanej "Liminal Space".



W kąciku improwizowanym zacni goście. Prześliczna Jean Seberg, Jean Paul Belmondo, Jean-Luc Godard (fragment filmu "Do utraty tchu"), oraz Chet  Baker.






sobota, 18 czerwca 2022

FRESH PEPPER - "FRESH PEPPER" (Telephone Explosion Records) "Kanadyjskie gotowanie"

 

    Pewnie niektórzy z Was zastanawiają się, jaką świeżo wydaną płytkę, płyteczkę, płytunię, wrzucić na rozgrzany ruszt odtwarzacza, kiedy za oknem żar strumieniami leje się z nieba, a na jego błękitnej tafli - są takie tafle - nie widać żadnej chmury. Mam dla Was jedną poważną propozycję i garść ciekawych dodatków, które mogą umilić czas oczekiwania na nadejście burzy. W tym tygodniu postawiłem na Kanadyjczyków - bo i Jesse Crowe, która wraz z grupą przyjaciół ukrywa się pod szyldem Praises, opublikowała drugie w dorobku, całkiem udane wydawnictwo zatytułowane - "In This Year: Hierophant", z pewnością godne uwagi, i dopiero co zawiązany zespół Fresh Pepper również reprezentuje scenę muzyków pochodzących z Toronto.

Do debiutanckiego albumu "Fresh Pepper" zwabiła mnie przede wszystkim postać saksofonisty Josepha Shabasona, którego sylwetkę i dokonania przybliżałem kilka razy przy różnych okazjach. Tym razem sympatyczny Kanadyjczyk nie tylko zagrał na saksofonie, który to instrument scalił całe wydawnictwo spójną i urokliwą klamrą, ale też zmiksował ten materiał w Aytche Studio. Autorem wszystkich kompozycji jest Andre Ethier (z grupy The Deadly Snakes). Oprócz niego w studiu pojawiło się kilku zaprzyjaźnionych artystów, w tym Robin Dann, wokalistka Felicyty Williams, znani ze współpracy z The Weather Station czy Beverly Glenn-Copeland, oraz nasz dobry znajomy Dan Bejar (grupa Destroyer). Ten ostatni ozdobił swoim charakterystycznym głosem utwór "Seahorse Tranquiller". Muzyka zawarta na krążku "Fresh Pepper" leniwie meandruje pomiędzy gatunkami i stylami. Jej cechą charakterystyczna jest spokojne tempo, starannie rozplanowane i wypełnione takty, bogata faktura, w której tak łatwo można się zanurzyć. Zabawna i wpadająca w oko okładka sugeruje, że kolejne jego odsłony opowiadają o gotowaniu, i jeśli nie zamierzamy kroić cebuli, jak w znakomitym otwarciu "New Ways Of Chopping Onions", to wciąż będziemy krążyć po i w pobliżu kuchni. Idę o zakład, że jeśli poczujecie ten specyficzny nastrój, jeżeli w waszych nosach rozgoszczą się te subtelne aromaty gotowania, które tak wdzięcznie roztacza wokół pierwsza kompozycja, to z pewnością i przyjemnością posłuchacie tego krążka dalej, aż do końca, a potem szybko powrócicie do niego znów i znów.

Ci, którzy sami przygotowują pyszne dania dobrze wiedzą, że o sukcesie i finalnym efekcie zwykle decydują odpowiednio dobrane dodatki. Podobnie bywa w muzyce, w szczególności zaś w przypadku płyty "Fresh Pepper". Starannie zrealizowana wokaliza, głos Andre Ethiera prezentujący kolejne fragmenty tekstu podpowiada dyskretnie, że nigdzie się nam nie spieszy, urzeka przyjemną ciepłą barwą, wtóruje mu w chórkach delikatny powiew Felicty Williams oraz saksofon Shabasona, kreślący barwne ornamenty, zostawiający w powietrzu lekkie i zwiewne esy-floresy, wpuszczający do dźwiękowej kuchni sporo jazzowych oparów, do tego szczypta miękkiej elektroniki (instrumentalny i świetny "Walkin' ", z trąbką w roli głównej i basem nawijającym makaron na uszy), kilka łyżeczek fortepianu, rozrzuconych niedbale to tu, to tam, okruchy tonów gitary, perkusji i ćwierć szklanki fletu... Gotowe... W "Prep Cook In The Woods" panowie i panie zbliżyli się do nastroju płyty "Philadelphia" - Shabason, Krgovich& Harris, którą omawiałem na łamach tego bloga. W sumie szkoda, że zabrakło tutaj głosu Nicholasa Krgovicha. Z kolei "Waiting On" przypomina dawne i najlepsze fragmenty grupy Lambchop, nawet głos Andre Ethiera mocno zapuścił się w rejony, po których na co dzień porusza się Kurt Wagner. Podobnie zresztą smakuje "Congee Around Me", niespiesznie rozwijany temat, przypominający atmosferą kultową dla mnie produkcję "Relayted" - Gayngs. Z pozoru niby nic wielkiego się nie dzieje, ale pozory, jak wiadomo, czasem potrafią mylić, jednak w tych leniwie sączących się tonach, w tej nieskrępowanej grze poszczególnych instrumentów, w tym pichceniu, można bez trudu odnaleźć sporo wyrafinowania, muzycznej inteligencji i głębszego namysłu. Pyszne! Smacznego!

(nota 7.5-8/10)

 

  


Wspominałem na wstępie o płycie Praises - "In This Year - Hierophant", która ukazała się wczoraj nakładem oficyny Hand Drawn Dracula, musi więc zabrzmieć jakiś fragment z tego wydawnictwa.



Wykonamy szybki skok do Australii, bowiem z Perth pochodzi Riley Pearce, który właśnie opublikował debiutancki krążek zatytułowany "The Water & The Rough".



 Wszystko wskazuje na to, że 14 lipca dzięki uprzejmości oficyny Sub Pop ukaże się najnowsza płyta Naimy Bock - "Giant Palm".



Z kolei 1 lipca będzie miała miejsce premiera albumu "Hermit's Grove" grupy Wax Machine pochodzącej... nie z dalekiej Brazylii, tylko z Brighton.



Weterani alternatywnych dróg i bezdroży powracają, o kim mowa? Zespół Pixies na 30 września zaplanował premierę najnowszego wydawnictwa "Doggerel". 



Niemiecki gitarzysta Markus Reuter z płyty "Truce 2", Fabio Trentini na basie, Asaf Sirkis za zestawem perkusyjnym, czyli coś dla fanów twórczości Roberta Frippa czy Davida Torna.



Na koniec raz jeszcze zajrzymy do kanadyjskiej kuchni. Kiedy coś nam wyjątkowo smakuje potrzebna jest dokłada. Więc nie krępujcie się, bierzcie i jedzcie!