W zamierzeniach miał to być wpis o muzyce lekkiej, nieźle wyprodukowanej, i przyjemnej w odbiorze. Krótko mówiąc, zamierzałem przedstawić letnią, najlepiej avant-popową propozycję na ciepły czas wakacji. Tymczasem będzie momentami ciężkawo, awangardowo, mrocznie i tajemniczo, a płyta, której opis przedstawię poniżej, będzie wymagała od słuchacza nieco większego skupienia i uwagi, niż tradycyjne, nawet bardzo wyrafinowane, avant-popowe propozycje.
Grupa Exoterm - czy supergrupa, jak chciałby autor jednego z internetowych wpisów na stronie wytwórni Hubro Music - to kwartet, który tworzą połączone siły muzyków norweskich i amerykańskich. Przy czym, jak za chwilę się przekonacie, człon artystów zza oceanu jest o wiele bardziej znany i rozpoznawalny nie tylko w środowisku muzyki improwizowanej. Mam tu na myśli Jimiego Black'a i Nelsa Cline'a. Pierwszy z wyżej wymienionej pary to, jak wielu innych zacnych gości na łamach tego bloga, absolwent znanej i cenionej szkoły - Barklee College of Music, perkusista i współtwórca postrockowo-jazzowej formacji Alasnoaxis. Na koncie ma kilkadziesiąt wydawnictw w różnych konfiguracjach. Pod szyldem BBC (Berne/Black/Cline) wydał ceniony wśród krytyków album "The Veil". Wspomniałem nazwisko Nelsa Cline'a nie bez powodu, bo to właśnie amerykański gitarzysta po raz kolejny wystąpił u boku Black'a, tym razem w projekcie Exoterm. Nels Cline to chyba wciąż mało znany i niezbyt doceniany w naszym kraju, a szkoda, 63-letni gitarzysta, znany przede wszystkim z formacji Wilco. Ponoć jednym z powodów dla którego wybrał gitarę jako ulubiony instrument, był utwór Jimi Hendrixa - "Manic Depression". Ach, ten Jimi. W dorobku ma współpracę między innymi z Charlie Hadenem, Wadada Leo Smithem, Timem Berne, czy Thurstonem Moorem.
Drugą zdecydowanie mniej znaną parę międzynarodowego kwartetu, jakim jest EXOTERM, tworzą norwescy artyści: Kristoffer Berre Alberts i Rune Nergaard. Pierwszy z nich to norweski saksofonista, absolwent Jazz Academy w Trondheim oraz Norweskiej Akademii Muzycznej, wydaje płyty w Clean Feed i KBA Records. Rune Nergaard to 36-letni norweski muzyk jazzowy, basista, jego dyskografia obejmuje kilkanaście tytułów, najczęściej udziela się w formacji Bushman's Revenge, u boku Garda Nielsena, grał także w Astro Sonic i Scent of Soil. To właśnie Rune Nergaard jest twórcą wszystkich sześciu kompozycji na albumie Exoterm - "Exits Into A Corridor".
Początek, czyli "First Light", to dość łagodny, jak na możliwości grupy, wstęp, o czym przekonają nas kolejne kompozycje. W dalszych odsłonach moc i siła rażenia znacznie wzrośnie, aż do awangardowych czy freejazowych rozwiązań w zamykającym całość "Manufacturing A Smile (Exits Into A Corridor)". Mamy tutaj gitarowe plamy, oddechy saksofonu i delikatne pomruki basu, warta podkreślenia jest świetnie się rozumiejąca sekcja rytmiczna. Nels Cline początkowo gra długimi dźwiękami, chcąc pogłębić narastającą psychodeliczną atmosferę, którą pod koniec nieco rozjaśnią tony saksofonu. Grupa udanie eksploruje jazzowo-rockowe pogranicze. W kolejnych bardzo udanych kompozycjach: "Forest Mist - Night", "...Back Towards The Car - Night", "Two More Times", słychać, że "Exits Into A Corridor" to przede wszystkim poszukiwanie języka, lub języków, ciekawa gra idiomami, i w luźne skojarzenia, subtelne współodczuwanie, z dala od pewnego i bezpiecznego terytorium. Artyści unikają tradycyjnych schematów, nużącej reprodukcji pomysłów, raz szukają harmonii, to znów rozmaitych dysonansów i wspólnej energii. Komunikują się na różnych płaszczyznach, praktycznie bez żadnych zbędnych ornamentów. W końcu nazwa grupy do czegoś zobowiązuje ("exoterm" - nawiązuje do procesu, w którym to uwalniana jest większa dawka energii, niż była potrzebna do jej wytworzenia). Jazz, awangarda, psychodeliczny rock, wszystko to miesza się ze sobą w intrygujący sposób. Chciałoby się, żeby od czasu do czasu nieco więcej było dialogów gitary i saksofonu, interakcji basu oraz perkusji. W wielu kompozycjach właśnie Kristoffer Berre Alberts i jego saksofon zawłaszczyli sporą część sceny, co przez jednych może być odebrane jako plus, a przez innych już niekoniecznie.
W ostatnich dniach część wolnego czasu poświęciłem na lekturę znakomitej wspomnieniowej powieści Didiera Eribona - "Powrót do Reims" oraz na serial: "Cud. Tajemnica krwawych łez". Film jest trochę o tym, jak my, współcześni, jesteśmy kompletnie nieprzygotowani (pozbawieni wrażliwości i aparatu pojęciowego), żeby wyłowić, odebrać, dostrzec choć przez chwilę, coś, co wymyka się trafnemu opisowi, jednoznacznej definicji, prostemu ujęciu, coś, co pojawia się i migocze w "szczelinach istnienia" (M.Heidegger, J. Brach-Czaina). Jak napisał przed laty Zygmunt Bauman: usunęliśmy tajemnicę z kręgu naszego horyzontu poznawczego.
Podobnie jest z twórczością formacji Exoterm - stąd mój początkowy wpis, o uwadze i skupieniu, którego potrzebuje tego typu muzyka. A krew? - zapyta całkiem słusznie ktoś z Was. Owszem... Proszę bardzo. Oto, co na ten temat można znaleźć na stronie wydawcy: "Muzyka o takiej mocy i immanencji, że prawie krwawi przez głośniki". Zresztą... posłuchajcie sami...
Ps. Gdyby głośniki waszego zestawu stereo rzeczywiście zaczęły krwawić... nie biegnijcie po księdza, może nie być przygotowany, żeby zderzyć się z taaką dawką "tajemnicy".
(nota 7.5-8/10)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Heidegger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Heidegger. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 czerwca 2019
EXOTERM - "EXITS INTO A CORRIDOR" (Hubro Music) "Tajemnica krwawych łez"
Etykiety:
"Exits Into A Corridor",
Exoterm,
free-jazz,
Hubro Music,
jazz,
Jim Black,
Jolanta Brach-Czaina,
Kristoffer Berre Alberts,
Martin Heidegger,
Nels Clline,
psychodelia,
Rune Nergaard,
Zygmunt Bauman
piątek, 9 czerwca 2017
ARVE HENRIKSEN - "TOWARDS LANGUAGE" (Rune Grammofon) "Niewyrażalne bez przerwy istnieje wokół nas"
Przywołując zdanie pewnego zapomnianego już klasyka, mógłbym powiedzieć, że język wyznacza naszą perspektywę na świat, czy tego chcemy, czy się przed tym bronimy. Oczywiście nasze poznanie uwikłane jest również w perspektywiczność, zależne jest nie tylko od języka, ale i od miejsca, z którego spoglądamy na otaczającą nas rzeczywistość. Język muzyki zdaje się być w tym przypadku czymś na kształt języka uniwersalnego. W jego charakter wpisana jest zasada transgresji - język muzyki bez trudu potrafi przekraczać wszelkie ograniczenia, zarówno miejsca, jak i czasu.
Kto wie, być może właśnie tego typu myślenie o języku towarzyszyło Arve Henriksenowi, kiedy pracował nad swoją najnowszą płytą - "Towards Language". Norweski trębacz i kompozytor nie próżnował w ostatnich miesiącach. W marcu tego roku ukazał się album Trio Mediaeval&Arve Henriksen - "Rimur", który zawierał zapis siedemnastu dawnych pieśni ludowych pochodzących z różnych rejonów Islandii, Norwegii oraz Szwecji. Wydany przez oficynę ECM krążek to sugestywne zaproszenie do odbycia fonetycznej podróży do źródeł. Na początku maja światło dzienne ujrzała kolejna solowa płyta Henriksena. Do pracy nad materiałem dźwiękowym trębacz, znany chociażby z takich grup, jak SuperSilent czy Food, zaprosił starych sprawdzonych w muzycznym boju kompanów: Jana Banga, Erika Honore i Eivinda Aaresta, który tradycyjnie odpowiedzialny był za partie gitar. W wyjątkowo urokliwym utworze "Paridae" zaśpiewała gościnnie Anna Maria Friman, znana ze wspomnianego przeze mnie wyżej Tria Mediaeval. Podczas tworzenia kolejnych kompozycji Henriksen, jak sam przyznał, inspiracje czerpał z twórczości kompozytorów Toru Takemitsu i Manuela de Falli.
I tym razem norweski trębacz na swoim ostatnim krążku zaprasza słuchacza do jazzowej krainy pełnej nostalgii, wyciszenia i skandynawskiego "saudade". Jest w muzyce Henriksena i światło (nieco zamglone) i mrok, ale dominującą rolę odgrywa cień, wycofanie, skrytość oraz tajemnica. ("Świat ponowoczesny jest światem, w którym tajemnica przestaje być ledwo tolerowanym cudzoziemcem, oczekującym w kolejce na deportacje" - Zygmunt Bauman). Tak, jak Martin Heidegger w trakcie wykładów postulował powrót do presokratyków, żeby odnaleźć zatracone z biegiem czasu czy też zapomniane znaczenie słów i pojęć, tak Arve Henriksen często powraca i wykorzystuje w swoich kompozycjach ciszę, wokół której, czy na planie której, konstytuują się poszczególne dźwięki. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że znakomita większość utworów norweskiego trębacza stanowi doskonały przykład dialogów ciszy i dźwięków. Ponieważ: "Nie ma końcowego słowa(...) Zawsze będzie jakiś nowy pogląd, nowa idea, interpretacja". (Ted Nelosn).
Kto wie, może Henriksen w trakcie pracy nad albumem "Towards Language" myślał o etymologii. To właśnie etymologia odsłania w słowach wymiary znaczeniowe, które z biegiem lat zostały zatarte, zapomniane. Cywilizacja naukowo-techniczna sprowadziła język do wymiaru definicji i komunikatów (pytania i odpowiedzi, instrukcje i procedury). Tak rozumiany język przestał odkrywać-wyrażać prawdę o nas samych oraz otaczającym nas świecie.
Jeden z recenzentów po wysłuchaniu krążka "Towards Language" napisał, że Arve Henriksen zagrał w utworze "Groundswell" tak, jakby ktoś przy pomocy powietrza powoli uwalnianego z balonu, usiłował zagrać dźwięki trąbki Milesa Davisa z "Bitches Brew" zwolnionego do tempa 16 rpm. Oczywiście można z tym zdaniem polemizować, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że kompozycja "Groundswell", obok takich utworów, jak poruszający "Hibernal" (sugestywne połączenie brzmienia organów i trąbki), "Paridae", "Patient Zero", stanowi najlepszy fragment ostatniego albumu norweskiego artysty. Jest na tej płycie również kilka dźwiękowych eksperymentów: "Transitory" czy tytułowy "Towards Language", gdzie nieco bardziej dał o sobie znać talent Jana Banga. Prawdopodobnie nie jest to najlepsza płyta w dorobku Arve Henriksena, ale z pewnością godna jest uwagi.
Kiedy tak słuchałem ostatniego krążka norweskiego artysty, z otchłani pamięci wynurzyło się zdanie, pochodzące z twórczości Marii Janion, które całkiem nieźle oddaje charakter albumu "Towards Language" i podsumuje mój dzisiejszy wpis. "Niewyrażalne bez przerwy istnieje wokół nas". (nota 7.5/10)
Etykiety:
Anna Maria Friman,
Arve Henriksen,
Eivind Aarest,
Erik honore,
Jan Bang,
Martin Heidegger,
Miles Davis,
Rune Grammofon,
Zygmunt Bauman
poniedziałek, 22 lutego 2016
LANTERNS ON THE LAKE (koncert)
Lanterns on the lake są w trasie koncertowej. To wprost niezwykłe, jak ten zespół rozwija się z tygodnia na tydzień, jak ich nagrania zyskują na jakości, na znaczeniu, jak nabierają dodatkowej mocy. Czuć i gołym okiem widać, że poszczególni muzycy są w doskonałej formie, że rozumieją się praktycznie bez słów. Nowa droga, którą obrali na ich ostatniej znakomitej płycie "Beings"(o czym pisałem na łamach tego bloga) sprawiła, że zespół wreszcie mógł pokazać pełnie swoich możliwości.
"Beings" to mój ulubiony utwór z ich ostatniego albumu. W tej, koncertowej wersji jest chyba jeszcze piękniejszy. Podczas odsłuchiwania wielu płyt z gatunku postrock, wielokrotnie łapałem się na tym, że w momencie, kiedy dźwięki gitary wspinały się na sam szczyt, brakowało mi, jako uzupełnienia, ludzkiego głosu(choćby jedynie zaśpiewu, melodeklamacji, zbitki słów). A tutaj w momencie kulminacyjnym pojawia się głos wokalistki, która śpiewa podniesionym tonem, woła, niemal krzyczy. I to właśnie ten głos, w połączeniu z podniosłym tonem pocieranej smyczkiem gitary sprawia, że utwór nabiera dodatkowej siły, jeszcze większej mocy. To jest trochę tak, jakby wokalistka Hazel Wilde ściskała nas za gardło, jakby przydeptywała nam butem tchawicę, nie pozwalała zaczerpnąć tchu. Dzięki temu również wywoływała niezwykłe wrażenie funkcjonowania na swoistym długu tlenowym. 3min. 54sek. - tutaj wszystko się rozpoczyna. W tym momencie otwierają się bramy muzycznego raju. Słuchałem tego fragmentu mnóstwo razy, słuchałem tych niespełna dwóch minut wciąż i wciąż, wracałem do niego, jak do ulubionego miejsca, jak do jednej z najpiękniejszych melodii mojego życia. (Ps."Prawda bycia"(w ujęciu Martina Heideggera) znów znalazła dla siebie ujście w szczelinie istnienia).
"Beings" to mój ulubiony utwór z ich ostatniego albumu. W tej, koncertowej wersji jest chyba jeszcze piękniejszy. Podczas odsłuchiwania wielu płyt z gatunku postrock, wielokrotnie łapałem się na tym, że w momencie, kiedy dźwięki gitary wspinały się na sam szczyt, brakowało mi, jako uzupełnienia, ludzkiego głosu(choćby jedynie zaśpiewu, melodeklamacji, zbitki słów). A tutaj w momencie kulminacyjnym pojawia się głos wokalistki, która śpiewa podniesionym tonem, woła, niemal krzyczy. I to właśnie ten głos, w połączeniu z podniosłym tonem pocieranej smyczkiem gitary sprawia, że utwór nabiera dodatkowej siły, jeszcze większej mocy. To jest trochę tak, jakby wokalistka Hazel Wilde ściskała nas za gardło, jakby przydeptywała nam butem tchawicę, nie pozwalała zaczerpnąć tchu. Dzięki temu również wywoływała niezwykłe wrażenie funkcjonowania na swoistym długu tlenowym. 3min. 54sek. - tutaj wszystko się rozpoczyna. W tym momencie otwierają się bramy muzycznego raju. Słuchałem tego fragmentu mnóstwo razy, słuchałem tych niespełna dwóch minut wciąż i wciąż, wracałem do niego, jak do ulubionego miejsca, jak do jednej z najpiękniejszych melodii mojego życia. (Ps."Prawda bycia"(w ujęciu Martina Heideggera) znów znalazła dla siebie ujście w szczelinie istnienia).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

