sobota, 28 lutego 2026
SIGHTSEEING CREW - "MUFFLED EARS, THE WORLD SOUNDS BAD QUALITY" "Cyfrowe zmęczenie"
Od pierwszych chwil tego wydawnictwa zachwyca bogactwo faktur. Niektóre motywy muzyczne powracają, raczej nie w formie klasycznych cytatów, z tego, co już było, tylko jako przypomnienie, odrobinę zmodyfikowane i umieszczone w nowym kontekście. Kolejne utwory budowane są przez dokładanie następnych warstw - rytm, harmonia, detale, spójny nostalgiczno-oniryczny nastrój, sporo pogłosu, echo itd. Jeśli chodzi o ramy gatunkowe, to mamy do czynienia ze swobodnym przekraczaniem granicy pomiędzy takimi stylami jak: pop, indie-folk, art-rock, jazz, easy listening, downtempo, jam session, eksperyment, itp. Co ciekawe, tak duża liczba wykorzystanych instrumentów w żadnym momencie nie przytłacza. To raczej sugestywna próba odmalowania odczuć bohatera, który bywa przeciążony bodźcami pochodzącymi z cyfrowego świata. To trochę tak, jakby za ścianą grała cała orkiestra. Niby wszystko słychać, choć nie każdy detal jest aż tak czytelny.
sobota, 27 kwietnia 2024
TARA JANE O'NEIL - "THE COOL CLOUD OF OKAYNESS" (Orindal Records) "Jamy na trzy akordy"
Pewnie nieco lepiej zorientowani w temacie muzyki alternatywnej, i odrobinę tylko starsi Czytelnicy (ma się rozumieć od tych młodszych), jak przez mgłę przypominają sobie amerykańską grupę Rodan. Działali w połowie lat 90-tych na lokalnej scenie niezależnej, posiadali rzeszę (może nie "trzecią", ale zawsze...) oddanych fanów, również w naszym kraju. Tak naprawdę nagrali jedną płytę długogrająca "Rusty" (1994), która w tamtym okresie miała status kultowej. "Rodan przez lata grał w zasadzie codziennie te same dziesięć piosenek. Mam to wytatuowane w mózgu" - powie po latach nasza dzisiejsza główna bohaterka. Ich muzykę charakteryzowało post-rockowe nieco przybrudzone brzmienie gitar, zapadający w pamięć męski wokal i pomagający mu dla kontrastu zwiewny i eteryczny kobiecy ton - Tary Jane O'Neil, która w grupie z Louisville starała się, w miarę rytmicznie, szarpać także za struny gitary basowej. Tak się wtedy grało na gościnnej amerykańskiej ziemi - chłodno, drapieżnie, agresywnie. W tym kontekście można, a nawet trzeba, przywołać takie zapomniane dzisiaj formacje jak: Slint, Sebadoh, Shellac itd. Tara Jane O'Neil była wtedy młodą niepokorną dziewczyną, szukała grupy przyjaciół i własnej artystycznej drogi. "Kiedy miałam dwadzieścia lat byłam wielkim włóczęgą, tworzyłam dużo muzyki z wieloma różnymi ludźmi".
Całkiem podobnie, gitarowo i nostalgicznie, rozpoczyna się najnowsze wydawnictwo Tary Jane O'Neil. Utwór, który posłużył także jako tytuł całej płyty "The Cool Cloud Of Okayness", niespiesznie wprowadza w atmosferę schyłku dnia. Gdzieś w dali miodowa tarcza słońca roztapia się tuż nad linią horyzontu, w górze leniwie majaczy samotny biały obłok, jest więc okazja, zgodnie z tekstem zaśpiewanym przez delikatną wokalizę, żeby po raz ostatni spojrzeć na odchodzący krajobraz.
To udane otwarcie jest troszkę mylne, z tego powodu, że dalsza część albumu ma zupełnie inny charakter. Głównie za sprawa wyeksponowanej i powtarzalnej motoryki, która stanowi podstawę kolejnych odsłon tego albumu. "Składam się z ciągłych powtórzeń" - można by przywołać dźwięczną frazę z krajowego podwórka, gdyż frazy wykorzystane przez amerykańską artystkę, powracają w rytmicznych repetycjach, trochę jak w nagraniach zespołu The Necks, oczywiście w krótszych odcinkach czasu. Stąd już całkiem blisko do tego, żeby uzyskać transowy czy psychodeliczny charakter poszczególnych kompozycji. Żeby nie było nudno, Tara Jane O'Neil dodała drobne akcenty różnych instrumentów, o co postarali się zaproszeni do studia liczni goście, w tym chociażby Meg Duffy (recenzowany na łamach bloga zespół Hand Habbits), czy Sheridan Riley (perkusista grupy Alvvays), zaś Walt McClements zagrał na akordeonie oraz trąbce.
Od czasu brzdąkania na basie w grupie Rodan, Tara Jan O'neil przeszła długa drogę. Współpracowała ze Steve Gunnem, wspomnianym już dzisiaj Hand Habbits, Mount Eerie czy Loren Dens. Warto również odnotować podróż do Japonii, czego owocem była wspólna płyta z Nikaido Kazumi. Pierwszy solowy album TJO opublikowała w 1997 roku, tuż po przeprowadzce do Nowego Yorku. Potem komponowała ścieżki dźwiękowe do filmów, spektakli teatralnych czy tanecznych. Warto także wspomnieć o uzdolnieniach plastycznych, jej prace wizualne wystawiano w Tokio, Barcelonie, Nowym Yorku, wybrane części z nich ozdobiły okładki płyt i czasopism. 'Tworzę dźwięki i piosenki, ścieżki dźwiękowe, eksperymenty, jamy na trzy akordy...".
"Curling - zaczął się od frazy basu, odkrytej w pierwszym tygodniu pandemii (...). Większość muzyki na płycie "The Cool Cloud Of Okayness" miała taki właśnie początek. Pojedyncze powtarzane akordy systematycznie rozrastały się krok po kroku...".
Rzeczywiście, trudno zaprzeczyć. Potwierdza to znakomity, i chyba póki co, mój ulubiony "Seein Glass", z bardzo dobrze zrealizowaną perkusją. Jego następca "Two Stones" przynosi wolniejsze tempo, udaną wizytę w rejonach bliskich dla dokonań Julli Holter, przy okazji drobny powiew psychodelicznego nastroju. Barwa głosu TJO jest delikatna, wokalistka zwykle korzysta z górnych rejestrów, co przyjemne kontrastuje z powtarzalnymi taktami sekcji rytmicznej. Rozkosznie leniwy "Glass Island', który pełnił rolę singla promującego to wydawnictwo, przeciąga się w błyszczących głoskach, migocze w spokojnych tonach gitary. Cudowny instrumentalny "Fresh End" przypomniał mi pogodną końcówkę albumu "Happiness" grupy Fridge; postrockowa przeszłość amerykańskiej kompozytorki wychodzi w różnych aranżacyjnych drobiazgach, oczywiście nie wprost. Całość albumu nagrano w domowym kalifornijskim studiu Tary - Upper Ojai. Ostatecznego masteringu dokonał nasz dobry znajomy - Warren Defever (niegdyś lider grupy His Name Is Alive). Bardzo udany album.
(nota 8/10)
W minionych dniach ciężko było wybrać "piosenkę tygodnia", ukazało się sporo dobrych płyt. Jedną z kandydatek jest z pewnością utwór grupy Broadcast, który ma już swoje lata, ale w tej wersji ujrzał światło dzienne całkiem niedawno. 3 maja ukaże się zestaw niepublikowanych nagrań zatytułowany "Spell Blanket And Distant Call - Collected Demos 2006-2009".
Druga piosenka, która za mną chodzi od kilku dni, należy do duńskiej grupy, o jakże wymownej nazwie - Catch The Breeze (tytuł znanego przeboju zespołu Slowdive). Znalazłem ją na najnowszej epce zespołu zatytułowanej "Space". Bardzo lubię charakterystyczną dla skandynawskich twórców melodykę, która również tutaj rozbrzmiewa całkiem wyraźnie. Prześliczne!!!
Zatęskniliście za Cassandrą Jenkins? Waszą udrękę przerwie najnowszy singiel, który zapowiada nowy album "My Light, My Destroyer", premiera 12 czerwca.
Przed Wami krótka wycieczka do Kanady, skąd pochodzi zespół Corridor, który w dniu wczorajszym nakładem oficyny Sub Pop opublikował album zatytułowany "Mimi".
Brytyjską grupą India Electric Co. dowodzi wokalista i autor tekstów Cole Stacey. Oto fragment z ich ostatniej płyty zatytułowanej "Pomegranate".
Pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, przeniesiemy się do Leeds, grupa English Teacher, i fragment wydanej wczoraj płyty "This Cloud Be Texas".
Również wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie wcześniej płyta Alexa Henry Fostera zatytułowana "Kimyo". Zaprezentowałem już dwa udane single z tego wydawnictwa, pora na kolejny.
sobota, 7 października 2023
EXEK - "THE MAP AND THE TERRITORY" (Foregin Records) "Mniej ambitny album"
"W literaturze czy muzyce właściwie nie sposób zmienić nurtu, możesz mieć pewność, że cię zlinczują. Z drugie strony, jeśli w kółko robisz to samo, oskarżą cię, że się powtarzasz, i chylisz ku upadkowi, ale jeśli się zmienisz, to ci powiedzą, że jesteś niespójny i rozproszony" - napisał przed laty Michael Houellebecq na kartach powieści "Mapa i terytorium". Wydaje się całkiem prawdopodobne, że wokalista i lider australijskiej grupy EXEK - Albert Wolski - mógł zapoznać się z tym klasycznym obecnie dziełem francuskiego pisarza, zaś to spodobało się mu na tyle, że wykorzystał jego tytuł jako nagłówek najnowszej, szóstej w dorobku, płyty. Warto jednak pamiętać, że jest jeszcze jedna istotna książka o tym tytule - "Mapa i terytorium" - album z fotografiami autorstwa Luigi Ghirri, przedstawiający wycinek prac tego artysty; jak wiadomo Albert Wolski od wielu lat interesuje się także sztukami wizualnymi.
Tak czy inaczej, to nasze kolejne spotkanie z twórczością australijskiej grupy i artysty o polskich korzeniach. Napisałem o tej formacji jakiś czas temu, biorąc na warsztat wcześniejszą udaną płytę "Good Thing They Ripped Up The Carpet"". Trudno powiedzieć, czy Albert Wolski wziął sobie szczególnie do serca przywołaną przeze mnie wcześniej sentencję Houellebecqa dotycząca zmian. Twórca muzyki zawartej na wydanym wczoraj albumie zatytułowanym "The Map And The Territory", określił ją jako: "mniej ambitny album". Nie wiem, czym dokładnie kierował się, wyrażając taką opinię, być może był to rodzaj kurtuazji albo forma specyficznej reklamy. Nie ulega wątpliwości, że ambicji nowym kompozycjom z pewnością nie brakuje. Chociaż wykorzystują one dobrze sprawdzoną przez australijską załogę stylistykę, którą, idąc tropem pewnego dziennikarza, można by określić mianem: "post-punk/dub-krautrock". Jeśli zaś chodzi o drobne zmiany - bo takie również pojawiają się na tym wydawnictwie - warto odnotować użycie trąbki, do tej pory rzadko wykorzystanej w aranżacjach.
Odpowiedzialna za jej brzmienie Valya Yl Hooi lubi dubowe przestrzenie. Jeden z recenzentów napisał o jej debiutanckiej płycie "Untitled" (2019), że to: "dubowy dream-pop". Valya Yl Hooi nie jest żadnym wirtuozem trąbki, i nigdy nim nie zostanie, ale generowane przez nią tony, często zamienione później w sample i doklejone na etapie produkcji, mocno wzbogaciły ostatnie wydawnictwo grupy EXEK. Charakterystyczne krótkie dźwięki tego instrumentu usłyszymy w udanym "Seamstress Requires Regular Break", czy znajomo brzmiącym "Warszawa centralna", gdzie nawiązując nieco do technik swobodnej improwizacji, Albert Wolski sklecił w gustowną mozaikę kilka barwnych puzzli.
Najbardziej przypadł mi do gustu "The Lifeboats", nieco odbiegający od charakterystycznej dla poczynań zespołu estetyki. Wbrew zaprezentowanej wcześniej sugestii Michele'a Houellebecqa bardzo pochwale za to australijski zespół. Nie jest to oczywiście żadna rewolucja, ale pokaz możliwości tkwiących w tym składzie personalnym. Oparty na krautrockowym rytmie, z melodyką przypominającą przedstawicieli niezależnej sceny początku lat osiemdziesiątych, i zaskakującą, jak na skłonności twórcy, wygładzoną wokalizą. Mało w tej odsłonie ulubionego i wielokrotnie wykorzystanego przez Alberta Wolskiego efektu "space-echo", za to sporo doklejonych gitarowych wstawek. Bardzo przyjemnie wraca się do tego fragmentu.
W starym sprawdzonym stylu rozwija się singlowy "Welcome To My Alibi", czy "It's Just A Flesh Wound Darling", w którym bez trudu można odnaleźć wpływy post-punku lub wspomnienie dawnych płyt The Fall. Wyeksponowany początkowy motyw perkusji w "On The Grand Floor", przypomniał mi utwór The Cure - "All Cats Are Grey", z okresu płyty "Faith", tyle że w dalszej jego części Wolski oraz koledzy z grupy nie rozwijają ponurego nastroju, zdecydowanie bliżej im w tym fragmencie do psychodelicznej przestrzeni, wykreowanej również dzięki wykorzystaniu rozmaitych sampli oraz elektronicznych dodatków. Szkoda, że czas spędzony w towarzystwie płyty "The Map And The Territory" mija tak szybko, ale z drugiej strony to dobry powód, żeby po raz kolejny do niej wrócić.
(nota 7.5/10)
Na dobry początek dodatków mój ulubiony fragment z bardzo chwalonej przez krytyków płyty "Javelin" - Sufjana Stevensa, która ukazała się wczoraj.
Kolejny singiel z płyty "Selvutsletter", która ukaże się 20 października, duet Lost Girls, czyli Jenny Hval i Havard Vilden.
Przeniesiemy się na Brooklyn, gdzie mieszka Will Butler, w tym utworze z pomocą przyszła mu formacja Sister Squars.
Cincinnati to nie tylko miejsce rozgrywania prestiżowego turnieju tenisowego, ale także siedziba grupy Equipment Pointed Ankh, która 29 września opublikowała album zatytułowany "Downtown!".
Ancient Infinity Orchestra to czternastoosobowy skład muzyków z Leeds, którzy dzięki uprzejmości oficyny Gondwana Records wkrótce opublikują album "River Of Light".
Nasi dobrzy znajomi gitarzysta Eivind Aarset oraz Jan Bang we fragmencie z wydanej niedawno płyty zatytułowanej "Last Two Inches Of Sky".
Skoro Skandynawia to warto wspomnieć o najnowszym albumie Nilsa Pettera Molvaera - "Certainty Of Tides".
sobota, 7 listopada 2020
POPULATION II "A LA O TERRE" (Castle Face Records) "Psychodelia z Quebecu"
U zarania zespołów często napotkamy opowieść, jakich znaleźć można wiele, czytając wnikliwie wywiady lub wsłuchując się w to, co mają do powiedzenia członkowie różnych formacji. "Poznaliśmy się w szkole średniej" - tak zwykle brzmi początek owej niezbyt oryginalnej historii. W przypadku kanadyjskiego tria było podobnie, bowiem Sebastian Provencal - grający na basie oraz Trisitan Lacombe - próbujący sił na gitarze, a także instrumentach klawiszowych zaprzyjaźnili się w liceum. Pierre-Luc Gratton - śpiewający i grający na perkusji - dołączył do składu w 2017 roku. Od samego początku artystycznej przygody bardziej ciągnęło ich do muzycznej przeszłości, niż do tego, co grali w rozmaitych rozgłośniach popularni prezenterzy, trzymający rękę na tak zwanym pulsie spraw bieżących. Korzystając z fali powrotu płyt winylowych, Kanadyjczycy docierali do wydawnictw, które swoje premiery miały sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt lat temu. Stąd pochodzi również nazwa grupy, która jest czymś na kształt drobnego hołdu złożonego gitarzyście Randy'emu Holdenowi oraz jego debiutanckiemu albumowi, który opublikowano w 1970 roku. Drugie skojarzenie poprowadzi nas wprost do astronomii - populacja gwiazd. "Zawsze fascynowało mnie to, że jedne gwiazdy świecą intensywniej niż pozostałe" - powiedział Sebastian Provencal.
Skoro mamy gromady gwiazd, to musi pojawić się kosmos i fascynacja przestrzennym rockiem, szczególnie zaś dokonaniami grupy Hawkwind czy Ash Ra Temple. Zresztą, przy okazji debiutu fonograficznego Population II owych fascynacji można wskazać znacznie więcej. Na stronie wytwórni Castle Face Records sam jej szef, John Dwyer - przywoływany na łamach tego bloga kilka razy, ostatnio przy okazji wpisu o Brigid Dawson - umieścił drobną listę podstawowych skojarzeń: "Amon Dull, Kollektiva, wczesny Pink Floyd, Laurence Vanaya, Les Olivensteins, wczesny Kraftwerk, a nawet odrobinę Kinks". Przyznacie, że rozrzut stylistyczny spory, co tylko dobrze świadczy o kanadyjskim trio. Moim zdaniem skojarzenie z wczesnym Pink Floyd, takimi płytami jak: "The Piper At The Gates Of Dawn", czy "A Saucerful Of Secrets", jest najbardziej trafione. A co mówią na ten temat członkowie formacji. "Jesteśmy muzycznymi gąbkami. Lubimy jazz tak samo jak rock, punk, czy niemiecki psychodeliczny rock". Z pewnością psychodeliczne tony to stałe elementy kompozycji przewijające się w poszczególnych odsłonach ich debiutu. Znajdziemy tutaj również rockowe lub space-rockowe motywy, a także rozwiązania zapożyczone ze świata jazzu czy szeroko pojętej awangardy.
Brzmienie Kanadyjczyków z Quebecu wymyka się łatwym etykietom, jednoznacznej definicji, co jest naturalnie sporym atutem. Podobnie, jak sporym atutem jest głos wokalisty, autora tekstów i perkusisty - Pierre-Luc Grattona. Delikatna, ale też hipnotyzująca barwa głosu - Gratton śpiewa w języku francuskim - który porusza się w dość wysokich jak na mężczyznę rejestrach, przyjemnie kontrastuje z ciężkim momentami brzmieniem gitary. W aranżacjach dziesięciu kompozycji wypełniających debiutancki krążek "A La O Terre" znajdziemy także organy, harfę i saksofon; szkoda, że nie częściej. Proces tworzenie kompozycji zaczyna się zwykle od improwizacji. "Nagrywamy nasze improwizacje, które mogą trwać ok. godziny, po czym wybieramy elementy, które nam się podobają i szukamy piosenki".
Płytę "A La O Terre" wyprodukował Emmanuel Ethier, i to również on zainteresował tym wydawnictwem odpowiednie osoby w Castle Face Records. Ethier poznał szefa wspomnianej wyżej wytwórni, Johna Dwyera, w 2017 roku, kiedy zespoły, których byli członkami - Chocolat i Oh Sees - spotkały się na kilku wspólnych koncertach. John Dwyer zareagował błyskawicznie, zadzwonił do sympatycznych Kanadyjczyków już po godzinie od przesłuchania całego materiału. I tak oto Population II stał się pierwszą francuskojęzyczną grupą w katalogu amerykańskiej oficyny.
(nota 7/10)
W "kąciku improwizowanym" dziś subtelny oddech awangardy, czyli fragment albumu "The Carrier Fequency" - Graeme Millera i Steve'a Shilla, wydanego niedawno nakładem Finders Keepers.





