Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miles Davis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miles Davis. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 listopada 2024

MICHELLE GUREVICH - "IT WAS THE MOMENT" "Zatrzymać chwilę"

 

     Wiele wskazuje na to, że bohaterka dzisiejszego wpisu - Michelle Gurevich - ma w naszym kraju grupę wiernych  fanów. Do tej pory wszystkie jej koncerty cieszyły się sporym powodzeniem. Ostatnie sceniczne występy miały miejsce w ubiegłym roku, wokalistka odwiedziła Gdańsk, Warszawę, Poznań oraz Katowice. Również wiele stron internetowych proponowanych przez popularne wyszukiwarki, gdzie zamieszono wzmianki o tej artystce, napisane zostały w języku polskim (choć powielają te same zdania). Troszkę może to dziwić, że głównie fani z Europy Środkowej lub Wschodniej docenili twórczość artystki. Można to wytłumaczyć faktem, że Michelle Gurevich posiada rosyjskie korzenie - matka była baletnicą, ojciec inżynierem - choć aktualnie posiada kanadyjskie obywatelstwo. W zdobyciu większej popularności z pewnością nie pomaga osobliwy upór wokalistki, która od samego początku wydaje kolejne albumy własnym sumptem, i nic nie wskazuje na to, żeby ten stan rzeczy miał się zmienić. Z dużym prawdopodobieństwem to celowy zabieg i sposób funkcjonowania na rynku muzycznym. Jakoś nie potrafię uwierzyć w to, że tak charakterystyczna wokalistka nie mogła do tej pory znaleźć chociażby niszowego wydawcy.


Dwa dni temu, czyli przed tradycyjnym "premierowym piątkiem" Michelle Gurevich za pośrednictwem platformy Bandcamp udostępniła najnowszy album zatytułowany "It Was The Moment". Debiutowała krążkiem "Party Girl", który ukazał się w 2007 roku, zaś ostatnim wydawnictwem płytowym był album "Ecstasy In The Shadow Of Ecsasy" (2020). Zgodnie z moją tezą, również za albumem "It Was The Moment" stoi męski producent Chris Brown (współpracował z Radiohead, Muse). Całość zmiksował nasz dobry znajomy KRAMER, a na basie w tytułowym utworze zagrał Tymek Wojtewicz. Muzyka Michelle Gurevich w zamierzony sposób próbuje połączyć elementy kultury Wschodu i Zachodu. Z tej ostatniej czerpie wyraźnie wyczuwalną stylistykę indie, w której zanurzają się zwykle niespiesznie rozwijane mroczne lub nostalgiczne ballady.

Pierwsze utwory Kanadyjka nagrywała w sypialni, przykładając usta bardzo blisko mikrofonu. Jej charakterystyczny głęboki głos - kontralt - często płynnie przechodzi od śpiewu do recytacji. W dzieciństwie słuchała Pugaczowej, Adriano Celentano, Charlesa Aznavoura, Yoko Ono czy Nino Roty. Do lata 2016 roku używała pseudonimu "ChinaWoman" - jej matka posiada chińskie korzenie i stąd taka nazwa. Jednak po wielu listach, w których regularnie pojawiały się oskarżenia o rasizm, postanowiła to zmienić.

Michelle Gurevich początkowo zamierzała kręcić filmy, ale po zakupie syntezatora i gitary zmieniła zdanie. Założyła profil na stronie Myspace i opublikowała pierwszą piosenkę - "I Kiss Hand Of My Destroyer" (2005 ). Sześć lat później z Kanady przeniosła się do Berlina, a jej utwór "A Kiss In Taksim Square" stał się przebojem wśród tureckiej mniejszości. Kompozycje Gurevich trafiły również na ścieżki dźwiękowe głównie europejskich filmów, chętnie wykorzystywano je podczas pokazów mody. Kilka lat temu został matką, porzuciła stolicę Niemiec i przeniosła się do Kopenhagi.



Najnowszy bardzo udany album "It Was The Moment", podobnie jak poprzednie oszczędne produkcje, w brzmieniu nawiązuje do dark-popu, slowecore; jeden z krytyków dość trafnie określił styl kanadyjskiej wokalistki terminem "dark chanson". "Kiedy czuje się dobrze, nie mam czasu myśleć o pisaniu piosenek. Nie rozumiem, jak ludzie mogą pisać piosenki poprawiające nastrój" - zauważyła w jednym z wywiadów, żeby w kolejnej rozmowie z dziennikarzem dodać: "Być może wciąż piszę tę samą piosenkę".

W tej jednej, uparcie i na nowo rozwijanej pieśni, autorka porusza tematy przemijania, straty, miłości czy tęsknoty. Jej kompozycje przypominają utrwalone w kadrze migotliwe obrazy z filmów noir. Jeśli chodzi o moje prywatne porównania kilka bardzo udanych fragmentów płyty "It Was The Moment" skojarzyło mi się z płytami Melanie Di Biasio lub z twórczością nieco zapomnianej i niezbyt dobrze znanej grupy ILYA. Podobna wrażliwość, podobna głębia zanurzenia w materiał dźwiękowy - choć Michelle Gurevich używa niewielu instrumentów, dość starannie posługuje się brzmieniem - zbliżone stany melancholijnej refleksji. Wiele wskazuje na to, że to najlepsze wydawnictwo w jej całym dotychczasowym dorobku. Warto!

(nota 8/10) 

 


W strefie "Dodatków..." postaram się podtrzymać podobny nastrój. Na dobry początek artysta z Nowego Yorku, czyli Mark Trecka, który pod koniec października opublikował album zatytułowany "Fool Signal".



Hiszpanię reprezentuje duet Sophie Brightman i Javier Manrigueddara, czyli duet Sophie And Me, który w połowie października wydał epkę "For Those Unfinished Feelings".



Olivia Barchard mieszka w San Francisco, i ukrywa się pod pseudonimem Venus In Arms, oto jej najnowsza piosenka.



Gilles Dewalque i przyjaciele pochodzą z Belgii, tworzą grupę Pale Grey, która kilka dni temu opublikowała nowy singiel. 



Trzeba przyznać, że to był słaby rok dla wytwórni Bella Union, niewiele płyt nowych zespołów opublikowali, a starsi artyści wymownie milczeli. Wczoraj nakładem tej oficyny ukazał się album grupy Our Girl zatytułowany "The Good Kind".



Również w dniu wczorajszym ukazał się album "Why Is The Colour Of The Sky" australijskiej formacji Bananagun. Wybrałem z niego taki oto fragment.



Uważny Czytelnik zauważył pewnie, że zaprezentowałem już kilka urokliwych piosenek brytyjskiego duetu Deary, który tworzą  Ben Easton oraz Rebecca "Dottie" Cockram. W ubiegłym tygodniu pojawiała się ich epka zatytułowana "Aurelia". Oto przed Wami "PIOSENKA TYGODNIA".



W "kąciku improwizowanym" przeniesiemy się do Etiopii, skąd pochodzi formacja Mulatu Astatke, która wczoraj wraz z Hoodna Orchestra opublikowała nową płytę zatytułowaną "Tension".



Dawno nie słuchałem jakiegoś bootlega, jest ku temu dobra okazja, bowiem wczoraj ukazała się płyta Miles Davis Quintet - "Miles In France 1963 & 1964, The Bootleg Series vol.8".





sobota, 23 marca 2019

CHRISTIAN SCOTT aTUNDE ADJUAH - "ANCESTRAL RECALL" (Ropeadope Records) "Poszerzenie pola walki"

   Nie jest to pierwszy album Christiana Scotta na który niecierpliwie czekałem. Mój apetyt dodatkowo wyostrzyły dwa bardzo dobre single promujące całe wydawnictwo: "Ancestral Recall" i "Forevergirl". Ktoś, kto systematycznie śledzi dokonania amerykańskiego trębacza - o poprzednim albumie: "Ruler Rebel" napisałem kilka słów na łamach tego bloga (kliknij tutaj) - bez trudu dostrzeże pewną charakterystyczną  prawidłowość: jak z każdym kolejnym wydawnictwem Christian Scott aTunde Adjuah oddala się od tego, co zazwyczaj czy tradycyjnie kojarzy nam się ze słowem "JAZZ", "MUZYKA IMPROWIZOWANA".
Przyjęta i wyrażana przez amerykańskiego trębacza strategia, wpisuje się w założenia estetyczne dotyczące powstawania jego ostatnich płyt, a wiąże się z poszerzeniem pola gatunkowego w obrębie którego porusza się artysta. Stąd w twórczości nominowanego do nagrody Grammy, absolwenta prestiżowej Berklee College of Music, bez trudu można odnaleźć elementy wielu estetyk: R'n'B, soul, jazz-rock, post-rock, fussion, hip-hop, elektronika, ambient, indie-pop itd. "Ważne są wszystkie formy ekspresji dźwiękowej, tak jak ważni są wszyscy ludzie". Najwyraźniej Scott wziął sobie do serca ideę teoretyków współczesnej humanistyki głoszącą, że najbardziej żywotne miejsca kultury (kultur) znajdują się na styku odmiennych wrażliwości, na pograniczu gatunków.
Dlatego nie dziwi to swoiste uwolnienie elementów związanych z różnymi, niekiedy odległymi, gatunkami i próba włączenia ich  w obręb szeroko pojętej stylistyki jazzowej. Ten proces ma, zdaniem trębacza urodzonego w Nowym Orleanie, sprawić, że JAZZ wciąż pozostanie żywym gatunkiem. Kolejny "odnowiciel jazzu" po Kamasi Washingtonie? Na to wygląda. Cóż poradzić, skoro takie mamy czasy...

Do tej wyżej przeze mnie wspomnianej strategii można również zaliczyć rekonstrukcję, czy dekonstrukcję ( w duchu współczesnych postmodernistów) zastanych norm, reguł, typowych skojarzeń i uprzedzeń (muzyka oparta na melodii i harmonii nie powinna być ważniejsza od tej, w której główną rolę odgrywa rytm, ponieważ muzyka zdaniem Scotta to jedność). Dlatego, idąc tropem myśli amerykańskiego trębacza, album "Ancestral Recall" to również: "mapa dekolonizacji dźwięku".

Wszystkie te kwestie wpisujące się w manifest artystyczny, wyrażany i modyfikowany przy okazji wydawania kolejnych płyt, można odnaleźć na stronach internetowych artysty, czy podczas przeglądania książeczki dołączonej do albumów. Jednak komuś czytającemu te słowa może nasunąć się całkiem słuszne w tym kontekście pytanie: co z tych szumnych zapowiedzi, buńczucznych niekiedy założeń, wynika dla przeciętnego zjadacza muzycznego chleba?







Przede wszystkim fakt, że albumu "Ancestral Recall" słucha się z rosnącą ciekawością. Od samego początku zwraca na siebie uwagę bogata faktura rytmiczna. Już w kompozycji, która otwiera całość - "Her Arrival", mamy plemienny rytm oraz zaproszenie, żeby wejść jeszcze bardziej w głąb dżungli, i odkryć wioskę osłoniętą ścianą drzew ( a wraz z nią historię naszych przodków) - kongi, rozmaite prekusjonalia, flet Eleny Pinderhughes (stałej współpracowniczki ostatnich wydawnictw  amerykańskiego trębacza, która jeszcze powróci, chociażby w znakomitym "Before") i charakterystyczne brzmienie trąbki Christiana Scotta (artysta urzeka, uwodzi, czaruje niczym szaman), odmalowują przed nami kolejne sugestywne sceny.
"I Own the Night" to następna emanacja, tym razem nieco żywszego, egzotycznego rytmu - w tych pierwszych dwóch kompozycjach amerykański trębacz skorzystał z wydatnej pomocy aż trzech perkusistów. Zapętlone głosy tubylców przybliżają się i oddalają niby echa dawnych epok, zbłąkane duchy zamierzchłych czasów, Saul Williams prezentujący tekst (pojawi się jeszcze w kilku równie dobrych odsłonach), i to przeszywające powietrze niczym sztylet solo trąbki, dopełniają obrazu całości. Wyborne!
W "The Shared Stories of Rivals" Christian Scott zabiera słuchacza na niebezpieczną wyprawę w nieznane. Przenikamy przez gęste zarośla i zaporę z liści drzew, w tle słychać nawet pomruki jakiegoś groźnego drapieżnika, który śledzi każdy nasz krok i zaczaił się gdzieś w pobliżu... A ja po kilkunastu minutach słuchania tej płyty już wiem, że jeszcze długo nie będę mógł się od niej uwolnić.
"Forevergirl" brzmi jak avantpopowy szlagier, okraszony dyskretnymi podmuchami trąbki Christiana Scotta - ach, ta trąbka, ta lekkość, te głosy... Część tekstu została zaśpiewana, druga natomiast partia jest rapowana. "Istnieje tysiące sposobów na to, żeby powiedzieć, że cię kocham" - tłumaczył w jednym z wywiadów Scott, posiłkując się cytatem zaczerpniętym z Terrace'a Martina. Trudno odmówić autorowi tego albumu konsekwencji w realizacji założeń i planu, nakreślonego przez mnie w pierwszej części dzisiejszego wpisu.

Bądźmy szczerzy, klasycznie rozumianego JAZZU jest na albumie "Ancestral Recall" tyle, co kot napłakał ( ten drapieżny, którego groźne pomruki słychać w "The Shared Stories of Rivals"). Album zdecydowanie bardziej flirtuje z czymś, co można określić mianem wyrafinowanego "world music", jednocześnie mrugając okiem w stronę innych gatunków, niż z szeroko pojętą tradycją jazzową. Owszem zdarzają się drobne i smakowite improwizacje ( "sztylety", "promienie słońca", głębokie oddechy trąbki, której nostalgiczne tony przypomniały mi krążek "Music From Siesta" - Milesa Davisa i Marcusa Millera). Będziemy również świadkami krótkich dialogów poszczególnych instrumentów, ciekawie brzmiących interakcji, ale pełnią one funkcję barwnych ornamentów, to nie na nich skupione są światła reflektorów; wplecione w tkankę kompozycji  dopełniają je i ubogacają.
Pamiętajmy: "muzyka to jedność".
Spełnieniem moich muzycznych marzeń i nie ukrywam, że sporą niespodzianką, jest gościnny udział saksofonisty Logana Richardsona, którego poprzedni album - "Blues People" - tak bardzo chwaliłem na łamach tego bloga. W "Songs She Never Heard" przy fortepianie zasiadł Lawrence Fields - jeden z ulubionych pianistów młodego pokolenia Joe Lovano, a na saksofonie zagrał mój ulubiony Logan Richardson (obydwaj, i Scott, i Richardson, mają skłonność do gry długimi dźwiękami). Lepiej być po prostu nie mogło.

Chciałbym powiedzieć, że "Ancestral Recall" to płyta niemal dla każdego, że znajduje się w zasięgu wielu z nas - z pewnością tych nieco bardziej wrażliwych, ciekawych, poszukujących. Cóż, ponoć ludzką rzeczą jest... od czasu do czasu się pomylić. Jeśli ktoś przy okazji tej MUZYCZNEJ UCZTY, którą przygotował nam Christian Scott i zaproszeni przez niego goście, zapragnie innych, być może nieco bardziej jazzowych, płyt, misja amerykańskiego trębacza odniesie pożądany skutek. Jeśli nie, zawsze będzie mógł powiedzieć, że obcował z czymś naprawdę długimi fragmentami znakomitym i wyjątkowym, bez zbytniego narażania się na ryzyko, że tym razem mocno minął się z prawdą.
Trzy rzeczy nie ulegają dla mnie wątpliwości: że to jedna z najlepszych płyt Christiana Scotta aTunde Adjuaha (obok "Yesterday You Said Tomorrow"), że to jeden z najlepszych albumów, jaki słyszałem w tym roku, i że dla stałych czytelników tego bloga jest to pozycja obowiązkowa. Ten album to po prostu małe dzieło sztuki.

(Ps. O ile grupa Lambchop na swojej ostatniej płycie "This (Is What I Wanted To Tell You)" nieudolnie próbowała wpisać się w ramy "nowoczesności", o tyle Christian Scott aTunde Adjuah płytą "Ancestral Recall" zredefiniował je i stworzył na nowo).


(nota 8.5-9/10)









A na deser Christian Scott i Logan Richardson. Doprawdy..., nie trzeba było... Urodziny mam dopiero w sierpniu.





piątek, 9 czerwca 2017

ARVE HENRIKSEN - "TOWARDS LANGUAGE" (Rune Grammofon) "Niewyrażalne bez przerwy istnieje wokół nas"



Przywołując zdanie pewnego zapomnianego już klasyka, mógłbym powiedzieć, że język wyznacza naszą perspektywę na świat, czy tego chcemy, czy się przed tym bronimy. Oczywiście nasze poznanie uwikłane jest również w perspektywiczność, zależne jest nie tylko od języka, ale i od miejsca, z którego spoglądamy na otaczającą nas rzeczywistość. Język muzyki zdaje się być w tym przypadku czymś na kształt języka uniwersalnego. W jego charakter wpisana jest zasada transgresji - język muzyki bez trudu potrafi przekraczać wszelkie ograniczenia, zarówno miejsca, jak i czasu.
     Kto wie, być może właśnie tego typu myślenie o języku towarzyszyło Arve Henriksenowi, kiedy pracował nad swoją najnowszą płytą - "Towards Language". Norweski trębacz i kompozytor nie próżnował w ostatnich miesiącach. W marcu tego roku ukazał się album Trio Mediaeval&Arve Henriksen - "Rimur", który zawierał zapis siedemnastu dawnych pieśni ludowych pochodzących z różnych rejonów Islandii, Norwegii oraz Szwecji. Wydany przez oficynę ECM krążek to sugestywne zaproszenie do odbycia fonetycznej podróży do źródeł. Na początku maja światło dzienne ujrzała kolejna solowa płyta Henriksena. Do pracy nad materiałem dźwiękowym trębacz, znany chociażby z takich grup, jak SuperSilent czy Food, zaprosił starych sprawdzonych w muzycznym boju kompanów: Jana Banga, Erika Honore i Eivinda Aaresta, który tradycyjnie odpowiedzialny był za partie gitar. W wyjątkowo urokliwym utworze "Paridae" zaśpiewała gościnnie Anna Maria Friman, znana ze wspomnianego przeze mnie wyżej Tria Mediaeval. Podczas tworzenia kolejnych kompozycji Henriksen, jak sam przyznał,  inspiracje czerpał z twórczości kompozytorów Toru Takemitsu i Manuela de Falli.
    I tym razem norweski trębacz na swoim ostatnim krążku zaprasza słuchacza do jazzowej krainy pełnej nostalgii, wyciszenia i skandynawskiego "saudade". Jest w muzyce Henriksena i światło (nieco zamglone) i mrok, ale dominującą rolę odgrywa cień, wycofanie, skrytość oraz tajemnica. ("Świat ponowoczesny jest światem, w którym tajemnica przestaje być ledwo tolerowanym cudzoziemcem, oczekującym w kolejce na deportacje" - Zygmunt Bauman). Tak, jak Martin Heidegger w trakcie wykładów postulował powrót do presokratyków, żeby odnaleźć zatracone z biegiem czasu czy też zapomniane znaczenie słów i pojęć, tak Arve Henriksen często powraca i wykorzystuje w swoich kompozycjach ciszę, wokół której, czy na planie której, konstytuują się poszczególne dźwięki. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że znakomita większość utworów norweskiego trębacza stanowi doskonały przykład dialogów ciszy i dźwięków. Ponieważ: "Nie ma końcowego słowa(...) Zawsze będzie jakiś nowy pogląd, nowa idea, interpretacja". (Ted Nelosn).
     Kto wie, może Henriksen w trakcie pracy nad albumem "Towards Language" myślał o etymologii. To właśnie etymologia odsłania w słowach wymiary znaczeniowe, które z biegiem lat zostały zatarte, zapomniane. Cywilizacja naukowo-techniczna sprowadziła język do wymiaru definicji i komunikatów (pytania i odpowiedzi, instrukcje i procedury). Tak rozumiany język przestał odkrywać-wyrażać prawdę o nas samych oraz otaczającym nas świecie.
Jeden z recenzentów po wysłuchaniu krążka "Towards Language" napisał, że Arve Henriksen zagrał w utworze "Groundswell" tak, jakby ktoś przy pomocy powietrza powoli uwalnianego z balonu, usiłował zagrać dźwięki trąbki Milesa Davisa z "Bitches Brew" zwolnionego do tempa 16 rpm. Oczywiście można z tym zdaniem polemizować, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że kompozycja "Groundswell", obok takich utworów, jak poruszający "Hibernal" (sugestywne połączenie brzmienia organów i trąbki), "Paridae", "Patient Zero", stanowi najlepszy fragment ostatniego albumu norweskiego artysty. Jest na tej płycie również kilka dźwiękowych eksperymentów: "Transitory" czy tytułowy "Towards Language", gdzie nieco bardziej dał o sobie znać talent Jana Banga. Prawdopodobnie nie jest to najlepsza płyta w dorobku Arve Henriksena, ale z pewnością godna jest uwagi.
Kiedy tak słuchałem ostatniego krążka norweskiego artysty, z otchłani pamięci wynurzyło się zdanie, pochodzące z twórczości Marii Janion, które całkiem nieźle oddaje charakter albumu "Towards Language" i podsumuje mój dzisiejszy wpis. "Niewyrażalne bez przerwy istnieje wokół nas".   (nota 7.5/10)