Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2018

ROSE DROLL - "YOUR DOG" (Father/Daughter Records) "Nie taki easy listening, jak się wydaje"

 W planach i zamierzeniach miał to być wpis dotyczący najnowszej płyt My Brightest Diamond -"A Million And One". Niestety album ten nie zrobił na mnie aż tak pozytywnego wrażenia. Mówiąc krótko i wprost, rozczarował autora tego bloga do tego stopnia, że próba nakreślenia jego pobieżnej charakterystyki, niechybnie skończyłaby się krytyką. Wspominałem już nieraz, że nie mam zamiaru pastwić się nad artystami - a tym samym marnować Wasz cenny czas - którzy miewają lepsze i gorsze dni, dobre i całkiem kiepskie okresy. Nie chcę tylko wytykać ich błędów i potknięć, utyskiwać na pogłębiającą się twórczą indolencję, poświęcać kolejne strony bloga na wpisy w stylu: "Posłuchajcie, jakie to jest beznadziejne wydawnictwo... koszmar niejedno ma imię". Znacznie lepiej będzie, jeśli przedstawię w tym miejscu coś wartościowego, mniej znanego, co raczej nie przyozdobi się w piórka efemerycznej sławy, i nie zdobędzie zbyt szerokiej popularności.

Pewnie taki los spotka najnowszą, a zarazem debiutancką (tak zwany oficjalny debiut) płytę "Your Dog" - Rose Droll - choć wcześniej własnym sumptem artystka wydała epkę "Photograph" oraz "This Bee Wants a Cigarette" (2017). Mógłbym powiedzieć, że Rose Droll to multiinstrumentalistka, ale nie wiem tego na pewno (i nie przypuszczam, że by tak właśnie było), gdyż o tej artystce, pochodzącej z San Francisco w ogóle niewiele wiadomo. Jednak na swojej stronie Amerykanka chwali się - a za nią powtarzają to nieliczni recenzenci, którzy dotarli do krążka "Your Dog", i na których  ten album zrobił spore wrażenie - że podczas realizacji nagrań zagrała na każdym instrumencie, począwszy od gitary i fortepianu, przez sekcję rytmiczną, a na dzwoneczkach skończywszy. Droll miała się czym zajmować, bo na tej płycie nie brakuje instrumentów, jak i zaproszonych do współpracy gości. Nie brakuje tutaj również pomysłów - swoboda estetycznych skojarzeń, łączenie estetyk, ciekawe aranżacje, inwencja twórcza. Wszystko to znalazło swoje potwierdzenie w zapisie kolejnych ścieżek. Rose Droll w inteligentny sposób flirtuje z muzyczną przeszłością, czerpie różne elementy z poszczególnych gatunków i zestawia je obok siebie. Na wydawnictwie "Your Dog" usłyszymy moment rapowanej wokalizy ("Hush), sample, repetycje, nawiązania do easy listeningu, indie-folkową melodykę, ale przede wszystkim zgrabnie skomponowane piosenki, wystawiające świadectwo o możliwościach amerykańskiej artystki. Bywa świeżo, lekko, przyjemnie, i co ważne przy okazji oficjalnego debiutu - rozpoznawalnie. A to z pewnością dobrze rokuje na przyszłość.

(nota 7/10)


sobota, 13 października 2018

TOBY DRIVER - "THEY ARE THE SHIELD" (Blood Music) "Nie pytajcie mnie, kim jestem..."

Toby  Driver to prawdziwy muzyczny kameleon. Amerykański artysta znany jest z tego, że przywdziewa coraz to inne szaty, poszukując nowych środków wyrazów dla swojej scenicznej osobowości. Jego credo można by podsumować zdaniem zaczerpniętym z "Archeologi wiedzy" Michela Foucault'a - "Nie pytajcie mnie, kim jestem...". Tak brzmi początek znanej sentencji francuskiego filozofa. Choć w przypadku twórczości Toby Drivera równie ważna jest druga część owego, w pewnym sensie również, symbolicznego zdania. "Nie pytajcie mnie, kim jestem, ani nie mówcie, abym pozostał taki". Sentencję można także zaadresować w stronę krytyków muzycznych, którzy niekiedy na siłę próbują wcisnąć twórczość amerykańskiego multiinstrumentalisty w jakaś ciasną, dobrze im znaną, i wygodną, głównie dla nich, gatunkową szufladkę.

Toby Driver to 40-letni artysta, urodzony w Meriden, w stanie Connecticut, który rezyduje obecnie w Nowym Yorku. Jako chłopiec uczył się gry na klarnecie i pianie, naukę gry na tych instrumentach kontynuował potem pod okiem Yusefa Lateefa. Toby od najmłodszych lat powoływał do życia kolejne zespoły, eksplorując przy okazji różne gatunki. Przewinął się również przez mnóstwo składów, jako tak zwany muzyk sesyjny. Z tych nieco bardziej znanych formacji Toby Drivera warto wspomnieć o dwóch, mocno ze sobą powiązanych. Pierwsza z nich to Maudlin of the Well, grająca według jednego z krytyków "astralny metal"- tak, tak... są i takie gatunki. Przy okazji tego etapu rozwoju artystycznego amerykański artysta poruszał w tekstach tematy zaświatów, duchów, "nawiedzonych miejsc", zjawisk paranormalnych itp. Po kilku płytach i latach wspólnego grania, Maudlin of the Well przeobraziło się w Kayo Dot.

Pierwszy solowy album Toby Driver wydał trzynaście lat temu dla wytwórni Tzadik, nosił on tytuł: "L..L..Library Loft". Ubiegły rok przyniósł wraz z sobą kolejne wydawnictwo - "Madonnawhore". Krążek zawierał 6, 8-minutowe kompozycje, oparte głównie na rozmytym brzemieniu gitar i klawiszy, utrzymane w mrocznym postgotyckim nastroju.

Wspominam o tym także dlatego, ponieważ najnowsze wydawnictwo, które ujrzało światło dzienne pod koniec września tego roku, noszące tytuł "They Are The Shield", stanowi niejako kontynuację, czy rozwinięcie sposobu myślenia o dźwięku i kompozycji, które zostało zapoczątkowane właśnie na poprzednim albumie. Tym razem brzmienie gitar nie jest tak dominujące, a zastąpiły je dźwięki skrzypiec i proste aranżacje. Toby Driver zaprosił do współpracy Pauline Kim Harris (artystka i kompozytorka nominowana do Grammy) oraz Conrada Harrisa, którzy zagrali na skrzypcach. Całość została nagrana w EastSide Sound Studio, w Nowym Yorku, pod czujnym okiem znanego w środowisku muzycznym  inżyniera dźwięku i producenta Marca Urselli (nagrywał między innymi Zorna, Cave'a, Laurie Anderson ). Po raz pierwszy zagrano ten materiał na żywo już w ubiegłym roku, w klubie "Roulette", na Brooklynie. Jeśli chodzi o koncerty i polski trop, to warto odnotować obecność Toby Drivera na ubiegłorocznej odsłonie Sacrum Profanum.

Album "They Are The Shield" rozpoczyna długie intro skrzypiec, któremu wtóruje partia klawiszy, tworząc sugestywne tło. Amerykański artysta zdecydowanie woli dłuższe formy wypowiedzi (stąd też nieco dłuższe tony w jego sposobie śpiewania), preferuje łagodne wybrzmiewanie dźwięków, od nagłych i gwałtownych zmian modalnych. Ważne jest dla niego zbudowanie odpowiedniej atmosfery, stopniowe wprowadzania słuchacza w intymny świat. W utworze "Anamnesis Park" głos Toby Drivera pojawia się "już", "dopiero", po 6 minucie i 30 sekundzie. Te dwa pierwsze utwory - "Anamnesis Park" oraz "Glyph" - brzmią właściwie jak jedna kompozycja, jak dwie części tej samej opowieści. Dominuje nastrój niepokoju i smutku, podkreślony przez tony skrzypiec. Warto zaznaczyć, że cały album brzmi bardzo konsekwentnie i spójnie. Jedynie drobne ożywienie tempa narracji można odnotować przy okazji "470 Nanometers". W "Scaffold of Digital Snow" pojawia się dodatkowy głos, kobiecy głos - to Bridget Bellavia ujawniła swoje możliwości wokalne.
Na płycie "They Are The Shield" mamy do czynienia z czymś na kształt autobiograficznych  ballad, o miłości, rozstaniach i meandrach ludzkiego losu. Muzycznie można odnaleźć dyskretne odwołania do dokonań Scotta Walkera, Philip'a Glassa, Arvo Parta, Talk Talk. Muzyka kameralna miesza się tutaj z elementami jazzu, rockiem gotyckim, indie folkiem. Pikanterii dodaje fakt, że album ukazał się w oficynie, która na co dzień promuje głównie grupy metalowe. Płyta całkiem nieźle koresponduje z albumem "Minus" Daniela Blumberga, prezentowanym na łamach tego bloga.
Na koniec dzisiejszego wpisu moja ulubiona kompozycja, od której nie potrafię się uwolnić, cudowne połączenie myślenia o dźwięku spod znaku nieodżałowanego Talk Talk i Bark Psychosis. Mój ulubiony, póki co, przebój tej jesieni.

(nota 7.5/10)




  

czwartek, 4 października 2018

THUS OWLS - "THE MOUNTAIN THAT WE LIVE UPON" (For The Living And The Dead) "Mrok niejedno ma imię"

Spotkali się dekadę temu podczas jednego z europejskich koncertów. Erika Alexandersson udzielała się wokalnie w grupie Loney Dear, zaś Simon Angell grał na gitarze w zespole Patricka Watsona. Coś między nimi zaiskrzyło na tyle, że zostali parą i założyli własną formację Thus Owls. Ich debiut fonograficzny przypadł na 2009 rok, nosił tytuł "Cardiac Malformations" i został nagrany w Svenska Grammofonstudion w Geteborgu. Przez cztery kolejne lata nasi dzisiejsi bohaterowie mieszkali w Szwecji - cóż, że ze Szwecji - często podróżując po Europie (następną płytę nagrali we Francji), po czym zawarli związek małżeński - "...i że nie opuszczę cię..." - żeby ostatecznie osiąść w Kanadzie.

Czwarta w dyskografii płyta - nie licząc epki - zatytułowana "The Mountain That We Live Upon", która ukazała się kilka dni temu, została zarejestrowana w Montrealu. Tym razem podstawowy skład - Erika Angell, Simon Angell, Samuel Joly (perkusja), poszerzono o kilku gości. Wśród nich warto wymienić Jasona Sharpa, który zagrał na saksofonie, oraz Emila Strandberga, który zagrał na trąbce. Szczególnie ten drugi, w mojej ocenie, podniósł wartość tej płyty.

Cały materiał został nagrany na żywo, w studiu Hotel2Tango, w Montrealu. Hotel2Tango to znane miejsce na mapie alternatywnej sceny kanadyjskiej. Czasami bywa również nazywane Thee Mighty Hotel2Tango (H2T). Przede wszystkim jest to studio analogowe, którego głównymi inżynierami dźwięku są Efrim Menuck oraz Thierry Amar, znani z formacji Thee Silver Mt.Zion Memorial Orchestra, i Godspeed You! Black Emperor. W tym przytulnym zakątku dzielnicy Mile End nagrywali między innymi: Arcade Fire, Wolf Parade, Vic Chesnutt. Można powiedzieć, że jest to ulubione studio wytwórni Constellation Records.

Album "The Mountain That We Live Upon" rozpoczyna urokliwy "A Shade of Green", dźwięki klawiszy i trąbki, które łagodnie wprowadzają w nastrój całego wydawnictwa. Głos Eriki Angell w górnych rejestrach przypomniał mi wokalizę Kate Bush. Zresztą ta kompozycja mogłaby się znaleźć jako dodatek do płyty "Aerial" lub "50 Words For Snow". Podobna melodyka, podobne kreowanie muzycznej przestrzeni. Smutek, nostalgia, psychodelia i mrok przewijający się w nagraniach państwa Angell, który niejedno ma imię.
W utworze "Future/Past", jak i w "Solar Eclipse", sposób śpiewania - szczególnie zwrotki - bardzo mocno przypominał mi dokonania Beth Gibbons (Portishead). Zwraca też na siebie uwagę realizacja wokalu, który dzięki temu znalazł się bardzo blisko słuchacza, "tuż przy uchu". Przyznam szczerze, że cenię sobie właśnie taki sposób rejestracji głosu. Trop grupy Portishead (szczególnie ostatni okres ich działalności), i związanej z nimi stylistyki, jest kluczowy dla opisu dokonań szwedzko-kanadyjskiej formacji. Muzycy Thus Owls wciąż poszukują ciekawego brzmienia. Nie obawiają się zmiany tempa w obrębie poszczególnych kompozycji, kilku fraz. Ciężko przypisać ich twórczość do jednego gatunku - byłoby to dla nich krzywdzące - ponieważ swobodnie poruszają się na pograniczu wielu estetyk.

Matka Eriki Angell była nauczycielką śpiewu, prowadziła chór, nic więc dziwnego, że Erika jako nastolatka zasiliła skład kilku z nich. Stąd również pewne drobne naleciałości, pochodzące jak przypuszczam właśnie z tego okresu, w sposobie jej śpiewania. Chociażby skłonność do wykorzystywania nieco dłuższych dźwięków. Erika Angell lubi śpiewać niejako obok instrumentów. Na ostatnim albumie Thus Owls są całe partie, gdzie głos Eriki rozbrzmiewa  na malowniczym tle gitar, kiedy nie podają one tonów linii melodycznej. Zupełnie tak, jakby tymi wstępami wokalistka zapraszała muzyków do dalszego rozwinięcia zaproponowanych przez nią pomysłów; jakby jej głos zachęcał do współpracy pozostałe instrumenty.
Z pewnością strzałem w dziesiątkę okazało się użycie trąbki, która bardzo wzbogaciła brzmienie, dodając dodatkowych barw. Emil Strandberg stanął na wysokości zadania. Szkoda tylko, ze saksofon odzywał się tak rzadko, jedynie w dwóch utworach, i głównie w tle, niejako dociążając poszczególne kompozycje swoim dyskretnym barytonowym podmuchem. Co oczywiście nie zmienia mojej końcowej oceny, że jest to płyta godna uwagi i wielu odtworzeń.

(nota 7.5/10)








A na deser moja ulubiona kompozycja z albumu "The Mountain That We Live Upon".



czwartek, 20 września 2018

DAKOTA SUITE, DAG ROSENQVIST, EMANUELE ERRANTE - "WHAT MATTERS MOST" (Karoke Kalk) "Czyli o tym, co w życiu istotne"

   Ponad pół wieku temu - dokładna data nie jest aż tak ważna - w domu reżysera Johna Hustona miało miejsce spotkanie towarzyskie. Wśród zaproszonych gości znaleźli się sławni przedstawiciele świata kina i sztuki, reżyserzy, scenarzyści, znani aktorzy i aktorki, w tym Ava Gardner. W pewnym momencie ktoś rzucił pytanie: "Co jest najważniejsze w życiu?". Przytulne i gustownie urządzone wnętrze zaczęły wypełniać pierwsze nieśmiałe odpowiedzi. Ktoś, całkiem słusznie, stwierdził, że najważniejsze w życiu jest zdrowie, jakaś aktorka, jak to kobieta,  wskazała na miłość, bycie kochanym, bycie szczęśliwym. Tubalny głos scenarzysty, siedzącego w rogu pokoju, oświadczył, że najważniejsza jest rodzina, ktoś chwilę później dorzucił, że: "wolność". Wysłuchawszy spokojnie wszystkich odpowiedzi, na końcu odezwał się John Ford. "Najważniejsze w życiu jest... być czymś zainteresowany" - oto, co powiedział reżyser filmu "Rio Grande".

Wspominam o tym dlatego, że najnowsza płyta grupy Chrisa Hoosona, Dakota Suite, zatytułowana "What Matters Most", dotyczy również tej kwestii. Formacja Dakota Suite istnieje na rynku muzycznym od dwudziestu lat, i przez ten czas nie tylko scenicznej działalności, doczekała się około dwudziestu albumów (jak zwykle dokładna liczba zależy od przyjętej metodologii). Ten najnowszy ukazał się kilka dni temu, i w mojej ocenie jest jedną z najlepszych pozycji w bogatej dyskografii.

Całość rozpoczyna się od kompozycji "Constanta, 1992", i niespiesznych dźwięków fortepianu, w stylu przypominającym dokonania nieodżałowanego Erika Satie. Dźwięk oraz jego łagodne wybrzmiewanie, kolejny ton i kolejny oddech subtelnej pauzy. Taka estetyka, ten styl muzycznej ekspresji - eteryczny, leniwy, nostalgiczny (pogranicze elektroniki i ambientu, alternatywy i jazzu) - przewija się przez cały album. Niekiedy pojawiają się dźwięki gitary, przetworzone i powielone, zapętlone i umiejętnie nałożone na siebie, jak w prześlicznym i utkanym z melancholijnych wersów: "Now That You Know".Czasem na pierwszy plan wysunie się delikatna narracja saksofonu, coś na kształt westchnięć, nieśmiałych  szeptów, dostosowanych  do sposobu śpiewania wokalisty, i powołanych do życia przez Lisen Rylander, jednego z wielu zaproszonych do współpracy gości. Wśród nich musiał się znaleźć stały bywalec wydawnictw sygnowanych nazwą Dakota Suite - Dag Rosenqvist, odpowiedzialny za syntezator, banjo i klawisze Rhodesa, Emanuele Errante, który dostarczył nagrań terenowych, Anna Elias śpiewająca w chórkach, oraz kolejny stały gość, Quentin Sirjacq, obsługujący tym razem wibrafon. Płyta jest w pewnym sensie dedykowana Johannie, żonie Chrisa Hoosona, którą poznał 26 lat temu na rumuńskim dworcu (stąd tytuł "Constanta, 1992"), i która zagrała tutaj na klarnecie.

Album "What Matters Most" z jednej strony mieni się barwami jesieni - nostalgia, melancholia, smutek - a z drugiej fragmentami spowity jest przez gęstniejący mrok, przepełniony niepokojem, którego nie sposób do końca zdefiniować i wyrazić, a który zdaje się pęcznieć gdzieś od środka, nie znajdując dla siebie całkowitego ujścia.
W wywiadzie Chris Hooson oświadczył, że to jego najbardziej skomplikowana i osobista płyta, jaką nagrał do tej pory.

A co jest najważniejsze w życiu dla lidera formacji Dakota Suite, fana wydawnictw ECM, wielbiciela dokonań Harolda Budda oraz grupy Red House Painters? - ktoś słusznie zapyta.
Prawdopodobnie wiele rzeczy. Jakąś odpowiedź na ten temat przynosi kompozycja zatytułowana "I Survive Only In Someone Else".Chris Hooson stawia więc na miłość, relację z drugim człowiekiem,  bycie z kimś, a tym samym bycie w kimś, pozostawanie w jego pamięci, nawet wtedy, kiedy będzie już po wszystkim i dopełni się czas. "Dopóki kogoś pamiętasz, nie odszedł na dobre".
"Miłość to być może mądrość wspólnego przemijania" - pewnie i pod tym zdaniem autorstwa Wiesława Myśliwskiego podpisałby się twórca płyty "What Matters Most".

(nota 7.5-8/10)














Na koniec jedna z moich ulubionych  kompozycji formacji Dakota Suite, którą można odnaleźć na albumie "There Is Calm To Be Done".








czwartek, 6 września 2018

SPIRITUALIZED - "AND NOTHING HURT" (Fat Possum Records) "Wizyta w rzeźni numer pięć"

  To była druga połowa lat dziewięćdziesiątych i kaseta firmy BASF (niezbyt dobra), otrzymana z rąk kolegi, który w odróżnieniu ode mnie czuwał w niedzielny wieczór przy radioodbiorniku. Spośród wielu utworów zarejestrowanych na tej taśmie, moją szczególną uwagę przyciągnęły dwa, które od razu wbiły mnie w fotel. To był utwór, o jakże proroczym i adekwatnym tytule, "No God Only Religion", grupy Spiritualized. Nigdy wcześniej nie miałem okazji obcować z czymś tak niezwykłym, wspaniałym i wyjątkowym pod każdym względem. Poczułem, że odkrywam zupełnie nowe muzyczne krainy. Całkiem możliwe, że w jakimś kartonie wciąż znajduje się owa taśma, z zapisem tego nagrania oraz komentarzem autora niedzielnej audycji, który uraczył słuchaczy tymi oryginalnymi dźwiękami, pana Piotra Kaczkowskiego. Tamtego pamiętnego wieczoru rolki kasety obracały się na szczęście dalej i zdołały utrwalić jeszcze jedno cudeńko z tej wyjątkowej, jak się później okazało, płyty zatytułowanej: "Ladies And Gentlemen We Are Floating In Space", niezwykle poruszającą kompozycję "Broken Heart" ("Though I Have a Broken Heart, I'm Too Busy To Be Heartbroken..."). W ten właśnie sposób rozpoczęła się moja przygoda z formacją założoną przez Jasona Pierce'a. Przez te ponad dwadzieścia lat nic nie zmieniło się w tej materii, kompozycja "No God Only Religion" wciąż jest moim ukochanym utworem tej grupy, i figuruje na liście najważniejszych utworów życia.







Tego stanu rzeczy nie zmieni także najnowszy album Spiritualized - "And Nothing Hurt" - choć od razu na samym początku zaznaczę, że jest to album bardzo udany i dobrych kompozycji na nim nie brakuje. Z pewnością lider formacji Jason Pierce przy okazji tego wydawnictwa nie odkrywa nowych muzycznych krain, bo te zostały już dawno przez niego odkryte. Raczej ponownie składa wizytę w dobrze znanych miejscach, jakby chciał sprawdzić, czy nadal tam są, albo czy on wciąż do nich pasuje.
W życiu autora tekstów i kompozytora sporo ostatnio się zmieniło. Angielski muzyk ma za sobą dość poważny epizod z narkotykami oraz zawał mięśnia sercowego. Nic więc dziwnego, że nie tylko za sprawą tych  doświadczeń spogląda na rzeczywistość nieco inaczej niż przed laty. Pewnie również z tego powodu Pierce zaczerpnął tytuł dla swojego wydawnictwa z powieści Kurta Vonneguta: "Rzeźnia numer pięć". Cytat ten w całości brzmi: "Everything Was Beautiful And Nothing Hurt". Owa całkiem zgrabna sentencja brzmi, jak podchwycona z ust dojrzałego mężczyzny, który w chwili refleksji podsumowuje pewien okres swojego życia. To zdanie dla Vonneguta miało charakter ironiczny. I tak sobie myślę, że w podobnym kontekście zostało użyte przez Jasona Pierce'a.

Jeśli chodzi o brzmienie poprzednio przeze mnie opisywanej płyty - Big Red Machine - był to mniej lub bardziej  świadomy flirt z nowoczesnością. Jason Pierce na albumie "And Nothing Hurt" proponuje podróż w czasie i cofnięcie się o 20 lat. Z drugiej jednak strony trzeba dodać, że sposób nagrywania i komponowania tej płyty wpisuje się w to, co ostatnio modne. Całkiem dojrzały już pan sięgnął bowiem, w swoim mieszkaniu, we wschodniej części Londynu, po laptop oraz program "Pro Tools". Dopiero rogi, basy i kotły były nagrywane w studiu, przez które w trakcie prac nad albumem przewinęło się dwudziestu muzyków.

W muzyce grupy Spiritualized od samego początku mieszały się ze sobą różne style, przewijały rozmaite gatunki - począwszy od alternatywnego rocka, przez bluesa i gospel, a na psychodelii skończywszy. Podobnie jest na ostatnim wydawnictwie. Album rozpoczyna się od "A Perfect Miracle" i radosnych dźwięków ukulele, które łagodnie wprowadzają w romantyczną wizję, kreśloną przez autora tekstów. Sposób wypowiadania kolejnych fraz, w pewnym stopniu również melodyka, przypomina początek sztandarowego i kultowego dziś wydawnictwa - "Ladies And Gentlemen We Are Floating In Space".
W drugim utworze na płycie - "I'm Your Man" - mamy do czynienia z czymś na kształt rockowego klasyka, okraszonego orkiestracją tak ważnych dla twórczości Pierce'a instrumentów dętych oraz z wyjątkowo szablonową gitarową solówką. Kolejna odsłona, czyli - "Here It Comes" - to dla mnie najsłabszy fragment płyty. Właściwie wszystko tutaj funkcjonuje w oparciu o ulubioną metodologię angielskiego artysty - zwrotka/refren/gitary/perkusja/dęciaki/chórek/zwolnienie pod koniec piosenki. Jako całość w ogóle się to nie broni i brzmi, pewnie nie tylko w moich uszach, cokolwiek banalnie. Na tym koniec złych informacji, bo w dalszej części albumu, z każdą kolejną jego odsłoną jest tylko lepiej.
W "Let's Dance" lider Spiritualized zaprasza do tańca, choć robi to w typowy dla siebie nieco przewrotny sposób - leniwie, niespiesznie, jakby śpiewał od niechcenia, przypominając na początku każdej zwrotki, jak bardzo jest zmęczony. I jest to bez wątpienia jeden z najlepszych fragmentów całego wydawnictwa.
"On the Sunshine" i "The Morning After" to swoiste muzyczne autografy złożone dłonią Jasona Pierce'a, pieczątki jakości okraszone szaleństwem swobodnej improwizacji. Do takich kompozycji po prostu chce się wracać.

Muszę uczciwie przyznać, że jestem bardzo zaskoczony wysokim poziomem najnowszej płyty Spiritualized - "And Nothing Hurt". Żadne znaki na niebie i ziemi nie zapowiadały, że Jason Pierce jest w aż tak dobrej formie. Naturalnie ten album jest w pewnym stopniu kontynuacją dawnych pomysłów, rozwinięciem dobrze znanych sposobów myślenia. I sam jestem ciekaw, jak zabrzmiałby w moich uszach, gdybym nie znał poprzednich dokonań tej grupy, i właśnie od tego krążka rozpoczynał swoją przygodę z tym zespołem.
Jedno nie ulega wątpliwości - czasy się zmieniają, a Jason Pierce wciąż pozostaje taki sam - intrygujący i prawdziwy.

(nota 8/10)








poniedziałek, 13 sierpnia 2018

TOMBERLIN - "AT WEDDINGS" (Saddle Creek Records) "Schowana płyta Conora Obersta"

  Okres nastoletni to zwykle czas buntu, również wielokrotnie ponawiana próba zdefiniowania własnej tożsamości, celów oraz pragnień. Wszystkie te burze młodzieńczych lat ma już pewnie poza sobą 23-letnia, urodzona w  Jacksonville na Florydzie, mieszkająca obecnie w Louisville w stanie Kentucky, bohaterka dzisiejszego wpisu - Sarah Beth Tomberlin.
W jej przypadku ów bunt dotyczył głównie problemów związanych z wiarą. Jako córka baptystycznego pastora Sarah dorastała w bardzo ortodoksyjnej rodzinie, w której wiara oraz przestrzeganie wpojonych przez ojca i przypominanych przy byle okazji zasad stały się kwestiami nadrzędnymi. W jej domu nie wolno było słuchać muzyki, która w swojej treści i wymowie nie byłaby chrześcijańska. Rodzice bardzo dokładnie kontrolowali wszelkie wybory estetyczne córki. Nic więc dziwnego, że Sarah Tomberlin długo nie znała większości popularnych piosenek, którymi zachwycali się jej rówieśnicy. W nawiązaniu kontaktu z muzycznym światem amerykańska songwriterka sporo zawdzięcza swojej kuzynce - ta ponoć wgrała jej na iPoda mnóstwo aktualnych przebojów. Pierwszymi płytami Tomberlin była ścieżka dźwiękowa do filmu "Chicago" oraz album grupy Brigth Eyes - "I'm Wide Awake, It's Morning", który musiała ukrywać przed rodzicami, nie chcąc, żeby - jak niemal wszystkie estetyczne treści  - jego zawartość stała się przedmiotem gorącej debaty i wnikliwej analizy przy rodzinnym stole. W wieku 16 lat Tomberlin trafiła do chrześcijańskiego college'u, który rok później porzuciła. Sarah Beth chciała wreszcie wydostać się z tej ciasnej, zaprojektowanej przez rodziców klatki. Chciała mieć coś własnego, coś tylko dla siebie. Znalazła zatrudnienie w sklepie Vericon i to mniej więcej w tym okresie, z wolna zaczęły powstawać pierwsze piosenki na jej debiutancki krążek. Podczas pisania tekstów i komponowania utworów odnalazła tak długo poszukiwany azyl. Była to swojego rodzaju ucieczka od nużącej monotonii, poukładanego, raz i na zawsze zdefiniowanego stylu życia.

Nasza dzisiejsza bohaterka przedmiotem warstwy lirycznej na debiutanckim albumie uczyniła między innymi izolację, której doświadczyła, poczucie wyobcowania, skryte pragnienia i tęsknoty. Przy pomocy gitary i fortepianu stworzyła dziesięć lirycznych i nostalgicznych ballad, stanowiących zapis jej młodzieńczych przeżyć. Jak sama podkreśla, nie lubi pisać refrenów. Zdecydowanie bardziej woli tworzyć poetyckie i poprzetykane zgrabnymi metaforami opowieści. Kiedy słucha się tych utworów stworzonych głównie w oparciu o akordy gitary, niejako odruchowo pojawiają się skojarzenia z "oazowym graniem", którego Sarah Tomberlin wcale się nie wypiera. Amerykańska artystka inspiruje się hymnami, pieśniami religijnymi - bycie córką pastora jednak do czegoś zobowiązuje - których słuchała i które wykonywała podczas nabożeństw.
Z pewnością dużym jej atutem jest głos - dźwięczne i delikatne górne rejestry, gdzie Sarah Beth porusza się całkiem swobodnie (jasny wokal pełen refleksyjnej przestrzeni). Na szczęście ktoś myślący i uważny - Owen Pallett - podczas etapu produkcji zatroszczył się o to, żeby znaleźć wyjście, z typowego i nieco przewidywalnego "oazowego grania". W subtelnych aranżacjach pojawia się więc fortepian i wiolonczela. Czasem, jak w  "Tornado" można usłyszeć krótki repetytywny motyw grany przez syntezator. Innym razem tkankę utworu wypełniają nici mocno przesterowanych gitar - "Self-Help". To znowu urokliwy głosy Tomberlin zostanie odrobinę przetworzony - "Untitled 2" - przywołując skojarzenia z dawnymi dokonaniami His Name is Alive (kompozycja ta została zarejestrowana na telefonie).

I tak oto historia zatoczyła kolejne koło - Sarah Beth Tomberlin ukrywała przed rodzicami płytę grupy Conora Obersta, żeby po latach wydać swój debiutancki album w założonej przez niego wytwórni.

( nota 7.5/10)









Ps. Tak się zastanawiam, czy nie wprowadzić na łamach bloga nowej kategorii - "przebój tygodnia/miesiąca". Od czasu do czasu pojawiają się bowiem kompozycje, którymi warto, a nawet trzeba podzielić, żeby nie przepadły bez echa w odmętach internetu. Jakże często te wyjątkowe piosenki, od których później długo nie potrafimy się oderwać, pochodzą z niezbyt udanych płyt, średnich lub całkiem przeciętnych albumów, które nie znajdą potem szerszego opisu na stronach bloga. Nie wiem, czy tak będzie w przypadku najnowszej piosenki Freda Thomasa - "House Show, Late December", ponieważ jego płyta "Aftering" dopiero ukaże się 14 września tego roku, w wytwórni Polyvinyl Records. W sieci pojawiły się do tej pory dwa utwory zapowiadające to wydawnictwo. Wiem za to, że ta wyborna kompozycja znajduje się pod indeksem 6, i zrobiła na mnie spore wrażenie. Słucham jej na okrągło, w wolnych oraz tych  nieco bardziej zajętych chwilach. Smacznego!










wtorek, 8 maja 2018

DANIEL BLUMBERG - "MINUS" (Mute Records) "Dezintegracja pozytywna - czyli siła rozkładu"





   Po pięciu latach przerwy wydawniczej, po traumatycznych wydarzeniach, które przyniosło życie - śmierć przyjaciela z dzieciństwa, walka z depresją - "Wszystko wokół mnie się zawaliło" - po wizytach w londyńskiej Cafe OTO i otwarciu się na świat muzyki improwizowanej, 28- letni Daniel Blumberg (niegdyś siła napędowa Yuck), osiada gdzieś na walijskiej wsi i - jak wieść gminna niesie - w przeciągu pięciu dni, przy pomocy zaprzyjaźnionych muzyków, w oparciu o fortepian, bas, perkusję, gitarę i skrzypce nagrywa album zatytułowany "Minus". I trzeba sobie od razu powiedzieć, że jest to album znakomity.  Rzadko - lub coraz rzadziej - przynajmniej w ostatnich długich miesiącach, pojawia się płyta, która byłaby tak spójnie i tak konsekwentnie zrealizowanym albumem. Albumem na którym spotykają się światy szeroko pojętej muzyki alternatywnej ze światem muzyki improwizowanej.

Ta płyta - "MINUS" - to przede wszystkim żałosna skarga, kameralny i wyrafinowany protest song, intymne zwierzenia mężczyzny po przejściach oraz zaproszenie do wniknięcia w głąb prywatnej przestrzeni. Te obsesyjnie powtarzane frazy tekstu, te pętle dźwięków, które uparcie powracają, czy to w żałobnych tonach skrzypiec, czy w łkaniach gitary, mają podkreślić natrętne myśli, które plączą się po coraz bardziej umęczonej głowie głównego bohatera.  Gdzie szukać ratunku? Gdzie znaleźć ukojenie? Nie pozostaje nic innego, jak po raz kolejny wrócić pamięcią do wydarzeń z przeszłości, do tych ulotnych chwil, kiedy naprawdę było się szczęśliwym. Zupełnie tak, jakby przyszłość nie istniała, jakbyśmy zapomnieli, że to, co się stało, już się nie odstanie, ale również jakby gdzieś głęboko tliła się jeszcze iskierka nadziei, że mimo wszystko coś może się odmienić.

Zarówno w tekstach, jak i w repetytywnych strukturach muzycznych albumu pobrzmiewa skarga, wyrażona nie wprost i  rzucona pod adresem świata. Świata, który być może jest  w stanie wyłowić ją z powodzi niezliczonej ilości skarg i zażaleń, ale który odpowiada w najgorszy z możliwych sposobów - milczeniem.  Milczy świat, milczy Stwórca, obojętny na pytania i wątpliwości, dlatego kolejne fragmenty warstwy lirycznej płyty zaczynają przypominać osobliwą modlitwę... Modlitwę do siebie samego...o siebie samego... Modlitwa, mantra, zaklęcia... - mam wrażenie, że znaczenie z uporem powtarzanych słów schodzi tutaj na dalszy plan. Liczy się przede wszystkim rytm tej wypowiedzi, melodia frazy.

W przeważającej części albumu mamy do czynienia z mentalną dezintegracją bohatera - coś się rozkłada, coś się rozpada na drobne kawałki. Ten sam proces można zauważyć w muzycznej tkance albumu, szczególnie w jego opus magnum, niemal 13-minutowym  "Madder", gdzie w kluczowym fragmencie poszczególne instrumenty wypadają z tonacji, z przygotowanych wcześniej torów. Gładka do tej pory i zrobiona z dużym wyczuciem smaku aranżacja, zaczyna zgrzytać i trzeszczeć w szwach. Żałosne tony skrzypiec, westchnienia gitary, oddechy harmonijki ustnej, wszystko z coraz większym trudem odnajduje odpowiednie dźwięki oraz właściwe sobie ramy taktów.
W "Stacked" bohater czeka na bliską mu osobę, która nie pojawi się, bo pojawić się nie może. I znów przyjdzie zamknąć się w mydlanej bańce wspomnień. Cóż zrobić, kiedy nie pozostało nic innego, jak tylko pożółkłe fotografie coraz bardziej odległej przeszłości i stosy płyt piętrzących się za plecami.

Muzycznie słychać tutaj nawiązania do Dirty Three, Nicka Cave'a, Neila Younga, Marka Hollisa i ostatnich dokonań Talk Talk... i tak można by jeszcze długo wymieniać, szukać, porównywać.  Tylko po co...
Jednak przede wszystkim jest to płyta Daniela Blumberga.

W moim odczuciu, pomimo nostalgicznego, smutnego, czy wręcz żałosnego długimi fragmentami, charakteru albumu "Minus", mamy tu do czynienia z dezintegracją pozytywną. To właśnie traumatyczne doświadczenia, epizody graniczne odciskają piętno, ale również budują tożsamość. Wychodzimy z nich - jeśli w ogóle wychodzimy - bogatsi, odmienieni, jakby narodzeni na nowo. I jakże często to właśnie tego typu doświadczenia są impulsem do podjęcia kolejnej próby, czy źródłem dla wszelkiej twórczości artystycznej. 

Nie ukrywam, że to duża przyjemność móc obcować, z czymś tak szczerym i wyrafinowanym, jak album Daniela Blumberga.  "Minus" to kandydatka do płyty roku oraz pozycja, którą po prostu wypada mieć, nie na półce... ale w odtwarzaczu, ... i długo jej nie wyciągać.

( nota 8.5/10)








poniedziałek, 7 maja 2018

JUST MUSTARD - "WEDNESDAY" (Pizza Pizza Records) "Pocztówka lat 90-tych"





   Zacznę od zdania, które kilkakrotnie pojawiło się na łamach tego bloga - lubię debiutantów...
A tak się złożyło, że zespół Just Mustard kilka dni temu wydał debiutancki album zatytułowany "Wednesday", i wcale nie jest to musztarda po obiedzie. Jak dla mnie równie dobrze ta płyta mogłaby się nazywać "Sunday 21.00". Bowiem każdej niedzieli, o tej porze, na początku lat 90-tych, na kanale MTV, nadawany był program "120 Minutes", w którym przybliżano sylwetki zespołów szeroko pojętej sceny alternatywnej. Wspominałem już o tym kultowym dla mnie programie na łamach tego bloga (tutaj ).
Wracam do niego z tego powodu, że formacja Just Mustard na debiutanckim krążku gra tak, że prowadzący program "120 Minutes" Paul King westchnąłby zachwycony, a potem bez najmniejszego zgrzytu umieściłby ich teledysk gdzieś pomiędzy utworami takich grup jak Swallow czy My Bloody Valentine. Znajdziemy na tej płycie i rozmyte shoegazowe gitary, i dyskretne nawiązania do zapomnianej już dziś grupy Cranes - specyficzna aura nagrań i hipnotyczny głos wokalistki. To prawda, że członkowie grupy Just Mustard na swoim debiucie spoglądają wstecz, dokonując tym samym reinterpretacji muzycznej przeszłości, jednak w ten sposób kształtują swoją artystyczną tożsamość.

Oczywiście mogę wymieniać dalej, że i gitary, i bas, i głos, i mroczny, psychodeliczny nastrój, który szybko udziela się słuchaczowi... Jednak to, co przede wszystkim zapada w pamięć, w trakcie odsłuchiwania tych udanych kompozycji, to brzmienie całej płyty. Widać wyraźnie, że zespół miał od początku pomysł na siebie. Album nagrał David Noonan, w domowym studio. I kto wie, być może właśnie aura tego miejsca sprawiła, że artyści z Irlandii uzyskali tak charakterystyczne brzmienie. Jego podstawą jest specyficznie zrealizowana perkusja, z mocno podbitym mięsistym basem. Takiego soczystego pulsu, głębokiego oddechu niskich tonów, mogliby pozazdrościć czołowi przedstawiciele sceny trip-hopowej.
Debiutancki krążek udanie rozpoczyna znakomity "Boo" - psychodeliczna wyprawa w czasie, prosto do dźwięków sceny alternatywnej początku lat 90-tych. I właśnie w tej stylistyce pozostaniemy aż do końca płyty "Wednesday". W poszczególnych jej  odsłonach będą zmieniać się jedynie wektory, subtelne akcenty - raz będzie nieco więcej psychodelii, to znów shoegaze'u, innym razem zanurzymy się w kojącej rzece dream-popu - "Feeded", żeby wszystko mogło zakończyć się drapieżnym "Pictures", w post-joyowskich barwach (nawiązuję zarówno to grupy Joy Division, jak i do płyty "Wings of  Joy" grupy Cranes).
Pozycja obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy pamiętają program "120 Minutes".

(nota 8/10)











czwartek, 22 marca 2018

DROWSE - "COLD AIR" (Flesner Records) "W objęciach nowoczesnej farmakologii"




Dzisiejszym bohaterem jest Kyle Bates, muzyk i autor tekstów, ukrywający się pod nazwą Drowse.  Człowiek, który w ostatnich latach mocno wspierał nowoczesną farmakologię, nie tracąc przy tym nadziei, że w końcu i ona - farmakologia - odpłaci tym samym, rozganiając jego powracające myśli samobójcze, lęki, depresje, psychozy, i pogłębiającą się niestabilność emocjonalną.
Do tej pory na koncie Batesa możemy znaleźć, single, epkę, i jedną płytę długogrającą wydaną na kasecie, zatytułowaną "Soon Asleep" (2015).  Jak można wyczytać na jego stronie, amerykański muzyk powraca po... załamaniu psychicznym, z nowym albumem - "Cold Air". Podczas pracy nad płytą Bates czerpał inspirację z twórczości Anne Carson, i Karla Ove Knausgarda, który, jak wieść gminna niesie, wreszcie zakończył cykl "Moja walka" (czas już był najwyższy). Pośród tematów, które porusza muzyk z Portland znalazły się oczywiście rozmaite bolączki skrywane w  mrocznych zakamarkach duszy - samotność, przemijanie, poszukiwanie oparcia i wyzwolenia z lęków, obaw, piętrzących się ponurych emocji.  Można ten album potraktować jako intymne zwierzenia, spowiedź, która w konsekwencji ma doprowadzić do oczyszczenia z negatywnych emocji, odnalezienia również tej jasnej strony życia.

Płyta była nagrywana w zaciszu domowych pieleszy, co ma swoje dobre i złe strony. Do minusów można zaliczyć fakt, że linia wokalizy jest nie zawsze czytelna. Głównie z tego powodu, że Kyle Bates lubi używać pogłosu. Jeśli chodzi o głos, to warto również odnotować wsparcie wokalne, jakiego udzieliła na płycie "Cold Air" Maya Stoner (zespół Sabonis). Szkoda tylko, że tak uroczy głos nie pojawia się znacznie częściej, i w znacznie większej liczbie utworów. Cały album liczy sobie dwanaście kompozycji, z czego trzy to miniatury, które czasem trwania nie przekraczają minuty.
Na krążku "Cold Air" mamy dużo onirycznych klimatów, stanów rozmarzenia. Piosenki snują się leniwie od nutki do nutki, zbudowane wokół akordów gitary akustycznej lub elektrycznej, podkreślane dodatkowo sugestywną elektroniką. "Put Me to Sleep" przypomniał mi stare dobre Swallow, podobnie rozmyte brzmienie gitary i aura. Mimo wszystko do plusów zaliczyłby to, że momentami jest niezbyt czysto i niezbyt równo, chociażby jak w końcówce "Quickenning", ma to jednak swój specyficzny urok. Na płycie mamy również ukłon w stronę shoegazowej tradycji - czego jak czego, ale przesterowanych gitar tutaj nie brakuje. Kompozycja "Rain Leak" mocno nawiązuje do twórczości My Bloody Valentine, z urokliwym refrenem, którego Brytyjczycy mogliby pozazdrościć.

Album "Cold Air" z pewnością powinien zainteresować fanów takich formacji jak: Mount Eerie, Grouper,  The Microphones, czy Carrisa's Wierd. Najpiękniejszy utwór ukrywa się pod tytułem "Klonopin" - to  - jak doczytałem - jednocześnie nazwa leku, który ma uspokajać i zapobiegać przed ewentualnymi napadami paniki. Uspokójmy więc emocje w towarzystwie Kyle Batesa i Mayi Stoner.

(nota 7.5/10)






piątek, 19 lutego 2016

The Donnies The Amys






Lubię towarzyszyć zespołom od samego początku. Lubię obserwować ów tajemniczy i nie do końca zrozumiały proces, w trakcie trwania którego, kształtuje się ich brzmienie. Czasem łapię się na tym, że zupełnie bezwiednie próbuję odgadnąć, w jakim kierunku zmierzają. Staram się określić, dokąd mogą zaprowadzić ich muzyczne poszukiwania. Zadaje sobie wtedy jedno z tych niemal samo narzucających się pytań. Czy zespół/artysta nadal będzie się rozwijał, szukał swojej muzycznej tożsamości, odpowiednich środków wyrazu, do tego, żeby dać świadectwo własnemu stosunkowi do świata, oraz temu, co zwyczajnie mu w duszy gra. (Znaleźć, czy raczej doświadczyć pełni swoich możliwości oto cel, oto zadanie, marzenie wielu artystów). Czy wprost przeciwnie - muzyk spocznie na laurach, lub ich braku, zadowolony lub zniechęcony aktualnym i utrzymującym się od dłuższego czasu stanem. Muzyka jako przygoda, muzyka jako droga, i wreszcie jako spotkanie dwóch albo kilku światów. Cóż może wyniknąć z takiego spotkania?
Jakże wiele w tym przypadku zależy od osobowości poszczególnych muzyków. Czy pojawi się między nimi owa mistyczna wręcz chemia, o której tyle się zwykle mówi, umieszczając ją w rozmaitych kontekstach. Czy jedno dla drugiego będzie inspirujące, pobudzające, czy popchnie do działania. Czy wprost przeciwnie, ktoś nie będzie potrafił powstrzymać swoich dyktatorskich zapędów i stłamsi każdą myśl, każdy inny niż własny pomysł niejako już w samym zarodku. Historia muzyki zna mnóstwo takich, niekiedy tragicznych przypadków. W zespole, w duecie, jest podobnie jak w każdym związku, jak w małżeństwie.
W duecie The Donnies The Amys słyszę całe mnóstwo „dobrej chemii”, pozytywnej energii i magicznej symbiozy. Donnie Stemp(kompozytor, klawiszowiec, wokalista obdarzony piękną barwą głosu, który od pierwszych chwil zapadł mi głęboko w pamięć) oraz Amy Wood(grająca na perkusji), znajdują się właśnie na początku swojej kariery – lub używając mniej komercyjnego określenia – na początku swojej muzycznej drogi. W 2011 nagrali swój pierwszy album „The Donnies The Amys”, który wydali rok później. Jak często w takich przypadkach bywa, debiutancka płyta nie odniosła żadnego większego sukcesu. Nie została zauważona przez krytyków ani właścicieli czołowych wytwórni wydających muzykę alternatywną.
Duet cały czas kształtuje i poszukuje własnego charakterystycznego brzmienia, czego dowodem są kolejne kompozycje. Na ich debiutanckiej płycie już podczas pierwszego przesłuchania zatrzymałem się na dłużej przy kilku nagraniach. Dostrzegłem w nich ślady myślenia, dowody wkładu pracy nad kompozycją. Mimo iż 6 z 12 nagrań nie trwało dłużej niż 3 minuty, odkryłem tam przebłyski, nieśmiałe zapowiedzi, tak bliskich mi tonów melancholii, nostalgii, szczególnie obecnej zarówno w tekstach jak i w głosie Donniego Stempa. Pojawiło się parę naprawdę zgrabnych piosenek i ciekawych aranżacji.
Jedną z nich, w moim odczuciu najlepszą na debiutanckiej płycie, jest utwór „Machines”. Piosenka rozpoczyna się od rytmu bossa novy podawanego przy pomocy syntezatora. W pierwszej chwili słuchacz odnosi wrażenie, że zespół za moment porwie go do banalnego, podobnego do tysiąca innych, tańca. Nic bardziej mylnego. Urokliwa kompozycja wprost rozkwita z każdym kolejnym taktem. Z każdym kolejnym uderzeniem w zestaw perkusyjny Amy do głosu dochodzą odpowiednio dobrane instrumenty. Wszystko jest tutaj trafione w punkt, wszystko pojawia się w odpowiednim dla siebie miejscu i czasie. Brzmi tak jak powinno brzmieć.  To właśnie ta kompozycja - „Machines” - chyba najlepiej pokazuje, jakie możliwości rzeczywiście drzemią w tym skromnym duecie. Wyrafinowanie, dobry smak, a wszystko w ramach gatunku indie-pop, chamber-pop. Podane tak, ze tylko palce lizać,...opuszki...









Na koncie The Donnies The Amys oprócz płyty długogrającej, epki, są również udane single. Ich potencjał – szczególnie jeśli chodzi o aranżacje i linie melodyczne - został zauważony w środowisku producentów filmowych i wykorzystany choćby w takich serialach jak „Reign”, czy „The royal”.  Amy Wood(znana również pod wdzięcznym pseudonimem „Rita”), zaczęła grać na perkusji w wieku ośmiu lat. Pochodzi z muzycznej rodziny – jednak dobre geny otrzymane w spadku po ojcu czasem robią różnicę. Amy ma bogate doświadczenie muzyczne, uczestniczyła w wielu projektach, udziela się również w Stanley Studios w Echo Park w stanie Kalifornia.



W ubiegłym roku pojawiła się ciekawa epka The Donnies The Amys zatytułowana „Stay the same”. Mam tylko cichą nadzieję, że zespół nie weźmie sobie zbytnio do serca tej nazwy. Nie mam pojęcia, dokąd zaprowadzi ich muzyczna droga. Ale szczerze i z całego serca życzę im jak najlepiej, trzymając za nich kciuki. Życzę im długiego marszu po krętych i niekiedy wyboistych ścieżkach usłanych dźwiękami, tonami, nutami. Życzę im ciekawej wyprawy rozpiętej na pięcioliniach odczuć, niepozbawionej potknięć, wpadek, błędów, wahań oraz zwątpień. Dawno już nie słyszałem duetu, który miałby tak spory potencjał. Dawno już nie słyszałem dwójki wciąż młodych skromnych ludzi, którzy brzmią głębiej, pełniej i prawdziwej niż niejeden dojrzały sekstet! Chciałbym, żeby ich przyszła płyta cała była tak udana, jak ta przepiękna kompozycja - „Drive you home”.