Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hotel2Tango. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hotel2Tango. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 kwietnia 2023

SILVER MOTH - "BLACK BAY" (Bella Union) "W stronę światła"

 

       Niejeden urokliwy nie tylko nadmorski pejzaż był źródłem inspiracji dla niejednego artysty. Wyspa Great Bernera położona w archipelagu Hebrydów (Hebrydy Zewnętrzne), należąca do Szkocji, oferuje dwadzieścia jeden kilometrów kwadratowych powierzchni ( osiem kilometrów długości, trzy kilometry szerokości), piękne widoki, ciszę i spokój, oraz studio nagraniowe Black Bay. To brytyjski producent Pete Fletcher, znany chociażby ze współpracy z prezentowaną na łamach bloga grupą Run Logan Run - wtedy rezydował jeszcze w Nothingham - w 2016 roku zaadaptował dawny budynek przetwórni ryb na potrzeby studia W jego sercu znajdziemy konsole CADAC J- series (to seria beztransformatorowa, pierwotnie zaprojektowana do użytku w teatrze, "oferująca idealną równowagę pomiędzy otwartym szczegółowym dźwiękiem, a analogowym ciepłem"), kompresor API 2500 Mix Bus, czteropasmowy korektor masteringowy DAV BG3, oraz dębowe podłogi, na których ustawiono między innymi mikrofony AKG. Co takiego tym razem zarejestrowały?



Do tak wyposażonego studia swoje niespieszne kroki skierowała grupa siedmiu artystów, którzy wcześniej, co warto podkreślić, nie znali się, ani nie występowali na scenie w tym składzie personalnym. Zanim do tego doszło, trójka z nich wymieniła kilka wiadomości na Twitterze, od słowa do słowa uzgadniając warunki przyszłej współpracy. "Ponieważ nie znaliśmy się przed wyjazdem do "Black Bay", jak tylko tam dotarliśmy, wzięliśmy się ostro do pracy. To był czas pandemicznej izolacji i było sporo zbiorowej żałoby" - wspomina ten nieodległy i szczególny okres pomysłodawca projektu Elisabeth Elektra. To ona, Evi Vine (wokalistka i autorka tekstów), Stuart Braithwaite (gitarzysta grupy Mogwai), Ash Barb (perkusista Burning House), Ben Roberts (wiolonczelista, basista w formacji Abrasive Trees), Steven Hill (klawiszowiec grupy Evi Vine), Matthew Rochford (gitarzysta Abrasive Trees), znaleźli na wyspie Great Bernana przyjazne otoczenie dla twórczej ekspresji, i w kilka dni stworzyli sześć spójnych i bardzo udanych kompozycji, które wypełniły opublikowany wczoraj album zatytułowany po prostu "Black Bay".

Płytę rozpoczyna świetny i wyróżniający się w tym zestawie "Henry", niespiesznymi tonami gitary i wiolonczeli. Mroczny nostalgiczny nastrój przypomina niepewny czas początku pandemii, kiedy powstawały te nagrania, a także dawne utwory formacji Mogwai. Kiedy na scenie na dobre rozgości się łagodna wokaliza Evi Vine nasze skojarzenia przeniosą się w stronę Lanterns on The Lake, która to grupa również ma podpisany kontrakt z oficyną Bella Union. "The Eternal" podtrzymał klimat poprzednika, jednak w tej odsłonie, pewnie również za sprawą dobrze odnajdującej się w tej stylistyce wokalistki, jest znacznie więcej światła, które przed laty można było odnaleźć w podobnym wymiarze w twórczości chociażby Cocteau Twins. "Mother Tongue" - przenosi nas pół wieku wstecz, do przełomu lat 60/70, muzycznie mógłby bez przeszkód dopełnić ostatni, recenzowany na łamach tego bloga, album Meg Baird - "Furling". W zamierzeniach miał to być pean na cześć równouprawnienia kobiet, stąd takie, a nie inne video do tej kompozycji. "Mother Tongue" - wyraża potrzebę odzyskania, zapamiętania oraz oddania głosu tym, którzy są uciszani" - podsumowała krótko Elizabeth Elektra. W "Gaelic Psalms" - znajdziemy chwilę oddechu, a także fragment poezji szkockiego pisarza Gerarda Rochforda, autor zmarł pod koniec 2019 roku, jego wiersz przybliżył nam syn poety. "Hello Doom" to najdłuższa, bo aż piętnastominutowa odsłona płyty, a zarazem najgłębsze zanurzenie w materię dźwiękową, stylistycznie zbliżona do tego, co często oferują nam zespoły nagrywające w kanadyjskim studiu HOTEL2TANGO (ta nazwa jeszcze dziś powróci), takie jak chociażby: The Silver Mt. Zion, Godspeed You! Black Emperor, ale również Swans czy Grails. Album "Black Bay" kończy kompozycja "Sedna", psychodeliczno-folkowa impresja, równie dobra jak poprzednie, zamykająca to wydawnictwo spójną gitarowo-wiolonczelową klamrą. Bardzo udany album, pozycja obowiązkowa.

(nota 8/10)

 


W "Dodatkach..." przede wszystkim zajrzymy na wydaną wczoraj płytę grupy All Hands Make Light - "Darling The Dawn". Pod nazwą ukrywa się wokalistka Ariel Engle (współpracowała z Patrickiem Watsonem, Broken Social Scene), i Efrim Manuel Menuck (wspomniane już dzisiaj grupy The Silver Mt. Zion, Godspeed You! Balck Emperor), do których dołączyli Liam O'Neal (perkusista Suuns), oraz Jessica Moss (skrzypce). Nagrań dokonano w kanadyjskim  studiu HOTEL2TANGO. Dwie najdłuższe kompozycje to z pewnością także dwie najlepsze odsłony tego wydawnictwa, choć pozostałym również niewiele brakuje. Dlatego proponuję przesłuchać album "Darling The Down" w całości, raz, drugi i trzeci. Naprawdę warto!! (Ps.Widzę, że You Tube nałożył ograniczenie wiekowe dla tej kompozycji, chyba głównie przez tytuł "We Live On A Fucking Planet And Baby That's The Sun", wystarczy kliknąć w poniższy link "Obejrzyj w You Tubie", żeby spokojnie odsłuchać ten wyborny utwór).




Kolejna długa kompozycja w dzisiejszym zestawieniu należy do Francuzów - Camille Delvecchio oraz Benoita Davida, z grupy Grand Blanc, którzy 28 kwietnia opublikują  album "Halo".



Przed następnym blisko dziesięciominutowym utworem chwila wytchnienia w towarzystwie Chloe Gallardo, wokalistki z miasta Los Angeles, która 12 maja wyda płytę "Defamator".



Torrfall to norweskie trio - Nils Erga, Kristoffer Riis, Thore Warland, które w studiu Duper nagrało album "Torrfall", opublikowany pod koniec marca. W ten jakże udany sposób rozpoczyna się to wydawnictwo.



Czerpiący z wielu różnych estetyk belgijski kwartet Bee Jive, który całkiem niedawno zaprezentował kompozycję "Echoes Of Zoo".



Alfa Mist to brytyjski twórca i producent, od ośmiu lat obecny na scenie muzycznej, który wczoraj wydał najnowszy album zatytułowany "Variables". Oto kompozycja otwierająca ten krążek.



Saksofonista z Nowego Yorku - Ben Wendel - za pośrednictwem oficyny Edition Records opublikował wczoraj nowy album "All One". W nagraniach towarzyszą artyście zaproszeni goście: Cecil McLorin Salvant, Terence Blanchard, Bill Frisell, Elena Pinderhughes, Jose James, oraz Tigran Hamasyan.










sobota, 23 kwietnia 2022

KING DUDE & DER BLUTHARSCH - "BLACK RIDER ON THE STORM" (WKN Rec.) "Dobry, zły i brzydki"

 

       W dzisiejszej odsłonie bloga, jako weteran wojny domowej, będziemy przemierzać bezkresne prerie, pustkowia oraz skaliste zbocza, w poszukiwaniu złoczyńców, którzy zamordowali naszych bliskich. Mrok będzie naszym sprzymierzeńcem, a żądza zemsty nie pozwoli nam zwątpić w sens tej wędrówki. Tak, w dużym przybliżeniu, przedstawia się zarys głównej koncepcji albumu "Balck Rider On The Storm", którego autorem jest King Dude. Pod dźwięczną nazwą ukrywa się jeden człowiek - Thomas Jefferson Cowgill. Bynajmniej nie jest on potomkiem słynnego trzeciego w kolejności prezydenta USA, tylko muzykiem funkcjonującym od kilkunastu lat na scenie blackmetalowej - zespoły Book Of Black Earth, OUKKL, Teen CCTHULHU.



    Pochodzący z deszczowego Seattle artysta ponad dekadę temu postanowił zrobić coś tylko i wyłącznie na własny rachunek. Początkowo miała to być jedynie drobna odskocznia od grania w zespołach metalowych, kompozycje stworzone głównie dla siebie, bez myślenia o szerszej publiczności. Te pierwsze próbki demo Thomas Jefferson Cowgill przesłał do Kima Larsena, z duńskiej formacji Of The Wand And The Moon, który zachęcił amerykańskiego twórcę do umieszczenia ich w sieci. Debiutancki album King Dude ukazał się w 2010 roku i nosił tytuł "Tonigh's Special Death". Stylistycznie nawiązywał do dark-folku, mrocznej americany czy psychodelii, i w tej estetyce King Dude porusza się do dziś. Jednym z ważniejszych idoli amerykańskiego gitarzysty wciąż pozostaje Leonard Cohen. Dlatego nie może dziwić fakt, że sporo piosenek nawiązuje do melodyki klasycznego kanadyjskiego barda, tyle że Cowgill osadza swoje ponure pieśni w mrocznej rockowej przestrzeni. Złowieszczy nastrój, atmosfera grozy lub zbliżającej się zagłady, śmierć, mroki duszy - to ulubione wątki oraz tematy przewijające się w twórczości King Dude'a. Jak sam przyznał w jednym z wywiadów, w młodości miał poważny epizod z narkotykami. "Psychodeliki odegrały ogromną rolę w moim życiu (...). Pierwsze instrumenty, które kupiliśmy, pochodziły z pieniędzy zarobionych na sprzedaży narkotyków". Obecnie nie korzysta już z "pomocy" środków psychoaktywnych. Zdecydowanie bardziej od nich woli medytację, czy pobyt w komorze deprywacji sensorycznej. 

Najnowszy album "Black Rider On The Storm" nie powstał w komorze deprywacyjnej, ale dość sugestywnie oddziałuje na zmysły słuchacza. Jedenaście udanych  kompozycji odwołuje się do dokonań takich twórców i zespołów, jak wspomniany wcześniej Leonard Cohen, Nick Cave, The Bad Seeds, Swans, Fields Of The Nephilim, czy recenzowany niedawno Wovenhand. Wiele z tych  pieśni mogłoby posłużyć jako ścieżka dźwiękowa do serialu "True Detective". Otwierający całość "Hell's Canyon", dobrze odzwierciedla okładkę płyty. Tytułowy "Black Rider On The Storm" czerpie z melodyki Cohena, jednak muzyk ze Seattle pomalował te charakterystyczne nuty ciemnymi i szarymi barwami, posługując się monotonnym rytmem, akcentami gitar i dobrą wokalizą. Przy tej ostatniej warto zatrzymać się w tym momencie na dłużej. Thomas Jefferson Cowgill bardzo świadomie używa swojego głosu, dzięki czemu w kolejnych odsłonach krążka wykorzystuje go na różne sposoby. I tak, w drapieżnym i energetycznym "All I See Is You" mocno przypomina sposób śpiewania Nicka Cave'a, z okresu wczesnych płyt z grupą The Bad Seeds. Z kolei w piosence "The Bitter Cup" wokaliza Cowgilla przypomniała mi niektóre utwory Johnny Casha. W świetnym i chyba moim ulubionym "Dead Man" amerykański twórca zaśpiewał jeszcze inaczej, sięgając do głębin swojego gardła, przy wtórze kobiecego chórku. Na płycie "Black Rider On The Storm" znajdziemy również fragmenty pozbawione warstwy wokalnej, pełniące funkcję barwnych ilustracji - "The Driffer And The Dog", czy "Strange Visions". Całkiem zgrabnie zaaranżowany został "Bury The Knife", z ornamentami gitar, z rockowym zacięciem oraz sporą dawką dobrze rozplanowanej przestrzeni. Thomas Jefferson Cowgill woli rejestrować materiał samodzielnie, niż korzystać z rad i wskazówek wykształconego inżyniera dźwięku. Ci ostatni jego zdaniem działają w oparciu o jedną i tą samą metodologię pracy. Według opinii muzyka z Seattle mają sprawdzony i "właściwy sposób" na wykonanie pewnych  rzeczy w studio nagraniowym, i nie dopuszczają do siebie myśli, że można zrobić coś inaczej. "Opuszczamy czas rewolucji przemysłowej, epoki rolnictwa, i zmierzamy w stronę wieku, gdzie ludzie mają mnóstwo wolnego czasu oraz urządzenie w kieszeni, które może karmić ich bzdurami" - tyle King Dude, resztę usłyszycie na płycie.

(nota 7.5/10)

 


W dodatkach do dania głównego początkowo pozostaniemy w podobnym apokaliptycznym nastroju, i przeniesiemy się na płytę kanadyjskiej grupy Yoo Doo Right - "A Murmur, Boundless To The East", która ukaże się 10 czerwca nakładem oficyny Mothland. Rejestracji nagrań dokonano w słynnym, i wspominanym nieraz na łamach tego bloga, studiu Hotel2Tango. Przyznam, że w ostatnich dniach bardzo często wracam do tego fragmentu. Jest moc!



Z Montrealu przemieścimy się  za darmo i bez przeszkód do Oakland, w stanie Kalifornia, skąd pochodzi grupa Parallel, która 1 kwietnia opublikowała epkę "Parallel".



Całkiem urokliwa miniatura od Bobby'ego Orozy, który reprezentuje Finlandię,  z gościnnym udziałem Cold Diamond & Mink.



Prześliczna  zwiewna i lekka piosenka z płyty "Diving Rings", autorstwa grupy pochodzącej z Gruzji - Night Palace.



Zapomniany chyba nawet przez swoich fanów Interpol, na 15 lipca zapowiedział premierę nowego albumu "The Other Side Of Make - Believe".



The Smile - czyli Thom Yorke, Jonny Greenwood i Tom Skinner, oraz kolejna odsłona z nadchodzącej płyty Pana-vision.



W kąciku improwizowanym fragment płyty, która ukazała się w 1960 roku Max Roach - "We Insist! Max Roach's Freedom Now Suite". Tak się złożyło, że właśnie pojawiła się kolejna zremasterowana wersja tego albumu, dokonana przez zasłużonego na tym polu inżyniera dźwięku Bernie Grundmana. Wspaniała rzecz!




wtorek, 15 października 2019

OISEAUX-TEMPETE - "FROM SOMEWHERE INVISIBLE" (Sub Rosa) "Apokalipsa nasza powszednia"

   "Nic nie wydaje się "na całe życie", żadnej rzeczy nie traktujemy już, jakby tak było, nie oddajemy się jej i nie przywiązujemy się do niej(...). Dramaty, które oglądamy, nie trwają dłużej niż wciśnięcie telewizyjnego guzika; książki, które kupujemy i czytamy istnieją od jednego dworca do drugiego. Główną funkcją najnowszych wiadomości jest wypchnięcie wiadomości wczorajszych i wyparcie ich z uwagi i pamięci oraz wyrażenie z góry zgody na to, że spotka je taki sam los ze strony wiadomości jutrzejszych (...). Sprytnie projektowane, coraz to inne i coraz to wymyślniejsze cudeńka elektroniczne mają zdecydowaną przewagę nad zwykłymi ludźmi, którym ciągła zmiana masek i wcielanie się w coraz to nowe postacie przychodzi z trudem...".  (Zygmunt Bauman)


  Był rok 2012, kiedy Frederic D. Oberland wraz z filmowcem i fotografem Stephanem Charpentierem wybrał się do pogrążonej w kryzysie gospodarczym Grecji. Efektem tej podróży były filmy, zdjęcia oraz nagrania terenowe. Tuż po powrocie do Paryża Oberland skontaktował się ze Stephanem Pigneulem i zaproponował wspólną sesję nagraniową. Panowie znali się wcześniej, występując w Le Reveil des Tropiques oraz we FareWell Poetry, gdzie tworzyli ścieżki dźwiękowe do czarno-białych filmów. Obydwaj doskonale pamiętają tę pierwszą sesję; była druga w nocy, kiedy w ciasnej zadymionej sali z głośników popłynęły pierwsze dźwięki - oczywiście tony gitary, odgłosy nagrań terenowych, saksofon i bas Stephana oraz perskusja Bena McConnella (współpracował wcześniej z Beach House, Au Revoire Simone, Marisą Nadler). Pierwsze studyjne nagrania miały miejsce w Mikrokosmos Studio w Lyonie, pod czujnym okiem i uchem Benoita Bela.
Nazwę Oiseaux-Tempete zaczerpnęli od nazwy ptaka - burzyka - którego pojawienie się nad oceanem zwykle zwiastuje załamanie pogody. Debiut fonograficzny przypadł na rok 2013 i nawiązywał do twórczości francuskiego artysty, wymienionego już wyżej, Stephena Charpentiera, który udokumentował zawirowania polityczne i gospodarcze w Grecji w latach 2012-2013. "Pierwszy album przypomina dźwiękową odyseję pytań, jakie stawia sobie dysfunkcyjne społeczeństwo zachodnie".

Frederic D. Oberland podkreśla istotny dla niego, "niemal cielesny" związek pomiędzy muzyką, a kinem, dźwiękiem i obrazem. "Kino jest częścią naszego muzycznego DNA". Wśród ważnych twórców pojawiają się takie nazwiska jak: Jarmusch (szczególnie film "Truposz"), Kubrick, Lynch. Ważnym elementem funkcjonowania formacji jest improwizacja. "Wszystko, co nagrywamy, zaczyna się od improwizacji". Jeden dźwięk prowokuje inny, ten akord kolejny, a spotkanie z muzykiem zachęca do kolejnych spotkań. "Musisz wyjść z własnej strefy komfortu, żeby pojawiło się coś nowego i magicznego". Stąd też przez te kilka lat scenicznej działalności przez francuską grupę przewinęło się ponad dwudziestu muzyków. Można zaryzykować twierdzenie, że nie byłoby formacji Oiseaux-Tempete, przynajmniej  w tym obecnym kształcie, gdyby nie... basen Morza Śródziemnego, który Frederic nazywa Alma Mater zespołu. W jego ujęciu to również kolebka cywilizacji europejskiej, Bałkanów, części Bliskiego Wschodu i Afryki oraz swoisty tygiel kulturowy.

Następny album francuskiej grupy - "Al - 'An!" - wiązał się z wyprawą do Bejrutu i Libanu, współpracą z lokalnymi artystami, nagrywaniem w studiu Tunefork w Bejrucie, a także z elementami muzyki rockowej, które przenikały wpływy estetyki arabskiej. Całość materiału, zgodnie ze zwyczajem, została utrwalona po powrocie do Francji w studiu Magma Diva. Z kolei album "Utopiya?" był owocem podróży przyjaciół do Turcji i na Sycylię, do zespołu dołączył wtedy klarnecista Gareth Davis.

Przy okazji najnowszego wydawnictwa - "From Somewhere Invisible" grupa opuściła Alma Mater, czyli ulubione przystanie basenu Morza Śródziemnego i wybrała się za ocean. Był koniec listopada 2017 roku, kiedy Frederic D. Oberland i Stephane Pigneul znaleźli się na pokładzie samolotu, który zabrał ich do Kanady. Tym samym odpowiedzieli na zaproszenie złożone przez Radwana Ghazi Moumneha (Jerusalem In My Heart), u boku którego zagrali dwa koncerty w Toronto i Montrealu, na rzecz wspólnego projektu Suuns. Odbyła się również dwudniowa sesja w kultowym i wspominanym już na łamach tego bloga studiu Hotel2Tango. Skład zespołu wzbogacił się o kilku artystów: Jean-Michela Piresa, Mondkopfa, Radwana Ghazi Moumneha, G.W. Soka (The Ex), który wspomógł grupę wokalnie, Jessicę Moss (skrzypce, The Sliver  Mt. Zion, Vic Chesnutt, Carla Bozulic).
   Tym razem nie wykorzystano nagrań terenowych, najnowszy album nie jest też dziennikiem zapisków z podróży, mamy tu bowiem do czynienia z mroczną i psychodeliczną orkiestracją skupioną wokół profetycznego głosu G.W. Soka, który w swojej melorecytacji wykorzystał poezję Mahmouda Darwisha. Frederic Oberland odkrył tego autora dzięki książce "Mural". Nieżyjący już palestyński poeta, więziony był za recytacje swojej twórczości, w wierszach poruszał takie tematy jak: wolność, emigracja, tęsknota za ojczyzną, wyobcowanie itp. Członkowie Oiseaux-Tempete w wybranych tekstach starają się komentować przemiany społeczno-polityczne, kondycję współczesnego człowieka, szczególnie zaś tego żyjącego w zachodnim świecie, poruszają kwestie globalizacji i nacjonalizmów, obsceniczności i konsumpcjonizmu. Zarówno Oberland, jak i Pigneul, nie chcą oddzielać sztuki od życia: "Ciężko odwrócić się od tego, co rozgrywa się za twoim oknem".

Album "From Somewhere Invisible" rozpoczyna znakomita kompozycja "He Is Afraid And So Am I", która dobrze wprowadza w nastrój i oddaje charakter całości. W najdłuższych utworach pojawia się głos G.W. Soka, wykorzystującego również poezję Ghayatha Almadhouna oraz Yu Jiana. Atmosfera gęstniejącego mroku i pogłębiającej się psychodelii dominuje we wszystkich siedmiu kompozycjach. Najgłębsze zanurzenie w krainę ciemności grupa uzyskuje w "Weird Dancing In All-Night 1" oraz następującej po niej drugiej części, gdzie tony saksofonu usiłują przebić się przez ścianę gitar i elektronicznego szumu; "To czarno-biały wodospad, głosy, śmiechy i jęki bezładnego świata, który upada". Wieńczący dzieło - "Out of Sight" - jest niczym mgliste światełko majaczące gdzieś nieśmiało, w tym zimnym i mrocznym tunelu.
 I tak oto pogranicze eksperymentalnego rocka przenika się z wątkami świata muzycznej awangardy. Słuchacz staje przed "Epifaniami", jak krótko podsumował twórczość francuskiej formacji jej założyciel Frederic Oberland. Dla Stephane'a Pigneula ich dokonania artystyczne to nic innego jak: "Opowieści z różnych miejsc i czasów, od naszych zmarłych i dla naszych zmarłych".  Francuska grupa jest wciąż słabo znana, nie tylko w naszym kraju, pozostaje mieć nadzieję, że bardzo udany, najlepszy w dyskografii, album "From Somewhere Invisible", który ukaże się w piątek 18 października odrobinę zmieni ten stan rzeczy.

(nota 8/10) 















czwartek, 4 października 2018

THUS OWLS - "THE MOUNTAIN THAT WE LIVE UPON" (For The Living And The Dead) "Mrok niejedno ma imię"

Spotkali się dekadę temu podczas jednego z europejskich koncertów. Erika Alexandersson udzielała się wokalnie w grupie Loney Dear, zaś Simon Angell grał na gitarze w zespole Patricka Watsona. Coś między nimi zaiskrzyło na tyle, że zostali parą i założyli własną formację Thus Owls. Ich debiut fonograficzny przypadł na 2009 rok, nosił tytuł "Cardiac Malformations" i został nagrany w Svenska Grammofonstudion w Geteborgu. Przez cztery kolejne lata nasi dzisiejsi bohaterowie mieszkali w Szwecji - cóż, że ze Szwecji - często podróżując po Europie (następną płytę nagrali we Francji), po czym zawarli związek małżeński - "...i że nie opuszczę cię..." - żeby ostatecznie osiąść w Kanadzie.

Czwarta w dyskografii płyta - nie licząc epki - zatytułowana "The Mountain That We Live Upon", która ukazała się kilka dni temu, została zarejestrowana w Montrealu. Tym razem podstawowy skład - Erika Angell, Simon Angell, Samuel Joly (perkusja), poszerzono o kilku gości. Wśród nich warto wymienić Jasona Sharpa, który zagrał na saksofonie, oraz Emila Strandberga, który zagrał na trąbce. Szczególnie ten drugi, w mojej ocenie, podniósł wartość tej płyty.

Cały materiał został nagrany na żywo, w studiu Hotel2Tango, w Montrealu. Hotel2Tango to znane miejsce na mapie alternatywnej sceny kanadyjskiej. Czasami bywa również nazywane Thee Mighty Hotel2Tango (H2T). Przede wszystkim jest to studio analogowe, którego głównymi inżynierami dźwięku są Efrim Menuck oraz Thierry Amar, znani z formacji Thee Silver Mt.Zion Memorial Orchestra, i Godspeed You! Black Emperor. W tym przytulnym zakątku dzielnicy Mile End nagrywali między innymi: Arcade Fire, Wolf Parade, Vic Chesnutt. Można powiedzieć, że jest to ulubione studio wytwórni Constellation Records.

Album "The Mountain That We Live Upon" rozpoczyna urokliwy "A Shade of Green", dźwięki klawiszy i trąbki, które łagodnie wprowadzają w nastrój całego wydawnictwa. Głos Eriki Angell w górnych rejestrach przypomniał mi wokalizę Kate Bush. Zresztą ta kompozycja mogłaby się znaleźć jako dodatek do płyty "Aerial" lub "50 Words For Snow". Podobna melodyka, podobne kreowanie muzycznej przestrzeni. Smutek, nostalgia, psychodelia i mrok przewijający się w nagraniach państwa Angell, który niejedno ma imię.
W utworze "Future/Past", jak i w "Solar Eclipse", sposób śpiewania - szczególnie zwrotki - bardzo mocno przypominał mi dokonania Beth Gibbons (Portishead). Zwraca też na siebie uwagę realizacja wokalu, który dzięki temu znalazł się bardzo blisko słuchacza, "tuż przy uchu". Przyznam szczerze, że cenię sobie właśnie taki sposób rejestracji głosu. Trop grupy Portishead (szczególnie ostatni okres ich działalności), i związanej z nimi stylistyki, jest kluczowy dla opisu dokonań szwedzko-kanadyjskiej formacji. Muzycy Thus Owls wciąż poszukują ciekawego brzmienia. Nie obawiają się zmiany tempa w obrębie poszczególnych kompozycji, kilku fraz. Ciężko przypisać ich twórczość do jednego gatunku - byłoby to dla nich krzywdzące - ponieważ swobodnie poruszają się na pograniczu wielu estetyk.

Matka Eriki Angell była nauczycielką śpiewu, prowadziła chór, nic więc dziwnego, że Erika jako nastolatka zasiliła skład kilku z nich. Stąd również pewne drobne naleciałości, pochodzące jak przypuszczam właśnie z tego okresu, w sposobie jej śpiewania. Chociażby skłonność do wykorzystywania nieco dłuższych dźwięków. Erika Angell lubi śpiewać niejako obok instrumentów. Na ostatnim albumie Thus Owls są całe partie, gdzie głos Eriki rozbrzmiewa  na malowniczym tle gitar, kiedy nie podają one tonów linii melodycznej. Zupełnie tak, jakby tymi wstępami wokalistka zapraszała muzyków do dalszego rozwinięcia zaproponowanych przez nią pomysłów; jakby jej głos zachęcał do współpracy pozostałe instrumenty.
Z pewnością strzałem w dziesiątkę okazało się użycie trąbki, która bardzo wzbogaciła brzmienie, dodając dodatkowych barw. Emil Strandberg stanął na wysokości zadania. Szkoda tylko, ze saksofon odzywał się tak rzadko, jedynie w dwóch utworach, i głównie w tle, niejako dociążając poszczególne kompozycje swoim dyskretnym barytonowym podmuchem. Co oczywiście nie zmienia mojej końcowej oceny, że jest to płyta godna uwagi i wielu odtworzeń.

(nota 7.5/10)








A na deser moja ulubiona kompozycja z albumu "The Mountain That We Live Upon".