Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Von Hausswolff. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Von Hausswolff. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2025

LAC OBSERVATION - "A CITY OF GANDHARVAS" (Almost Halloween Time Rec.) "Muzyczne miraże"

 

   W dzisiejszej odsłonie bloga, tworzonej w pośpiechu, kilka wycieczek, przynajmniej metaforycznych - chociaż, jeśli ktoś ma czas i ochotę, może odwiedzić Neapol, Wiedeń i Brukselę, gdzie był nagrywany materiał, który przyjął tytuł - "A City Of Gandharvas". Autorem tego albumu jest międzynarodowy skład LAC OBSERVATION, który przy okazji reprezentuje wyżej wspomniane miasta oraz regiony, a także specjalni zaproszeni do studia goście. Tytułowe "Miasto Gandharwów" odnosi się bezpośrednio do tekstów buddyjskich, które przedstawiają to miasto, jako obraz mitycznego piękna, krainy szczęścia, usytuowanej gdzieś nad morzem lub na pustyni i zamieszkałej przez Gandharwów (niebiańskie istoty, żywią się zapachem drzew i kwiatów, do tego świetni muzycy). Ciekawą cechą tego miasta jest fakt, że kiedy zbliżasz się do jego bram, miasto raptownie oddala się, a w konsekwencji znika, staje się kolejnym złudnym mirażem.






Z całą pewnością nie jest to płyta dla zwolenników sterylnego czystego dźwięku. "A City Of Gandharvas"  nagrywany był na magnetofonie kasetowym i szpulowym, wykorzystano 4 -ścieżki i swobodę rejestracji. Na kolejnych etapach produkcji dołączyły do tego nagrania terenowe oraz te dokonane w domowych warunkach, co oczywiście przełożyło się na jakość dźwięku. Z drugiej strony dzięki temu uzyskano pogłębiony psychodeliczny nastrój, który jest punktem wspólnym wszystkich tych kilkunastu kompozycji. Oprócz psychodelii znajdziemy tutaj całe mnóstwo stylistyk - rock, pop, noise-pop, dream-pop, folk, indie-folk, eksperyment, ale również ambient i elektronikę. Czyli, jakby nie patrzeć, mamy tu do czynienia z nieskrępowaną podróżą pomiędzy gatunkami i formami.

Celowe zabrudzenia dźwięku nie są w muzyce czymś nowym, szczególnie w niezależnej niszy bywają chętnie wykorzystywane, i zazwyczaj stanowią dodatkowy atut. Już w otwierającym płytę utworze "Flown Past The Floating Fields" napotkamy sporo charakterystycznych dla tego materiału szumów i układów odniesienia. Oprócz tego dają o sobie znać dźwięki instrumentów akustycznych, gitar, organów i nagrań terenowych. Stanowi to całkiem niezłe wprowadzenie czy wstęp do pierwszego etapu podróży wiodącej do mitycznego miasta i wymarzonej krainy. W dalszej części płyty jest podobnie. Warto podkreślić, że kluczowy dla tego wydawnictwa pierwiastek różnorodności został zachowany.




Raz atmosfera kolejnych odsłon będzie się zagęszczać, w ramach wykorzystania eksperymentalnej rockowo-folkowej hybrydy. To znów przestrzeń dźwiękowa nieco się rozrzedzi, przywołując skojarzenia ze snem, onirycznym nastrojem, subtelnym pograniczem pomiędzy tym, co realne, a tym, co mgliste i jedynie wyobrażone.

Na poziomie produkcji tego albumu warto odnotować celowe wykorzystanie analogowej techniki rejestracji. Do tego dołącza całkiem bogate instrumentarium - gitary, mniej  lub bardziej przesterowane, perkusja, bas, saksofon, flet, banjo, efekty taśmy, itd. Ta wspomniana już dziś przeze mnie różnorodność manifestuje się także w stylistyce i dość płynnych przejściach - od psychodelicznego folku do akustycznego grania, poprzez ambientowe odsłony. Ta najdłuższa, o której trzeba wspomnieć, liczy sobie aż dwadzieścia minut. W moim prywatnym odczuciu stanowi jednak "pusty przebieg" lub niezbyt dobrze wykorzystany fragment, albo po prostu niepotrzebny dodatek, który musi obniżyć ocenę całości tego wydawnictwa. 

"Nasza gwiazda północy zgasła, wyruszamy na poszukiwanie przez unoszące się pola, gdzie cienie oddychają jak wiatr, a świt pachnie żelazem i snem". W kolejnych mniej lub bardziej udanych fragmentach tej płyty znajdziemy więcej poetyckich prób uchwycenia kluczowych etapów podróży, tej długiej malowniczej drogi, z bogactwem świata fauny i flory, który jest niczym więcej, jak tylko odbiciem ludzkiej świadomości. Na koniec dodam, że grupa Lac Observation to nie debiutanci, choć do tej pory jeszcze nie gościli na łamach tego bloga. Warto skorzystać z okazji i nieco bliżej przyjrzeć się ich twórczości.

(nota 7-7.5/10)

 



W minionych dniach nie miałem zbyt wiele czasu na odsłuchiwanie płyt. Obowiązki, pochłonął mnie turniej ATP Masters 1000 w Paryżu, ale przede wszystkim wciągająca lektura i serial - kolejna odsłona przygód Jacksona Lamba, który powstał na motywach świetnej powieści. Całkiem nieźle dzisiejszy główny temat powinna dopełnić wczoraj wydana płyta "Puritan Themes" amerykańskiego artysty, który gościł już na łamach bloga i ukrył się pod nazwą HOLY SONS.




Cóż, że ze Szwecji - dość silna reprezentacja. Mój ulubiony skandynawski bard niespodziewanie dla mnie wczoraj opublikował nowy album zatytułowany "Ex Voto/The Silent Love". Niestety nie jest to płyta na miarę świetnych poprzedniczek, które zrecenzowałem na tym blogu. Większość piosenek opartych została tylko na tonach gitary i śpiewie. Dla oddanych fanów twórczości CHRISTIANA KJELLVANDERA.




Kolejny szwedzki akcent zapowiadałem kilka tygodni temu. ANNA VON HAUSWOLFF wczoraj opublikowała całkiem udany album zatytułowany "Iconoclasts". Choć noty w stylu 9/10, są w moim odczuciu mocno przesadzone. Artystka przez ostatnie lata nie publikowała wydawnictw płytowych. Była zajęta komponowaniem muzyki do filmów i przedstawień teatralnych, co dość dobrze słychać na wydanym wczoraj albumie.




Francja i Eric Dele Porte, który dowodzi zespołem PERIO. Niedawno ukazała się jego nowa i całkiem przyjemna płyta zatytułowana "The Sharp Bones Of My Sleep".





KĄCIK IMPROWIZOWANY - miasto Melbourne, a w nim grupa TEMPORARY BLESSING i fragment z albumu "Sumbisori". Premiera całego wydawnictwa 5 grudnia. 





sobota, 13 września 2025

COLD VENUS REVISITED - "IN THE GARDEN" (Oracula Records) "Echo w praskim ogrodzie"

 

    Nasz muzyczny pociąg mknie przed siebie, dociera do różnych zakątków świata. Nie wybiera modnych tras, od czasu do czasu zapuszcza się w rzadko odwiedzane rejony. Z pewnością należą do nich kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Często i nadal nazywane przez dojrzałych zachodnich dziennikarzy pamiętających dawne geopolityczne podziały - "blokiem wschodnim". W tym miejscu warto szczególnie podkreślić, że siła przebicia grup pochodzących ze  Słowacji, Słowenii, Czech lub Węgier, nawet w dobie Internetu, jest dużo mniejsza w porównaniu z ich odpowiednikami z Kanady, USA czy Wysp Brytyjskich. Właściwie trudno tutaj o jakiekolwiek porównanie. Brytyjskie zespoły zwykle mają za sobą całą wielką tubę marketingową, która z przeciętnego artysty w oka mgnieniu potrafi zrobić sezonową gwiazdę rocka lub popu (pół biedy, jeśli artysta rzeczywiście posiada jakiś choćby szczątkowy talent). Amerykanie, Kanadyjczycy, Brytyjczycy przede wszystkim mają bogate doświadczenie - na rejestracji płyt zjedli zęby. Przy okazji dostęp do profesjonalnego studia nagraniowego i sprawdzonych w boju fachowców lub producentów. A ci, jak wiadomo, mogą, choć nie muszą, zrobić niekiedy znaczącą różnicę. Ta najczęściej manifestuje się pod postacią oryginalnego brzmienia - zachodnie krążki wciąż dobrze brzmią, brzmią dużo lepiej, szczególnie na szarym tle smętnych krajowych produkcji. Członkowie grup reprezentujących tak zwany "blok wschodni" wiele rzeczy muszą robić samodzielnie, również popełniać błędy.


Cold Venus Revisited to trio reprezentujące kraj naszych południowych sąsiadów, na który zwykle spoglądamy życzliwym okiem. Praga stała się ciekawym miejscem do życia dla Oli Koles (wokal, bas, teksty), Vladimira Dunaytseva (gitary), i Kaana Bingola (perkusja). Jak widać po nazwiskach nie jest to czeski skład, artyści pochodzą również z Turcji czy z dalekiej Syberii. 

Początek lat 90-tych był momentem, kiedy w efekcie przemian społeczno-politycznych u naszych południowych sąsiadów zaczęło powstawać więcej zespołów gitarowych. Przed laty wspominał o tym dziennikarz The Gaurdian, który dwa lata temu napisał kilka słów o czeskiej scenie niezależnej z tamtego okresu. W tym miejscu można wymienić chyba najbardziej znaną grupę The Ecstasy Of Saint Theresa, czy moich ulubieńców The Naked Souls. Ci ostatni grali na jednej scenie ze Stereolab lub Adorable. W tym roku ukazała się reedycja ich nagrań zatytułowana "Reverb From The Depths".




Muzyka tria Cold Venus Revisited wpisuje się w nurt gitarowego grania, które nawiązuje do brzmienia lat 90-tych. Przy okazji ich kompozycji mogą przypomnieć się dokonania formacji My Bloody Valetine czy Spaceman 3. W całkiem zgrabny sposób próbują połączyć psychodeliczne tony z elementami post-punka lub shoegaze'u. Nie ma tu specjalnie nad czym się rozwodzić. Albo lubi się takie granie, albo przechodzi się obok podobnych propozycji zupełnie obojętnie. Nagrania zebrane na wydanej przed tygodniem płycie zatytułowanej "In The Garden" powstawały w okresie 2022-2024. Trio z Pragi szuka gitarowych  przestrzeni, które umiejętnie potrafi przybrudzić i zagęścić. W kolejnych odsłonach płyty przywołują atmosferę mroku oraz niepokoju. W tle można doszukać się także drobnej fascynacji stylistyką gotycką.

W  tytułowym utworze "In The Garden" przeplatają się wątki shoegaze'u i post-punka. "Keep Breathing" członkowie grupy określili mianem - "miłosnej pieśni dla smutasów" ("very sad people"). Otwierający całość "Underwater" zgodnie z tytułem zabiera słuchacza w mroczne otchłanie samotności i ponurych myśli. Dobrze jest słuchać tych nagrań z odpowiednią głośnością - oczywiście z należną troską o wrażliwe nerwy słuchowe - żeby w pełni odczuć brzmienie tria. Na szczęście - dla polskich odbiorców - wokaliza jest w języku angielskim, choć momentami bywa mocno nieczytelna. Nawet siarczyste przekleństwa wykrzyczane w języku Kundery czy Zelenki, budzą u moich rodaków szczery uśmiech.

(nota 7/10)

 




Cóż, że ze Szwecji - Anna Von Hausswolf zapowiada nadejście nowego albumu. Płyta "Iconoclasts" ukaże się 31 października.




Przeniesiemy się do Kanady, miasto Toronto, a tam Jonathan Relph, który ukrywa się pod szyldem Indoor Voices. Oto jego nowa propozycja.




Również z Toronto pochodzi kolejny duet, w dodatku bliźniaków, który przyjął nazwę Heaven For Real. 7 listopada ukaże się album zatytułowany "Whe Died & Made You The Dream".




Nasz dobry znajomy zespół z Nowego Yorku, (recenzja poprzedniej płyty na blogu) - Constant Smiles 7 listopada opublikuje nowe wydawnictwo zatytułowane "Moonflowers". Jest okazja posłuchać mojego ulubionego przeboju tej formacji.




Na ulicach miasta Chicago przy odrobinie szczęścia znajdziemy Carla Haucka, który 17 października opublikuje nowy album "Death Farm". Oto smaczny singiel, który promuje to wydawnictwo.




Przed Wami reprezentanci Australii. Nasz dobry znajomy Mick Turner (chwalony przeze mnie zespół Mess Esque, Dirty Three), Mick Harvey (Nick Cave And The Bad Seeds, The Birthday Party), wokalistka Adalita, i Marty Brown, czyli nowa grupa w mieście - Bleak Squad. W sierpniu ukazała się ich debiutancka całkiem przyjemna płyta "Strange Love". 



  
Beirut i nowa grupa SANAM, która dopiero w przyszłym tygodniu, a nie wczoraj, opublikuje album zatytułowany "Sametou Sawtan". Jednak sympatycznego singla można posłuchać już dziś.




Nagrania brytyjskiej grupy Maruja pojawiały się już kilka razy. Nadarzyła się kolejna okazja, wczoraj ukazał się ich długo wyczekiwany album zatytułowany "Pain to Power". Wydawnictwo całkiem udane, choć mocno nasycone skrajnościami.




 Nowy York, a w nim Toby Driver, którego bardzo udaną płytę zrecenzowałem kilka lat temu. Artysta jest również liderem i wokalistą formacji Kayo Dot, która niedawno wydała płytę "Every Book, Every Half - Thruth Under Reason". Oto mój ulubiony fragment.




KĄCIK IMPROWZOWANY - cóż, że ze Szwecji, zajrzymy na wydaną niedawno płytę naszego dobrego znajomego szwedzkiego pianisty Martina Tingvalla oraz jego tria - "PAX".




sobota, 23 sierpnia 2025

MILD ORANGE - "THE//GLOW" "Gdzie oddycha letnia noc"

 

  Lato powoli dogasa, choć można odnieść wrażenie, że w tym roku i szczególnie w naszym kraju nie zdążyło w pełni się rozpalić. Jego upalny blask pojawił się tylko na krótko, więc kto lubi i potrzebuje, musiał korzystać z niego wyjątkowo zachłannie. Zawsze można spróbować przywołać atmosferę ciepłych letnich wieczorów, a także ich dyskretny blask (tytułowy "The Glow") - przy pomocy bardzo udanego albumu formacji MILD ORANGE zatytułowanego "The//Glow". Zespoły z Nowej Zelandii od czasu do czasu pojawiały się na tym blogu. Jednak żaden - chyba, że się mylę - nie stanowił głównego tematu muzycznych opowieści.





Historia powstania grupy jest całkiem typowa. Przyjaciele z dzieciństwa Josh Mehrtens oraz Josh Reid spotkali się ponownie po wielu latach, w trakcie studiów, i postanowili założyć zespół. Do składu dołączyli basista Tom Kelk, a za zestawem perkusyjnym zsiadł Jack Reguson. Po kilkunastu miesiącach działalności pojawił się debiutancki krążek "Foreplay" (2018). Nazwa Mild Orange w zamierzeniach jej autorów powinna kojarzyć się z latem, ciepłem, optymizmem. Podobnie jak zawartość ich kolejnych krążków. Skąpane w jasnym brzmieniu gitar piosenki przywoływały nastrój kończącego się dnia. Dominował w nich spokój i nostalgia. Nic więc dziwnego, że dziennikarz "Billboardu" określił poczynania reprezentantów Nowej Zelandii jako: "Muzykę dla fanów nostalgii".

Od samego początku głównym i jedynym producentem nagrań był Josh Mehrtens, który dużo słuchał, czytał mnóstwo branżowych czasopism, i krok po kroku poznawał tajniki pracy w studiu. Jak sam przyznał, w tamtym okresie popełniał mnóstwo błędów, zbyt chętnie ulegał wpływom lub podążał jednokierunkową ścieżką ślepego naśladownictwa. Jednak był to żmudny proces, w trakcie trwania którego sporo się nauczył.

Efekty zebranego doświadczenia możemy usłyszeć na czwartej w dorobku płycie, wydanej kilkanaście dniu temu i zatytułowanej "The//Glow". Warto podkreślić, że czwarty w dyskografii album rzadko bywa tym najlepszym. Statystycznie rzecz ujmując, gdzieś przy okazji trzeciego wydawnictwa zespół mniej lub bardziej umiejętnie zaczyna grać resztkami - pomysłów, ambicji i chęci. Zwykle w tym okresie grupy posiadają już ugruntowaną pozycję na rynku albo ich członkowie coraz bardziej się zniechęcają, że pomimo wysiłków i wydania dwóch poprzednich krążków, owej pozycji nie udało się uzyskać. 

Tym razem cała sympatyczna załoga, wraz z partnerkami - odważne posunięcie - przeniosła się do Londynu. W stolicy Anglii wynajęli dom, w którym przez kilka tygodni mieszkali i tworzyli. Najwyraźniej musiała panować tam dobra i twórcza atmosfera. Album "The//Glow" od samego początku urzeka dojrzałością i spójnym brzmieniem. W kolejnych odsłonach czuć koncentrację na celu, który zamierzano osiągnąć. Każdy utwór ma swój oddzielny aranżacyjny pomysł, od świetnego początku "Moonglade", który bardzo dobrze wprowadza w nastrój tego wydawnictwa, aż po mój ulubiony, nostalgiczny "There's No Rush".




Jak wskazuje Josh Mehrtens, tytuł "The//Glow" odnosi się do próby zachowania równowagi, pozostawania w spokojnym rytmie życia. Album można podzielić na dwie przystające do siebie części. Pierwsza - chyba nieco lepsza - odnosi się do "blasku przestrzeni" (szeroko pojęty świat natury), druga natomiast do "Blasku miasta" (krajobraz aglomeracji).

"Te piosenki, to albo tęsknota za blaskiem, przebywanie w jego aurze, albo ślady po jego braku (...). Pierwszą piosenką, którą zaczęliśmy tworzyć już w 2021 roku był "Right Or Wrong". Z kolei "Silver Star" to wyjątkowo osobista piosenka - napisałem ją dla mojej żony, która wychowała się na ranczu na Środkowym Zachodzie (...). Kiedyś przeczytałem o technice Jeffa Tweeda, który trzyma gitary w różnych pokojach, każda inaczej nastrojona, żeby wymusić na sobie chęć do eksperymentowania i odrzucenia utartych schematów. Myślę, że dzięki temu powstała progresja akordów w "Silver Star". - tyle Josh Mehrtens.

To właśnie praca gitar, z pomocą którym przyszły syntezatory, stanowi główną oś brzmienia tego wydawnictwa. Subtelnie rozmieszczone na szerokiej scenie - niezły miks, z dbałością o szczegóły - tworzą barwne tło, podkreślają istotne momenty. W kolejnych nagraniach, szczególnie tych zamkniętych w pierwszej części płyty, można odnaleźć podobieństwa do najlepszych nagrań grupy The War On Drugs ( zespół Mild Orange woli łagodniejsze tempo). Ta charakterystyczna motoryka tych piosenek łączy się z ich specyficznym nastrojem. Oto mamy schyłek dnia, w tle blask słońca, znikającego gdzieś za linią horyzontu, krajobraz natury lub miasta (druga część płyty), przesuwający się za oknem samochodu, radość wynikająca z poczucia spełnienia i bezpieczeństwa. To przy okazji główne tematy przewijające się w tekstach autorstwa Josha Mehrtensa. 

Ps. Jedno, co może odrobinę dziwić lub przynajmniej zastanawiać, to fakt, dlaczego dojrzały zespół, nagrywający bardzo udaną płytę, nie znalazł dla niej odpowiedniego wydawcy. Czego jak czego, ale dobrze prowadzonych tak zwanych niezależnych oficyn w ostatnim czasie raczej nie brakuje.

(nota 7.5-8/10) 
 





W dzisiejszych "Dodatkach..." zupełnie przypadkiem nieco więcej śpiewających pań. Zaczniemy od gorącej nowości, wczoraj pojawił się nowy świetny utwór naszej dobrej znajomej Anny Von Hauswolff, która przy pomocy Iggiego Popa, w ten uroczy sposób zapowiada nowy album "Iconoclasts". Premiera 31 października.




Kolejna nasza znajoma, gdyż jej utwory pojawiały się już na blogu. Bardzo lubię barwę głosu Eve Adams. Wczoraj ukazał się jej nowy album "American Dust", niestety dość przeciętny w moim odczuciu. Choć tak udanie się rozpoczyna.




Pozostaniemy w USA, ze skąpanego w słońcu Joshua Tree przeniesiemy się do Ohio, żeby posłuchać fragmentu z nowej płyty Emily Hines - "These Days".




Przed nami ulice Filadelfii, na nich możemy spotkać wokalistkę grupy Star Moles, która w połowie sierpnia wydała nową epkę zatytułowana "Snack Monster".




Czekając na rozpoczęcie US OPEN, po Brooklynie krążą członkowie formacji SEX WEEK, którzy na początku sierpnia opublikowali epkę "Upper Mezzanine".




W Berlinie napotkamy kolejnych naszych znajomych (recenzja ich płyty na blogu), grupę Kerala Dust, którzy w dniu wczorajszym wydali album "En Echo Of Love". Tak się rozpoczyna.




Duet, który przybrał nazwę Royel Otis pochodzi z Sydney, również w dniu wczorajszym pojawiła się premiera najnowszego wydawnictwa - "Hickey".




Znakomicie brzmi kompozycja "Terror Moon" irlandzkiego zespołu RUN, którą znalazłem na wczoraj wydanej płycie zatytułowanej po prostu "RUN".




KĄCIK IMPROWIZOWANY - z wizytą w brytyjskim LEEDS, gdzie działa grupa The Sorcerers. Oto fragment z najnowszej płyty "Echos Of Earth".





sobota, 12 kwietnia 2025

FLEU DE FEU - "WEEP" (Pogorecords) "SZAMANKA Z BRUKSELI"

 

Belgijska czy holenderska scena niezależna to terytorium bardzo rzadko odwiedzane przez recenzentów płytowych, szczególnie tych pochodzących z Wysp Brytyjskich oraz USA. Macie wrażenie, że całkiem niedawno czytaliście już podobnie brzmiące zdanie? Również odnoszę wrażenie, że całkiem niedawno je napisałem. Osobliwa koincydencja. Jednak to nie pomyłka lub swoiste deja vu. W dzisiejszej odsłonie bloga po raz kolejny wystąpi przedstawiciel - właściwie przedstawicielka - sceny flamandzkiej, która niedawno opublikowała intrygujący album zatytułowany "Weep". Mam tu na myśli Dominique Van Cappellen-Waldock, która ukrywa się wraz z grupą znajomych muzyków pod pseudonimem FLEUR DE FEU. Cała płyta została zadedykowana niedawno zmarłemu ojcu artystki, zaś główną inspirację stanowiła postać "Owl Woman"; "Kobieta Sowa" - była szamanką plemienia Czejenów, którą w 1985 roku wprowadzono do Galerii Sław Kobiet Kolorado.




Dominique Van Cappelllen Waldock ma brytyjsko-belgijskie korzenie. Po rozwodzie rodziców mieszkała przez czas jakiś w Londynie u dziadków. To w stolicy Anglii pobierała pierwsze lekcje nauki gry na gitarze, odkryła rocka i jego wszelkie odmiany. Zasłuchiwała się w płyty Siouxie And The Banshees, Niny Hagen. Później nawiązała sympatyczną relację z Ronniem Jamesem Dio (grupa Rainbow, Black Sabbath), który gorąco namawiał ją do śpiewania i występów scenicznych. Jednak Dominnque niezadowolona z uzyskanych efektów swoich artystycznych poczynań na czas jakiś zrezygnowała z muzyki i podjęła posadę sekretarki.

W 2011 roku założyła postpunkowe żeńskie trio, które przyjęło nazwę Baby Fire i opublikowało album "No Fear". Przy okazji nielicznych wywiadów, do których można dotrzeć, artystka narzeka na belgijską scenę niezależną, gdzie dominują towarzyskie układy, męskie grupy, a panią bardzo ciężko zaistnieć, zarówno na rynku muzycznym, jak i w świadomości przeciętnego odbiorcy. "Nikt nie zwraca uwagi na kobiece zespoły" - oświadczyła rozczarowana.

Być może dlatego jej postać jest bardzo słabo znana także na ojczystej ziemi. Choć poszczególni muzycy doceniają jej wkład, doświadczenie (trzydzieści lat obecności na scenie) oraz zaangażowanie. Jeden z nich określił ją niegdyś mianem "pierwszej damy" brukselskiego undergroundu. W dorobku Dominque Van Cappellen - Waldock znajdziemy wyraźne ślady współpracy z Joe Goldringem (dawniej grupa Swans), Tonny Barberem (The Buzzocks), Eugenem Robinsonem (Oxbow, Bunnel), Dougiem Scharinem (Codein, John Zorn), czy Pierrem Vervoloesemą (dEUS). Wystąpiła na jednej scenie z GodSpeed You! Black Emperor, Lydią Lunch, Bardo Pond, grała przez krótki czas w postmetalowej formacji Doctor And Nurse (zespół rozpadł się tuż po wydaniu pierwszej płyty).




Wymieniłem wszystkie te nazwy nie bez powodu, bowiem to dzięki nim możemy pobieżnie nakreślić mapę zainteresowań belgijskiej wokalistki i gitarzystki. W ostatnich latach są to z pewnością rejony psychodelicznego rocka, czego wymownym potwierdzeniem jest również wydana niedawno płyta FLEUR DE FEU - "WEEP". Gdyby Dominque Van Cappellen-Waldock się poszczęściło, miała lepszego agenta - o czym często wspomina - i nieco więcej czasu, jej najnowszy album ukazałby się nakładem oficyny Constellation Records, bo właśnie z brzmieniem prezentowanym od lat przez kanadyjską wytwórnię ta propozycja mocno się kojarzy.

Od samego początku, czyli od pytania zawartego w pierwszej kompozycji - "How Shall I Begin My Song?" - dominuje ponura atmosfera, którą dodatkowo zagęszczają przyjemnie zapętlone partie gitar. Dochodzą do tego powolne, rozciągnięte tony syntezatorów, wiolonczeli (Matheiu Safatly) i tureckiej lutni. Głos Dominque Van Cappellen -Waldock świetnie odnalazł się w tym otoczeniu. Stanowi coś w rodzaju przewodnika-łącznika pomiędzy światami, kolejnymi warstwami świadomości, które przy okazji psychodelicznego transu można by odkryć.

Siła tych sześciu spójnych i dobrze zestawionych ze sobą nagrań polega na tym, że stanowią kolejne poziomy zanurzenia w tej sugestywnej dźwiękowej podróży. Najgłębiej, a zarazem najmroczniej, wydają się brzmieć dwa najdłuższe przystanki, oznaczone wymownymi tytułami "Weep" (inspirowany poematem Al-Khansy) oraz "My Hand". Przy okazji płyty Fleur De Feu mogą przypomnieć się czołowi przedstawiciele wspomnianej wcześniej oficyny Constellatoin Records (chociaż ta ostatnio serwuje również sporo elektronicznych brzmień, a szkoda), poniekąd wczesne dokonania Dead Can Dance, fragmenty nagrań młodszej odrobinę koleżanki po fachu - cóż, że ze Szwecji - Anny Von Hausswolff. Wydaje się, że belgijskiej artystce udało się wykreować i podkreślić tak istotną dla niej mistyczną stronę muzyki. "Kiedy zanurzam się w dźwiękach czuję, że wychodzę poza czas, mogę dotknąć innego wymiaru". Czego Wam uda się dotknąć? Tradycyjnie przekonacie się sami.

(nota 7.5-8/10) 

 



Skoro padło nazwisko szwedzkiej i nieco młodszej - cóż za złośliwość -  koleżanki Anny von Hausswolff, przeniesiemy się na moment do znanej z jazzowego festiwalu, przepięknie położonej, miejscowości Montreaux, gdzie jakiś czas temu wystąpiła wokalista oraz jej sympatyczna załoga, żeby wykonać również taką oto wyborną kompozycję. Cudo!!





Japończycy nie przejmują się cłami i wydają płyty. Chociażby takie jak ta, opublikowana wczoraj, zatytułowana "Wheels Of Omon", tokijskiej znanej nam grupy Kuunatic.




Belgijska ziemia raz jeszcze, grupa AZMARI, która przypomniała o sobie nowym singlem, ten zaś zwiastuje całe wydawnictwo - "In Oculis", którego premiera będzie miała miejsce 9 maja.




Z Belgii do Francji niedaleka droga, zdążymy więc posłuchać także nowej pieśni formacji Bank Myna, która 25 kwietnia opublikuje album zatytułowany "Eimura".




Kolejne europejskie miasto na trasie naszej wycieczki to Berlin, skąd pochodzi grupa PAINTING, która wczoraj wydała album "Snapshot Of Pure Attention".




Również wczoraj ukazał się nowy album Bon Iver - "Sable, Fable" bardzo zgodnie pochwalony przez krytyków wysokimi notami. Dziennikarze zwykle i od długich lat chwalą wszystkie dokonania Justina Vernona. Czego by się nie dotknął, ich zdaniem... Docenili nawet dwie ostatnie mielizny, przez które ciężko było przejść suchą stopą, że o uszach nie wspomnę. W moim odczuciu płyta "Sable, Fable" stanowi drobne światełko - niezbyt jasne, ale jednak - w tunelu, porzucenie męczących studyjnych  eksperymentów, i próbę powrótu do tego, w czym Vernon niegdyś czuł się najlepiej.




Przed tygodniem ukazała się całkiem przyzwoita płyta grupy Panchiko, która pochodzi z miasta Nottingham, zatytułowana "Ginkgo". Oto mój ulubiony fragment.




Kilka dni temu ukazał się teledysk do mojej ulubionej piosenki ostatnich tygodni, nie mogę więc nie skorzystać z okazji, żeby jej nie przypomnieć.




Pogrążony w wojnie celnej stan Connecticut reprezentuje Maria Usbek, która 25 kwietnia ma zamiar opublikować płytę zatytułowaną "Naturaleza", promowaną przez ten singiel.




"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - rozpocznie jedna z moich ulubionych kompozycji ostatnich dni, czyli utwór "Naban", który kończy niedawno wydany album "EFFRA" - Mishy Mullov-Abbado.




"KOMPOZYCJA TYGODNIA" -  pochodzi z oficyny We Jazz Records, która ma siedzibę w Helsinkach. 23 maja ukaże się album "Traces" formacji Cosmic Ear, z Matsem Gustafssonem w składzie. Oto wyborne nagranie z tego wydawnictwa.