Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codeine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codeine. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 maja 2022

BABY FIRE - "GRACE" (Off Records) "Vox Femina, Vox Populi"

 

    W tym tygodniu, i w tej odsłonie bloga, postawiłem na śpiewające i grające panie. Z tego powodu poniżej znajdziecie sporo piosenek i płyt, których autorkami, jak i wykonawcami, są kobiety. Najchętniej recenzowaną płytą w ostatnich dniach, oczywiście w damskiej kategorii, wydaje się być album żeńskiego kwartetu Warpaint zatytułowany "Radiate Like This". Znajdziemy na nim nieco mniej dźwięków gitar, niż to dawniej bywało, chociażby na omawianym przeze mnie kilka lat temu krążku - "Heads Up". Tym razem znacznie większą rolę odegrała produkcja, za którą był odpowiedzialny Sam Petts-Davies. Pisanie o najnowszej płycie Warpaint wydaje się być oczywistością, szczególnie, kiedy w sieci możemy znaleźć mnóstwo podobnych do siebie notek. Dlatego odejdziemy na moment od alternatywnego mainstreamu i zajrzymy do Brukseli. Właśnie stamtąd pochodzi Dominique Van Cappelen -Waldock, która wraz z Lucille Beavais (klawisze, gitara) i Cecile Gonay (skrzypce, chórki, perkusja), tworzą żeńskie trio Baby Fire. Przed tygodniem ukazała się ich najnowsza propozycja "Grace".



Dominique Van Cappelen -Waldock to belgijska wokalistka, autorka tekstów i kompozycji. Po rozwodzie rodziców przeniosła się z Brukseli do Londynu, gdzie dorastała pod czujnym okiem dziadków. To właśnie tam zaczęła tworzyć pierwsze kompozycje. Początkowo podzieliła się nimi tylko z Ronniem Jamesem Dio (grupa Rainbow), a ten zachęcił ją do publikacji tych nagrań. W ten sposób w 2014 roku światło dzienne ujrzał album "The Red Robe", przy okazji którego pojawiły się porównania do Carli Bozulich, Patti Smith, Kim Gordon czy Siouxie And the Banshees. Również w Londynie Dominique poznała członków punkowej grupy Crass, z którymi nawiązała nić przyjaźni. Wśród nich była Eve Libertine - to ona, obok innych zacnych gości, pojawiła się na ostatniej płycie tria Baby Fire; zaśpiewała w utworze "Love", obok G.W. Soka, znanego z formacji Oiseaux-Tempete. Oprócz nich usłyszymy także Leatitię Sherif oraz Mike'a Moyę (zespół Godspeed You! Black Emperor). 

Muzyka Baby Fire niesie wraz sobą prostotę i brud punkowych gitar, drapieżność oraz energię, ale również folkowe i chóralne zaśpiewy, zanurzone w mrocznych, ponurych scenografiach. Skromne aranżacje uzupełniają zazwyczaj dwie wokalizy - podstawowa i chór. Dominique Waldock lubi śpiewać wysokim głosem, wykorzystując długie dźwięki, jak w otwierającym całość "A Spell'. Przy okazji odsłuchiwania tego utworu warto mieć się na baczności, i lepiej nie powtarzać za wokalistką poszczególnych zwrotów, gdyż tekst zawiera frazy autentycznych zaklęć. Kolejna piosenka - "Fleur" - przypomina osobliwe połączenie melodyki dawnych pieśni Nicka Cave'a, z utworami zapomnianej dziś Siouxie And The Banshees. Monotonna praca gitar i perkusji, prosty chwytliwy refren, w zupełności wystarczają, żeby przyciągnąć uwagę słuchacza. W znakomitym "This Is A Love Song", belgijskie trio pozostawiło uczucie sporego niedosytu, głównie za sprawą krótkiego czasu trwania - tylko dwie minuty. W tytułowej i jednej z najlepszych odsłon - "Grace", usłyszymy wspomnianego wcześniej Mike'a Moyę. Leniwe tempo tej kompozycji, akcenty skrzypiec oraz gitar, przywołują skojarzenia z gatunkiem slowcore. Przy tej okazji mogą przypomnieć się nostalgiczne pieśni grupy Codeine, co nie jest najgorszym tropem, bowiem Dominique Waldock ma na koncie współpracę z Dougiem Scharinem (członek Codeine), kiedy ten pracował nad solowym albumem. Mroczny i niepokojący "Sing In Brightness" brzmi jak ścieżka dźwiękowa do pogańskiej mszy. Z kolei w świetnym "Prayer", mimo iż zabrakło tonów przesterowanych gitar, skrzypce bas i chóralne zaśpiewy w tle, dobrze wykonały powierzone im zadanie. W odróżnieniu od nowoczesnej i dość charakterystycznej produkcji najnowszego albumu Warpaint, brzmienie płyty "Grace" jest surowe i poniekąd naturalne, stoi za nim Pierre Vervloes znany ze współpracy z grupą dEUS. Dominique Van Cappelen-Waldock wspiera wszelkie przejawy kultury feministycznej. Dlatego też promocji najnowszej płyty Baby Fire, jak i jej solowego albumu "Fleur Feu: A Fire Ceremony", który ukaże się 27 maja, będzie towarzyszyła wystawa prac kobiet-artystek - fotografia, rysunek, malarstwo, rzeźba, moda, itd.

(nota 7/10)

 


Zanim dodatki, pojawi się zapowiedź najważniejszego festiwalu muzycznego, przynajmniej w Europie, mowa o Primavera Sound, który jak zwykle odbędzie się w Barcelonie. Niegdyś kwietniowe spotkania artystów z całego świata, tym razem przeniosły się na dwa pierwsze weekendy czerwca. Kto wystąpi? Wielu naszych  dobrych  znajomych. Warto rzucić okiem na całkiem zgrabną reklamę głównego Line-Up.



W nawiązaniu do dzisiejszego tematu drobna podróż w przeszłość. Szwedzki, zapomniany i bardzo słabo znany, kwartet Audrey, który tworzyły Victoria, Anna, Emilelie, Rebecka, z ich najlepszej płyty "Visible Forms".



Kolejna i bardziej aktualna, bo dopiero stawiająca swoje pierwsze kroki, szwedzka grupa Hater, z dopiero co opublikowanej płyty "Sincere"; z Caroline Landahl jako wokalistką i autorką tekstów.



Następna śpiewająca pani to Dama Scout, która w ten sposób promuje swój niedawno wydany album zatytułowany "Gen Wo Lai/ (Come With Me)".



 Przeniesiemy się do niemieckiego miasta Bremen, skąd pochodzi grupa Attic Frost. Mam nieodparte wrażenie, że ich najnowsza płyta - "A New Kind Of Hopelessness" - przypadłaby do gustu Tomkowi Beksińskiemu. Bardzo urokliwe flirtowanie z zimnofalową przeszłością.



Fani grupy Afghan Whigs już mogą zacierać ręce, na wrzesień przewidziana jest publikacja  najnowszego wydawnictwa "I'll Make You See God", które promuje taki oto singiel.



W kąciku improwizowanym zajrzymy do katalogu wytwórni Constellation Records, oto ukazała się nowa płyta sekstetu Jofultalk - "Familiar Science".








sobota, 23 stycznia 2021

FARMER DAVE & THE WIZARDS OF THE WEST - "FDWOW" (Big Potato Records) "California Mon Amour"

 

    Kalifornia jest jednym z najbardziej popularnych regionów USA. To tutaj przed laty Ava Gardner  i Frank Sinatra zatrzymywali się w swojej podróży od miasta do miasta, żeby pod osłoną nocy "postrzelać do gwiazd". To tutaj, w Palm Springs, 24 marca 1962 roku doszło do jednej z pierwszych intymnych schadzek JFK-a z Marilyn Monroe. Niecałe dwa miesiące później, po drugiej strony kontynentu, Monroe wyszła na scenę Madison Square Garden, żeby na dziesięć dni przed oficjalnymi urodzinami prezydenta zaśpiewać słynne "Happy Birthday". Gwiazda kina miała na sobie prześwitującą suknie od Jeana Luisa, którą włożyła na gołe ciało (sprzedano ją potem za 1.26 mln dolarów). "Jej pupa jakby mrugała do nas". "Jej pupa wyglądała jak dwa szczeniaki walczące pod jedwabnym prześcieradłem" - powiedzieli później ci, którzy tamtego wieczoru widzieli słynną aktorkę. Z kolei obdarowany w ten sposób jubilat oświadczył, że: "Po tak słodkich i szczerych  życzeniach mogę już przejść na emeryturę". Na emeryturę jednak nie przeszedł, gdyż kilka godzin później, na 34 piętrze hotelu Carlyle doszło do pononwego spotkania JFK-a z Marilyn Monroe, która po tym zdarzeniu zwierzyła się przyjaciółce mówiąc: "Chyba sprawiłam, że z jego plecami jest już trochę lepiej". 5 sierpnia 1962 roku aktorkę znaleziono martwą w jej domu, w Brentwood w stanie Kalifornia.

Trzeba przyznać, że dość regularnie docierają do nas zza oceanu płyty amerykańskich grup, których członkowie życzliwym okiem spoglądają na to, co w muzyce już było (szczególnie przełom lat 60/70-tych). W tej perspektywie takie miasta jak San Francisco czy Los Angeles lub, krótko mówiąc, spora część Zachodniego Wybrzeża, stanowi coś w rodzaju wylęgarni dla kolejnych artystów. Skoro "przeszłość jest prologiem", to warto czerpać z bogatej tradycji, i filtrować ją przez własną wrażliwość. Z podobnego założenia wychodzi nasz dzisiejszy bohater. Farmer Dave to amerykański multiinstrumentalista i wokalista. Naprawdę nazywa się Dave Scher. Swoją muzyczną przygodę rozpoczął niemal ćwierć wieku temu. W czasie studiów znalazł posadę w kalifornijskim radiu KXLU, z siedzibą w Los Angeles, gdzie w latach 90-tych dyrektorem muzycznym był Jimmy Tamborello. To właśnie na korytarzach rozgłośni Dave spotkał przyszłych kolegów z zespołu. Początkowo Chris Gunst, Jim Hey i Tamborello grali w grupie Strictly Ballroom. Stylistycznie ich kompozycje zbliżone były do dokonań nieodżałowanego Codeine. Opublikowali tylko jeden album "Hide Here Forever", który do dziś cieszy się sporym uznaniem wśród kolekcjonerów. W 1997 roku Gunst, Brent Rademaker i Farmer Dave powołali do życia zespół Beachwood Sparks, który trzy lata później wydał debiutancki krążek dla wytwórni Sub Pop. Fani grupy niecałe dwa lata czekali na kolejne wydawnictwo "Once We Were Trees". Następnie była całkiem udana trasa koncertowa u boku Black Crowes i grupa przestała istnieć. Członkowie zespołu rozeszli się w różne strony, zakładając kolejne kapele, które nie odniosły większego sukcesu.

Krótko po rozpadzie Beachwood Sparks, Framer Dave i kolega z rozgłośni Jim Hey połączyli siły. Pod nazwa All Night Radio wydali pamiętny, głównie dla siebie, debiut "Spirit Stereo Frequency", korzystając ze wsparcia Sub Popu. Nie rozwijali jednak współpracy, a przygodę z muzyką kontynuowali już na własny rachunek. Dave Scher założył firmę "Scher Sound", gdzie świadczył usługi na rynku muzycznym (ścieżki dźwiękowe, ilustracje, oprawy itd.). W 2009 roku opublikował solowy album dla wytwórni Kemado Records zatytułowany "Flash Forward To The Good Times". Ubiegły rok przyniósł drugie solowe wydawnictwo w dorobku Farmera Dave'a - "Speak of Love'. Poza tym przez ostatnie lata artysta funkcjonował również jako muzyk sesyjny, pojawiając się na płytach oraz w trakcie tras koncertowych Avi Buffalo, Marissy Nadler, Interpolu, Williama Oldhama, Animal Collective czy Kurta Vile'a.

Debiutancka płyta Famer Dave & The Wizards Of The West zawiera dziewięć utworów. Pozostałą część składu uzupełnili: Ben Knight - gitara, Brian Bartus - bas, Jud Birza - perkusja. Choć soczyste brzmienie, szczególnie partii gitar, sugerowałoby, że członków grupy może być więcej. Album można potraktować jako barwną pocztówkę ze słonecznej Kalifornii, która pamięta jak po tamtejszych plażach spacerowali Monroe, Kennedy, Sinatra i Gardner. Jedynie mroczna, banalna i kompletnie nieadekwatna do treści krążka okładka pozostawia sporo do życzenia (sam winyl jest w błękitnym odcieniu).

 Tropów stylistycznych jest całkiem sporo, o czym przekonują nas koleje odsłony tego wydawnictwa. Dla młodszych odbiorców może to być dobra lekcja historii, dla starszych miłe wspomnienia. W porównaniach mogą przewijać się minione dekady, począwszy od lat 60-tych, przez 70-te, z pominięciem lat 80-tych, żeby od razu przeskoczyć do tego, co działo się w muzyce trzydzieści lat temu. W radosnym "Right Vibration" sposób śpiewania (delikatny pogłos) i brzmienie gitar przenosi nas do starych płyt Grateful Dead. Piosenka brzmi niczym przebój surferów, który nucą za każdym razem, kiedy z deską pod pachą wędrują piaszczystą plażą, żeby za moment zanurzyć się w morskiej toni. "Ocean Eyes" przykuwa uwagę ciekawą rytmiczną wokalizą, prowadzącą do rockowego refrenu. "Stand & Deliver" rozpoczyna się niby szanta. Farmer Dave podaje ton, a męski chórek dzielnie mu wtóruje. Nakładające się na siebie partie przeciągniętych gitar tworzą sugestywne tło. Nad wszystkim unosi się duch Paula Simona. "Mutant Pill" i "Babe Got Plans (For Me)", to skok o trzy dekady, wprost do lat 90-tych, skojarzenia z płytami Jane's Addiction czy Porno For Pyros narzucają się same. "Bahannon" tytułem nawiązuje do postaci nieżyjącego już Hamiltona Bahannona, znanego z przeboju "Let's Start The Dance" (1976 rok). Zamykający całość "Wipe Out" to nowa wersja szlagieru The Surfais z 1963 roku.

Od samego początku moją ulubioną kompozycją została "Cave Walls". Z mnóstwem świeżego powietrza (!!!), ożywczym powiewem porannej kalifornijskiej bryzy (!!!), z radością grania, którą na początku działalności zarażali The Falming Lips czy Mercury Rev. Framer Dave lubi surfować, i trzeba przyznać, że całkiem nieźle wychodzi mu to poruszanie się na grzbietach fal różnych gatunków i stylów. "Złap mnie za rękę i zanurzymy się w morze" - śpiewa w tej najbardziej urokliwej odsłonie debiutanckiej płyty. A ja nucę wraz z nim, czego i WAM życzę.

(nota 7.5/10)

 

  


W kąciku improwizowanym nadal pozostaniemy w Kalifornii. Nasz dobry znajomy John Dwyer, wraz z grupą przyjaciół (Nick Murray, Brad Caulkins, Tom Dolas, Greg Coates), opublikował niedawno intrygujący krążek zatytułowany "Witch Egg". 




 

niedziela, 4 grudnia 2016

MAGNIFICENT BIRD - "Every little thing she does is tragic"


Dziś, dla odmiany, po emocjach związanych z ostatnim dziełem Kate Bush, coś na wyciszenie i chwila dla debiutantów. Pierwsze kroki na wyboistej muzycznej niwie bywają trudne i nieporadne. Czasem w konsekwencji zamiast dopingować do dalszej aktywności i rozwoju, przynoszą wraz z sobą zniechęcenie. Rynek muzyczny jest niejako z natury kapryśny, często hołduje chwilowym modom, kłania się w pas pospolitym gustom, wynosi na piedestał wszelkiej maści jaskrawości czy ekstremizmy. Debiutanci, jeśli nie mają za sobą pomocy wytwórni, na krytyków czy recenzentów również nie zawsze mogą liczyć. Krytycy najczęściej i najchętniej - jak zwykle są chlubne wyjątki - zajmują się sobą albo toczą jałowe spory ze swoimi kolegami po fachu. Kto więc może podać pomocną dłoń debiutantom, w tych zawrotnie szybkich i niepewnych czasach? Nowicjusze mogą zdać się na tak zwany marketing szeptany, specjalistyczne portale internetowe oraz blogi tematyczne. Jeśli chodzi mnie, to czasem wolę poświęcić chwilę uwagi i kilka słów debiutantom, niż pastwić się nad aktualnie słabszą formą bardziej znanych artystów.
Jak internet długi i szeroki nie udało mi się odnaleźć żadnej przyzwoitej recenzji dotyczącej albumów zespołu Magnificent Bird. Wynikałoby z tego, że muzyka tej grupy nie zdołała przekonać do tej pory żadnego krytyka, co przyznam szczerze, nieco mnie dziwi. Zbyt dużo dobrego dzieje się, czy to na poziomie kompozycji, czy aranżacji, szczególnie na ostatniej płycie, żeby nie wspomnieć o tym wydawnictwie. Nie bez powodu użyłem wcześniej liczby mnogiej - albumów - bowiem zespół z Oklahomy ma już na swoim koncie dwa wydawnictwa. Pierwsza płyta, wydana własnym sumptem w 2011 roku, nosiła tytuł: "Superdark can happen to anyone". Trzeba przyznać, że ów zgrabny tytuł całkiem nieźle odzwierciedlał zawartość albumu. Jeśli chodzi o gatunek muzyczny, kompozycje grupy sytuowały się - i nie uległo to zmianie - gdzieś na pograniczu indie-rocka, indie-folku, americany. Piosenki Nathana Loftiesa - lidera, wokalisty, kompozytora i autora tekstów - utrzymane w jednostajnym i wolnym tempie (na perkusji wspomagał go Steve Boaz), podejmowały tematy egzystencjalne: zagubienie, depresja, lęki, strata bliskich, bolesne rozstania itd. W muzyce zespołu można było odnaleźć nawiązania do takich grup jak: Low, Grizzly Bear, Red House Painters, Codeine(czy innych przedstawicieli slowcore). Nathan Lofties, w jednym z nielicznych wywiadów, podkreślał, jak bardzo ceni dokonania formacji SMOG. Zapytany, o gatunek, do którego zaliczyłby muzykę, którą tworzy, odparł: "Gramy kowbojskiego, przestrzennego indie-rocka". Owa przestrzeń, tak podkreślana przez wokalistę Magnificent Bird, rzeczywiście jest znakiem rozpoznawczym zespołu.
Drugi w dorobku album - "Every little thing she does is tragic", którego tytuł jest trawestacją tytułu piosenki The Police: "Every little thing she does is magic" - został wydany w listopadzie 2016 roku. W warstwie muzycznej nie przyniósł on większych zmian. Wciąż na płycie dominuje klimat smutku. Z pewnością kompozycje Nathana Loftiesa są teraz bardziej dojrzałe i wyrafinowane. Uwagę słuchacza przykuwa przestrzeń, dobre aranżacje i gustowne linie melodyczne. W warstwie wokalnej wiele z tych najnowszych piosenek przypomina mi niektóre dokonania grupy Other Lives. Pomimo nostalgicznego nastroju ostatni album pełen jest dyskretnego uroku. Chcę przez to także powiedzieć, że gdzieś pod tą warstwą smutku, bolesnych doświadczeń i melancholii, nadal tli się promień światła. Zdjęcie, które później wykorzystano na okładce najnowszej płyty, Nathan Lofities znalazł w opuszczonym domu, którego musiał doglądać podczas nieobecności właściciela. To umiłowanie do starych fotografii czy przedmiotów widać również w teledyskach zespołu. Do ich produkcji członkowie grupy (formalnie to duet, Nathan Lofties i Steve Boaz, którym pomaga również Sarah Reid) wykorzystują fragmenty starych filmów lub kronik rodzinnych. Charakterystycznym i powtarzającym się motywem w twórczości Loftiesa, są dość spokojne początki utworów, które mają pełnić funkcję łagodnego wprowadzenia. Dopiero po takim leniwym wstępie, budzą się do życia kolejne instrumenty, kompozycja rozkwita i dojrzewa do pełni. Mam nadzieję, że komuś jeszcze przypadnie do gustu ostatni płyta Magnificent Bird, że ktoś jeszcze oprócz autora tego bloga zauważy w tej wciąż rozwijającej się grupie spory potencjał. (nota 7/10)






x