Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brandee Younger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brandee Younger. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 czerwca 2025

TRA PHAIDIN - "AN 424 (EXPANDED)" (Hivemind Records) "Podróże małe i duże"

 

    Świat przyrody, rozległe pejzaże - mówiąc krótko piękno krajobrazu - od zawsze inspirowało wszelkiej maści artystów. Jakiś czas temu przedstawiłem na łamach bloga znakomitą płytę Williama Doyle'a - "Your Wilderness Revisited", który pozostawał pod wrażeniem urokliwych fragmentów przedmieść. Sufjan Stevens rozpoczął muzyczną przygodę od mocnego postanowienia, żeby na swoich płytach oddać specyfikę kolejnych stanów USA. Jak czas pokazał, skończyło się głównie na szumnych  zapowiedziach i ambitnych planach. Nasi dzisiejsi główni bohaterowi - członkowie kolektywu TRA PHAIDIN - pozostają pod wrażeniem malowniczej trasy autobusowej linii numer 424 (stąd taka, a nie inna okładka tego albumu). W kolejnych odsłonach płyty zatytułowanej "An 424", przy pomocy sporej ilości instrumentów, postarali się odmalować kluczowe, ich zdaniem, fragmenty trasy wiodącej z irlandzkiego miasta Galway do Cois Farraige. Pierwszy żółto-niebieski autobus spółki Bus Eireani odchodzi o godzinie 6 rano, ostatni kurs rozpoczyna się o 23.30. Proszę wsiadać, drzwi zamykać!





Po drodze miniemy sporo atrakcyjnych miejsc - niebezpieczne i zapierające dech w piersiach klify, torfowiska, przejedziemy w pobliżu jeziora Eagle. Będziemy mogli podziwiać wzgórze Mordain i wzniesienia Maamturk. Przemkniemy przez nieskalane wpływem cywilizacji wiejskie tereny i część Parku Narodowego Connemara. Z Connemary do Galaway jest mniej więcej 62 km, czyli godzinę i kwadrans wycieczki autobusem, za cenę ok. 30 funtów. Oczywiście możemy pojechać znacznie dalej. Wspominam o tej pierwszej miejscowości również z tego powodu, gdyż to właśnie tam zawiązał się dziewięcioosobowy skład kolektywu Tra Phaidin. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że reprezentują oni nadmorski region zachodniej Irlandii, gdzie "gaeilge" wciąż pozostaje podstawowym językiem. Stąd takie, a nie inne teksty poszczególnych kompozycji, zaśpiewane w tym egzotycznym regionalizmie. Przekładając to na polskie warunki, to trochę tak, jakbyśmy słuchali piosenek w gwarze kaszubskiej.

Członkowie TRA PHAIDIN używają na co dzień tradycyjnego języka "Gaelic", również w trakcie bardzo nielicznie udzielanych wywiadów. Udało mi się rozszyfrować nazwę zespołu, co nie było takie proste. "TRA PHAIDIN" - to przede wszystkim tytuł irlandzkiej piosenki ludowej wykonywanej w tradycyjnym języku gaelic. "Tra" oznacza plażę lub brzeg, zaś "Phaidin" to forma imienia Patryk.

Kolejną inspiracją do powstania płyty "AN 424" była pionierska praca psychogeograficzna artysty oraz kartografa - Tima Robinsona, który upodobał sobie piesze wycieczki nad brzegami Connemary. Przy okazji skrupulatnie tworzył szczegółowe zapiski dotyczące tej podróży. "Psychogeografia bada wpływ geografii krajobrazu konkretnego obszaru na psychologię". W tym kontekście nie dziwią szczególnie takie słowa członków grupy: "Mając na uwadze krajobraz, podróż autobusem stanowi formę wspaniałej medytacji nad różnymi tematami, które przynosi życie".




Album "AN 424" otwiera świetny "Cain Chairr", który dobrze wprowadza w stylistykę tego wydawnictwa. Jego pełne rozwinięcie znajdziemy na końcu albumu, w odsłonie "Can Chairr Athrach". Mamy tutaj krautrockowy napędzający całość rytm, poddają się mu gitary i sekcja rytmiczna, do tego dochodzą wymowne akcenty instrumentów dętych, oraz polifoniczne wokalizy, które odrobinę przypomniały mi dialogi formacji Novi Singers. Wszystkie wymienione powyżej elementy to stałe punkty programu tej płyty. Dochodzą do tego fragmenty swobodnej improwizacji, gdzie saksofon, trąbka, harfa, klarnet, flet i skrzypce, znajdują dla siebie nieco więcej swobody.

Od samego początku czuć, że znajdujemy się w ruchu - bycie w drodze - przemieszczamy się szybciej lub nieco wolniej, znajdując na trasie podróży momenty postoju, wyciszenia. Symbolizują je krótkie utwory, zawierające część nagrań terenowych lub kolaży dźwiękowych.

Barwny krajobraz przesuwa się za oknem w rytm, w którym pojawiają się i wybrzmiewają kolejne kompozycje, gdzie folkowa irlandzka tradycja zgrabnie łączy się z nowoczesnością. Jeden z nielicznych krytyków, który zdołał dotrzeć do tego albumu, określił jego zawartość jako: "Dopieszczony/wygładzony chaos". Całkiem możliwe, że tych momentów zagęszczenia narracji mogłoby być nieco więcej - ale to tylko moje prywatne odczucia.

Trzeba również wspomnieć, że to kolejna próba prezentacji tej płyty. Album "AN 424" ukazał się już jakiś czas temu. Jakoś nie miał szczęścia do recenzji czy odbiorców. Ponad pół roku czekał na prezentację w serwisie Spotify. Pod koniec maja 2025 roku ukazała się wersja winylowa, przy okazji rozszerzona o trzy dodatkowe utwory, w stosunku do pierwotnego wydania, którą można znaleźć także na stronie Bandcamp. I to właśnie do tego wydawnictwa warto dotrzeć.

Przyznam, że wysłuchałem tego udanego materiału z dużą przyjemnością. Od pierwszych taktów, aż po ostatnie gasnące akcenty, czuć tutaj radość i swobodę wynikającą ze wspólnego grania. Podróż autobusem po zachodnim wybrzeżu Irlandii stanowi także transgatunkową wycieczkę. Egzotyczne brzemienia języka - w tekstach mamy zabawy słowem, żarty, surrealistyczne skojarzenia - dodaje tylko specyficznego kolorytu tej oryginalnej propozycji.

(nota 7.5-8/10)

 



Pozostaniemy na irlandzkiej ziemi, skąd pochodzi Glen Hansard, który znów na swojej drodze spotkał Marketę Inglovą. 11 lipca ukaże się nowe wydawnictwo zatytułowane The Swell Season - "Forward". Oto singiel promujący ten album.




Szybka podróż do Oslo przyniesie spotkanie z grupą, która przyjęła niezbyt wyszukaną nazwę IV. Oto ich najnowszy singiel.




Grupa THE WANT pochodzi z Nowego Yorku, w dniu wczorajszym ukazała się ich nowa płyta zatytułowana "Bastard". Oto jedno z wyróżniających się nagrań.




Portland w stanie Oregon, dwie panie w towarzystwie trzech panów tworzą formację DUSTBUNNY. Przed tygodniem ukazał się ich singiel zatytułowany "Sheltering".




Po ulicach miasta Toronto porusza się kolejnym artysta - Ryan Wayne, który niedawno opublikował album zatytułowany "Functioning Dysfunctionals".




Brooklyn jest siedzibą mało znanej formacji SEX WEEK, która 1 sierpnia może zmienić nieco ten stan rzeczy, bowiem tego dnia ukaże się epka "Upper Mezzanine".




SUDDEN VOICES to znany czytelnikom bloga kolektyw z Londynu, dowodzony przez Bena Morrisa, który w w kompozycjach łączy krautrockowe podejście z elementami spacejazzu. Ich najnowszy album - "Scruples" - ukaże się 18 lipca.




Powracam do albumu "Anthems...". Kolejna propozycja to pełen uroku typowego dla grupy The Weather Station cover utworu Broken Social Scene.




MISS TYGODNIA - Nie ukrywam, że lubię formację OTHER LIVES, pochodzącą ze miasta Stillwater (Oklahoma). Dlatego poczekam cierpliwie do 10 października, kiedy to ukaże się nowy album zatytułowany "Volume V'. Oto jeszcze ciepły singiel z tego wydawnictwa.




KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim wyborny fragment pochodzący z wydanej wczoraj płyty ulubionej harfistki (recenzowałem niegdyś jej wcześniejszą propozycję) - Brandee Younger - "Gadabout Season".





sobota, 24 września 2022

EERIE WANDA - "INTERNAL RADIO" (Joyful Noise Recordings) "Ucho od śledzia... panie Kramer"

 

     O Marku Kramerze wspominałem już na łamach tego bloga co najmniej kilka razy. To postać znana dla słuchaczy nieco bardziej wtajemniczonych w arkana wydawnictw muzycznych. Amerykański basista, muzyk sesyjny, a przede wszystkim aranżer i producent, który za stołem mikserskim i suwakami konsolety spędził kilka dekad. Z tych powszechnie rozpoznawalnych grup - oczywiście w kręgach muzyki alternatywnej - które Kramer wypchnął na szerokie wody, warto w tym miejscu wymienić chociażby formację Low, czy odrobinę dziś zapomniany zespół Galaxie 500. Stephen Michael Bonner, gdyż tak naprawdę się nazywa, kupił nowojorskie studio nagraniowe "Noise New York", wcześniej grał u boku Johna Zorna, a w 1987 roku założył wytwornię płytową Shimmy-Disc. Wspominam o nim dlatego, ponieważ to właśnie on pomógł naszej dzisiejszej bohaterce odnaleźć odpowiednie brzmienie dla jej najnowszej długogrającej płyty zatytułowanej "Internal Radio".



Zdaję sobie sprawę, że nie jest to najlepszy pomysł, żeby przedstawić album holenderskiej artystki, mając w pamięci ostatnie osiągnięcia naszych piłkarzy. Dla fanów narodowej reprezentacji mam taki oto prosty przekaz -"Wy, którzy to oglądacie, porzućcie wszelkie nadzieje". Odnoszę osobliwe wrażenie, że gdybyśmy zorganizowali mistrzostwa świata w piłce nożnej dla grupy wiekowej U-10, to już na tym poziomie rozgrywek byłoby widać spore różnice - kultura gry, wyszkolenie techniczne, tak zwana "inteligencja boiskowa" - pomiędzy naszymi reprezentantami, a przedstawicielami krajów, które od lat osiągają w tej dziedzinie sportu najlepsze wyniki. Potem owe różnice (przepaść) tylko i niestety się pogłębiają. I  nie ma co zbytnio utyskiwać, pomstować, załamywać głos czy ręce. Znacznie lepiej i bezpieczniej dla zdrowia skupić się, dajmy na to, na tenisie - emocje większe, a i o sukcesy ostatnio jakby łatwiej. Dla bardziej wrażliwych postaram się jednak stonować przekaz mówiąc, że Marina Tadic (nie mylić z inną popową wokalistką), to emigrantka (jaka tam ona Holenderka!), z Bośni, która w wieku sześciu lat opuściła swoją pogrożoną w zawierusze wojennej ojczyznę, i wraz z rodzicami znalazła bezpieczne schronienie w krainie tulipanów. Mniej więcej osiem lat później zakupiła pierwszą gitarę i zaczęła tworzyć własne piosenki. Potem przewinęła się przez składy kilku lokalnych i mniej znanych zespołów. Z tych wartych odnotowania grup warto wymienić Kidbug, gdzie obok Mariny grał Bobb Bruno (Best Coast), Thor Harris (Swans) i Adam Harding (Dumb Numbers). Ten ostatni zostawił swój gitarowy odcisk również na płycie "Internal Radio". Nazwa "Eerie Wanda" pochodzi od tytułu filmu, czy też mówiąc dokładniej serialu - "Eerie, Indiana". Przyznam, że nie widziałem ani jednego odcinka, ale sprawdziłem, że serial był emitowany w Polsce od 30 czerwca 2007 roku, i doczekał się nawet polskiego dubbingu. Marina Tadic debiutowała w 2016 roku albumem "Hum", ale to kolejne wydawnictwo "Pet Town" (2018) otrzymało przychylne recenzje w prasie branżowej. Warto do niego sięgnąć, żeby dostrzec różnice w podejściu do materii dźwiękowej, pomiędzy utworami stworzonymi głównie w oparciu o gitarę akustyczną (Marina otrzymała ją podczas podróży pociągiem od wiekowego pana, instrument również miał swoje lata), a tym, co wyszło spod rąk i konsolety Marka Kramera. Nie są to jakieś kolosalne rzucające się w oczy różnice, na podobieństwo tych, które dostrzegamy pomiędzy naszymi piłkarzami, a tymi, którzy reprezentują Holandię czy Belgię. W takich przypadkach gra toczy się o subtelności, drobne detale, istotne, przynajmniej  dla niektórych, szczegóły - syntezatory, elektroniczne dodatki, perkusję, bas, gitarę, chórki itd. 

Ani producent płyty Eerie Wanda - "Internal Radio", ani żaden z muzyków obecnych w studiu, nie wpadł na pomysł, żeby w ramach obowiązującej mody szczelnie opakować lekkie i delikatne piosenki Mariny Tadic. Na szczęście pozostawiono sporo miejsca dla jej głosu, który raz rozbrzmiewa swobodnie, jak w przebojowym "Sail to The Sun", czy "Long Time", żeby nieco dalej, przy okazji "Sister Take my Hand", schować się odrobinę, wycofać nieznacznie, stworzyć intymny krąg, przywołując skojarzenia z dokonaniami Julee Cruise. Ten trop serialu "Twin Peaks" nie jest taki odległy. Gitarzysta Adam Harding obecny w studiu podczas nagrywania "Internal Radio", przyjaźni się z Kimmy Robertson - aktorką, która zagrała rolę policyjnej recepcjonistki - Lucy Moran - w kultowym serialu Davida Lyncha. Na ostatniej płycie Eerie Wanda znajdziemy również nieco bardziej psychodeliczne czy refleksyjne fragmenty, subtelnie nakreślone pogranicze jawy i snu, coś pomiędzy niefrasobliwym domowym lo-fi, a celową studyjną produkcją. W takich utworach jak: "Night Walk" czy "Bon Voyage" słychać wspomnienie dawnych płyt His Name Is Alive. Pomimo, iż większość piosenek Mariny Tadic jest krótkich, a i cała płyta czasem trwania odrobinę tylko wykracza poza ramy 30 minut, udało się przykuć uwagę słuchacza, przynajmniej moją, także za sprawą zróżnicowanego nastroju oraz tempa, choć zgodnie z modus operandi Kramera dominuje "slowcore", również dzięki całkiem zgrabnym linią melodycznym, które w takim gatunki jak avant pop lub dream-pop odgrywają kluczową rolę.

(nota 7/10)


 


W dodatkach do dania głównego wybiegniemy w przyszłość, prosto do 13 stycznia 2023 roku, kiedy to ukaże się album "Prize" - Rozi Plain. Artystka powinna być znana uważnym czytelnikom bloga, z prezentowanej niedawno formacji This Is The Kit. Na solowym albumie wspiera ją koleżanka z grupy - Kate Stables, i kolejny nasz dobry znajomy Alabaster De Plume, który zagrał na saksofonie.



Pod szyldem The Coral Sea ukrywa się muzyk ze słonecznej Kalifornii - Rey Villalobos, który zaprezentuje fragment z płyty "Raincoat". O sile utworu (oraz reprezentacji w piłce nożnej), często decydują drobne detale.



Social Station to duet prosto z miasta Waszyngton, który przypomina o sobie zestawem singli. Oto jeden z nich.



And Also The Trees to weterani muzycznych dróg oraz bezdroży, obecni na scenie od ponad 40 lat. Dwa tygodnie temu opublikowali nowy album "The Bone Carver". Po tytule otwierającej całość kompozycji można wnieść, że panowie wciąż całkiem nieźle pamiętają czasy, kiedy to na mapie Europy można było znaleźć Jugosławię.



Zajrzymy do miasta Dallas, gdzie swoją ostatnią podróż odbył niegdyś prezydent J.F. Kennedy. To również stamtąd pochodzi Kennedy, tyle że Ashlyn, która działa pod nazwą SRSQ. Całkiem niedawno opublikowała płytę "Ever Crashing", (wyprodukował ją Chris Coady, znany ze współpracy z Slowdive czy Beach House), z której wybrałem przedostatni utwór. Uważajcie, refren sam wpada w ucho! Chodzę i nucę, nucę i śpiewam, śpiewam i gwiżdżę... Mam wrażenie, że nawet Henri Bergson zatańczyłby przy tej piosence...



W kąciku improwizowanym, w tym tygodniu, wybór był oczywisty. Wczoraj ukazała się znakomita płyta perkusisty Makaya McCravena - "In These Time". Podczas sesji nagraniowych artystę wsparło mnóstwo zacnych gości, także tych znanych bliżej z wpisów na tym blogu - Brandee Younger (harfa), Joel Ross (wibrafon, marimba), Marquis Hill (trąbka), czy gitarzysta Jeff Parker, którego grę możemy usłyszeć chociażby w tej kompozycji.



A ten mniej oczywisty wybór... poprowadzi nas do albumu "Carnet Imaginaire" - Celano/Badenhorst/Baggiani, z gościnnym udziałem dobrze znanego, prezentowanego na łamach bloga, pianisty Wolfreta Brederode.



 




sobota, 12 lutego 2022

THE DELINES - "THE SEA DRIFT" (Decor Records) "Impresje z Teksasu"

 

      "E pluribus unum" - trudno było znaleźć bardziej ironiczną dewizę na banknoty tej zbankrutowanej utopii, w której garstka groteskowo bogatych Amerykanów cieszy się bogactwem, przywilejami i luksusami, jakich odmówiono większości. W świetle historii tworzonej przez Noahów Rosewaterów znacznie bardziej pasująca byłaby dewiza: "Zgarniaj więcej, niż ci potrzeba, bo inaczej nie dostaniesz nic" - Kurt Vonnegut - "Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater".

  Pomysł na powstanie album "The Sea Drift" narodził się podczas rozmowy wokalistki Amy Boone oraz pisarza, autora tekstów i muzyka - Willy'ego Vlautina (wcześniej tworzył kompozycje i grał na gitarze w grupie Richmond Fontaine). Po długiej wymianie zdań okazało się, że i ona, i on, mają słabość do twórczości Tony'ego Joe White'a (1943 - 2018). To Amy Boone w pewnym momencie tego pamiętnego dialogu zaproponowała: "A może napisałbyś coś w stylu "Rainy Night In Goergia". W ten sposób powoli zaczęła powstawać koncepcja całego albumu. Na miejsce akcji kolejnych jego odsłon wybrano stan Teksas, a dokładniej mówiąc, wybrzeże Zatoki Meksykańskiej.

Wspomniana powyżej akcja wielu z tych niespiesznych indie-folkowych kompozycji rozgrywa się w samochodzie. Jeśli podróżować po Stanach Zjednoczonych, to tylko za kierownicą, korzystając z długich szerokich dróg, które, łącząc wielkie aglomeracje, wiodą przez pustkowia lub urokliwe miasteczka. Teksas to drugi zarówno pod względem ludności, jak i powierzchni, stan Ameryki Północnej. Na trasie naszej nostalgicznej podróży miniemy wielkie farmy i pola uprawne, z rosnącą tam pszenicą lub kukurydzą. Zajrzymy do niewielkich barów, których rozświetlone neony powitają nas na przedmieściach Dallas, San Antonio, Austin czy El Paso. Ponoć nazwa tego stanu wywodzi się od słowa "Taysha", którym plemiona Koddo określały "przyjaciela". Jednak prawo w tej części USA nie przypomina przyjaciela, jest o wiele surowsze, niż w innych regionach. Zakazuje na przykład: "posiadania sześciu lub więcej wibratorów" (sic!), jednocześnie zezwala na zabicie złodzieja, którego złapaliśmy na gorącym uczynku.



Takich złodziei poznajemy już na samym początku płyty "The Sea Drift", czyli w nastrojowym otwarciu "Little Earl". Oto jeden z nich prowadzi samochód, podczas gdy drugi leży na tylnym siedzeniu i przyciska zakrwawioną ranę. To efekt postrzału i nieudanego napadu na sklep, z którego trzeba było ratować się ucieczką. W ten sposób wita nas Ameryka. Kraj, w którym tworzą się i spełniają marzenia. To tutaj rzeczywistość może stać się filmem, a film niepostrzeżenie przeobrazić się w rzeczywistość, powielaną potem w barwnych opowieściach. Muzyka, którą stworzył Willy Vlautin, wraz z grupą przyjaciół z formacji The Delines, stanowi doskonałe tło dla tego typu niespiesznych narracji. Wokaliza Amy Boone jest prosta, skupia się wokół jej ciepłej przyjemnej dla ucha średnicy, i na sugestywnym podawaniu kolejnych fraz, w dużej mierze refleksyjnych tekstów Vlautina. Aranżacje poszczególnych  kompozycji są wyważone i skromne, ich filmowy charakter został podkreślony przy użyciu sekcji smyczkowej oraz dętej. Leniwe tony klawiszy w "All Along The Ride" pozwalają na pełną ekspozycję głosu amerykańskiej wokalistki. Ta znakomita odsłona płyty, jak kilka innych, opowiada o rozpadzie związku i ucieczce w nieznane. "Surfers In The Twilight" rozpoczynają dźwięki gitary akustycznej oraz wokaliza. Ta ostatnia kreśli obraz kobiety, która idzie ulicą, żeby zobaczyć skutego kajdankami męża, zatrzymanego przez policję. Bohaterkę "This Ain't No Getaway" na początku także dostrzegamy w ruchu, zmierza prosto do mieszkania byłego chłopaka, żeby zabrać stamtąd swoje rzeczy, i tym samym ostatecznie przypieczętować rozstanie. Kolejne muzyczne obrazy albumu "The Sea Drift" mają w sobie coś z momentów zatrzymanych w kadrze, i dobitnie potwierdzają, że za każdym mijanym na ulicy człowiekiem kryje się jakaś historia. Muzycznie Willy Vlautin (gitara), Sean Oldham (perkusja), Freddy Trujillo (bas), Cory Gray (trąbka), Noah Bernstein (saksofon), Patty King (skrzypce), Collin Oldham (wiolonczela), poruszają się po terytorium rozkosznie leniwej americany, nawiązując tu i ówdzie do albumów The Sparklehorse, czy dawnych płyt Kurta Wagnera i jego załogi (Lambchop), co najlepiej słychać chyba w "Drowning By Plain Sight". Instrumentalny "Linette's Lament" - nazwa pochodzi od imienia bohaterki jednej z powieści Vlautina - rozpoczyna trąbka, przypominająca grę Milesa Davisa z albumu "Music From Siesta". Ostatnie akcenty płyty "The Sea Drift" również należą do dźwięków trąbki, w rękach Cory Graya; w moich skojarzeniach przywołały końcowe fragmenty filmu "Chinatown". "The Sea Drift" to nasz najbardziej wizualny zapis. Teksty są jak winiety, a instrumentacje,  w tym dramatyczne partie smyczków czy waltorni, mają wywołać filmowy nastrój" - podsumował Willy Vlautin. Na uwagę zasługuje również nienachalna produkcja Johna Morgana Askew - wiernego przyjaciela i poniekąd członka zespołu, obecnego w studiu od samego początku działalności grupy, czyli od udanego debiutu "Colfax" (2014); pełna wyważonych, mądrych lub też całkowicie świadomych dźwięków, użytych w odpowiednim miejscu i czasie, które w konsekwencji nadały temu wydawnictwu dyskretnej elegancji. Świetna płyta. Gorąco polecam.

(nota 8/10)

 


W 2016 roku recenzowałem na łamach tego bloga płytę "Hidden Light" autorstwa Davida Ahlena. Szwedzki piosenkarz na początek marca zapowiedział wydanie swojej najnowszej epki. Oto singiel, który promuje to wydawnictwo.



Wpadł mi ostatnio w ucho prześliczny utwór "Discontent"-  Paula Kintzinga, który ukrywa się pod nazwą German Error Message.



Zupełnie zapomniałem podzielić się moją ulubioną piosenką z płyty "Sakura Flower", którą recenzowałem jakiś czas temu. Steve Kilbey nie zapomniał, jak zgrabnie łączyć ze sobą poszczególne nuty.



Zapowiedź płyty The Districts - "Great American Painting", która ukaże się 11 marca.



Chyba nie jest tak źle, skoro dożyliśmy czasów, gdzie harfistki wydają swoje płyty, i ktoś potem tych albumów słucha. Przed Wami, nasza dobra znajoma z poprzednich wpisów, Brandee Younger i fragment jej najnowszej epki "Unrest".






niedziela, 9 czerwca 2019

BRANDEE YOUNGER - "SOUL AWAKENING" (Bandcamp) "HARFISTKA Z DUSZĄ"

 Ci z Was, szanownych  Czytelników, którzy z jakichś tajemniczych powodów nie lubią spiritual jazzu, mogą spokojnie przestać czytać ten wpis (naprawdę są tacy?). Bowiem płyta - płyty w ogóle - dzisiejszej bohaterki bezpośrednio odwołuje się nie tylko do bogatej tradycji tego gatunku, ale także od dwóch dni, czyli od daty premiery wydawnictwa "Soul Awakening", wpisuje się w nią jako kolejny jej element. Spośród wszelkiej maści muzyków jazzowych harfiści zawsze byli zaliczani do grona awangardy. Podobnie jest w przypadku Brandee Younger. Jak wspominała w jednym z wywiadów, po ukończeniu nauki na studiach i zdobycia tytułu magistra kompozycji, nie chciała grać orkiestrze, a tym samym pójść w ślady wielu innych muzyków, którzy wybrali ten specyficzny instrument ("improwizacja na harfie nie jest wcale taka łatwa ze względu na specyfikę tego instrumentu"). Amerykańska artystka znacznie bardziej woli mniejsze składy, intymną atmosferę, własną przestrzeń oraz bliski kontakt z innymi muzykami. "Musisz poszukiwać ludzi, z którymi chcesz być, i znaleźć sposób na spędzanie z nimi czasu".

Brandee Younger od wielu lat inspiruje się zarówno twórczością, jak i postawą życiową innej - w pewnych kręgach kultowej - harfistki, Alice Coltarne, która, jak pamiętamy, zaledwie dwa lata po ślubie została wdową, mając 29 lat oraz dzieci na wychowaniu, a mimo to kontynuowała karierę muzyczną. Twórczość artystyczna dla Alice Coltrane była sposobem na rozwój duchowy, ucieczką, oraz w początkowej fazie swoistym antidotum na problemy ze zdrowiem, które pojawiły się po śmierci męża. Jak powiedział po latach syn znakomitej harfistki, Ravi Coltrane: "W naszym domu instrumenty były placem zabaw". To właśnie saksofonista Ravi Coltrane odnalazł Brandee Younger i poprosił ją, żeby zagrała na pogrzebie jego matki. I to również on po kilku latach został zaproszony do składu nieformalnego zespołu, kiedy ten uczestniczył w sesji nagraniowej "Soul Awakening".

Większość nagrań wpisujących się na listę tego albumu została zarejestrowana sześć lat temu. Nad produkcją czuwał Dezron Douglas, który jest także twórcą jednej kompozycji - "Soulris". Utwór "Blue Nile" to klasyk Alice Coltrane, "Games" pochodzi z twórczości innej znakomitej, choć nieco zapomnianej harfistki, Dorothy Ashby. Kompozycja "LindaLee" została nazwana na cześć matki Younger, a wyborny w tej wersji "Save The Children" pochodzi z repertuaru Marvina Gaye'a. Na tym bardzo dobrym, jak dla mnie, albumie znajdziemy intymną atmosferę, urokliwe dialogi poszczególnych instrumentów (mnóstwo zaproszonych gości - wokalistka Niia, flet, puzon, trąbka, saksofony) świetnie wpisane w aranżacyjną tkankę. Dominuje niespieszne tempo, oniryzm, pogłębiona strefa muzycznej refleksji. Słucha się tego bez końca...Do tego w ramach suplementu diety polecam wydawnictwo "Alice Coltrane Live at The Berkeley Community Theater 1972", i przynajmniej część ciepłych późnych czerwcowych wieczorów macie już zaplanowane.

(nota 8/10)