Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wovenhand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wovenhand. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 kwietnia 2022

KING DUDE & DER BLUTHARSCH - "BLACK RIDER ON THE STORM" (WKN Rec.) "Dobry, zły i brzydki"

 

       W dzisiejszej odsłonie bloga, jako weteran wojny domowej, będziemy przemierzać bezkresne prerie, pustkowia oraz skaliste zbocza, w poszukiwaniu złoczyńców, którzy zamordowali naszych bliskich. Mrok będzie naszym sprzymierzeńcem, a żądza zemsty nie pozwoli nam zwątpić w sens tej wędrówki. Tak, w dużym przybliżeniu, przedstawia się zarys głównej koncepcji albumu "Balck Rider On The Storm", którego autorem jest King Dude. Pod dźwięczną nazwą ukrywa się jeden człowiek - Thomas Jefferson Cowgill. Bynajmniej nie jest on potomkiem słynnego trzeciego w kolejności prezydenta USA, tylko muzykiem funkcjonującym od kilkunastu lat na scenie blackmetalowej - zespoły Book Of Black Earth, OUKKL, Teen CCTHULHU.



    Pochodzący z deszczowego Seattle artysta ponad dekadę temu postanowił zrobić coś tylko i wyłącznie na własny rachunek. Początkowo miała to być jedynie drobna odskocznia od grania w zespołach metalowych, kompozycje stworzone głównie dla siebie, bez myślenia o szerszej publiczności. Te pierwsze próbki demo Thomas Jefferson Cowgill przesłał do Kima Larsena, z duńskiej formacji Of The Wand And The Moon, który zachęcił amerykańskiego twórcę do umieszczenia ich w sieci. Debiutancki album King Dude ukazał się w 2010 roku i nosił tytuł "Tonigh's Special Death". Stylistycznie nawiązywał do dark-folku, mrocznej americany czy psychodelii, i w tej estetyce King Dude porusza się do dziś. Jednym z ważniejszych idoli amerykańskiego gitarzysty wciąż pozostaje Leonard Cohen. Dlatego nie może dziwić fakt, że sporo piosenek nawiązuje do melodyki klasycznego kanadyjskiego barda, tyle że Cowgill osadza swoje ponure pieśni w mrocznej rockowej przestrzeni. Złowieszczy nastrój, atmosfera grozy lub zbliżającej się zagłady, śmierć, mroki duszy - to ulubione wątki oraz tematy przewijające się w twórczości King Dude'a. Jak sam przyznał w jednym z wywiadów, w młodości miał poważny epizod z narkotykami. "Psychodeliki odegrały ogromną rolę w moim życiu (...). Pierwsze instrumenty, które kupiliśmy, pochodziły z pieniędzy zarobionych na sprzedaży narkotyków". Obecnie nie korzysta już z "pomocy" środków psychoaktywnych. Zdecydowanie bardziej od nich woli medytację, czy pobyt w komorze deprywacji sensorycznej. 

Najnowszy album "Black Rider On The Storm" nie powstał w komorze deprywacyjnej, ale dość sugestywnie oddziałuje na zmysły słuchacza. Jedenaście udanych  kompozycji odwołuje się do dokonań takich twórców i zespołów, jak wspomniany wcześniej Leonard Cohen, Nick Cave, The Bad Seeds, Swans, Fields Of The Nephilim, czy recenzowany niedawno Wovenhand. Wiele z tych  pieśni mogłoby posłużyć jako ścieżka dźwiękowa do serialu "True Detective". Otwierający całość "Hell's Canyon", dobrze odzwierciedla okładkę płyty. Tytułowy "Black Rider On The Storm" czerpie z melodyki Cohena, jednak muzyk ze Seattle pomalował te charakterystyczne nuty ciemnymi i szarymi barwami, posługując się monotonnym rytmem, akcentami gitar i dobrą wokalizą. Przy tej ostatniej warto zatrzymać się w tym momencie na dłużej. Thomas Jefferson Cowgill bardzo świadomie używa swojego głosu, dzięki czemu w kolejnych odsłonach krążka wykorzystuje go na różne sposoby. I tak, w drapieżnym i energetycznym "All I See Is You" mocno przypomina sposób śpiewania Nicka Cave'a, z okresu wczesnych płyt z grupą The Bad Seeds. Z kolei w piosence "The Bitter Cup" wokaliza Cowgilla przypomniała mi niektóre utwory Johnny Casha. W świetnym i chyba moim ulubionym "Dead Man" amerykański twórca zaśpiewał jeszcze inaczej, sięgając do głębin swojego gardła, przy wtórze kobiecego chórku. Na płycie "Black Rider On The Storm" znajdziemy również fragmenty pozbawione warstwy wokalnej, pełniące funkcję barwnych ilustracji - "The Driffer And The Dog", czy "Strange Visions". Całkiem zgrabnie zaaranżowany został "Bury The Knife", z ornamentami gitar, z rockowym zacięciem oraz sporą dawką dobrze rozplanowanej przestrzeni. Thomas Jefferson Cowgill woli rejestrować materiał samodzielnie, niż korzystać z rad i wskazówek wykształconego inżyniera dźwięku. Ci ostatni jego zdaniem działają w oparciu o jedną i tą samą metodologię pracy. Według opinii muzyka z Seattle mają sprawdzony i "właściwy sposób" na wykonanie pewnych  rzeczy w studio nagraniowym, i nie dopuszczają do siebie myśli, że można zrobić coś inaczej. "Opuszczamy czas rewolucji przemysłowej, epoki rolnictwa, i zmierzamy w stronę wieku, gdzie ludzie mają mnóstwo wolnego czasu oraz urządzenie w kieszeni, które może karmić ich bzdurami" - tyle King Dude, resztę usłyszycie na płycie.

(nota 7.5/10)

 


W dodatkach do dania głównego początkowo pozostaniemy w podobnym apokaliptycznym nastroju, i przeniesiemy się na płytę kanadyjskiej grupy Yoo Doo Right - "A Murmur, Boundless To The East", która ukaże się 10 czerwca nakładem oficyny Mothland. Rejestracji nagrań dokonano w słynnym, i wspominanym nieraz na łamach tego bloga, studiu Hotel2Tango. Przyznam, że w ostatnich dniach bardzo często wracam do tego fragmentu. Jest moc!



Z Montrealu przemieścimy się  za darmo i bez przeszkód do Oakland, w stanie Kalifornia, skąd pochodzi grupa Parallel, która 1 kwietnia opublikowała epkę "Parallel".



Całkiem urokliwa miniatura od Bobby'ego Orozy, który reprezentuje Finlandię,  z gościnnym udziałem Cold Diamond & Mink.



Prześliczna  zwiewna i lekka piosenka z płyty "Diving Rings", autorstwa grupy pochodzącej z Gruzji - Night Palace.



Zapomniany chyba nawet przez swoich fanów Interpol, na 15 lipca zapowiedział premierę nowego albumu "The Other Side Of Make - Believe".



The Smile - czyli Thom Yorke, Jonny Greenwood i Tom Skinner, oraz kolejna odsłona z nadchodzącej płyty Pana-vision.



W kąciku improwizowanym fragment płyty, która ukazała się w 1960 roku Max Roach - "We Insist! Max Roach's Freedom Now Suite". Tak się złożyło, że właśnie pojawiła się kolejna zremasterowana wersja tego albumu, dokonana przez zasłużonego na tym polu inżyniera dźwięku Bernie Grundmana. Wspaniała rzecz!




sobota, 5 lutego 2022

WOVENHAND - "SILVER SASH" (Glitterhouse Records) "Pomiędzy sacrum i profanum"

 

     Cóż mogę Wam zaproponować na samym początku lutego, gdzieś między ochłapami z wolna konającej zimy, a dojmującym pragnieniem wiosny, tuż po epickim finale AO 2022 (Nadal zwycięski, Nadal wspaniały!), w obliczu lawinowo spadających cen, namiętnie zakładanych  podsłuchów, oraz 711 połączeń z "salonem fryzjerskim" (obecnie nieczynnym, nie tylko ze względu na pandemię). Przydałaby się jakaś dawka skomasowanej energii, nagły podmuch świeżego gitarowego powietrza, który nieco rozrzedziłby to ciężkie i morowe, którym przyszło nam oddychać. Mam nieodparte wrażenie, że wszystko to można odnaleźć na ostatnim wydawnictwie płytowym amerykańskiej grupy Wovenhand zatytułowanym "Sliver Sash".



Sześć lat, które minęły od ich poprzedniego albumu sprawiły, że zdążyliśmy odrobinę zapomnieć o załodze szkunera dowodzonego przez Davida Eugene Edwardsa. W ubiegłym roku grupa obchodziła swoje 20-lecie istnienia. Dawid Eugene Edwards powołał ją do życia początkowo jako jednoosobowy projekt. Wkrótce dołączyli do niego multiinstrumentalista Daniel McMahon, perkusista Ordy Garrison oraz wiolonczelista Paul Fonfara. Później skład formacji często ulegał zmianie - jedni artyści odchodzili, wybijając się na niepodległość, w ich miejsce pojawiali się kolejni, jak chociażby gitarzysta Peter Van Laerhoven, czy basista Pascal Humbert. Oprócz składu zmieniała się również muzyka, która od alt-countrowych tonów przebyła długą drogę, i uosabiała w późniejszych latach stylistyczną podróż przez kolejne gatunki: dark-folk, rock, psychodelia, czy mroczny hard-rock.

David Eugene Edwards swoją muzyczną przygodę rozpoczął od perkusji. Jako nastolatek fascynował się twórczością Boba Dylana i Woody Guthrie, śpiewał w kościelnym chórze, grał w szkolnej orkiestrze, potem chętnie sięgał po wczesne płyty Nicka Cave'a i Scotta Walkera. Pierwszy zespół, który założył w 1984 roku, nosił nazwę Restless Middle Class. Pod koniec lat 80-tych sporo podróżował po Ameryce, rezydował w Kolorado, Bostonie, Los Angeles i ponownie w Denver. W jego młodzieńcze poczynania wpisana była swoista dychotomia. Z jednej strony miał w pamięci figurę ojca. Ten ponad wszystko cenił sobie wolność, był włóczęgą, który często funkcjonował na granicy prawa (przez jakiś czas jeździł z miasta do miasta, z tresowanym niedźwiedziem, który przynosił mu skromny dochód). Drugi biegun wyznaczała postać dziadka ze strony matki, który był kaznodzieją. Nic więc dziwnego, że w domu rodzinnym dzisiejszego bohatera religia odgrywała fundamentalną rolę. W tekstach grupy Wovenhand znajdziemy mnóstwo nawiązań do Biblii oraz szeroko pojętej wiary. "To po prostu wychodzi ze mnie. Miłosierdzie Boże jest absolutnie bezwzględne, przekracza wyobraźnie i ludzkie zło" - stwierdził David Edwards.

Najnowsze wydawnictwo - "Silver Sash" rozpoczyna utwór "Tempel Timber". I trzeba przyznać, że jest to znakomite otwarcie, które jednocześnie ustawia poprzeczkę oczekiwań odnośnie kolejnych kompozycji. Oto pada do naszych stóp porcja soczystych mrocznych gitar, zarejestrowanych w domach Davida Edwardsa oraz jego przyjaciela Chucka Frencha (gra także w grupie Planes Mistaken For Stars), rozlokowanych w Denver. Przyznam szczerze, że dawno nie słyszałem tak udanego początku płyty. Nad całością złowieszczych, czy tez ponurych dźwięków, unosi się wokaliza Edwardsa, która przypomina monolog kaznodziei (wyczuwalny duch dziadka). Kolejna odsłona - "Acacia" - nie zwalnia tempa, dodatkowo utrzymuje napięcie i siłę rażenia swojego poprzednika. Skojarzenia z płytami Fields Of The Nephilim, czy The  Cult narzucają się niejako same. "Duat Hawk" to z kolei klasyczna rockowo-folkowa ballada, przynosząca wraz z sobą proste, ale wyraziste granie. "Mam mentalność rytmiczną - twierdzi Edwards. - Na instrumentach gram w sposób rytmiczny. Banjo, gitara, wszystko jedno. Gram bardziej jak perkusista niż gitarzysta". Potwierdzenie tych słów znajdziemy w "Dead Dead Beat", zawierającym punkowy pazur, i ograne po wielokroć riffy, które wykorzystane w takiej formule kompletnie nie drażnią, ani tym bardziej nie nużą. Ot, paradoks. 

"Muzyka i religia opierają się na tym samym. Religia to kolejna forma sztuki". W biografii wokalisty Wovenhand, podobnie jak w jego twórczości, znajdziemy również mroczne fragmenty - amerykański artysta spojrzał w otchłań, a ta, zgodnie z sentencją Fryderyka Nietzschego, zrewanżowała się tym samym. Stąd też owa deklarowana na każdym kroku wiara, która ma stanowić coś w rodzaju tarczy ochronnej; zwalnia z myślenia w momentach kryzysu czy wątpliwości, pozwala podnieść się i kroczyć dalej. W horyzont wyborów aksjologicznych Edwardsa wpisane zostały umiłowanie zwyczajnej egzystencji oraz proste wartości - "dobro" wzmacnia, buduje i rozwija, "zło" natomiast kusi błyskotkami, ale w konsekwencji doprowadza do rozpadu, degeneracji, niewoli i upadku. "Mam bardzo ponure spojrzenie na ludzkość" - podsumowuje David Eugene Edwards. Psychodeliczna i podniosła w wymowie kompozycja "8 of  9", brzmi jak pełny smutku i żalu folkowo-rockowy zwiastun nocy, kiedy to znów obudzą się demony. Ta pieśń wraz z utworem "Daut Hawk" nawiązuje nastrojem do bardzo udanego albumu "The Treshingfloor" (2010).

(nota 7.5/10)

 


Na dobry początek dodatków do dania głównego zajrzymy na płytę Black Country, New Road - "Ants From Up There". Wybrałem z niej mój ulubiony  fragment "Haldern".



Myślę, że całkiem nieźle będzie z nim korespondował mój ulubiony utwór z najnowszej płyty Anais Mitchell, czyli samo jej otwarcie zatytułowane "Brooklyn Bridge". Wracam do tej kompozycji i wracam...



Wracam do tej piosenki i wracam... i wracam... Niektórzy artyści już tak mają, po prostu siadają przed fortepianem i... wydarza się MUZYKA.



Pod nazwą For The Birds ukrywają się Ben Lubberts i Kyle Penny, którzy 28 stycznia opublikowali debiutancką epkę - "Chasing Tales". Oto singiel, który rozpoczyna to wydawnictwo.



Grupa Supernowhere na 2 marca zapowiada premierę płyty "Skinless Takes A Flight", którą promuje singiel "Basement Window".



W kąciku improwizowanym zajrzymy na album Ethana Iversona - "Every Note Is True", płyta ukaże się 11 lutego nakładem oficyny Blue Note Records.