Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Amazing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Amazing. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 lutego 2024

THE AMAZING - "PIGGIES" "Spacer w chmurach"

 

     I tak oto zupełnie niespodziewanie, przynajmniej dla skromnego, rzecz jasna, autora tego bloga kilka dni temu, dni temu kilka, ukazała się nowa płyta szwedzkiego zespołu The Amazing. Przyznam, że przegapiłem pojawienie się singla, z dwumiesięcznym wyprzedzeniem zapowiadającego lutową premierę wydawnictwa, które przybrało niezbyt szczęśliwą (szczególnie dla przeglądarek) nazwę "PIGGIES" -  wystarczy wygooglać połączenie wszystkich tych trzech słów The Amazing Piggies; trafnych wyników jest niezbyt wiele, recenzji jeszcze mniej. Może gdybym częściej zaglądał na Facebooka, gdzie subskrybuje wieści nie tylko od tej skandynawskiej grupy, nie byłbym tak zaskoczony. Niespodzianka jest tym milsza, że najnowsze dzieło Christofera Gunrupa (wokalista, autor wszystkich kompozycji) oraz jego kolegów jest udane, i z każdym przesłuchaniem zyskuje na wartości. Trzeba jednak podkreślić, że wytwórnia Fashionpolice Records (nigdy o niej nie słyszałem), nie zrobiła wiele, żeby chociaż w minimalnym stopniu wypromować to wydawnictwo zacnego jednak szwedzkiego zespołu. Może zupełnie niepotrzebnie się czepiam, a cała akcja marketingowa dopiero się rozpocznie, kiedy stopnieją ostatnie śniegi w okolicach Malmo - szczerze w to wątpię.



Sympatycy zespołu The Amazing świetnie wiedzą, że znakiem rozpoznawczym najlepszych kompozycji szwedzkiej formacji bywa nostalgiczny nastrój lub oniryczna atmosfera - tworzona w oparciu o brzmienie gitar (znany Reine Fiske, którego sylwetkę nieraz już przybliżałem) oraz subtelnie prowadzoną wokalizę Christofera Gunrupa. Przy okazji recenzji wcześniejszych płyt zespołu porównywałem barwę jego głosu do tembru Marka Kozelka. Warto zaznaczyć, że głos szwedzkiego wokalisty ma zdecydowanie więcej głębi, łagodności, szlachetnej gładkości, w większym stopniu zjednuje przychylność oraz uwagę odbiorcy. Ten głos potrafi wiele i wyjątkowo dobrze odnajduje się w tej estetyce. 

Z dokładnym określeniem tej ostatniej recenzenci zwykle mają problemy - z pewnością nie jest ani psychodeliczny rock, jak uważają co niektórzy, ani tym bardziej progresywna jego odmiana, czy kolejna współczesna hybryda jaką stanowi neofolk. Te najbardziej udane, a zarazem zapamiętane i wielokrotnie odtwarzane, nie tylko przeze mnie, piosenki grupy The Amazing, można określić mianem dream artrocka. Marzycielski melancholijny nastrój w połączeniu ze skromnymi, ale celnymi aranżacjami, oraz rozbudowane niekiedy partie gitar - tak w dużym skrócie prezentuje się charakterystyczne dla poczynań skandynawskiej grupy modus operandi. Choć równie często, jeśli nie częściej, ekipa dowodzona przez Gunrupa rozmyślnie flirtuje z indie-popem i tworzy proste zgrabne piosenki.

Przy okazji wcześniejszych recenzji wspomniałem, że poczynania grupy The Amazing przypominają stanie w rozkroku, jedna noga tutaj, druga tam, jakby członkowie tej formacji nie mogli się zdecydować i nagrać całego albumu tylko w stylu pop lub dołożyć większych starań i stworzyć pełne artrockowych zachwytów dzieło sztuki. Dziś myślę, że przez ten osobliwy i wyraźny kontrast pomiędzy indie-popem a artrockiem, wspaniałe pieśni utrzymane w tej drugiej stylistyce są jeszcze bardziej widoczne. Doprawdy trudno je pominąć, niemal na każdej z ostatnich płyt zespołu można znaleźć kilka takich wyjątkowych kompozycji. Przeważnie rozwijają się powoli, jak powolne bywają nieraz opowieści dojrzałych artystów, którzy nie w energetycznym przekazie szukają siły, tylko w głębi zanurzenia w rozwijaną niespiesznie historię. Takie kompozycje czasem trwania zwykle przekraczają sześć minut i właśnie te momenty z twórczości wciąż chyba niezbyt dobrze znanego w naszym kraju The Amazing cenię sobie najbardziej.




Pięć długich lat przyszło nam czekać na album zatytułowany "Piggies". Gitarzysta grupy Reine Fiske (znany również z Dugen, Fire! Orchestra, Landberk, Morte Macabre, Paatos, Motorpsycho, Elephant9 itd.) zajął się w tym czasie produkcją, chociażby płyt grupy Melody's Echo Chamber. Może dzięki doświadczeniu zebranemu w tej dość trudnej materii, najnowsza propozycja The Amazing brzmi tak gładko. Pewnie niektórym z Was moje słowa mogą wydać się dziwne, ale musiałem przyzwyczaić się do tej płyty. Odrobinę przestawić myślenie, które trochę odwykło od obcowania z prostym gitarowym graniem. Mówiąc krótko, musiałem posłuchać tych ośmiu spójnych piosenek raz, drugi, trzeci, żeby za czwartym razem już niemal w pełni poczuć to, co udało się szwedzkiej formacji osiągnąć. 

Najsłabsze w tym zestawieniu wydaje się być otwarcie "Streetfighter", które moim zdaniem niczego wielkiego nie obiecuje, ani zbyt wiele po sobie nie zostawia, ale od czegoś trzeba było zacząć. W kolejnym "Antichrist" znajdziemy już charakterystyczne dla dokonań grupy nostalgiczne frazy gitar oraz urokliwy głos, który tak płynnie potrafi połączyć ze sobą poszczególne takty. Na singla promującego to wydawnictwo chyba wybrałbym "I Think I Found A Way" - zwiewna melodyka, której wielu artystów mogłoby Szwedom pozazdrościć, potencjał przeboju, pomimo melancholii wyraźnie obecnej w zaśpiewach wokalisty. "Cinnamon" i "Figurehead" przywołują nastrój kompozycji Marka Kozelka czy grupy Red House Painters, do którego twórczości Christofer Gunrup chętnie się odwołuje. Podobnie jak do płyt zespołu The Cure - w utworze "Last Stand", partia basu przypomniała mi klasyk The Cure - "Picuteres Of You". W jednym z wywiadów Christofer Gunrup oświadczył, że kompozycja "Plainsong" - The Cure to:" najlepsza piosenka otwierająca jakikolwiek album w historii". Przyznam szczerze, że jest w tym zdaniu sporo racji. Jak to nieraz bywa, najlepsze danie szwedzka formacja zostawiła na sam koniec. Mowa tu o wyjątkowo subtelnej odsłonie zatytułowanej "Through The Cracks". Wszystko tutaj się zgadza w sposób nadzwyczajny i głos wokalisty, i nastrój, również praca gitar, które odzywają się, i to jak!, w drugiej części tego znakomitego utworu. Jeśli poczujecie te dźwięki na skórze, będzie to wyraźny znak, że możecie raz jeszcze zacząć słuchać całej płyty.

(nota 7.5-8/10)

 


Przyjemne ciarki pojawiły się na ciele, to dobry znak. Przy okazji "Through The Cracks" tak właśnie powinno być. Wybornie brzmi to nagranie - niespieszna pierwsza część i znakomite gitarowe rozwinięcie wiodące nas do szczęśliwego końca. Sugerujące, żeby wielokrotnie  powracać do tej odsłony albumu "Piggies". W zaistniałej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak po raz kolejny udać się na spacer w takim oto sympatycznym towarzystwie.



Spróbuje podtrzymać ten oniryczny nastrój, i przedstawię wam artystkę z Teksasu - Haley Conlin, która przybrała pseudonim Dottie.



I  jeszcze raz Dottie, tym razem na gościnnych występach w Londynie, skąd pochodzi grupa Whitelands, która 23 lutego opublikuje album zatytułowany "Night-Bound Eyes Are Blind To The Day".



I znów lotem błyskawicy pokonamy spory akwen wodny, trafimy do miasta Filadelfia, żeby posłuchać fragmentu płyty "Wesley" grupy Delsea Drive.



Kolejny szybki lot zabierze Was do Indonezji, miasto Jakarta oraz pełna uroku kompozycja z płyty "Gushing" formacji Crayola Eyes.



Oficyna 4AD wczoraj opublikowała bardzo udany album zatytułowany "Phasor", autorstwa Helado Negro, wybrałem dla was taki oto fragment.



Podobnie jak najnowsza płyta Helado Negro, znakomite recenzje zbiera  - tyle, że we francuskiej prasie - ostatni album Cabane (belgijski artysta Thomas Jean Henri), który przy wsparciu wokalistów Sama Gendersa oraz znanej z recenzji na tym blogu Kate Stables, pod koniec stycznia opublikował wydawnictwo zatytułowane "Brulee".



Zajrzymy na moment do katalogu oficyny Bongo Records, przywoływany już niegdyś przeze mnie Project Gemini (pod nazwą ukrywa się Paul Osborne), 5 kwietnia opublikuje najnowszy album zatytułowany "Colours & Light". Oto kompozycja z tej płyty.



Pod koniec stycznia ukazała się nowa płyta amerykańskiego perkusisty Vinnie Sperrazzy zatytułowana "Sunday", z gościnnym udziałem kilku muzyków, na saksofonie Loren Stillman.



Przed Wami znakomite nagranie! Na dobry początek ok. 6 minut 30 sekund wokalnego wstępu, w roli głównej Marianne Svasek, a potem jego kilkunastominutowe sugestywne rozwinięcie, w wykonaniu trzech saksofonistów, trębacza, puzonisty, wibrafonisty, klarnecisty, pianisty, skrzypka i dwóch perkusistów. Mało? W tym zestawieniu personalnym nie mogło również zabraknąć basu, a zgrał na nim Vilhelm Bromander, którego nazwiskiem sygnowano wydawnictwo zatytułowane "In This Forever Unfolding Moment". 






sobota, 12 marca 2022

THUS OWLS - "WHO WOULD YOU IF THE SKY BETRAYED US? " (FTLATD Rec.) "W STUDIU HOTEL2TANGO"

 

      To kolejne spotkanie z kanadyjskim zespołem Thus Owls. Zadałem sobie niezbyt duży trud i sprawdziłem, że poprzednie miało miejsce dokładnie 4 października 2018 roku. Wtedy to zamieściłem recenzję ich albumu "The Mountain That We Live Upon", gdzie stały rdzeń zespołu wzbogacił się aż o czterech dodatkowych gitarzystów oraz skromną, bo zaledwie dwuosobową, sekcję dętą. Tak się złożyło, że to Jason Sharp zagrał w tamtych nagraniach na saksofonie, ten sam, który pojawił się u boku dwóch innych saksofonistów - Clair Devlin i Adama Kinnera - również podczas tworzenia kompozycji na najnowsze wydawnictwo. Miejsce spotkań poszczególnych muzyków także nie uległo zmianie. Kultowe dla niezależnej sceny kanadyjskiej, i przywoływane już wielokrotnie na łamach tego bloga, analogowe studio Hotel2Tango, przyjęło pod swój nieprzeciekający dach zaproszonych muzyków, podczas gdy za suwakami konsolety czuwał dobry duch tamtego miejsca - Radwan Ghasi Moumneh (Jerusalem In My Heart, Matana Roberts itd.).

Niejako u podstaw grupy Thus Owls leży małżeński duet Eriki I Simona Angell. Para poznała się w Amsterdamie kilkanaście lat temu. W tamtych niespiesznych dniach Erika Alexandersson wspierała wokalnie projekt Loney Dear, a Simon Angell grał na gitarze w zespole Patricka Watsona. Jeszcze przed ślubem zakochani zdążyli zarejestrować dwa krążki, w tym debiutancki "Cardiac Halformations" (2009), po czym przenieśli się do Kanady. Ich najnowsze dzieło zatytułowane "Who Would If The Sky Betrayed Us?" stanowi barwną mozaikę różnych wpływów. Spotykają się tu bowiem światy muzyki alternatywnej, avant-rock, indie-folk, art-rock, z przestrzenią improwizowanych dźwięków. Erika i Simon niczym koty lubią podążać własnymi ścieżkami, zderzać ze sobą nieoczywiste estetyki, szukać rozmaitych transgatunkowych konfiguracji. Mają już za sobą współpracę kwartetem waltornistów i smyczkowym, granie z 12- osobowym chórem, kolaborację z filmowcem Karlem Lemieux oraz tancerką Hanako Hoshimi-Caines. Tym razem, jak sami zapowiedzieli w komunikatach prasowych, zapragnęli powrócić do korzeni. Stąd na pokładzie studia i pod nieprzeciekającym dachem aż trójka saksofonistów. Wprawne ucho wychwyci powracające w kolejnych kompozycjach momenty zatrzymania czy zawieszenia, kiedy to snute cierpliwie nitki głównych wątków muzycznych nagle ulegają wycofaniu lub rozproszeniu, a do głosu dochodzą swobodne impresje, rozwijane jako cykl improwizacji. Można to już dostrzec w świetnym otwarciu "Bleeding", który wypełnia właśnie taki "moment zawieszenia" narracji, z oddechami saksofonów, akcentami gitary elektrycznej i elektroniki. Utwór "I Forget What I Remembered" - ma coś z atmosfery nagrań Portishead, zarówno na poziomie melodyki, sposobu śpiewania, jak i samej realizacji wokalu. Jego psychodeliczny epilog przywołuje skojarzenia z art-rockiem oraz płytami początku lat 70-tych. "Above The Sun" po 3-minutowym wstępie rozwija ciekawe brzmienie, z punktami instrumentów dętych, retro basem, lekkością następujących po sobie fraz, które popychają ten zestaw nut w stronę oryginalnej gitarowej solówki. "Balconies" rozpoczyna się od repetycji i drobnego ukłonu pod adresem minimalistów, choć nad całością unosi się obłok dawnych nagrań Patti Smith. Po nieco rozedrganym i chyba najsłabszym "Lover Mother", jego następca "I Miss Her Like My Country" przynosi ukojenie emocji, i ciekawy zabieg równoległego prowadzenia wokalizy wraz z tonami saksofonu. Przy tej okazji głos Eriki Angell przypomina subtelne tonacje ostatnich płyt Kate Bush. Najbardziej jazzowym fragmentem wydaje się być "Who Would Hold You?", który obok "Peregrine" oraz "Heather", stanowi zdecydowanie najlepszy fragment albumu. Warto poświęcić mu nieco więcej uwagi, bo to materiał który wymaga odpowiedniego nastawienia i skupienia. To, co przede wszystkim udało się zrobić mężowi i żonie oraz grupie przyjaciół, to odpowiednio i swobodnie odmierzyć różne muzyczne proporcje, a także uniknąć niebezpiecznych zazwyczaj skrajności, w tym przypadku wybrania dominującej estetyki. Chyba również dzięki temu słucha się tych 66 minut z rosnącym zainteresowaniem.

(nota 7.5-8/10)


 


Reine Fiske (Dungen, Morte Macabre, Landberk, The Amazing) i Frederik Swahn (The Amazing), zamiast tworzyć własne kompozycje, na które czekam z utęsknieniem, wolą produkować płyty innych formacji. Tak też było w przypadku najnowszego singla Melody's Echo Chamber. 



Skoro padło już nazwisko Reine Fiske oraz nazwa grupy The Amazing, posłuchajmy wspólnie jednego z moich ulubionych nagrań tego zespołu.



Z Londynu pochodzi grupa Babeheaven, czyli wokalistka Nancy Andersen i koledzy z zespołu, którzy na 18 marca zapowiadają premierę najnowszego albumu "Sink Into Me".



Amerykański zespół Widowspeak  (Molly Hamilton - śpiew, Robert Earl Thomas - gitara, plus czterech dodatkowych muzyków), z opublikowanej wczoraj płyty "The Jacket".



Kanadyjska wokalistka Luna Li podzieliła się niedawno najnowszą płytą zatytułowaną "Jams Ep", która ukazała się nakładem oficyny "In Real Life".



Starsi fani z pewnością dobrze pamiętają grupę Movietone, niedawno ukazała się płyta obejmująca zapis sesji nagraniowych "Peel Sessions 1994 -1997". Utwór "Hydra" oryginalnie ukazał się na płycie "The Blossom Filled Steets" (2000).



W kąciku improwizowanym zapowiedź płyty Vega Trails - "Termors In The Static", która ukaże się w maju. Pod szyldem ukrywa się Milo Fitzpatrick (Portico Quartet) oraz saksofonista Jordan Smart (Mammal Hands).








wtorek, 27 grudnia 2016

Muzyczne podsumowanie roku 2016, czyli płyty, krążki, albumy...



Koniec roku to zwykle czas podsumowań. Jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne zestawienia, obejmujące i porządkujące to, co działo się przez ostatnie miesiące w kulturze. Wszystkich interesujących wydawnictw nie sposób przesłuchać. Dlatego te pierwsze tygodnie kolejnego roku zwykle schodzą nam na odkrywaniu czegoś, co z takich lub innych przyczyn przegapiliśmy. Zestawienie, które znajduje się poniżej tego tekstu, jest oczywiście moim subiektywnym spojrzeniem na kończący się z wolna rok. Zdaję sobie sprawę z faktu, że niosło mnie w określone rejony muzyczny, że mój instynkt kierował mnie w jedne miejsce, a tym samym traciłem z oczu zupełnie inne rewiry. Takie podsumowanie roku jest zwykle wypadkową naszych skłonności czy upodobań, czasem oczekiwań. I wbrew pozorom sporo nam mówi o nas samych. Dlatego zachęcam czytelników tego bloga do sporządzania własnych list ulubionych albumów, singli, epek, "gorących dziesiątek", "obowiązkowych piątek". Oglądane z perspektywy czasu świetnie pokazują, w jakim miejscu obecnie się znajdujemy, czy zrobiliśmy krok na przód, czy może wciąż tkwimy uparcie w jednym punkcie, i słuchamy tego samego, o tym samym, w ten sam sposób. Jeśli chodzi o moją skromną osobę, obcowanie z wszelkimi dziełami szeroko pojętej sztuki - bez znaczenia, czy będzie to książka, film, płyta itd. - powinno zakładać również w pewnym aspekcie rozwój osobisty odbiorcy. Warto w kontaktach z wytworami kultury, od czasu do czasu i w miarę systematycznie robić drobne kroki, a co najważniejsze, nie zniechęcać się przy pierwszym napotkanym oporze. Niech ten pierwszy opór materii estetycznej - wbrew obiegowym opiniom - będzie intrygującym wabikiem (opór jako kategoria kulturowa). Niech nie stanowi pretekstu do odrzucenia, i powiedzenia: "To z pewnością nie dla mnie". Warto również być uczciwym w stosunku do samego siebie, a nie podążać na ślepo, prowokowany sztucznym zgiełkiem, za chwilowymi modami, które zwykle mają to do siebie, że przemijają szybciej, niże je zdołamy utrwalić na kartach pamięci. 
W zestawieniu, które zamieściłem poniżej, znalazło się kilka albumów, które nie były recenzowane na łamach tego bloga. Zazwyczaj prezentuję tutaj płyty, które zrobiły na mnie wrażenie w ostatnim tygodniu, dwóch tygodniach ("wybrane z tygodnia"). Do niektórych płyt docieram, co naturalne, z większym lub mniejszym opóźnieniem, nieraz zachęcony przeczytaną uprzednio interesującą recenzją. Skoro ktoś już przede mną, w takim czy innym miejscu, w miarę możliwości rzetelnie zrecenzował dany album, nie widzę powodu, żebym robił to ponownie. Na moim blogu nie pojawiają się również płyty, które w mojej ocenie nie uzyskały noty powyżej "6". Wyjątki od tej reguły - co to za reguła, od której nie byłoby sympatycznego wyjątku - stanowią albumy ulubionych artystów. Każdy z czytelników bloga może przypisać sobie własne określenia dotyczące poszczególnych ocen (dla przykładu, nota 8/10 oznaczy płytę bardzo dobrą, 9/10 oznacza płytę wybitną, album roku, nota 10/10 to płyta dekady, a  1/10 oznacza "DNO", nie dotykać, nie słuchać, gdyż grozi to kalectwem). 
Oprócz wszystkich tych składowych estetycznych, które zwykle bierze się pod uwagę przy ocenie albumów - aranżacja, wykonanie, melodia, tekst, cechy gatunkowe itd. - ważnym dla mnie elementem jest: "żywotność materiału muzycznego". Mówiąc w skrócie, chodzi tutaj o to, jak poszczególne płyty reagują na upływ czasu, jak szybko następuje ich erozja, jak długo są w stanie karmić słuchacza swoimi życiodajnymi sokami. Owa "słuchalność" przez nas i dla nas, w moim odczuciu powinna stanowić podstawowy element każdego rzetelnego podsumowania. Dlatego też jakoś niezbyt wierzę wszystkim tym krytykom, którzy od trzech miesięcy z okładem słuchają z niezmiennym zachwytem, dzień po dniu, a także w samym środku rozgwieżdżonej nocy, ostatniego albumu Bon Iver. W kategorii "rozczarowanie roku", ostatnia płyta Justina Vernona (co warte w tym miejscu szczególnego podkreślenia, wciąż jednego z moich ulubionych artystów), zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce. Jeśli zaś chodzi o płyty, które w mijającym 2016 roku zrobiły na mnie największe wrażenie, to lista prezentuje się następująco.

1. Hamasyan/Henriksen/Aarset/Bang - "Atmospheres".
2. Radiohead - "A moon shaped pool".
3. Dawid Bowie - "Blackstar"
4. John Ellis - "Evolution: Seeds&streams"
5. No Clear mind - "Makena"
6. Hope Sandoval&The warm inventions - "Until the hunter"
7. Port St. Willow - "Syncope"
8. Nick Cave & The Bad Seeds - "Skeleton tree"
9. Logan Richardson - "Shift"
10. RY X - "Dawn"

Muszę przyznać, że zastanawiałem się, w jaki muzyczny sposób zakończyć ten rok, jakby nie patrzeć, pierwszy rok istnienia mojego bloga. W minionych miesiącach nie brakowało wspaniałych singli, cudownych utworów, pięknych i zapadających w pamięć piosenek. Postanowiłem dać szansę zespołowi, który wciąż jest mało znany, a w którym, przy okazji kolejnych wydawnictw, odnajduję spory potencjał. Potencjał póki co nie urzeczywistniony w pełni, ponieważ zespół The Amazing wciąż nie nagrał całej dobrej płyty albo takiej, którą mógłbym wymienić w rocznym podsumowaniu. Nie wiem dokładnie, z czego to wynika lub co jest głównym powodem tego swoistego rozwarstwienia estetycznego. To jest trochę tak, jakby jeden członek zespołu chciał grać tradycyjnego, banalnego rocka, innego ciągnęło w stronę popu, a kolejny raz po raz próbował przemycić nieco bardziej wyrafinowane dźwięki. Dojrzałość, również ta muzyczna, przychodzi z czasem. Być może członkowie zespołu The Amazing muszą jeszcze trochę popracować, a my, nieco bardziej wymagający słuchacze, musimy na nich jeszcze odrobinę poczekać.
Chociaż i teraz szwedzka kapela poszczególnymi nagraniami budzi mój szczery zachwyt. Zaintrygowany ich niektórymi utworami postanowiłem znaleźć odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę  mnie do nich przyciąga. Poczytałem, poszperałem i chyba odkryłem przynajmniej część odpowiedzi na ową frapującą zagadkę. Oto na gitarze w zespole The Amazing gra Reine Fiske. Ten sam, który gra w innej recenzowanej na łamach tego bloga grupie - Dungen. Ten sam, który przed laty pojawiał się na płytach bliskich mi formacji, takich jak Landberk, Paatos, Morte Macabre. Aż chciałoby się powiedzieć: "Jesteśmy w domu". Przyznam, że jeszcze kilka dni temu rozkoszując się kolejnymi niezwykłymi podarunkami od grupy The Amazing, nie znałem składu personalnego zespołu. Jak to jednak niedaleko pada jabłko od jabłoni. Oczywiście na uwagę - mam nadzieję, że nie tylko moją - zasługuje również głos wokalisty Christoffera Gunrupa, który nieco przypomina mi barwę głosu Marka Kozelka (choć głos Christoffera jest subtelniejszy, gładszy). Szwedzki zespół w tych dobrych momentach odrobinę nawiązuje do twórczości Red House Painters, choć w ich muzyce słychać także wpływy indie-rocka, art-rocka, prog-rocka czy psychodelii. W ostatnich tygodniach największe wrażenie zrobił na mnie utwór "Tracks", pochodzący z najnowszej płyty The Amazing zatytułowanej "Ambulance". Słucham tego utworu nałogowo, niemal w każdej wolnej chwili. Niestety z jakichś bliżej nieznanych przyczyn, "Tracks" został usunięty niedawno z serwisu YT. Dlatego poniżej zamieszczam link do jakże urokliwej piosenki Through City Lights, w którym to utworze unosi się duch starego dobrego Red House Painters. 






Nie byłbym sobą, gdybym nie dorzucił czegoś na deser. Czegoś, z przepięknym, subtelnym solo saksofonu.To kolejna kompozycja, którą w mijającym roku, i w ostatnich tygodniach słuchałem najczęściej. W utworze "Come Silence" Daga Rosenqvista na saksofonie zagrała Lisen Rylander Love(znana chociażby z formacji The Splendor, czy Midaircondo), a na wiolonczeli Aaron Martin. To niezwykłe, że takie cudeńko ma w serwisie YT tak niewiele wyświetleń. Czytelnikom bloga dziękuję za obecność, cierpliwość, życzliwe uwagi, i  życzę dużo wspaniałych, nie tylko muzycznych, wrażeń w nadchodzącym 2017 roku.