Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Port St. Willow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Port St. Willow. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 marca 2021

THE ANTLERS - "GREEN TO GOLD" (ANTI-) "POZA LINIĄ HORYZONTU"

 

  Moje złaknione nowości uszy raczej nie zamienią w złoto subtelnych tonów skupionych wokół najnowszej propozycji grupy The Antlers. Oczywiście mam dla tego zespołu - obecnie niestety już tylko duetu, Peter Silberman, Michael Lerner - sporo sympatii. I prawdopodobnie nic tego faktu już nie zmieni, tym bardziej całkiem udane wydawnictwo "Green To Gold". Śledzę poczynania tej formacji od wielu lat i zawsze z utęsknieniem wypatruję, co też tym razem Silberman wymyślił. Tak to czasem bywa, że kiedy na wyboistej drodze artystycznego rozwoju pojawi się moment szczytowy, później trudno zrobić ten kolejny krok. Z góry trzeba łagodnie i w miarę bezpiecznie zejść, żeby znów wdrapać się na kolejne wzniesienie. Takim "wzniesieniem" był bez wątpienia poprzedni album The Antlers - "Familiars", który zawierał zbiór wspaniałych pieśni, naznaczonych sporym ładunkiem emocjonalnym. A potem była długa i wyczerpująca trasa koncertowa, udokumentowana świetnym wydawnictwem "Live In London", które leżakowało godzinami w moim odtwarzaczu. Z perspektywy czasu Peter Silberman pewnie musiałby przyznać, że koncertów zagrali wtedy stanowczo zbyt wiele. W tej niekończącej się "podróży za jeden uśmiech", amerykańska grupa dotarła także do naszej umiłowanej ojczyzny. Nic więc dziwnego, że w efekcie pojawiły się problemy ze zdrowiem (struny głosowe, słuch). Wokalista The Antlers długo zmagał się z uciążliwym szumem w uszach. W końcu musiał odłożyć na półkę gitarę, porzucił notatnik, gdzie zapisywał swoje pomysły. Próbą wyjścia z tego osobliwego "świata ciszy" był jego solowy album "Impermanence" - z jednej strony intymny i mroczny, z drugiej zaś kruchy i delikatny. Wydawnictwo to stanowiło próbę powrotu do krainy dźwięków, było wyrazem pragnienia odzyskania stabilności i równowagi. 

Myślę, że w ten właśnie sposób można - a może nawet trzeba - potraktować najnowszą, wydaną po siedmiu latach przerwy, płytę The Antlers. "Green To Gold" to kolejny etap poszukiwania nowej drogi, lub mówiąc metaforycznie, wychodzenia na prostą. Nigdy nie miałem uszkodzonych strun głosowych, ani tym bardziej zabiegu z nimi związanego, ale poniekąd mogę sobie wyobrazić, jak poważny jest to problem dla wokalisty. Dlatego też swego rodzaju nastrój pocieszenia, który ma nieść wraz sobą "niedzielna poranna muzyka", wypełnia krążek "Green To Gold". Dużo w tych utworach łagodnych dźwięków, prostych zgrabnych aranżacji - bo takie w zamierzeniu autora miały być te kompozycje. Powstawały zwykle z rana, gdyż zdaniem Silbermana: "Rano pojawia się surowe, czyste i świeże uczucie, które sprzyja pracy twórczej. Stąd też zrywałem się skoro świt, rozciągałem, jadłem śniadanie, spacerowałem z psem, uzupełniałem mój dziennik lub czytałem, a potem wchodziłem do studia".

Na płycie "Green To Gold" nic zbytnio nie wystaje ponad jej powierzchnię, materiał jest wyjątkowo spójny, więc trudno wyróżnić szczególnie jeden utwór. Instrumentalny początek - "Strawflower" - był pomysłem, który w zamierzeniu jego autora, miał nadać ton całemu albumowi. Sekwencja prostych dźwięków roztacza wokół sielski klimat spokojnej ballady; troszkę tu indie-folku, szczypta gitary kojarzonej zazwyczaj z przestrzenią alt-country.  "Wheel Roll Home" - to klasyczna propozycja The Antlers, która przypomina również o tym, jak ważne są stałe punkty orientacyjne na mapie naszego życia. "Volunteer" brzmi podobnie, w ten sposób mogłaby zakończyć się poprzednia płyta - "Familiars", lecz zamiast dźwięków trąbki, które charakteryzowały ostatnie poczynania zespołu, i  której odrobinę mi zabrakło na krążku "Green To Gold", kompozycja łagodnie ześlizguje się prosto w szum przyrody. W ten sposób, szczególnie w końcówkach utworów, dają o sobie znać efekty nagrań terenowych, dokonanych w New Paltz czy Otis. Trzeba również podkreślić, że płyta jest bardzo dobrze zrealizowana. Ostatecznego miksu dokonał nasz dobry znajomy z kilku wpisów na łamach tego bloga, Nicholas Principe (projekt Port St. Willow). Przyznam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem singlowy "Solistice", to niespecjalnie przypadł mi do gustu. Jednak osadzony w kontekście całego albumu, zyskał na znaczeniu. W "Stubborn" wykorzystano delikatny pogłos na wokalu oraz dyskretne tony wiolonczeli, na której zagrał Brent Arnold. Kolejny znamienity gość pojawił się w "It Is What It Is" - to Kelly Prat i jego saksofon. Muzyk sesyjny znany ze współpracy z Davidem Bernem, grupą Beirut, Arcade Fire czy Father John Misty. Próżno w tekstach, czy nastroju tego wydawnictwa szukać smutku, poczucia straty albo mroku, a więc niegdyś ulubionych tematów i motywów, które dominowały na poprzednich płytach. Peter Silberman najwyraźniej pogodził się z wyrokami nieprzewidywalnego losu. Nie utyskuje już tak często, nie rozdrapuje ran, zdał sobie sprawę z nieuchronności ludzkiej egzystencji wpisanej w nieubłagane koło czasu. Nawet wspomnienie odejścia kogoś bliskiego pojawia się jako konsekwencja praw natury, biegu życia - stąd frazy mówiące o: "uwolnieniu się od bólu i kolejnym etapie podróży". I tak niepostrzeżenie mija czas w towarzystwie tych  dziesięciu leniwych pieśni. Rozgrzana słońcem ziemia paruje pod stopami, miodowa tarcza z wolna roztapia się na linii horyzontu, a my: "siedzimy przed wentylatorami i czekamy na deszcz".

(nota 7.5/10)

 


W kąciku deserowym zapowiedź albumu, który ukaże się 30 kwietnia. Muzycy zasilający składy takich formacji jak: Slowdive, The Flaming Lips, The Casket Girls i The Soft Cavalry, postanowili połączyć siły i powołali do życia grupę o nazwie Beachy Head. Nazwę zaczerpnęli od kredowego urwiska, położonego na południowym wybrzeżu Wielkiej Brytanii - znanego z wielu filmów, między innymi wspaniałego obrazu "Pokuta", "Never Let Me Go" czy seriali - mieszczącego się niedaleko miejscowości Eastbourne, gdzie w czerwcu rozgrywany jest turniej tenisowy WTA (kto wygrywa w Eastbourne, nie wygrywa zwykle tydzień później na Wimbledonie). Kompozycja "Destroy Us" kończy,  a jednocześnie promuje ich debiutancki krążek. 



W kąciku improwizowanym powinien znaleźć się fragment płyty "Promises" - Floating Points, Pharoaha Sandersa & The London Symphony Orchestra, ale jest ona bardzo szeroko prezentowana tu i ówdzie, więc zaproponuję coś dla fanów twórczości Kamasi Washingtona. O dokonaniach nieformalnej grupy Throttle Elevator Music  - Erik Jekabson, Mike Hughes, Matt Montgomery, Gregory Howe, Kamasi Washington - wspominałem już nieraz na łamach tego bloga, chociażby chwaląc ich wydawnictwo "Retrorespective". Zespół powołany do życia na czas kilkunastu sesji nagraniowych, przez założyciela wytwórni Wide Hive Records - Gregory Howe'a, znów przypomina o sobie kolejnym materiałem "Final Floor". 

 



sobota, 25 lutego 2017

PETER SILBERMAN - "Impermanence"(Transgressive) "Muzyczna terapia wokalisty The Antlers"




Mam nadzieję, że bohatera dzisiejszego wpisu nie trzeba specjalnie przedstawiać czytelnikom mojego bloga. Gitarzyście, wokaliście i kompozytorowi większości utworów swojej macierzystej formacji The Antlers poświęciłem już kilka słów na łamach tego bloga. Jeśli mnie pamięć nie myli, mój pierwszy wpis dotyczył wspaniałej płyty The Antlers zatytułowanej "Familiars". To właśnie ten album okazał się być dla zespołu przełomowym, a dla mnie płytą roku. Tuż po jego nagraniu muzycy wyruszyli w bardzo długą, i co się z tym wiąże, również bardzo wyczerpującą trasę koncertową. Na trasie swojej podróży odwiedzili również Polskę, a dokładniej mówiąc miasto Białystok. Przyjęli zaproszenie od organizatorów i zaszczycili swoją obecnością prężnie rozwijający się Halfway Festival, dając wedle relacji niezapomniany koncert. W trakcie owej trasy koncertowej Peter Silberman miał problemy ze słuchem. Doszło do tego, że na kilka dni w ogóle przestał słyszeć. Potem pojawiły się bóle głowy, szumy w uszach oraz specyficzna nadwrażliwość na dźwięki. Ze względu na dokuczający z każdym dniem coraz bardziej hałas, Silberman musiał wyprowadzić się z ulubionego Brooklynu, żeby znaleźć nieco spokojniejszą przystań gdzieś na północy stanu Nowy York.

     Na pierwszym solowym albumie wokalisty The Antlers znajduje się sześć utrzymanych w podobnym klimacie kompozycji.  Płytę otwiera utwór "Karuna" (pojęcie, które może być tłumaczone jako "współczucie"; w tytułach poszczególnych kompozycji znajdziemy więcej nawiązań do filozofii wschodu: "Ahimsa", "Maya"). Pierwsze akordy kompozycji "Karuna" skojarzyły mi się z dobrym i odrobinę  zapomnianym już utworem grupy Hood - "They removed all trace that anything had ever happened" (łudząco podobny akord). To tylko taka notatka kreślona niejako na marginesie, ponieważ płyta "Impermanence" ("nietrwałość") niewiele ma wspólnego z twórczością tego zespołu na poziomie brzmienia. Może poza smutkiem, mrokiem, pustką, nastrojem przygnębienia, który również można było odnaleźć na płytach grupy Hood. Peter Silberman gra na płycie oszczędnie, stosuje przerwy pomiędzy akordami, świadomie buduje przestrzeń posługując się ciszą, pozwalając swobodnie wybrzmiewać poszczególnym dźwiękom, słowom, frazom. Wokalista The Antlers proponuje słuchaczom coś na kształt nostalgicznych ballad, zagranych raz to na gitarze akustycznej, raz na gitarze elektrycznej. Od czasu do czasu i sporadycznie pojawiają się rozmyte plamy dźwięków, które tworzą instrumenty klawiszowe. Intymne wyznania, kameralna atmosfera, modlitewne skupienie, elegijny charakter,  to również możemy odnaleźć na krążku "Impermanence". Płyta była nagrywana w "People Teeth" studio, w Saugerties, pod okiem naszego dobrego znajomego, mam tu na myśli Nicolasa Principe'a, który ukrywa się pod szyldem Port St. Willow (jego płytę również recenzowałem na łamach tego bloga). Jeśli chodzi o stylistyczne podobieństwa debiutanckiego albumu Silbermana, to można podać takie tropy, jak wspomniany przeze mnie wyżej Port St. Willow (poziom liryczny), ale również dokonania Jeffa Buckleya, Marka Hollisa.

Kto wie, czy tworząc i grając kolejne utwory - na początku tylko dla siebie - Peter Silberman nie chciał przede wszystkim ukoić bólu, lub zmniejszyć poczucie dyskomfortu, które pojawiało się w związku z jego uciążliwą dolegliwością. Być może ten zestaw urokliwych i niespiesznych piosenek miał sprawić, że wokalista The Antlers znów odzyska radość tworzenia, grania, komponowania. Na swojej debiutanckiej płycie Silberman śpiewa, że "czas jest wszystkim co mamy". Pozostaje mieć nadzieję, że ze słuchem Petera jest już wszystko w porządku, że dolegliwości minęły, a najlepszy czas dopiero przed nim. Szkoda byłoby, gdyby muzyczny świat (także ten "kk"), stracił tak wyjątkowego artystę. Zespół The Antlers (szczególnie płyta "Familiars") wciąż należy do wąskiego grona tych najbardziej przeze mnie ulubionych.


 (nota 6-7/10)





wtorek, 27 grudnia 2016

Muzyczne podsumowanie roku 2016, czyli płyty, krążki, albumy...



Koniec roku to zwykle czas podsumowań. Jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne zestawienia, obejmujące i porządkujące to, co działo się przez ostatnie miesiące w kulturze. Wszystkich interesujących wydawnictw nie sposób przesłuchać. Dlatego te pierwsze tygodnie kolejnego roku zwykle schodzą nam na odkrywaniu czegoś, co z takich lub innych przyczyn przegapiliśmy. Zestawienie, które znajduje się poniżej tego tekstu, jest oczywiście moim subiektywnym spojrzeniem na kończący się z wolna rok. Zdaję sobie sprawę z faktu, że niosło mnie w określone rejony muzyczny, że mój instynkt kierował mnie w jedne miejsce, a tym samym traciłem z oczu zupełnie inne rewiry. Takie podsumowanie roku jest zwykle wypadkową naszych skłonności czy upodobań, czasem oczekiwań. I wbrew pozorom sporo nam mówi o nas samych. Dlatego zachęcam czytelników tego bloga do sporządzania własnych list ulubionych albumów, singli, epek, "gorących dziesiątek", "obowiązkowych piątek". Oglądane z perspektywy czasu świetnie pokazują, w jakim miejscu obecnie się znajdujemy, czy zrobiliśmy krok na przód, czy może wciąż tkwimy uparcie w jednym punkcie, i słuchamy tego samego, o tym samym, w ten sam sposób. Jeśli chodzi o moją skromną osobę, obcowanie z wszelkimi dziełami szeroko pojętej sztuki - bez znaczenia, czy będzie to książka, film, płyta itd. - powinno zakładać również w pewnym aspekcie rozwój osobisty odbiorcy. Warto w kontaktach z wytworami kultury, od czasu do czasu i w miarę systematycznie robić drobne kroki, a co najważniejsze, nie zniechęcać się przy pierwszym napotkanym oporze. Niech ten pierwszy opór materii estetycznej - wbrew obiegowym opiniom - będzie intrygującym wabikiem (opór jako kategoria kulturowa). Niech nie stanowi pretekstu do odrzucenia, i powiedzenia: "To z pewnością nie dla mnie". Warto również być uczciwym w stosunku do samego siebie, a nie podążać na ślepo, prowokowany sztucznym zgiełkiem, za chwilowymi modami, które zwykle mają to do siebie, że przemijają szybciej, niże je zdołamy utrwalić na kartach pamięci. 
W zestawieniu, które zamieściłem poniżej, znalazło się kilka albumów, które nie były recenzowane na łamach tego bloga. Zazwyczaj prezentuję tutaj płyty, które zrobiły na mnie wrażenie w ostatnim tygodniu, dwóch tygodniach ("wybrane z tygodnia"). Do niektórych płyt docieram, co naturalne, z większym lub mniejszym opóźnieniem, nieraz zachęcony przeczytaną uprzednio interesującą recenzją. Skoro ktoś już przede mną, w takim czy innym miejscu, w miarę możliwości rzetelnie zrecenzował dany album, nie widzę powodu, żebym robił to ponownie. Na moim blogu nie pojawiają się również płyty, które w mojej ocenie nie uzyskały noty powyżej "6". Wyjątki od tej reguły - co to za reguła, od której nie byłoby sympatycznego wyjątku - stanowią albumy ulubionych artystów. Każdy z czytelników bloga może przypisać sobie własne określenia dotyczące poszczególnych ocen (dla przykładu, nota 8/10 oznaczy płytę bardzo dobrą, 9/10 oznacza płytę wybitną, album roku, nota 10/10 to płyta dekady, a  1/10 oznacza "DNO", nie dotykać, nie słuchać, gdyż grozi to kalectwem). 
Oprócz wszystkich tych składowych estetycznych, które zwykle bierze się pod uwagę przy ocenie albumów - aranżacja, wykonanie, melodia, tekst, cechy gatunkowe itd. - ważnym dla mnie elementem jest: "żywotność materiału muzycznego". Mówiąc w skrócie, chodzi tutaj o to, jak poszczególne płyty reagują na upływ czasu, jak szybko następuje ich erozja, jak długo są w stanie karmić słuchacza swoimi życiodajnymi sokami. Owa "słuchalność" przez nas i dla nas, w moim odczuciu powinna stanowić podstawowy element każdego rzetelnego podsumowania. Dlatego też jakoś niezbyt wierzę wszystkim tym krytykom, którzy od trzech miesięcy z okładem słuchają z niezmiennym zachwytem, dzień po dniu, a także w samym środku rozgwieżdżonej nocy, ostatniego albumu Bon Iver. W kategorii "rozczarowanie roku", ostatnia płyta Justina Vernona (co warte w tym miejscu szczególnego podkreślenia, wciąż jednego z moich ulubionych artystów), zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce. Jeśli zaś chodzi o płyty, które w mijającym 2016 roku zrobiły na mnie największe wrażenie, to lista prezentuje się następująco.

1. Hamasyan/Henriksen/Aarset/Bang - "Atmospheres".
2. Radiohead - "A moon shaped pool".
3. Dawid Bowie - "Blackstar"
4. John Ellis - "Evolution: Seeds&streams"
5. No Clear mind - "Makena"
6. Hope Sandoval&The warm inventions - "Until the hunter"
7. Port St. Willow - "Syncope"
8. Nick Cave & The Bad Seeds - "Skeleton tree"
9. Logan Richardson - "Shift"
10. RY X - "Dawn"

Muszę przyznać, że zastanawiałem się, w jaki muzyczny sposób zakończyć ten rok, jakby nie patrzeć, pierwszy rok istnienia mojego bloga. W minionych miesiącach nie brakowało wspaniałych singli, cudownych utworów, pięknych i zapadających w pamięć piosenek. Postanowiłem dać szansę zespołowi, który wciąż jest mało znany, a w którym, przy okazji kolejnych wydawnictw, odnajduję spory potencjał. Potencjał póki co nie urzeczywistniony w pełni, ponieważ zespół The Amazing wciąż nie nagrał całej dobrej płyty albo takiej, którą mógłbym wymienić w rocznym podsumowaniu. Nie wiem dokładnie, z czego to wynika lub co jest głównym powodem tego swoistego rozwarstwienia estetycznego. To jest trochę tak, jakby jeden członek zespołu chciał grać tradycyjnego, banalnego rocka, innego ciągnęło w stronę popu, a kolejny raz po raz próbował przemycić nieco bardziej wyrafinowane dźwięki. Dojrzałość, również ta muzyczna, przychodzi z czasem. Być może członkowie zespołu The Amazing muszą jeszcze trochę popracować, a my, nieco bardziej wymagający słuchacze, musimy na nich jeszcze odrobinę poczekać.
Chociaż i teraz szwedzka kapela poszczególnymi nagraniami budzi mój szczery zachwyt. Zaintrygowany ich niektórymi utworami postanowiłem znaleźć odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę  mnie do nich przyciąga. Poczytałem, poszperałem i chyba odkryłem przynajmniej część odpowiedzi na ową frapującą zagadkę. Oto na gitarze w zespole The Amazing gra Reine Fiske. Ten sam, który gra w innej recenzowanej na łamach tego bloga grupie - Dungen. Ten sam, który przed laty pojawiał się na płytach bliskich mi formacji, takich jak Landberk, Paatos, Morte Macabre. Aż chciałoby się powiedzieć: "Jesteśmy w domu". Przyznam, że jeszcze kilka dni temu rozkoszując się kolejnymi niezwykłymi podarunkami od grupy The Amazing, nie znałem składu personalnego zespołu. Jak to jednak niedaleko pada jabłko od jabłoni. Oczywiście na uwagę - mam nadzieję, że nie tylko moją - zasługuje również głos wokalisty Christoffera Gunrupa, który nieco przypomina mi barwę głosu Marka Kozelka (choć głos Christoffera jest subtelniejszy, gładszy). Szwedzki zespół w tych dobrych momentach odrobinę nawiązuje do twórczości Red House Painters, choć w ich muzyce słychać także wpływy indie-rocka, art-rocka, prog-rocka czy psychodelii. W ostatnich tygodniach największe wrażenie zrobił na mnie utwór "Tracks", pochodzący z najnowszej płyty The Amazing zatytułowanej "Ambulance". Słucham tego utworu nałogowo, niemal w każdej wolnej chwili. Niestety z jakichś bliżej nieznanych przyczyn, "Tracks" został usunięty niedawno z serwisu YT. Dlatego poniżej zamieszczam link do jakże urokliwej piosenki Through City Lights, w którym to utworze unosi się duch starego dobrego Red House Painters. 






Nie byłbym sobą, gdybym nie dorzucił czegoś na deser. Czegoś, z przepięknym, subtelnym solo saksofonu.To kolejna kompozycja, którą w mijającym roku, i w ostatnich tygodniach słuchałem najczęściej. W utworze "Come Silence" Daga Rosenqvista na saksofonie zagrała Lisen Rylander Love(znana chociażby z formacji The Splendor, czy Midaircondo), a na wiolonczeli Aaron Martin. To niezwykłe, że takie cudeńko ma w serwisie YT tak niewiele wyświetleń. Czytelnikom bloga dziękuję za obecność, cierpliwość, życzliwe uwagi, i  życzę dużo wspaniałych, nie tylko muzycznych, wrażeń w nadchodzącym 2017 roku. 







sobota, 6 lutego 2016

YOUR FRIEND - "GUMPTION" Domino Records

















Pod nazwą Your Friend ukrywa się 24 -letni Amerykanin Taryn Miller. Jego pierwsze próby muzyczne przywołują skojarzenia z kasetą, która ujrzała światło dzienne 17 sierpnia 2013 roku. Wydana własnym sumptem epka, „Jekyll/Hyde”, zawierała kilka utrzymanych w podobnym tonie kompozycji z pogranicza indie-popu, indie-folku. Cechą wyróżniającą ten zbiór lepszych i gorszych nagrań był charakterystyczny wysoki głos Millera. Początek tego roku przyniósł upragniony przez młodego muzyka debiut fonograficzny. W styczniu ukazała się płyta „Gumption”, wydana przez Domino Records.
Od pierwszy chwil tego albumu łatwo rozpoznać, że repetycja, pętle dźwiękowe, powtarzalność struktur, dronowe wybrzmiewanie, to naturalne środowisko Taryna Millera. Jego wysoki głos przywodzi skojarzenia chociażby z barwą głosu wokalisty Port St. Willow,  Nicholasa Principe, którego płytę omawiałem niedawna na łamach bloga. Szczególnie daje się to odczuć w transowym utworze „Desired Things”, klimatem przypominającym także twórczość Arms and Sleepers. Na poziomie warstwy brzmieniowej główną rolę na „Gumption” odgrywa szeroko pojęta elektronika – syntezator, automat perkusyjny, przetworzona gitara. To przy pomocy tych instrumentów, Miller buduje wokół swojego głosu sugestywną przestrzeń. Faktura dźwiękowa zagęszcza się, to znów rozrzedza, wciągając słuchacza coraz głębiej w barwną krainę. Subtelne odcienie, pastelowe plamy, wirujące kolory mieszają się na tym albumie ze sobą w intrygujący sposób. Taryn Miller wykorzystał również dźwięki otoczenia, nagrania terenowe dokonane na rodzinnej farmie w Lawrence w stanie Kansas. Nad całością płyty sprawowały pieczę czujne uszy i sprawne dłonie producenta Nicolasa Vernhesa(The war on drugs, Deerhunter) w studiu Rare Book Room na Brooklynie.
Urokliwe zapadające w pamięć harmonie, hipnotyczne brzmienie, ładne linie melodyczne, specyficzna atmosfera i leniwe tempo narracji przypominają odrobinę nagrania Beach House. Na debiutanckim albumie Millera słychać również echa twórczości Radiohead szczególnie z okresu „Amnesiac”. „Gumption” to doskonały przykład na to, jak młodzi artyści, stawiający pierwsze kroki na scenie muzycznej, czytają, rozumieją i korzystają z bogatej tradycji przeszłości. To sztuka w umiejętny sposób, mniej lub bardziej świadomie, czerpać, inspirować się dokonaniami uznanych zespołów, i co najważniejsze - filtrować owe dokonania przez własną wrażliwość. Po wysłuchaniu albumu „Gumption” jednego jestem pewny, że Taryn Miller na dłużej zostanie, jeśli nie „moim przyjacielem”, to z pewnością bardzo dobrym znajomym. 







sobota, 12 grudnia 2015

PORT ST. WILLOW - "SYNCOPE"

                      



„Elektroniczne dźwięki w służbie depresji”, „Witajcie w krainie umykających cieni” - takie były moje pierwsze skojarzenia po przesłuchaniu tej płyty. To bardzo piękny, subtelny i poruszający album, który z każdym kolejnym odtworzeniem zyskuje coraz bardziej. Wokalista i twórca tego projektu – Nicholas Principe, przy gościnnej pomocy Pete'a Silbermana (The Antlers) i Willa Epsteina(High Water) oraz prostych środków stylistycznych oprowadza nas po zakamarkach swojej duszy. W tym przypadku jest to jednak prostota, która urzeka.
Już wygląd okładki zdradza nam bardzo intymny charakter tej płyty. Co się ukazuje, coś się skrywa w mroku. Coś się wyłania z cienia, coś się ujawnia,  ale tylko na moment. Jak w alethei – koncepcji prawdy w filozofii Martina Heideggera, nie ma pełnego odsłonięcia. Jest tylko chwilowe zanurzenie, miłosne wniknięcie. Nie-skrytość, nie-zatajenie, ale z pewnością nie głośna relacja, czy też całkowite obnażenie.
Ten album, może nie w prostej linii, stanowi współczesną odpowiedź na jedyne do tej pory solowe dokonanie Marka Hollisa - „Mark Hollis” (lub ostatnią płytę Talk Talk - „Laughing stock”). I tutaj i tam znaczenie zyskuje cisza, wybrzmiewanie dźwięku, to co po nim pozostaje... czyli jego cień.