Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kahil El' Zabar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kahil El' Zabar. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 marca 2024

KAHIL EL' ZABAR'S ETHNIC HERITAGE ENSEMBLE - "OPEN ME, A HIGHER CONSCIOUSNESS OF SOUND AND SPIRIT" (Spiritmuse Records) "Wibracyjna esencja wszechświata"

 

   Kahil El' Zabar (Clifton Blackburn) nadchodził, nadchodził i wreszcie się zjawił. Całkiem niedawno wspominałem o zbliżającej się wielkimi krokami premierze jego płyty, czy raczej pełen entuzjazmu zapowiadałem to wydawnictwo, o jakże sugestywnym, a zarazem adekwatnym, tytule -  "Open Me, A Higher Consciousness Of Sound And Spirit". Dobrze wiecie, jak to zwykle bywa, kiedy na coś się czeka. Czas, który pozostał, w jakiś dziwny sposób zaczyna się wydłużać i rozciągać, jakby był zrobiony z gumy, szczególnie, kiedy myśli się o czymś intensywnie albo wciąż do tego powraca, w kolejnych nawet pozornie bezwiednych przypomnieniach. Czas to również jeden z głównych tematów ostatniego wydawnictwa naszego dzisiejszego głównego bohatera. Jego nieubłagany upływ, sposoby odmierzania, interpretowania osobliwego przebiegu, mieszające się ze sobą trzy kierunki - przeszłość, teraźniejszość, oraz to, co dopiero nadejdzie. Jakby kolejnym wymownymi odsłonami najnowszego, dodajmy, bardzo udanego albumu, Kahil El' Zabar chciał nam przypomnieć, że to właśnie czas wyznacza nam horyzont naszego bycia tu oto.



Kahil El' Zabar to artysta wielu rozmaitych talentów. Przede wszystkim uznany i ceniony perkusista, ponoć całkiem niezły malarz, wyrafinowany kucharz, o czym mogli przekonać się nieliczni, którzy dostąpili zaszczytu skosztowania jego wykwintnych potraw, a także krawiec czy projektant. Kiedy przed laty spędzał czas u boku Niny Simone, przy okazji szył dla niej ubrania, w których legendarna wokalistka chętnie się pokazywała (jego spodnie kosztowały pięćdziesiąt dolarów za sztukę). Nie wiem, czy były to również suknie ślubne, chociażby takie, które można było podziwiać i kupić w sklepie prowadzonym przez jego matkę. Ojciec policjant oraz wuj El' Zabara grali na perkusji, nie dziwi więc fakt, że młody Kahil również poszedł w ich ślady, kontynuując naukę gry w Lake Forest College, gdzie pilnie słuchał wykładów z filozofii i muzyki. Później był półroczny staż w Ghanie, odkrywanie egzotycznej kultury, nowych podziałów rytmicznych, własnej tożsamości. 

"Chicago było wtedy (lata sześćdziesiąte) jedną wielką "wioską muzyczną" - wspominał nasz dzisiejszy bohater w jednym z wywiadów. Funkcjonując w obrębie kilku dzielnic, Kahil El' Zabar mijał na chodniku przyszłych wirtuozów trąbki, saksofonu czy fortepianu. Lista osób, z którymi współpracował jest imponująca - wspominana wcześniej Nina Simone, Cannonball Adderly, Paul Simon, Pharoah Sanders, Stevie Wonder, Archie Sheep, David Murray, Don Cherry, z którym połączyła go mocna więź przyjaźni, itd. W tym personalnym kontekście chyba łatwiej wymienić artystów, z którymi do tej pory jeszcze nie zdołał wystąpić na jednej scenie lub znaleźć się pod dachem studia podczas kolejnych sesji nagraniowych.

Swój obecny zespół Ethnic Heritage Ensemble założył w 1974 roku, mamy więc przy okazji okrągły jubileusz, czego potwierdzeniem jest najnowsze wydawnictwo oraz trasa koncertowa. Rok później w 1975, Kahil El' Zabar został prezesem AACM. Powołana do życia w 1965 roku organizacja miała wspierać afroamerykańskich twórców muzyki improwizowanej oraz eksperymentalnej. Celem nadrzędnym, jak zwykle w takich przypadkach, i w tamtym burzliwym okresie, była wolność do samostanowienia czy rozwoju, również ta ekonomiczna. Studia nagraniowe, rozgłośnie radiowe, krytyka prasowa, wszystkie te media były opanowane przez białych, którzy niechętnie odnosili się do tego typu twórczości. Ruch ten świetnie wpisał się w ówczesny niespokojny klimat społeczno-polityczny (zabójstwo Roberta Kennedy'ego i Martina Luthera Kinga). Pierwszym prezesem AACM był Muhal Richard Abrams, a początkowa składka dla członków wynosiła symbolicznego dolara. W ten sposób inwestowano w przyszłość młodych talentów, szkolono menadżerów, producentów, budowano studia nagraniowe, oraz szkoły, gdzie na specjalnych kursach uczono podstaw kompozycji i techniki. Raczej nie używano wtedy słowa "jazz", na określenie poczynań afroamerykańskich artystów, znacznie częściej mówiło się o "Wielkiej Czarnej Muzyce". Pierwszym opublikowanym nagraniem artysty wywodzącego się z kręgu AACM był album "Sounds" - sekstetu Roscoe Mitchella, który to skład jakiś czas później przeobraził się w Art Ensemble Of Chicago.



"Gatunek - powiada Kahil El' Zabar - to specyficzne postrzeganie tego, co staje się normą w danym stylu muzycznym, a przecież są jednostki, które wykraczają poza styl, żeby skierować komunikację do źródeł ducha". Trudno, szczególnie po przesłuchaniu wczoraj wydanego albumu, nie odnieść wrażenia, że amerykański artysta w tym cytacie wspomina również o sobie. Płyta "Open Me, A Higher Conscoiuness Of Sound And Spirit" to przede wszystkim niezwykła wyprawa przez czas, różne jego odnogi przeplatające się ze sobą we wzajemnym uścisku, ale także transgatunkowa opowieść dotycząca tradycji oraz historii jazzu i muzyki afroamerykańskiej. Któż obecnie mógłby to zrobić lepiej, jak nie doświadczony i niepokorny muzyk, który od samego początku swojej artystycznej drogi poruszał się własnymi ścieżkami. Warto w tym miejscu wspomnieć, że od kilku lat u jego boku wytrwale kroczą Corey Wilkes (trąbka), i Alex Harding (saksofon), a na potrzeby tej sesji w studiu pojawili się James Sanders oraz Ishmael Ali, grający na instrumentach skrzypcowych.

"Nie ma gatunku - podkreśla w kolejnym wywiadzie Kahil El' Zabar - są tylko emocje, myśli i wpływ dźwięku na naszą psychikę, na naszego ducha oraz siły życiowe". Ciężko nie zgodzić się z tym zdaniem, słuchając kolejnych udanych odsłon najnowszego wydawnictwa. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych dwunastu kompozycji jest rytmika, mniej  lub bardziej nietypowe podziały, wyrażone za pomocą całego bardzo bogatego świata perkusjonaliów (dzwonki, grzechotki, kalimba, talerze, ale również głos), w których gąszczu El' Zabar bardzo sprawnie się porusza. O część duchową - "spiritual jazz" - tego albumu zatroszczyły się pozostałe instrumenty - saksofony, trąbki, róg, skrzypce, wiolonczela, altówka, których barwne dialogi oraz subtelne opowieści pozostają w odbiorcy na dłużej. Urzeka swoboda gry poszczególnych artystów, to empatyczne czucie partnera w kolejnej sugestywnie rozwijanej opowieści.



Album "Open Me, A Higher Consciounsness Of Sound And Spirit" udanie rozpoczyna kompozycja "All Blues", autorstwa Milesa Davisa, pochodząca z klasycznego dzieła legendarnego trębacza "Kind Of Blue", zagrana zgodnie z tytułem nieco wolniej, sprytnie wyłapująca i akcentujące wszystkie te bluesowe drobiny, przynosząca wraz z sobą także nieobecny w oryginale etniczny wymiar, i funkcjonująca w ulubionym trybie amerykańskiego artysty "RHK" - "Rytmika, harmonia, kontrapunkt". Nie tylko przy okazji tej odsłony mogą przypomnieć się wczesne filmy Jima Jarmuscha. Najbardziej energetyczny, tuż obok "Kari", wydaje się być hard-bopowy "Passion Danse", którego twórcą był Mccoy Tyner. Wspaniały, rozkosznie funkujący "Compered To What" pochodzi z twórczości Eugene'a McDanielsa.

 Wiele z tych kompozycji możemy całkiem nieźle kojarzyć, oczywiście w odmienionych  wersjach - z wcześniejszych płyt El' Zabara. I tak, "Hang Tuff" pochodzi z albumu o tym samym tytule, opublikowanym w 1991 roku. Poruszający, intymny i wspaniały "Can You Find A Place" po raz pierwszy pojawił się na płycie "Black Is Back" (2014), utwór "Ornette" znajdziemy na albumie Ritual Trio - "Renaissance Of The Resistance" (1991), a "Great Black Music" dopełnił listę wydawnictwa "Follow The Sun" (2013).Jak wyraźnie widać, najnowsze dzieło załogi dowodzonej przez admirała Kahila El' Zabara, to również okazja do tego, żeby sięgnąć do poprzednich płyt tego wciąż słabo znanego w naszym kraju artysty. 

"Im jestem starszy, tym bardziej muszę stać się studentem" - podkreśla amerykański perkusista. W kolejnych fragmentach płyty "Open Me, ..." Kahil El' Zabar nie ogranicza się tylko do grania na instrumentach perkusyjnych, równie chętnie zabiera głos - śpiewa, mruczy, powtarza poszczególne frazy, wzdycha lub pojękuje, wchodząc przy okazji w interakcje z pozostałymi instrumentami. Największym atutem tego wydawnictwa jest jednak zwyczajna i od razu wyczuwalna radość wynikająca ze wspólnego grania, coraz rzadziej obecnie spotykana. Na koniec raz jeszcze oddam głos głównemu bohaterowi dzisiejszego wpisu - "Muzyka to wibracyjna esencja wszechświata". A album "Open Me, A Higher Consciusness Of Sound And Spirit" jest doskonałym tego potwierdzeniem.

(nota 8.5/10)

  


Dziś odwracamy tradycyjną kolejność oraz proporcję dodatków, na początek muzyka improwizowana lub z pogranicza jazzu i alternatywy. Przed Wami bardzo urokliwa, wyjątkowo subtelna, oraz jedna z moich ulubionych kompozycji ostatnich dni. Grupa Caoilfhionn Rose, i fragment albumu "Constellation", który ukaże się 24 maja nakładem oficyny Gondwana Records.



Ali Jackson - perkusja, Omer Avital - bas, Aaron Goldberg - fortepian, czyli formacja Yes! Trio i fragment z płyty "Spring Spring" wydanej pod koniec lutego.

 


Przeniesiemy się na Wyspy Brytyjskie, kompozycja z płyty saksofonisty Jon Loyd Quartet - "Earth Song".



Oren Ambarchi/Johan Berthling/Andrea Werliin - fragment albumu "Ghosted II", który ukaże się 26 kwietnia nakładem oficyny Drag City.



Artystka z Brooklynu Amirtha Kidambi, prężnie rozwijająca się skandynawska oficyna We Jazz, oraz kompozycja z płyty "New Monuments", która ukaże się 15 marca.



Ponoć składy nie grają, ale taki... musi zagrać. Chris Potter (saksofon), Brad Mehldau (fortepian), John Patitucci (bas) i Brain Blade (perkusja). Kompozycja pochodzi z płyty "Eagles Point", która ukazała się wczoraj. 



Pod nazwą Astrel K ukrywa się Rhys Edwards, który wczoraj opublikował album zatytułowany "The Foreign Department", gdzie znalazłem taki wyborny fragment!



Przeniesiemy się do Manchesteru, w ubiegłym tygodniu ukazał się album grupy TSSFU zatytułowany "Me, Jed And Andy". Wybrałem dla Was takie oto moje ulubione cudeńko.



Zespół prosto z Sydney, czyli Royel Otis, i ulubiony fragment z płyty wydanej na początku lutego zatytułowanej "Pratts And Pain".



Na koniec zajrzymy do słonecznej Kalifornii, jednak nie na korty Indian Wells, tylko na wydaną wczoraj debiutancką płytę grupy Torrey - "Torrey", na której znalazłem dla siebie taki oto fragment.



 

sobota, 11 marca 2023

LICHEN SLOW - "REST LURKS" (Rock Action Records) "Anglik z pomysłami i Szkot z doświadczeniem"

 

    Zdaje się, że to Agnieszka Osiecka, w jednej z niegdyś popularnych piosenek, wspominała o tym, co stanie się, kiedy zejdą się, raz i drugi, kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością. Brytyjski duet Lichen Slow swoją debiutancką, wydaną wczoraj, płytą - "Rest Lurks", pokazuje, co wydarzy się, kiedy spotka się Anglik z pomysłami i Szkot z doświadczeniem. Pozwólcie, że rozpocznę od tego drugiego z wyżej wymienionych artystów, bo w tym tandemie jego postać powinna być o wiele bardziej znana, a może nawet rozpoznawalna. Mowa tutaj o Malcolmie Middletonie wciąż aktywnym członku Arab Strap, która to formacja po wielu latach milczenia powróciła całkiem niedawno wraz z wydawnictwem "As Days Get Dark". Przez ten czas Middleton nie próżnował, pomagał w aranżacjach innym, nagrywał ścieżki dźwiękowe do filmów oraz solowe albumy. Kilka miesięcy temu będąc w studiu St. Andrews, spotkał przypadkiem Joela Harriesa, czyli połowę duetu Team Leader, muzyka i producenta z  Manchesteru, członka zespołu Fucking Lovely, 72 %, No Music czy Big Loss. Pomiędzy panami, jak sami to podkreślali wywiadach, "coś kliknęło", i od słowa do słowa postanowili nagrać wspólny album.

Płyta Lichen Slow - "Rest Lurks" powstawała w modnym obecnie trybie korespondencyjnym; pliki dźwiękowe z komputera zalogowanego w Manchesterze przesyłane były na komputer stojący na biurku w szkockim miasteczku Anstruther. Obydwaj panowie, choć na początku niepewni i pełni obaw, ostatecznie zachwalali uroki tego typu wpółpracy. Podkreślali całkowitą swobodę, brak presji związanej zarówno z oczekiwaniami, jak i upływającym bądź mocno ograniczonym czasem. U zarania ich projektu tkwiła prosta idea: "Stwórzmy muzykę, z której będziemy zadowoleni, i zobaczymy, co się wydarzy".

I tak płytę "Rest Lurks" rozpoczyna jeden z najlepszych utworów na tym wydawnictwie, czyli "Hobbies". Piosenka, która powstała na samym końcu, w zgodnej opinii obydwu muzyków stanowi coś w rodzaju nowego kierunku, w którym być może w przyszłosci chcieliby podążać. W tej odsłonie, jak i pięciu następnych, w chórkach możemy usłyszeć wokalizę May Brown. Anglik z pomysłami i Szkot z doświadczeniem sprawiedliwie podzielili obowiązki związane z głównymi partiami wokalnymi. Na szczególną uwagę zasługuje głos Joela Harriesa, którego delikatna barwa bardzo ładnie rozbrzmiewa w górnych rejestrach. Swoją drogą, ciekawe, jakby ocenili go trenerzy popularnych, nie tylko w naszym kraju, programów typu "talent show", którzy sami często mają poważne braki na poziomie podstawowego warsztatu wokalnego. Ot, paradoks. Joel Harries śpiewa czysto, łagodnie prześlizguje się pomiędzy dźwiękami, miękko porusza się w subtelnych aranżacjach wypełnionych przez indie-rockowe gitary i nienachalną elektronikę. Doskonałym na to przykładem jest chyba mój ulubiony "Pick Over The Bones".

 Kolejna odsłona płyty, czyli "Present" - to piosenka żart z obecnego stanu muzyki. Oto jak ten utwór podsumował znany z osobliwego poczucia humoru Malcolm Middleton. "Present" - to głupia piosenka, cyniczna i głupia, ale dobroduszna. Gówniany hołd dla gównianych zespołów, śpiewających gówniane piosenki, stworzony przez coś, co mogłoby być postrzegane, jak kolejny gówniany zespół". Przy okazji "Tense" brytyjski duet zwolnił tempo, wypełnił ścieżki ozdobnikami gitar, które stworzyły barwną przestrzeń dla łagodnej wokalizy Harriesa. W podobnej manierze utrzymana jest ballada "It's Not What We Thought". Nieco nostalgicznie zabrzmiał "The Things We've Done", i kończący całość "Garden Gate". W zaśpiewanym prze Malcolma Middletona - "Pain Ctd", artyści chyba najbardziej zbliżyli się do strefy, po której niegdyś sprawnie poruszała się formacja Arab Strap, a w "Tire", przywołali nastrój kompozycji Petera Silbermana, który jeszcze dziś powróci ze swoim zespołem. Trzeba przyznać, że pomimo swobodnego podejścia, dystansu i żartu, których nie brakowało podczas prac nad tym albumem, całość brzmi bardzo spójnie, bez zbędnej w tym układzie ekscentryczności czy produkcyjnych dziwactw. Całkiem treściwie wypełnia czas oczekiwania na mecze Igi Świątek i Huberta Hurkacza podczas Indian Wells. 

(nota 7/10)

 


Wspomniany wcześniej Peter Silberman oraz jego zespół The Antlers (ich ostatnie płyty recenzowałem na łamach tego bloga), z gościnnym udziałem Michaela Lernera (perkusja), i Logana Coale (The National) na basie, zaprezentował wczoraj świetny nowy singiel "I Was Not There". 



Formacja West Wickhams, czyli Brytyjczycy Jon Othello i Elle Flores, z opublikowanej niedawno epki "Magenta".



Przyznam, że nie zetknąłem się do tej pory z twórczością włoskiej artystki Emmy Tricca, będę miał więc okazję nadrobić to niedopatrzenie, bowiem 7 kwietnia ukaże się jej płyta "Aspirin Sun" dzięki uprzejmości oficyny Bella Union.



Przeniesiemy się do Niemiec, bowiem z Koln pochodzi grupa Xul Zolar, która 17 marca opublikuje album "Heidelbach".



Pod nazwą SQURL ukrywa się Jim Jarmusch i przyjaciele, między innymi: Carter Logan, Marc Ribot, Anika ( jej płyty omawiałem na łamach tego bloga), Charlotte Gainsbourg. Cała ta wesoła gromada 5 maja nakładem Sacred Bones Records opublikuje płytę zatytułowaną "Silver Haze". Oto singiel promujący to wydawnictwo.



Wczoraj ukazała się zapowiadana przed tygodniem płyta Lonnie Holleya - "Oh Me Oh My", pośród zaproszonych  gości znajdziemy Michaela Stipe, Sharon Van Etten, Moor Mother, Justina Vernona i Rokie Kone. Oto mój ulubiony fragment.



Również przed tygodniem na płycie swojego kolegi pojawił się saksofonista Walter Smith III, tak się złożyło, że 7 kwietnia ukaże się jego najnowszy album "Return To Casual", który promuje wersja znanego przeboju Kate Bush - "Mother Stands For Comfort".



21 kwietnia ukaże się płyta "Tribute To Don Cherry", Kahil El'Zabar, Dwight Trible, David Ornette Cherry i Ethnic Heritage Ensemble.



Z miasta Austin w stanie Teksas pochodzi JaRon Marschal, oto fragment z jego płyty "The Prequel", z gościnnym udziałem Briana Donohoe.







niedziela, 25 października 2020

THIS IS THE KIT - "OFF OFF ON" (Rough Trade Records) "Brytyjka w Paryżu"

 

     To miłe uczucie, kiedy zespół, na który przed laty postawiliśmy, wciąż się rozwija i nie zawodzi naszych oczekiwań. W miarę dokładnie pamiętam, jak na łamach tego bloga przybliżałem przedostatnie wydawnictwo grupy This Is The Kit zatytułowane "Moonshine". W moim odczuciu i pewnie nie tylko w moim, był to album przełomowy. Oto zmienił się wtedy sposób myślenia o dźwięku, dzięki czemu brzmienie formacji stało się pełniejsze i przez to ciekawsze. Wskazywałem przy tamtej okazji na obecność w studiu nagraniowym Aarona Dessnera (The National) oraz jego cenne uwagi. Przy okazji najnowszej płyty - "Off Off On" - można powiedzieć, że nauka nie poszła w las. A stosując terminologię ekonomiczną czy lotniczą warto dodać, że Kate Stables i jej drużyna wciąż są na ścieżce wznoszącej.


Kilka, z tych jedenastu nagrań wypełniających ostatni krążek, wydany nakładem prestiżowej oficyny Rough Trade Records, można było usłyszeć wcześniej podczas trasy koncertowej promującej album "Moonshine". Wszystkie utwory zostały napisane jeszcze przed pandemią, ale w związku z taką, a nie inną warstwą liryczną, odczytane obecnie, uzyskały nowe znaczenie. "Napisałam je w świecie, w którym nikt nie wiedział o COVID-19, ale nadal był to świat, gdzie przywódcy polityczni oraz elity rządzące, wykorzystywali ludzi, byli skorumpowani i niesprawiedliwi" - powiedziała Kate Stables w jednym z wywiadów. Mając wystarczająco dużo materiału wokalistka zebrała swoją załogę - Rozi Plain (bas, wokal), Neil Smith (gitara), Jesse D.Vernon (gitara, klawisze), Jamie Whitby-Coles (perkusja). Dodatkowo dołączył do nich waltornista i saksofonista Lorenzo Prati. W tym składzie początkowo zniknęli w wiejskim domu przyjaciela, w Brecon Beacons (Walia), żeby przećwiczyć poszczególne partie, a dopiero później trafić do studia nagraniowego Realworld w Wiltshire. Kiedy miksowali album, mniej więcej pół roku temu, zaczęła się tak zwana "pierwsza fala" pandemii. Dlatego artyści byli zmuszeni do przejścia na korespondencyjny tryb pracy, co mocno ją spowolniło. I tym razem warto podkreślić rolę producenta - Josha Kaufmana (rocznik '78, współpracował chociażby z Taylor Swift) - z którym Kate Stables spotkała się i rozmawiała dłużej podczas festiwalu "People", który odbył się czas jakiś temu w Berlinie.

Płytę "Off Off On" bardzo udanie otwiera kompozycja "Found Out", którą nagrano w dwóch wersjach. Pierwsza nieco bardziej akustyczna, z przewodnią rola gitary z nylonowymi strunami oraz druga, z wykorzystaniem instrumentów dętych. I tutaj dochodzimy niejako do sedna sprawy. Bo to właśnie instrumenty dęte odegrały na tym albumie zasadniczą rolę. Jednak pomyli się ktoś, kto będzie przypuszczał, że mam tu na myśli solowe popisy trąbki, saksofonu czy waltorni. Nic z tych rzeczy. Długich wirtuozerskich występów w tych nagraniach próżno szukać. Instrumenty dęte odzywają się tylko przez chwilę, sporadycznie, jako gustowne dodatki lub jako kontrapunkty rytmiczne. Tak czy inaczej, nie ulega wątpliwości, że użyto ich w kluczowych momentach oraz w bardzo przemyślany sposób, co znacznie wzbogaciło tkankę brzmieniową kompozycji. Przyznam, że byłem zaskoczony, że kilka dźwięków trąbki, czy oddechów waltorni, może aż tak zmienić odbiór płyty. Dajmy na to, taki "Coming To Get You Nowhere", gdzie cudne początkowe repetycje saksofonu ustawiają całe nagranie; potem pojawiają się punktowe akcenty pozostałych instrumentów oraz dodatkowe głosy (godna odnotowania jest realizacja wokalu we wszystkich nagraniach ). Wiele z tych utworów funkcjonuje w oparciu o pętle brzmieniowe - powtarzalne frazy gitary, banjo lub wyeksponowanego basu. Znajdziemy na tym krążku również miękkie, nieco bardziej akustyczne, aranżacje, jak w ślicznym "Shinbone Soap", rozpisanym na gitarę, głos i delikatne pocieraną perkusję. Wspomniałem o repetycji, jako podstawowym budulcu kompozycji grupy This Is The Kit, warto tez dodać, że gitarzysta Neil Smith potrafi z kilku zaledwie powtarzalnych fraz nakreślić całkiem zgrabną i zapadającą w pamięć solówkę, jak w "No Such Thing". Utwór "Slide", z nieco większą rolą saksofonu, został dedykowany zmarłemu przyjacielowi. Z kolei najbardziej klasycznie brzmiący "Was Magician", inspirowany był twórczością Ursuli K. Le Guine, szczególnie cyklem: "Kroniki Zachodniego Brzegu". Mocnym impulsem do napisania ostatniej kompozycji "Keep Going" był koncert Billa Callahana. I tak oto, ku mojej wielkiej radości, zespół dowodzony przez urodzoną w Winchester, a mieszkającą w Paryżu, Kate Stables, wykonał kolejny spory krok na przód.


(nota 7.5-8/10)

 


  

   W dodatku do dania głównego dziś "kącik weterana", bo chyba tak można powiedzieć o zespołach czy artystach, którzy funkcjonują na scenie od ponad czterdziestu lat. Powiedziałbym nawet, że będziemy mieli drobny polski akcent, gdyby nie fakt, że Michael "Jakko" Jakszyk z ową "polskością" zmagał się jako młody chłopak. Może nie tyle z "polskością", co raczej ze statusem emigranta, który przypisano mu głównie z powodu przybranego ojca Norberta Jakszyka. Jego prawdziwym ojcem był amerykański lotnik, a matką Irlandka. Spotkał się z nią po wielu latach, ale to historia na inną okazję. Najnowsza płyta Jakszyka - "Secret & Lies" została nagrana w towarzystwie wybornych artystów: Gavin Harrison, Tony Levin, Peter Hammil, Robert Fripp, Mel Colins. Krótko mówiąc, mamy tu muzyków związanych głównie z formacją King Crimson, którzy grę na instrumentach opanowali w stopniu biegłym. To prawdziwi mistrzowie, wirtuozi słyszący szerzej i znacznie lepiej niż przeciętny, nawet i uznany, Kowalski szarpiący struny swojego Gibsona. Możemy się o tym przekonać od pierwszych taktów tej płyty. Moje ucho szczególnie przyciągnęły partie basu - wiadomo, Tony Levin, cóż więcej dodać - które ozdobiły wiele z tych udanych kompozycji. Jednak do pełni mojego szczęścia czegoś zbrakło, i chyba częściej będę wracał do poprzedniego wydawnictwa Jakszyka - "A Scarcity Of Miracles". Album CD zawiera 11 nagrań, a dodatek DVD dodatkowych 14 kompozycji. Dlaczego posłuchamy akurat utworu "Before I Met You"? Powody są co najmniej dwa. Pierwszy to gitarowy autograf Roberta Frippa. Drugi zaś, to inspiracja powieścią mojego ulubionego Juliana Barnesa, tym razem nie genialnym "Poczuciem kresu", tylko mniej znaną książką "Before She Met Me".



W drugiej  części dodatku przeniesiemy się do Australii, tam bowiem, w 1978 roku powstała grupa The Apartments, biorąc nazwę od tytułu filmu Billy'ego Wildera, polski przekład to "Garsoniera". Mimo, iż formacja istnieje z przerwami od czterdziestu lat, nie ma w dorobku zbyt wiele płyt. Lubiłem ich krążek "No Song, No Spell, No Madrigal". Ten ostatni album ukazał się całkiem niedawno i nosi tytuł "In And Out Of The Light". 





W tradycyjnym "kąciku muzyki improwizowanej" najnowsza płyta Kahila El'Zabara - "American The Beautiful". W mojej ulubionej i najlepszej kompozycji "Sketches Of An Afro Blue" na trąbce usłyszymy Corey Wilkesa.