Postać Mike'a Lindsaya gościła już na łamach bloga i to całkiem niedawno. Kilka miesięcy temu recenzowałem jego solowy i całkiem udany album zatytułowany "Supershapes Volume 1", przy okazji wyraziłem nadzieję, że wkrótce ukaże się część druga. Przypomniałem wtedy, że brytyjski muzyk i producent jest bardzo zapracowanym artystą; działał w grupie Low Roar, z Laurą Marling współtworzy ciepło przyjęty zarówno przez odbiorców, jak i recenzentów, duet Lump. Pomagał w produkcji płyty Anny B Savage - "Iniflux" (jej nowa propozycja ukazała się wczoraj), naszego dobrego znajomego Williama Doyle'a - "Spring Eternal" (choć nie było to udane wydawnictwo), oraz kolejnej znajomej Dany Gavanski - "Late Slap". Oprócz tego ponad dwie dekady temu zdążył jeszcze założyć grupę Tunng. I to właśnie ta ostatnia formacja w dniu wczorajszym opublikowała ósmą, jeśli dobrze policzyłem, w dyskografii płytę - "Love You All Over Again". To wydawnictwo ukazał się niemal dokładnie dwadzieścia lat po udanym debiucie grupy - "Mother's Daughters And Other Song". Mamy więc coś w rodzaju wcale nie tak drobnej i okrągłej rocznicy.
Wspomniałem o tym nie bez przyczyny, bowiem Mike Lindsay tworząc kompozycje zawarte na wczoraj wydanym albumie, rozmyślnie sięgnął do dwóch pierwszych płyt zespołu Tunng. Chciał sprawdzić, jak wtedy brzmiały ich piosenki, przy okazji przypomnieć sobie sposób, w jaki powstawały. Debiutanckie dzieło nagrywano w studiu mieszczącym się we wschodniej części Londynu. Jako pierwszy na twórczości Tunng poznał się, przywoływany już nieraz na łamach bloga, Gilles Peterson, który umieścił ich nagranie na singlu promocyjnym. Ósmy album formacji "Love You All Over Again", stanowi ciekawą próbę powrotu do tej radości i swobody tworzenia, która towarzyszyła pierwszym kompozycjom brytyjskiego zespołu.
"Powróciłem do dwóch pierwszych albumów tylko po to, żeby posłuchać, w jaki sposób łączyliśmy wtedy gatunki (...). Na przestrzeni lat brzmienie Tunng zmieniało się, ale u jego podstaw zawsze leżało to, co Sam (Gendel) i ja stworzyliśmy na pierwszym albumie" - oświadczył Mike Lindsay.
Brzmienie zespołu rzeczywiście systematycznie przeobrażało się z płyty na płytę. Żeby zamknąć je w rozpoznawalnych ramach, dziennikarze stworzyli etykietę - "Folktronica". "Wszyscy wciąż tu jesteśmy, dwadzieścia splątanych skrzydeł śpiących na dębie" - śpiewa Sam Gendel na nowej płycie, w odsłonie która nosi tytuł "Didn't Know Why". I tak oto sześcioosobowa załoga powraca po pięciu latach przerwy, które minęły od wydania poprzedniego krążka "Dead Club".
I ponownie możemy usłyszeć sporo ciekawie zaaranżowanych piosenek. Bazą większości z nich jest brzmienie gitary akustycznej - od czegoś trzeba rozpocząć nudne próby - do którego dołączają syntezatory, miękka elektronika, modyfikowana na różne sposoby, i tak typowa dla wszelkich poczynań zespołu. Charakterystyczne bywają również melodie, które mogą przypomnieć utwory islandzkich czy skandynawskich formacji, takie jak - Mum lub wczesny Efterklang. Z kolei miękka elektroniczna tkanka może budzić skojarzenia z dawnymi dokonaniami grup, które przed laty wydawały swoje albumy w oficynie Morr Music. Czasem odezwie się fortepian, to znów instrumenty dęte drewniane podkreślą jakiś motyw, przedzielą wątek przywoływany przez głos Sama Gendela oraz jego towarzyszki i chórzystki Becky Jacobs, którzy po raz kolejny deklarują: "Wysyłamy naszą radość niczym małe latawce".
Te piosenki rzeczywiście niosą radosny, niekiedy tajemniczy lub egzotyczny przekaz. W tekstach dominuje swobodna gra wyobraźni, magia i surrealizm podają sobie dłoń w onirycznej atmosferze. Pojawia się również coś na kształt rymowanki dla dzieci. Odnajdziemy w nich także postać Jenny, stały punkt programu, przewijający się przez wiele albumów grupy Tunng. Tym razem uśmiecha się do nas w odsłonie zatytułowanej "Didn't Know Why". "Jenny powiedziała, że nie chce wracać do domu, krzyknęła w kierunku nieba, połknęła telefon, swój samochód, telewizor i spaliła sobie włosy".
W "Levitate A Little" muzycy odmalowują obraz "dwudziestu kruków w piwnicy, które jedzą chipsy i popijają piwo". Kompozycja "Drifting Memory Station" została nazwana na część DMS, maszyny wyprodukowanej przez Soma Laboratories, której funkcja polega na przearanżowaniu pętli dźwiękowej i tworzeniu rytmu. W finałowym "Coat Hangers", oprócz repetycji gitar znajdziemy fragmenty rozmów zespołu zarejestrowanych w garderobie podczas tras koncertowych.
(nota 7/10)
W dzisiejszej odsłonie dodatków nieco więcej kobiecych głosów i jedna wspaniała płyta na sam koniec. Radosną wyliczankę rozpocznie brytyjska dream-popowa grupa Tokyo Tea Room, która wczoraj opublikowała album zatytułowany "No Rush".
Karolina i Johan tworzą szwedzki duet, który przybrał nazwę Club 8, nowy sezon wydawniczy przywitali nowym singlem.
Kathryn Mohr reprezentuje stan Kalifornia, w dniu wczorajszym ukazała się jej nowa płyta zatytułowana "Waiting Room".
W dzielnicy Brooklyn mieszka kolejna wokalistka Melissa Mary Ahern, przed tygodniem ukazała się jej płyta "Kerosene".
Cóż, że ze Szwecji, czyli Sofia Hardig i miasto Sztokholm, oraz fragment z najnowszego albumu - "Lighthouse Of Glass", który ukaże się 11 kwietnia.
Wnikliwi Czytelnicy pewnie zauważyli, że od kilku tygodni w blogowych dodatkach pojawia się jakaś reedycja płytowa. Nie twierdzę, że tak będzie co tydzień, czas pokaże. Tym razem padło na mało znaną francuską grupę - Freluquets (bądź Les Freluquets), ich album "La Debauche" ukazał się w 1990 roku, został wznowiony przed tygodniem, i zawiera chociażby taki urokliwy przebój.
Niemcy reprezentują Donna i Gunther Jenssen, którzy tworzą grupę Donna Regina. 17 stycznia opublikowali album "Lazing Away", zamyka go znany przebój Leo Ferre - "Avec Le Temps".
Wielu artystów próbowało zmierzyć się ze wspaniałą kompozycją "Avec Le Temps", z różnym dodajmy skutkiem. Jedną z moich ulubionych wersji wykonał na koncercie Bertrand Cantat, niegdyś znany całkiem nieźle także w naszym kraju wokalista grupy Noir Desir.
Na koniec zostawiłem zdecydowanie najlepszą rzecz w dzisiejszym zestawieniu. KOMPOZYCJA TYGODNIA, "Płyta tygodnia", "Album miesiąca" (prawdopodobnie), ale przede wszystkim "Reedycja miesiąca", gdyż płyta niemieckiego kwartetu GREEN COSMOS - "Abendmusiken" ukazała się po raz pierwszy w 1983 roku, a jej wznowienie pojawiało się wczoraj również na bandcampie. Aż trudno uwierzyć, że do tej pory jakoś do niej nie dotarłem, podczas moich rozlicznych poszukiwań, chociażby przez przypadek. Jak to się stało, że tak wyjątkowy materiał uchował się przez tak długi czas, że wzmianki o nim nie pojawiały się na stronach dla kolekcjonerów?
Wydaje się, że w 1983 roku album "Abendmusiken" trafił pod niewiele strzech, nie tylko z powodu niezbyt dużego nakładu, ale również z tej przyczyny, że w tamtym okresie była już moda na zupełnie inne granie, niż to, które prezentował kwartet GREEN COSMOS, nawiązujący w brzmieniu do spiritualjazzu czy noir jazz. Niemiecką załogę tworzyli Michael Boxberger - saksofony, Ulrich Franke - bass, Benny During - fortepian i Alfred Franke - perkusja, kalimba. Pikanterii dodaje fakt, że panowie nagrali tylko jedną płytę, saksofonista Michael Boxberger występował również w innym równie słabo znanym jazzowym składzie Four Drops (Only). Wspaniały materiał do wielokrotnego odtwarzania. Wprawdzie tytuł albumu sugeruje, że to muzyka na koniec roku, ale my właśnie od niego rozpoczniemy nowy, oby udany, sezon wydawniczy. Tak wspaniale kończy się to wydawnictwo. CUDO!!
"Rzeczywistość, uczy Arystoteles, staje się przed człowiekiem sama przez się, i sama mu się narzuca". Tymczasem Edmund Husserl wskazywał, że świat składa się z fenomenów (czystych wrażeń) oraz istoty każdego z nich. "Żeby uchwycić istotę stołu i każdej innej rzeczy, nie możemy ograniczać się tylko do widoku jednego zmysłowego obiektu. Musimy w wyobraźni przerobić niejako różne jego wariacje". W kontekście fenomenologii Husserla kluczowe stają się pytanie: "Co się jawi? Jak się jawi? Komu się jawi?".
Tak się złożyło, że to również stół - stary, zrobiony z francuskiego dębu, stojący pośrodku kuchni - pojawił się jako główny obiekt na horyzoncie zdarzeń, czyli był jednym z przedmiotów, który zainspirował brytyjskiego muzyka Mike'a Lindsaya. Pewnie kilku stałych Czytelników bloga słyszało już gdzieś to nazwisko. Przypomnę tylko krótko, że to znany producent, laureat nagrody Mercury Music Prize, współtwórca zespołu Tunng (pionierzy gatunku "Folktronika"), druga połowa duetu LUMP (pierwsza to Laura Marling), wyprodukował albumy Jona Hopkinsa, Guya Garveya, Tinariven, Elizabeth Fraser, Anny B Savage, czy naszego dobrego znajomego Williama Doyle'a. Tak się złożyło, że to widok stołu, wprawdzie innego, ozdobił także okładkę debiutanckiego albumu Lindsaya "Supershapes Volume 1", który ukazał się przed tygodniem.
"W tym czasie moja żona Lily pisała pracę magisterską na temat obiektów posiadających świadomość. Rozmawialiśmy o tym każdego dnia i zaczęło przenikać to do mojej pracy. Pomyślałem sobie, że tytułowe "super-kształty" mogą być przedmiotami, które nas kształtują" - tyle Mike Lindsay. Kolejnymi, niejako pobocznymi wątkami debiutanckiego wydawnictwa brytyjskiego producenta, była magia ukryta w rytuałach codzienności, atmosfera panująca w domu, którą współtworzą zgromadzone w nim przedmioty. Stąd w tkance aranżacyjnej, którą wypełnia miękka elektronika subtelnie połączona z elementami ze świata jazzu (klarnet, saksofon), znajdziemy mnóstwo rozmaitych sampli, ścinek, drobnych dźwiękowych cytatów. Wśród nich pojawił się zapis stukania w meble, który Mike Lindsay zarejestrował w sklepie meblowym w Cliftonville. Tak przygotowany zestaw starannie zmiksował we własnym studiu "MESS" (Mike's Exellent Sound Space), do którego zaprosił kolejnego naszego dobrego znajomego saksofonistę Rossa Blake'a, Roberta Stillmana, wokalistkę i przyjaciółkę Annę B Savage (wyprodukował jej ostatni album "In Flux", 2023) oraz perkusistę Adama Bettsa.
Wiele z tych dziesięciu kompozycji, które wypełniły album "Supershapes Volume 1", powstały przy starym dębowym stole. W początkowych zamierzeniach miał to być jedynie instrumentalny projekt, jednak spotkanie dwóch saksofonistów Balek'a i Stillmana, zmieniło sposób postrzegania koncepcji płyty.
Oprócz mebli, ważnym elementem był... widoczny na zdjęciu ogórek, wspomniany już przy okazji nieco słabszego, moim zdaniem, singla promocyjnego najnowszego wydawnictwa "Pretender To Surrender" oraz w "Kachumber", czyli jak twierdzi autor: "najpiękniejszej piosence o robieniu sałatki z ogórków". W tekście znajdziemy fragmenty z książki kucharskiej "Dishoom", którą Lindsay otrzymał jako prezent pod choinkę. Mowa tutaj o przepisie na sałatkę z ogórków. "W zasadzie to jedyny przepis z tej książki, który tak naprawdę potrafię przygotować". W tym utworze pierwotnie miał pojawić się głos Roberta Wyatta, ale ten po przesłuchaniu piosenki stwierdził, że wokaliza Mike'a Lindsaya brzmi w tym fragmencie świetnie. Podobno podczas koncertów będzie można skosztować sałatki ogórkowej przygotowanej na scenie.
Muzycznie album "Supershapes Volume 1" stanowi połączenie eksperymentalnej indie-elektroniki ze światem swobodnej improwizacji. Słychać tu i czuć dość wyraźnie rękę producenta, nawyk lepienia i wklejania rozmaitych dźwiękowych drobiazgów, a przy tym całkiem sporo frajdy. Przy okazji udanego otwarcia "Lie Down" (zwrot powielany przez różne głosy otwiera to wydawnictwo oraz je zamyka), mogą przypomnieć się kompozycje recenzowanego na łamach bloga Snowpoet, a także echa dokonań Josepha Shabassona i Nicolasa Krgovica. W pamięci pozostaje ciekawie zaprojektowana polifonia ludzkich głosów, rozpięta na tle rytmicznych pociągnięć basu i saksofonowych ozdobników. Trzeba również wspomnieć, że w tym specyficznym dźwiękowym otoczeniu świetnie odnalazł się charakterystyczny głos wokalistki Anny B Savage, przynoszący wraz z sobą powiew dawnych lat, głównie za sprawą delikatnego vibrato. Jedynie w odsłonie "Do What" zastąpiła ją Lily Buchanan.
Największym "przebojem" tego udanego wydawnictwa wydaje się być świetny "Table", który zabrzmiał na początku dzisiejszego spotkania. Warto powiedzieć, że właśnie od tej kompozycji wszystko się zaczęło - cała zmiana koncepcji płyty, z instrumentalnych fragmentów na nieco bardziej piosenkowe formy, z wyeksponowaną wokaliza Anny B Savage. "Table" przypomniał mi najlepsze momenty albumu "Your Wilderness Rvisited" - Williama Doyle'a (recenzja na blogu). Jego ostatni wydany na początku tego roku krążek "Spings Eternal" współprodukował Mike Lindsay, choć moim zdaniem nie jest to udana propozycja. W odróżnieniu od płyty "Supershapes Volume 1", którą oczywiście gorąco Wam polecam.
Ps. Znany już jest główny temat kolejnego albumu "Supershapes Volume 2" - będą nim budynki; "Szczególnie jeden, w którym mieszkałem dwadzieścia pięć lat temu, tuż po przeprowadzce do Londynu" - oznajmił Mike Lindsay.
(nota 7.5/10)
Sekcję "Dodatki..." rozpocznie dziś kolejny, gdyż jeden już prezentowałem, singiel zapowiadający wrześniową premierę albumu Efterklang - "Things We Have In Common".
Do Peru zaglądamy bardzo rzadko, jest więc okazja, żeby nadrobić zaległości. Grupa Los Membrillos zgrabną piosenką zapowiada nadejście epki.
Z Londynu pochodzą nasi znajomi - Ben Easton i Rebecca "Dottie" Cockram, którzy tworzą duet Deary, oto ich nowy singiel.
Z miasta Rochester pochodzi amerykańska grupa Joywave, która niedawno opublikowała album zatytułowany "Permanent Pleasure". Oto mój ulubiony fragment.
W katalogu oficyny Full Time Hobby znajdziemy ostatni album zatytułowany "Hahaha...",brytyjskiego artysty, który ukrywa się pod pseudonimem Canty.
Na Brooklynie rezyduje Iris James Garrison oraz jej zespół Blomsday, którzy dwa tygodnie temu opublikowali album "Heart Of The Artichoke".
Kolejna artystka pochodzi z Francji, mowa o Morgane Imbeaud, która kilka dni temu wydała płytę zatytułowaną "The Lake".
Następna francuska artystka mieszka w Szwecji - cóż, że ze Szwecji - Alba James. Oto fragment z jej ostatniego singla.
Na deser - gdyby mimo wszystko komuś mało było kobiecych głosów - aż dwie śpiewające panie reprezentujące Niemcy (Hamburg), które w młodości nasłuchały się płyt zespołu Cocteau Twins, stąd taka, a nie inna nazwa - Garlands. Oto ich najnowszy singiel.
W "Kąciku improwizowanym" na dobry początek oktet pochodzący z Teneryfy - Gaz & The Love Supreme Arkestra, który wczoraj opublikował płytę "Ganzfeld". Oto moja ulubiona kompozycja.
Przeniesiemy się do miasta Nashville w stanie Tennessee, skąd pochodzi nasz znajomy z poprzednich wpisów artysta - Rich Ruth. Wczoraj opublikował album "Water Still Flows".