Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Maltese. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Maltese. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 maja 2025

QUADE - "THE FOEL TOWER" (AD93 Rec.) "Ważna jest każda sekunda - czyli dekonstrukcja"

 

     W jednej z nielicznych recenzji, które można napotkać, płyty "The Foel Tower" brytyjskiej formacji QUADE, dziennikarz użył niegdyś modnego określenia "Dekonstrukcja", i odniósł je do gatunku post-rocka. W filozofii to pojęcie wiąże się z pracami Jacquesa Derridy, który zaczął posługiwać się nim w latach sześćdziesiątych. Odnosił je do prób interpretacji tekstu, jako sposobu podkreślania przeciwstawnych ujęć.  Twórcy szeroko pojętej kultury popularnej przyswoili je znacznie później, umieszczając ów termin w różnych możliwych kontekstach. Mieliśmy więc do czynienia, z dekonstrukcją tego lub tamtego, choć w wielu wypadkach nic szczególnego się nie wydarzało. Ot, po raz kolejny ktoś postanowił użyć popularnego, czy dobrze brzmiącego słowa. Trafnie próbował je przybliżyć krytyk literacki J.Hillis Muller - "Dekonstrukcja nie jest demontażem struktury tekstu, ale udowodnieniem, że już od samego początku była zdemontowana. Jego pozornie solidny fundament nie jest twardą skałą, lecz rzadkim powietrzem". Warto zapamiętać, że dekonstrukcja to także szukanie ukrytych założeń, momentów pęknięć tekstu, niespójności, wieloznaczności, itd.

Jeśli chodzi o przypadek angielskiego dziennikarza, to muszę przyznać, że ze swoją metaforą trafił całkiem dobrze. Grupa Quade rzeczywiście używa elementów kojarzonych z estetyką post-rocka, ale próbuje umieścić je w nowym kontekście. Ich metodologia działania opiera się na posługiwaniu skrajnościami. Tworzą w ten sposób "klasę kontrastu" - "głośno/cicho", "głęboko/płytko", "szeroko /wąsko", "szybko/wolno" itd. Jakby tego nie interpretować, w ostatecznym rozrachunku i tak liczy się głównie efekt końcowy. A ten, w przypadku płyty "The Foel Tower", okazał się bardzo intrygujący.





Formacja Quade to również ten przypadek, kiedy czwórka chłopaków, którzy znali się w dzieciństwie, spotyka się raz jeszcze po latach. Tyle, że efekty tego spotkania tym razem są bardzo wymowne. Nazwa QUADE po raz pierwszy pojawiła się, kiedy młodzieńcy podziwiali uroki południowej Francji, z perspektywy foteli mknącego niczym strzała białego Forda Escorta. "To był dość obskurny i dziki wypad kampingowy" - wspominał wokalista Barney Matthews.

 Charakterystyczna przestrzeń i konkretne miejsce czasem wywiera wpływ na twórczość artystyczną. Wspominałem o tym przy okazji postaci Annie Hogan, kiedy przywołałem pojęcie "Genius loci". W przypadku najnowszego wydawnictwa grupy QUADE, była to malowniczo położna walijska dolina - Elan Valley. To właśnie tam znajdziemy Foel Tower, rodzaj zabytkowej wieży, zakończonej metalową kopułą, połączonej z mostem/zaporą  - Garreg Ddu. Specjalny zbiornik, pompy oraz układ rur, rozprowadzają wodę po całej okolicy.






Podstawą do rozpoczęcia prac nad nowym albumem były nagrania terenowe dokonane przez perkusistę Leo Fini. W dalszej kolejności pojawiły się pierwsze drobne motywy muzyczne, które zostały systematycznie rozwijane, również na zasadzie swobodnej improwizacji, szczególnie jeśli chodzi o partie skrzypiec. Od samego początku obcowania z tym materiałem warto zwrócić uwagę na świadomość celu i konsekwencję, z jaką muzycy tworzą następne partie kompozycji. To ostatnie słowo bywa nadużywane we wszelkiej maści recenzjach. Jednak jeśli chodzi o przypadek grupy QUADE, jest w pełni uprawnione, gdyż brytyjski zespół bardziej tworzy pełnowymiarowe kompozycje niż rockowe utwory.





Od samego początku płyty "The Foel Tower" mogą przypomnieć się dokonania wspaniałego niegdyś zespołu  Bark Psychosis, na którego twórczość chętnie powołują się członkowie formacji QUADE. Pozostałe inspiracje to: Fridge, Slint, Movietone czy Bill Callahan. W tym przypadku chodzi głównie o realizacje brzmienia zestawu perkusyjnego. W muzyce grupy z Bristolu znajdziemy sporo celowych zatrzymań, wymownych przystanków, ale też mocniejszych akcentów oraz grania ciszą. Ciężko znaleźć drugi taki zespół, który nawiązując do post-rockowej estetyki tak chętnie wykorzystywałby pauzę. Tam, gdzie inni artyści odkręcają pokrętła gitarowych wzmacniaczy, tam członkowie QUADE z rozmysłem zwolnili tempo, powściągnęli emocje, co pokazuje także fragment zatytułowany "See Unit", przy okazji ulubiony utwór wokalisty. Mamy tutaj do czynienia z minimalizmem na poziomie aranżacji. Muzycy celowo używają mniej środków stylistycznych, żeby, jak podkreślają, łatwiej nad mini zapanować, a tym samym poświęcić każdemu z nich większą uwagę. Dzięki takiemu podejściu każda sekunda na albumie "The Foel Tower" zyskuje na znaczeniu.

Można bez przeszkód powiedzieć, że panowie z Bristolu wyspecjalizowali się w graniu ciszą. Widać całkiem wyraźnie, że nie obawiają się braku dominujących  dźwięków, konkretnego motywu. Dlatego tak chętnie wstrzymują oddech, albo robią głębokiego zanurzenie. Z drugiej strony potrafią cierpliwie budować, a potem podtrzymywać napięcie, co słychać w znakomitym "Nannerth Ganol" (tytuł odnosi się do miejsca, gdzie nagrywano kolejne kompozycje).Przy okazji tej wymownej odsłony mogą pojawić się skojarzenia, z obrazami filmowymi lub fragmentami twórczości grupy M83, którzy z kilku prostych dźwięków potrafili wyczarowywać podobną atmosferę.

 Na płycie "The Foel Tower" napotkamy także naleciałości folkowe, wyraźnie obecne w "Canada Geese", głównie za sprawą wspomnianej już wcześniej improwizowanej partii skrzypiec. Trzeba przyznać, że płyta "The Foel Tower", jest ciekawszą i dojrzalszą propozycją niż debiutancki krążek zatytułowany "Nacre" (2023), nieco bardziej osadzony w post-rockowych ramach, choć także bardzo swobodnie potraktowanych. 

(nota 7.5-8/10)

 




Na dobry początek naszej wyliczanki ostrzeżenie,... żeby uważać na lizaki. Belgijska grupa DRUUGG i energetyczny fragment z niedawno opublikowanej płyty "LOST".





Pozostaniemy w obrębie jamy ustnej. W Oksfordzie możemy spotkać członków formacji Low Island, którzy kilka dni temu opublikowali nowy singiel.





Po wielu latach przerwy przypomniała o sobie duńska formacja Lampshade, która kilka dni temu opublikowała nowy singiel.



Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta Matta Maltese, zatytułowana "HERS". Wyszedł z tego całkiem przyjemny album.




Również w dniu wczorajszym ukazał się koncertowy album kolejnego naszego znajomego Alexa Henry Fostera - "Night Fall Ritual". Płyta stanowi zapis występu, który miał miejsce w Kolonii 27 lipca 2024 roku.




Przed nami strefa coverów. Cztery dni temu nasz dobry znajomy saksofonista - Joseph Shabason i także znajoma wokalistka Dawn Richard, opublikowali nową wspólną piosenkę, którą fani muzyki powinni rozpoznać.





Francuska grupa ASTRID oraz wokalista Sylvain Chauveau także spróbowali swoich sił w repertuarze innych artystów, głównie śpiewających pań - Niny Simone, Nancy Cinatry, Beth Gibbons, Kate Bush, Lany Del Ray, itd. Tak powstał album "Cover Songs". który ukaże się 18 lipca. Oto singiel promujący to wydawnictwo.




Kolejni znajomi to prezentowany już niegdyś duet z miasta Taos (stan Nowy Meksyk) - Tan Cologne. 20 czerwca ukaże się ich nowy album zatytułowany "Unknown Beyond". Oto singiel promujący to wydawnictwo.





MISS TYGODNIA -  podejdzie do nas tanecznym krokiem, należy do Luke'a Lalonde oraz jego kanadyjskiego zespołu Born Ruffians, który w ten sposób zapowiada nowy album "Beauty's Pride", premiera 6 czerwca.





KĄCIK IMPROWIZOWANY - rozpocznie przedstawiciel londyńskiej sceny jazzowej, czyli międzynarodowy kolektyw Ebi Soda oraz ich nowy singiel, który zapowiada album "Frank Dean And Andrew", premiera 19 września.




Wczoraj ukazała się ciekawa płyta "Silentropia", do której będę jeszcze powracał, fińskiego kwartetu, reprezentującego miasto Helsinki, czyli Symbiocene.




sobota, 29 marca 2025

MESS ESQUE - "JAY MARIE, COMFORT ME" (Drag City) "Dzienniki pisane snami"

 

  Ileż to razy, szczególnie w ostatnich latach, prezentowałem podobną historię. Dwa oddalone od siebie miasta - w odległości około 1415 km - czyli Brisbane oraz Melbourne, dwa komputery, sieć internetowa. Po jednej stronie łączy wokalistka Helen Franzmann, która wcześniej próbowała rozwijać solową karierę, funkcjonując na scenie muzycznej pod nazwą McKisko, dzielnie rozgrzewała publiczność przed występami Bon Iver, Jose Gonzalesa. Po drugiej stronie, o wiele bardziej znany w tym personalnym zestawieniu - Mick Turner, gitarzysta grupy The Dirty Three, Tren Brother, współpracował także z Cat Power, Willem Oldhamem i Billem Callahanem. Zanim do tej wymiany myśli, pragnień oraz wyobrażeń doszło, pojawiła się potrzeba znalezienia wokalistki, którą Mick Turner zadeklarował wśród swoich znajomych. Jeden z nich - właściciel studia nagraniowego Nick Huggins, oświadczył, że zna kogoś takiego i polecił Helenę Franzmann. I tak oto, gdzieś w okolicach 2019 roku, gitarzysta i wokalistka nawiązali pierwszy kontakt.




   Helen Franzmann dorastała na australijskiej farmie, pośród pięciorga rodzeństwa. Ze starych winylowych płyt docierały do niej skoczne tony folku oraz soulu. W wolnych chwilach tworzyła poezję, uczyła się grać na pianinie. Później zainteresował ją śpiew klasyczny. Chcąc kontynuować naukę takiej wokalizy wybrała się w daleką podróż do Londynu. Jednak będąc już na miejscu, pewnego dnia porzuciła ten pomysł, wszystko za sprawą kupna gitary i uczestnictwa w kilku rockowych koncertach. Ważnym punktem w jej metodologii pracy jest dziennik snów, w którym artystka od dłuższego czasu zapisuje fragmenty marzeń sennych, przynajmniej te z nich, które zdołała zapamiętać. Ma to później bezpośrednie przełożenie na teksty oraz nastrój poszczególnych kompozycji. Z tego powodu Australijka kładzie się bardzo wcześnie spać, nastawia budzik, żeby otworzyć oczy gdzieś w okolicach godziny drugiej w nocy. Po czym skrupulatnie zapisuje swoje senne wrażenia.

Po nawiązaniu owocnej, jak się później okazało, znajomości z Mickiem Turnerem, w 2021 roku pojawił się zestaw debiutanckich nagrań, który nosił tytuł , jakżeby inaczej - "Dream#12", a jakiś czas po nim światło dzienne ujrzał kolejny zbiór piosenek "Mess Esque". W międzyczasie duet spotkał się ze sobą twarzą w twarz, wystąpił wspólnie na kilku koncertach, między innymi pojawił się na deskach sceny Rising Festival w Melbourne.




Podczas prac nad trzecim albumem zatytułowanym "Jay Marie, Comfort Me" (tytuł nawiązuje do smutnego wydarzenia, śmierci siostry Franzmann, która niespodziewanie zmarła... w trakcie snu), przez studio nagraniowe przewinęło się kilku artystów, którzy wcześniej zasilali szeregi duetu Mass Esque podczas koncertów. Mam tu na myśli Keeley Young, Kishore Ryan, na wiolonczeli zagrała Stephanie Arnold, a na perkusji Bree Van Reyk oraz Jim White, kolejny członek grupy The Dirty Three, który niedawno również opublikował swój nowy materiał nagrany w duecie.

Prezentowałem fragmenty z poprzedniej płyty Mess Esque, przy okazji odrobinę utyskując, że spoglądający głównie na siebie recenzenci, przegapili to udane wydawnictwo. Zachwycony oryginalnym brzmieniem zaprezentowałem również rozkoszny singiel "Liminal Space", zwiastujący najnowsze dzieło duetu - "Jay Marie, Comfort Me". Przyznam szczerze, że nie przypuszczałem, że cała płyta może brzmieć w ten sposób. Coś jakby niefrasobliwą i swobodną rejestrację w manierze lo-fi, zderzyć ze studyjną sterylnością i czystością, albo uchwycić ich wspólne bardzo żywotne i wydajne pograniczne. Dzięki temu tak wiele na wydanym wczoraj albumie świeżego powietrza, sporo przestrzeni pomiędzy instrumentami. 

Te ostatnie niekoniecznie chcą grać dokładnie w punkt, gitary celowo przeciągają frazę, od czasu do czasu skrobią lub trzeszczą, jakby sugerowały, że za chwilę porzucą ciasny rygor sztywnych taktów i podążą zupełnie w innym kierunku. Zwraca na siebie uwagę również świetna realizacja perkusji, która czuwa nad nieco chropowatym czy szorstkim dialogiem gitar i basu. Proste, fragmentami wręcz dziecięce, dźwięki organów kontrastują z gładkością odrobinę dziewczęcej wokalizy Helen Franzmann. Ten głos, zgodnie z duchem tej płyty, raz rozbrzmiewa nieco dalej, to znów podchodzi bliżej do słuchacza ( postanowiono wykorzystać część warstwy wokalnej zarejestrowanej w domowych warunkach). Wszystko to zdaje się funkcjonować w ramach specyficznej logiki snów, obecnej także w tekstach, i przejść pomiędzy kolejnymi ich poziomami. Parafrazując słowa Franka Underwooda, głównego bohatera z serialu "House Of Cards", mógłbym napisać: "Realizacja, realizacja, realizacja!".

Fragmentami może przypomnieć się nastrój wspólnej piosenki - "Let Me Get There" - Kurta Ville'a i Hope Sandoval & The Warm Invention, szczególnie w odsłonie "Light Showroom". Ta sama niespieszność frazy, podobnie leniwe i pełne magii wykonanie. Praca gitar musi budzić skojarzenia z dokonaniami grupy The Dirty Three, skoro na pokładzie studia nagraniowego znalazł się ich gitarzysta. Jednak to nieco wymuszona analogia. Gdybym nie znał dokładnie składu australijskiego duetu, tropy mogłyby być zupełnie inne.

Sukces albumu Mess Esque - "Jay Marie, Comfort Me" polega przede wszystkim na tym, że sympatycznej parze oraz zaproszonym do studia gościom, udało się wyczarować bardzo oryginalne brzmienie. Jeśli więc mam zestawiać te wyborne piosenki z czymkolwiek innym, to raczej z poprzednimi nagraniami tandemu Franzmann / Turner. Wsuwasz ten krążek do odtwarza, rozpoczyna się odtwarzanie, i od pierwszych chwil wiesz z całą pewnością, że nie jest to nasza, polska, krajowa produkcja. 

Przyznam, że mam słabość właśnie do takiego brzmienia, do tego sposobu realizacji, może dlatego tak bardzo chwalę album Mess Esque, i stąd moja nie ukrywam spora ekscytacja tym materiałem. Pośród ośmiu spójnych, utrzymanych na podobnym poziomie, kompozycji, znalazł się również jeden "przebój" - swoista "MISS TYGODNIA" (a nawet miesiąca lub kwartału) - który szczególnie chciałbym wyróżnić. Mam tu na myśli rozkoszny "CROW'S ASH TREE". Dzisiejsze spotkanie celowo rozpocząłem przypominając piosenkę z poprzedniej płyty Mess Esque. W tym symbolicznym zderzeniu  z utworem, który zabrzmi na koniec, chyba całkiem wyraźnie widać, że australijski duet wykonał spory krok na przód. Znakomity album!

(nota 8-8.5/10)

 



Dużym sentymentem darzę czeską, mało znaną, zapomnianą obecnie grupę The Naked Souls. A szczególnie trwałe miejsce w mojej pamięci, ma i mieć będzie, prześliczne nagranie "Sleep". Poznałem je wiele lat temu, oglądając i nagrywając na taśmę VHS cotygodniowe niedzielne wydanie alternatywnego programu MTV - "120 Minutes" ( jak wiem, dzięki prywatnej korespondencji od Was, nie jestem jedyny, który wychował się na tej audycji). Tak się złożyło, że wczoraj ukazała się oczyszczona reedycja ich debiutanckiej płyty zatytułowanej "Reverb From The Depths" (1990), który otwiera ten cudny utwór!!




W podobnym nastroju utrzymane są kompozycje londyńskiej załogi, która przyjęła nazwę Deary. Oto ich najnowszy singiel.




Kolejne spotkanie z naszym dobrym znajomym. Matt Maltese i jego jeszcze ciepły singiel, który zapowiada najnowszy album zatytułowany "HERS" - premiera 16 maja.




Wczoraj, w oficynie Secretly Canadian, ukazała się nowa epka zatytułowana "Living Legend", amerykańskiego artysty - Loren Kramara.




Przed Wami bardzo udana płyta, którą warto odsłuchać w całości. Grupa z Waszyngtonu - czyli LAKE - oraz cały wydany niedawno krążek "BUCOLIC GONE". W kategorii "avant-pop" to jedna z najciekawszych propozycji tego roku.




Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie całkiem udana płyta Destroyer - "Dan's Boogie". Mój ulubiony fragment z tego wydawnictwa zaprezentowałem przed tygodniem. Pora na kolejny.




Również w dniu wczorajszym ukazał się album paryskiej grupy Helen Island, pod nazwą ukrywa się producent Leopold Colin, krążek zatytułowano - "Silence Is Priceless". Oto mój ulubiony fragment.




MISS TYGODNIA - a właściwie wice-miss, gdyż tytuł "Królowej miesiąca" należy do kompozycji "Crow's Ash Tree", grupy Mess Esque - to wiosenna piosenka zespołu Carwyn Ellis & Rio 18, (przez studio nagraniowe podczas rejestracji albumu przewinęło się piętnastu artystów), która zwiastuje nadejście płyty "Fontana Rosa", premiera 23 maja.




"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - zajrzymy do katalogu oficyny Gondwana Records, gdzie wczoraj pojawiła się nowa płyta grupy Vega Trails - "Sierra Trakcs".



sobota, 8 marca 2025

MONDE UFO - "FLAMINGO TOWER" (Fire Records) "Piosenka jest dobra na wszystko"

 

   O ile pamięć mnie nie zawodzi, zaprezentowałem już niegdyś nagrania amerykańskiej grupy Monde UFO. Zdaje się, że było to przy okazji wznowienia ich wydawnictwa zatytułowanego "7171", które w tamtej rozszerzonej wersji zostało wzbogacone o nagrania demo oraz kompozycje zamieszczone na wcześniej wydanej i niezbyt dobrze wypromowanej epce. Formacja z miasta Los Angeles nie należy do tych, której twórczość jakoś szczególnie byłaby komentowana w prasie branżowej. Wzmianki o ich działalności, czy to wydawniczej czy to koncertowej, raczej można znaleźć jedynie na nielicznych blogach tematycznych prowadzonych przez niezależnych pasjonatów, którzy nie zwracają szczególnej uwagi na obowiązujące mody oraz style. Dokładne określenie tego ostatniego wydaje się być nieco problematyczne, jeśli chodzi o grupę Monde UFO, czego potwierdzeniem są niezbyt udane próby zamknięcia ich dokonań w konkretnej i ciasnej szufladce.





Przy tego typu okazjach pojawiają się porównania do zespołu Yo La Tengo (bardzo wątpliwe) - "Jakby piosenki Yo La Tengo połączyć z muzyką improwizowaną", lub do płyt zespołu Spaceman 3 - "Spaceman 3 spotyka "Vanishing Twin" (ta druga formacja to znacznie lepszy trop). W próbach uchwycenia estetyki Monde UFO można napotkać również takie nazwy jak: Broadcast, Beck, Bark Psychosis, neopsychodelia, bedroom-pop, french-pop, czy nawet thai-pop. Kto bogatemu zabroni...

Trudno zaprzeczyć, że ten czytelny popowy zarys w kompozycjach Monde UFO jest nieobecny. W jądrze ich piosenek zawsze znajdziemy mniej lub bardziej zaakcentowaną zgrabną melodię. Na poprzednich wydawnictwach, chociażby "Vandalized Statue To Be Replace With Shrine", często przybierała ona kształt zwiewnej samby lub bossa novy, celowo przełamanej, odrobinę zdekonstruowanej lub przyprawionej psychodelicznym sosem. W tym kontekście określenie psycho-pop charakteryzujące poczynania Amerykanów wydaje się być najbliższe prawdy.





"Bossa nova/Samba - to pierwsza muzyka, którą kiedykolwiek zaśpiewałem, przy której się nie wzdrygnąłem i która przykuła moją uwagę" - oświadczył wokalista i współzałożyciel grupy Ray Monde. Jako nastolatek lubił posłuchać płyt The Velvet Underground, The Clash i Sonic Youth, na późniejszym etapie odkrył albumy Sun Ra i Johna Lurie. Bez cienia przesady można powiedzieć, że echa twórczości wszystkich wymienionych powyżej artystów znajdziemy na wydawnictwach Monde UFO. 

Nieśmiałe początki i pierwsze muzyczne kroki Ray Monde zabierają nas do magazynu mieszczącego się przy 7th Street w Los Angeles, gdzie artysta ćwiczył używając starych organów kościelnych, automatu perkusyjnego, a uzyskane w ten sposób dźwięki rejestrował na kasetach magnetofonowych. Później nawiązał relacje z Krisem Chau (urodzonym w Hanolulu na Hawajach), saksofoniście i klawiszowcu, po godzinach także artyście malarzu. Zbliżył ich do siebie podobny gust muzyczny i skłonność do eksperymentowania. Do duetu z czasem dołączyli Karen Haug i Brian Bartus.

Duet Monde/Chau robi wiele, żeby przyciągnąć uwagę bardziej świadomego i zaprawionego w alternatywnym boju słuchacza. Ci nieco mniej przygotowani do obcowania z tego typu twórczością z pewnością pokręcą nosem. Ani to klasyczny pop - niby słychać melodie, ale całość brzmi jakoś dziwacznie. Ani to nie jest jazz, bo improwizowanych części jest zbyt mało. Partie swobodnej improwizacji pełnią tu raczej rolę ozdobników lub stanowią coś w rodzaju kontrastu dla ogólnie przyjętego schematu. Jeśli chodzi o te ostatnie, to moim zdaniem tych swobodnych  wypowiedzi saksofonu czy gitary tym razem mogłoby być odrobinę więcej.

Przy okazji płyty "Flamingo Tower" nie wykorzystano typowej dla wcześniejszych poczynań grupy melodyki "Bossa nova/ Samba", choć jeden znaczący tytuł wypada odnotować - "Samba 9". W "Sunset Etertainment" mamy coś na kształt próby stworzenia chwytliwego indie-popowego singla, okraszonego czy też "przełamanego" typową dla twórczości Monde UFO solówką. Świetny "Old Toon Pollution" - to kolejna niby prosta piosenka "zakwaszona" celowo gdzieś od środka. "Ave Tascam" brzmieniem przypomina nagranie dokonane przypadkowo podczas próby. W trakcie odsłony "Mortificanto" mogą przypomnieć się dobre momenty mojej niegdyś ulubionej formacji SKELETONS, z okresu albumów "Money" czy "People". Całą płytę "Falmingo Tower" wieńczy udanie najbardziej psychodeliczny w tym zestawieniu "Psalm 3".

(nota 7.5/10)

  


Zgodnie z tytułem wpisu w dalszej jego części pojawi się sporo dobrych piosenek, naturalnie w mniejszym lub większym alternatywnym przebraniu. Postaram się również zachęcić Was do przesłuchania w całości trzech, moim zdaniem, udanych płyt. Rozpoczniemy jednak od spotkania z młodzieżą z Londynu, którzy przyjemnie szarpią struny gitar. Formacja przybrała niezbyt wyszukaną nazwę SONIC ANGEL, a tym udanym singlem zapowiada nadejście epki zatytułowanej "10K", premiera 20 marca.



  
Przed nami wizyta na duńskiej ziemi. Niedawno wspominałem o grupie The Raveonettes, a tu proszę, kilka dni temu ukazał się nowy singiel grupy.





Pierwszy album w dzisiejszym zestawieniu "Dodatków...", który warto posłuchać w całości, należy do brytyjskiej grupy z miasta Sheffield - PALE BLUE EYES - "NEW PLACE". Wydawnictwo ukazało się wczoraj i bardzo przyjemnie mnie zaskoczyło. W ten sposób się kończy.




Cóż, że ze Szwecji... duet prosto ze Sztokholmu - Claudia Jonas i Gustav Jenne Forsa, czyli ART LONGO oraz ich jeszcze ciepły singiel.




Język francuski zaprowadził nas prosto do... Francji oraz na niedawno wydany album JEANA ELLIOTA SENIORA - "Hautes Roches".




Bardzo przypadła mi do gustu piosenka zaśpiewana w przyjacielskim duecie Nathaniel Ratelief i Gregory Alan Isakov (ten drugi gościł już na łamach bloga) zatytułowana "Flowers". Tak to się kiedyś robiło, zgrabna melodia, gitarowa solówka... i już! I dziękuję bardzo, zapraszam do ponownego przesłuchania. Przy tej okazji - "Dzień Kobiet" - pragnę gorąco pozdrowić piękne Panie i podziękować za obecność stałym Czytelniczkom.




Zalecam również błyskawiczne dotarcie do udanego albumu Alabaster DePlume - " A Blade Because A Blade Is Whole".  Na zachętę zaproponuję taki oto singiel, który promował to opublikowane w dniu wczorajszym wydawnictwo.




"MISSS TYGODNIA" - artysta o brytyjsko-kanadyjskim paszporcie - MATT MALTESE i prześliczna pieśń - "Always Some MF", w której zasłuchuję się od paru dni. Przyznam, że odczuwam dojmujący niedosyt takich właśnie urokliwych piosenek, ze zwiewną linią melodyczną, smacznie zaaranżowanych, ładnie podanych. Zróbcie głośniej i zaproście do tańca partnerki! Ps. W teledysku udział wzięła sympatia artysty, a cała płyta zatytułowana "HERS" ukaże się 16 maja. Poczekamy. (Cudo!!).




"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - niezwykle poruszająco brzmi w tej kompozycji nasz dobry znajomy, saksofonista sopranowy Yuval Cohen, który wraz ze swoim kwartetem płytą zatytułowaną "Winter Poems", opublikowaną na początku lutego, zadebiutował w katalogu oficyny ECM.




Kolejna rekomendacja całej płyty, której premierę jakiś czas temu zapowiadałem. Amerykański pianista Steve Okoński oraz jego trio, z wydanego przed tygodniem albumu "Entrance Music".