Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wayne Shorter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wayne Shorter. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 sierpnia 2024

PHANTOM HANDSHAKES - "SIRENS AT GOLDEN HOUR" (Star-Track rec.) "Jak Włoszka i Amerykanin..."

 

       W ostatnich dniach jakoś nie miałem zbyt wiele czasu na przesłuchiwanie nowości płytowych, gdyż pochłonęły mnie wspaniałe lektury. Dopisało mi wyjątkowo dużo szczęścia, kiedy do koszyka wybierałem akurat takie, a nie inne tytuły książkowe; oczywiście wcześniej poczytałem nieco o ich autorach i potencjalnej według opisów zawartości poszczególnych pozycji. Jedno nie ulega wątpliwości, czas spędzony w towarzystwie tych znakomitych powieści, nie był czasem straconym (o szczegółach niebawem poinformuję, jak tylko dokończę lekturę). W odróżnieniu od ostatnich tygodni na tak zwanym rynku fonograficznym, gdzie atrakcyjnych płyt pojawiło się bardzo niewiele. Trochę się dziwię kierownictwu tych odrobinę większych niezależnych wytwórni, że nie wykorzystali wakacyjnej pory, żeby zaproponować jednego czy drugiego wyjątkowo atrakcyjnego wydawnictwa, które o wiele łatwiej byłoby w takim układzie dostrzec.
Ostatnie godziny, które już za nami, pod tym względem nie były takie najgorsze, przyniosły kilka intrygujących premier - soczyste momentami granie brytyjskiej załogi skupionej pod szyldem Smote, krążek skandynawskiej formacji Soren Skov Orbit, czy dla odmiany lekką popową formułę grupy z miasta Portland, czyli The Softies - "The Bed I Made".
 Przed tygodniem zapowiadałem premierę płyty "Sirens At Golden Hour", włosko-amerykańskiego duetu Phantom Handshakes. Krążek ukazał się wyjątkowo w środę, a nie w tradycyjny dla premier piątek, dlatego całkiem dobrze zdążyłem się z nim zapoznać. Album nie zawiera żadnego nowego dźwięku, którego nie słyszelibyście już gdzieś wcześniej, ale całkiem miło potrafi wypełnić czas oczekiwania na jesienny wysyp płyt. Zatem posłuchajmy kompozycji "Sirens"



Rozpocząłem nasze dzisiejsze spotkanie od końca, czyli od piosenki, która udanie zamyka dzieło włosko-amerykańskiego duetu. Pozostałe dziesięć utworów utrzymanych jest w podobnym nastroju. Dream-pop, lo-fi, bedroom pop, wszystko z elementami shoegaze'u -  z tym mniej  więcej mamy do czynienia. Formację Phantom Handshakes tworzą wokalistka o włoskich korzeniach Federica Tassano oraz amerykański gitarzysta Matt Sklar. Ten ostatni niegdyś miarowo szarpał struny gitary basowej w grupie Parrot Dream, która eksplorowała indie-rockowo/shoegaze'owe pogranicze. Jego przyszła towarzyszka artystycznych poczynań przed wyjazdem do USA, dopełniała skład mało znanej włoskiej formacji Monetre. 

Współpraca duetu zaczęła się od spotkania w przestrzeni Internetu. Matt Sklar popełnił był kilka utworów demo, po czym umieścił je na stronie Craiglist. Jako, że sam jest bardzo kiepskim śpiewakiem, poszukiwał kogoś, kto ozdobiłby jego partytury dźwięcznym głosem. W tym kontekście nie trudno się domyśleć, że na jego apel odpowiedziała Federica Tassano.



"Naprawdę lubię grać w pełnych składach, ale tworzenie muzyki w duecie jest w pewien sposób łatwiejsze i bardziej instynktowne. Szczególnie, kiedy współpracujesz z osobą o bardzo podobnym guście muzycznym" - oświadczyła Federica. 

A co to za gust? Atrakcyjna pani i asystujący jej sympatyczny pan wychowali się na płytach: The Smiths, Stereolab, Camera Obscura, The Cure, The Pastels itd. Zaplecze, sami przyznacie, całkiem godne. W ich kompozycjach, również tych zawartych na wydanej kilka dni temu płycie "Siren At Golden Hour", słychać wyżej wspomniane inspiracje. Czujne, jak zwykle, ucho autora tego bloga sugeruje, żeby w tym miejscu pojawiły się jeszcze dwie nazwy grup, które do tej pory nie padły. Mam tu na myśli przede wszystkim nieco zapomniany dziś zespół Lush - reedycje albumów tej formacji ukazują się sukcesywnie oraz Cocteau Twins. A poza tym, jakaś przyjemna brzmieniowa mgiełka przewija się przez poszczególne odsłony płyty "Sirens At Golden Hour". Jak na album nagrywany w domowych warunkach Manhattanu i Nowego Orleanu, całość prezentuje się całkiem atrakcyjnie. Na zakończenie głównego wątku raz jeszcze oddam głos duetowi. "Wybraliśmy "Good Intenions" jako utwór, który otwiera najnowszy album, ponieważ naszym zdaniem to właśnie ta piosenka wyznacza ton dla kolejnych kompozycji".

(nota 7.5/10) 

 


Na dobry początek gorąca nowość, czyli wspólna piosenka naszego dobrego znajomego Nicholasa Krgovicha, grupy P:ano oraz wokalistki Kellarissy.



Nagranie Tygodnia ! (pierwsza odsłona). Trzynastego września ukaże się czternasty, jeśli dobrze policzyłem, album w dyskografii grupy Tindersticks, zatytułowany "Soft Tissue". Kilka dni temu w sieci pojawił się nowy i pełny uroku singiel zapowiadający to wydawnictwo. 



Przed Wami debiutanci z miasta Detroit, wokalistka Giovanna Lenski oraz gitarzysta Christian Molik, czyli Clinic Stars. Premiera albumu "Only Hinting" 20 września.



Ava Laurel, znana pod pseudonimem Lava La Rue, w drugiej połowie lipca opublikowała swój debiutancki album zatytułowany "Starface". Wybrałem z niego taki oto singiel.



Kolejna śpiewająca pani pochodzi z Los Angeles, ma dwadzieścia dwa lata, zadebiutowała przed momentem epką zatytułowaną "Descanso". Angela Munoz i mój ulubiony utwór z tego krążka.



Nagranie tygodnia! (odsłona druga). Przed Wami artysta z Nowego Jorku - Tommy Crane'a, który jakiś czas temu wraz z grupą przyjaciół, muzyków sesyjnych, opublikował album zatytułowany "Dance Music For All Occasions". Pod numerem piątym znajdziemy takie cudeńko!!



Andrew Combs wydał wczoraj nową płytę "Dream Pictures", do której z pewnością zajrzymy w przyszłym tygodniu. Teraz chciałbym powrócić do jego poprzedniego albumu "Sundays", gdzie bardzo spodobała mi się kompozycja "Anna Please".



Również wczoraj ukazał się album irlandzkiej grupy Fontaines D.C. - "Romance", bardzo chwalony przez dziennikarzy. Wybrałem taki oto potencjalny przebój. 



Miniony piątek przyniósł jeszcze jedną wartą odnotowania premierę brytyjskiego zespołu Smote - "A Grand Stream". Nieco zagęścimy atmosferę.



W "kąciku improwizowanym" kolejna nowość - Wayne Shorter - "Celebration vol.1", obok zmarłego w ubiegłym roku saksofonisty w nagraniach koncertowych wystąpili Danilo Perez (fortepian), John Patitucci (bas), oraz perkusista Brian Blade.



 Na koniec dzisiejszego spotkania wystąpi duński saksofonista Soren Lyhne Skov, który wczoraj opublikował wydawnictwo zatytułowane Soren Skov Orbit - "A Drift".




sobota, 2 grudnia 2023

OSLO TAPES - "STARING AT THE SUN BEFORE GOIN' BLIND (Grazil Records) "Włosi w Norwegii"

 

       Norwegia to od dawna cel wielu nie tylko wakacyjnych podróży. Zwykle kojarzy się z przepięknymi fiordami, lodowcami, czy wodospadami; znajduje się tam największy wodospad w Europie, szósty pod tym względem na świecie - Vinnufossen. Zachwycać mogą jedyne w swoim rodzaju widoki przyrody, zapierające dech w piersi krajobrazy, bo i strzeliste pasma górskie, przypominające scenerie filmowe (chociażby grań Romsdalseggen), i malownicze wioski, miejscowość Flam, zabytkowa linia kolejowa, cudowna panorama Reine i Kjerkfjorden, wreszcie kraina zorzy polarnej. Nic więc dziwnego, że pod wrażeniem ojczyzny Jona Fosse'a (Nagroda Nobla w dziedzinie literatury 2023) był również Marco Campitelli (włoski gitarzysta i wokalista), który po powrocie z Norwegii (2010) postanowił założyć zespół o nazwie Oslo Tapes.



Pochodzący z miasta Lanciano (południowe wybrzeże Adriatyku) muzyk wcześniej działał na rynku muzycznym pod szyldem The Marigold. Przy okazji wydania płyty "Erotomania" (2007) nawiązał współpracę z producentem Amaury Cambozatem (członek grupy FAUST, czy Ulan Bator), która to relacja trwa do dziś, bowiem ten ostatni z wymienionych jest współtwórcą i aranżerem kompozycji zawartych na wydanym wczoraj albumie "Staring At The Sun Before Goin' Blind". Czwarte w dorobku wydawnictwo grupy o zmiennym składzie, jest zarazem tym najlepszym. Przy okazji notek personalnych warto odnotować dwóch gości, którzy pojawili się w studiu nagraniowym "Let Go Ego Sound Studio" - wiolonczelista Siker  Mana oraz Dahma Majuri Cipolla (perkusista zespołu Mono), zagrał w utworze "Ethereal Song" i "Middleground". 

Charakterystycznym ogniwem muzyki Oslo Tapes są sekwencje powtarzających się dźwięków - gitar, basu lub syntezatorów - wokół  których później rozbudowuje się poszczególne warstwy kompozycji. Pewnie stąd w opisach dokonań włoskiej formacji często pojawia się określenie "krautrock". Może być ono nieco mylne, ponieważ grupa Oslo Tapes umiejętnie lawiruje na pograniczu kilku stylistyk - post/art/prog/indie/noise, celowo nie zastyga na dłużej w żadnym nurcie. Z art-rockowej estetyki Marco Campitelli najchętniej czerpie przestrzeń, norweskie pejzaże odmalowane przez partie gitar i syntezatorów oraz typową w tym wydaniu wokalizę. Ta, na całe szczęście, uległa poprawie, w stosunku do tego, co zaprezentowano na poprzednim albumie "OR" (2021), gdzie warstwy wokalne pozostawiały wiele do życzenia. Mówiąc krótko, prezentowały się dość mizernie, potraktowane przez elektroniczne przetworzenia. 

Znakomite otwarcie - "Gravity" - motywem gitarowym może przypominać dawne nagrania The Cure (z okresu pyty "Wish"). To nawiązanie do twórczości Roberta Smitha można dostrzec w kilku fragmentach, chociażby w zamykającym całość, tytułowym "Staring At The Sun Before Goin' Blind", gdzie słychać także podobieństwa do grupy Swans, w tym hipnotycznym cierpliwie powtarzanym temacie. Mocne gitarowe riffy charakterystyczne dla poczynań włoskiej formacji, budują napięcie i wraz z sekcją rytmiczną skutecznie odmierzają rytm - "Ethereal Song", "Reject Yr Regret". Marco Campitelli lubi odrobinę przybrudzić faktury swoich kompozycji, przy okazji nieco je również przełamać, i jak sam chętnie przyznaje: "w chaosie spróbować poszukać śladów harmonii". Z tej próby wychodzi obronną ręką, o czym możecie się przekonać, słuchając najnowszej propozycji Oslo Tapes.

(nota 7.5/10)


 


Sekcję "Dodatków..." rozpoczniemy od wizyty w Finlandii, skąd pochodzi zespół IWATSW (I Was A Teenage Satan Worshipper), który przypomniał o sobie po kilku latach milczenia, i parę dni temu opublikował album "Blood North". Oto mój ulubiony utwór.



W ubiegłym tygodniu ukazała się płyta londyńskiej grupy Meadow Meadow zatytułowana "You Are So Alive".



Przed Wami zgrabny damsko-męski duecik, Uschenko/Van Dessel, czyli formacja Ghostwomen oraz fragment zapowiadanej niedawno płyty "Hindsight Is 50/50", która ukazała się w ubiegłym tygodniu. Album stylistycznie  nawiązuje do tego, co działo się na początku lat dziewięćdziesiątych, który to okres był najlepszym czasem dla tego typu gitarowego grania.



Christopher Pravdica to członek zespołu Xiu Xiu oraz Swans. Projekt o nazwie We Owe to jego solowe wcielenie. Wczoraj opublikował całkiem udany album zatytułowany "Major Inconvenience".



Przeniesiemy się do Irlandii, skąd pochodzi John Francis Flynn, który kilka dni temu wydał debiutancką płytę "Look Over The Wall, See The Sky".



Pozostaniemy w podobnym nastroju zaglądając na płytę "7171 (Expended Edition)", duetu z miasta Los Angeles, czyli Monde UFO.



Zespół z Filadelfii - Full Of Hell And Nothing, działający na pograniczu stylistyk shoegaze/metal, wczoraj opublikował nowe wydawnictwo zatytułowane "When No Birds Sang".



Tom Fleming - wokalista grupy Wild Beasts - postanowił spróbować swoich sił poza zespołem. Pod szyldem One True Pairing zgrabnym singlem "Frozen food Centre" zapowiada premierę debiutanckiej płyty.



Kwintet z Londynu przybrał nazwę Leather.Head i w dniu wczorajszym opublikował nowy album zatytułowany "Welded". Oto najlepszy fragment z tego wydawnictwa. 



Mało kto w naszym kraju kojarzy postać Piero Piccioni - to znakomity kompozytor muzyki filmowej, w dorobku ponad trzysta ścieżek dźwiękowych (sic!) do rozmaitych filmów. W ubiegłym tygodniu ukazała się wspomnieniowa płyta "Grand Central Jazz", do której naprawdę warto zajrzeć. Posłuchajcie sami!!



Zastanawiam się, czy nie wprowadzić nowej rubryki - "najczęściej słuchane w tym tygodniu" - bowiem niekiedy dopadają nas kompozycje dawne, niby znane, i nie zawsze czerpiemy niezwykłą pożywkę z "nowości". Tym razem było podobnie, zupełnie przypadkiem powróciłem do... arcydzieła Wayne'a Shortera - "Infant Eyes", pochodzącego ze wspaniałej płyty "Speak No Evil", wydanej w czerwcu 1966 roku przez oficynę Blue Note Records. Oprócz wybitnego saksofonisty, na trąbce zagrał Freddie Hubbard, Herbie Hancock zasiadł za klawiaturą fortepianu, Ron Carter (bas) i Elivn Jones (perkusja). Sami przyznacie, że we współczesnej muzyce improwizowanej bardzo brakuje takich perełek.




sobota, 26 października 2019

E.S.T. - "LIVE IN GOTHENBURG" (ACT MUSIC) "To była środa, 283 dzień roku..."

  Przyzwyczailiśmy się do tego, że jesień w naszym kraju, oprócz kapryśnej niekiedy pogody, przypomina nam o sobie jazzem. Mam tu na myśli zwiększoną w tym okresie liczbę propozycji koncertowych związanych z muzyką improwizowaną. W ten weekend chociażby odbywa się kolejny Jazz Jamboree, gdzie na scenie pojawi się między innymi brytyjska grupa Get The Blessing oraz belgijska wokalistka Melanie De Biasio, czyli "nasi starzy znajomi", których płyty nieco szerzej charakteryzowałem na łamach tego bloga. Skoro aura za oknem skłania do pogłębionej improwizowanej refleksji, to może warto przy tej okazji  sięgnąć po wydawnictwo koncertowe nieodżałowanego tria E.S.T. "Live in Gothenburg" to dwa fizyczne krążki i blisko 100 minut muzyki, zarejestrowanej 10 października 2001 roku ( to była środa, 283 roku, słońce wstało o godzinie 5.53, a zaszło o 16.52), przez Ake Lintona, inżyniera dźwięku, o którym ktoś ładnie powiedział, że był: "ukrytym czwartym członkiem zespołu". Album zawiera 11 kompozycji, pochodzących głównie z dwóch płyt: "From Gagarin's Point Of View" i "Good Morning Susie Soho", kompozycja "The Second Page" pochodzi z albumu "Winter In Venice", a "Bowling" oraz "The Rube Thing" nie zostały wydane na żadnej studyjnej płycie.

Zaryzykuję twierdzenie, że trio E.S.T. zna chyba każdy, kto nieco bardziej interesuje się muzyką improwizowaną. Bror Frederik "Esbjorn" Svensson (fortepian), Dan Berglund (kontrabas), Magnus Ostrom (perkusja), przez lata wypracowywali własny styl, rozpoznawalną i cenioną markę, żeby ostatecznie zostać ikoną współczesnego jazzu oraz źródłem inspiracji dla kolejnych pokoleń młodych muzyków. Początki ich działalności sięgają 1990 roku, kiedy to Berglund przeniósł się do Sztokholmu, gdzie oprócz studiów muzycznych grał w kilku zespołach. Podczas trasy koncertowej z Liną Nyberg doszło do spotkania i nawiązania współpracy z Esbjornem Svenssonem. Do sympatycznej dwójki szybko dołączył Magnus Ostrom, którego Svensson znał z czasów dzieciństwa.  Na pierwsze wydawnictwo płytowe - "When Every Has Gone" - przyszło im czekać trzy lata, kolejne "E.S.T. Plays Monk" sprzedało się w Szwecji w ponad 10 tys. egzemplarzy.
Jednak sukces i popularność nie przyszły same, w tamtym okresie Svensson był nie tylko znakomitym pianistą, ale również bardzo sprawnym menadżerem, który wciąż: "wsiał na telefonie", organizując kolejne koncerty (to lekcja do odrobienia nie tylko dla jazzowych formacji, ale również lokalnych ośrodków kultury). "Naszym celem było granie w miejscach, w których zwykle nie mieli muzyki jazzowej" - wspominał po latach Berglund.
Esbjorn Svensson dorastał w muzycznej rodzinie, ojciec posiadał kolekcję płyt, matka grała na pianinie. Jako szesnastolatek rozpoczął edukację w szkole muzycznej, a potem studia w Sztokholmie. Punktem zwrotnym w jego rozwoju artystycznym był koncert Wayne'a Shortera oraz odkrycie płyty Keitha Jarretta - "Facing You", choć pośród swoich ważnych inspiracji wymieniał również albumy: "Ok Computer" - Radiohead, "Grace" - Jeffa Buckleya czy dokonania formacji Wilco. Wszystko to nie pozostało bez echa i znalazło odzwierciedlenie w muzyce E.S.T., którzy potrafili łączyć rockową dynamikę ze skandynawską melancholią, wyrafinowane improwizacje z popowymi melodiami i współczesną elektroniką. W 1995 i rok później Svensson zdobył nagrodę Jazzmusician Of The Year. Przełomowym momentem w historii tria okazał się album "From Gagarin's Point Of View" wydany w 1999 roku. Zespół zyskał międzynarodowe uznanie i wyruszył w niemal roczną trasę koncertową po całym świecie. Załoga Esbjorna Svenssona na nowo zdefiniowała pojęcie "europejski jazz", odniosła ogromny sukces, dalszy rozwój grupy przerwała niestety tragiczna śmierć pianisty w czerwcu 2008 roku.

Był czas, kiedy trio dawało ponad 100 koncertów rocznie, z tego też tytułu nie brakuje wydawnictw zawierających materiały "live", zarówno tych nieoficjalnych, jak i oficjalnych: "Live in Berlin", "Live in London", "Live in Hamburg", "E.S.T. Live'95" itd. Wydany wczoraj nakładem oficyny ACT "Live in Gothenburg" zdecydowanie bardziej dedykowany jest dla fanów grupy, niż dla kogoś, kto stawia dopiero pierwsze kroki w krainie "leukocytów" Esbjorna Svenssona. Mniej tutaj melancholii, oniryzmu, "skandynawskiego saudade" - "Somewhere Else Before", "From Gagarin's Point Of You" - przeważa natomiast jazzowa pianistyka odmalowana, co warto podkreślić, w bardzo dynamiczny sposób, w którym trio, z liderem na czele, pokazuje również swój wielki kunszt techniczny: "Bowling",  "The Wraith". O tym niepublikowanym wcześniej zapisie koncertowym Esbjorn Svensson miał powiedzieć, że to jedno z najlepszych nagrań koncertowych w całej historii zespołu. Warto sprawdzić, co miał na myśli.

(nota 8/10)







niedziela, 22 stycznia 2017

Soren Bebe Trio - "HOME"



Proponuję na kilka chwil przenieść się do Danii, skąd pochodzi bohater dzisiejszego wpisu. Skandynawia na mapie jazzowego świata jest od lat ważnym punktem. Stanowi swoistą wylęgarnię, zagłębie czy oazę dla wszelkiej maści formacji jazzowych. Oczywiście nie wszystkim zespołom z północy Europy, które poruszają się w obrębie szerokiego gatunku, jakim jest jazz, udaje się odnieść "sukces". Mówiąc innymi słowami, nie każda grupa zostaje zauważona przez krytyków, recenzentów czy odbiorców. Jednak, co znamienne, większość muzyków skupionych, czy też przewijających się przez różne składy, prędzej czy później wypływa na szerokie wody, znajdując swoje miejsce u boku cenionych i sprawdzonych już w boju indywidualności. Przede wszystkim ma to związek z poziomem kształcenia. Młody człowiek, muzyk, początkujący artysta, kończąc skandynawskie konserwatorium, zwykle reprezentuje bardzo wysoki poziom zaawansowania technicznego. Nic więc dziwnego, że szwedzka, duńska, czy norweska wykształcona w ten sposób młodzież, szybko zasila lub sama tworzy udane międzynarodowe formacje albo staje się niejako ich filarem.
Soren Bebe to wciąż mało znany, urodzony w 1975 roku duński pianista i kompozytor. Na swoim koncie ma już pięć płyt długogrających. Jego muzyka najczęściej bywa porównywana do twórczości Torda Gustavsena czy Esbjorna Svenssona. Nie ulega wątpliwości, że Soren Bebe ma swój indywidualny styl, nad którym wciąż pracuje, i który systematycznie rozwija. Moim skromnym zdaniem, najwięcej łączy go z Bobo Stensonem. Podobna wrażliwość, podobny klimat, podobne skupienie się przede wszystkim na warstwie lirycznej kompozycji.  Refleksja, zmyślenie, kameralny nastrój, niespieszność, łagodność, delikatność, intymność, powściągliwość (raczej mniej ozdobników, niż więcej) - oto charakterystyczne elementy, które bez trudu można odnaleźć na każdym albumie Soren Bebe Trio. Soren zapytany, kto jest jego ulubionym muzykiem, kto wywarł na niego największy wpływ, przywołał nazwiska Keitha Jarretta i Oscara Petersona, ale również bardzo mi bliskiego i nieco zapomnianego już Kenny Wheelera ("zwiewna, metafizyczna trąbka").  Z nieżyjącym trębaczem, Kenny Wheelerem, łączy duńskiego pianistę specyficzna delikatność, dążenie do budowania przestrzeni w muzyce oraz poszukiwanie harmonii. Soren Bebe nie stroni także od twórczych kolaboracji. Na rozpisce ma już granie z Larsem Danielsonem, Magnusem Lindrenem, Nilsem-Peterem Molvarem. Występował także u boku Marca Johnsona, z którym nagrał płytę zatytułowaną "Eva" (2013).
Bardziej od swobodnej improwizacji, Soren Bebe ceni sobie spójność kompozycji oraz intymny kontakt z odbiorcą. W kompozycjach zwykle stawią więc na niespieszne tempo narracji, a co za tym idzie, swobodne wybrzmiewanie poszczególnych dźwięków. Bez cienia przesady można powiedzieć, że Soren Bebe jest pianistą, który przede wszystkim poszukuje melodii. Tematy jego utworów zwykle są zwarte i czytelne. Większość jego kompozycji czasem trwania nie przekracza pięciu minut.
Najnowsza, wydana pod koniec ubiegłego roku płyta - "Home", nie przynosi większych zmian stylistycznych. Słuchacz otrzymuje jedenaście utrzymanych na podobnym poziomie kompozycji. Jak to u Sorena Bebe bywa, dominują ballady. Najciekawszym utworem jest, moim zdaniem,  kompozycja "Trieste".  Niespiesznie prowadzona narracja, urokliwe harmonie, łagodne muśnięcia klawiszy sprawiają, że chce się do tych onirycznych nut wracać i wracać. Z kolei utwór otwierający album - "The Path to Somewhere" - a dokładniej mówiąc, jego tytuł, może posłużyć, jako zgrabna metafora całej płyty. Oto Soren i wchodzący w skład trio pozostali muzycy - Kasper Tagel na basie, Anders Mogensen na perkusji - proponują słuchaczowi melancholijną podróż, czy raczej niespieszną przechadzkę albo beztroską włóczęgę (od dźwięku do dźwięku),  której cel jest bliżej nieznany. Gdyż, jak to często z podróżami bywa, nie liczy się cel wędrówki, ale samo wędrowanie. Warte wyróżnienia są również takie kompozycje jak: "Time", "Look out now" (zapadające w pamięci linie melodyczne tych lirycznych tematów), "Floating", "Home", "A simple song". Najnowszy album Soren Bebe trio, to doskonały towarzysz na długie zimowe wieczory.  ( nota 7,5/10)










   Korzystając z okazji, że dzisiejszym tematem jest jazz, pragnę podzielić się z Wami utworem, od którego w ostatnim czasie nie potrafię się uwolnić. Tak się złożyło, że do tej pory nie znalazłem odpowiedniego miejsca, czy też dobrego pretekstu, żeby zamieścić w moich propozycjach ową, jakże urokliwą kompozycję. Pochodzi ona z ostatniej płyty Norah Jones - "Day Breaks", a dokładniej mówiąc, otwiera ten album i nosi tytuł: "Burn". Przyznam szczerze, że nie jestem wielkim fanem twórczości tej artystki. Jej albumy są lepsze lub gorsze, zwykle bardzo przyzwoite, ale żaden, przynajmniej jak do tej pory, nie zdołał mnie przekonać w całości. (Za to bardzo sobie Norah Jones jako artystkę. Moją szczególną sympatię zdobyła świetną rolą, u boku Jude Law, w filmie Wong Kar Wai'a: "Jagodowa miłość"). Podobna sytuacja miała miejsce przy okazji odsłuchiwania jej ostatniej płyty. Tradycyjnie znalazłem dla siebie trzy, może cztery godne uwagi piosenki. Głównie z tego powodu album "Day Breaks" nie pojawił się w ramach szerszego opisu na moim blogu.
Na ostatniej płycie Norah Jones jest jednak utwór, który trudno pominąć, i o którym bardzo ciężko zapomnieć. Mam tu na myśli wyżej już wspomnianą kompozycję "Burn". Kto wie, być może również dlatego, że takie "cudo" znajduje się na samym początku płyty, od razu podnoszą się oczekiwania słuchacza, dotyczące pozostałej części albumu. A z pozostałą częścią albumu bywa różnie.
W kompozycji "Burn" jest wszystko to, co lubię. Zachwyca mnie tutaj dosłownie każdy element: smakowity aranż, znakomite brzmienie, wspaniałe wykonanie i taka sama realizacja nagrania. Kiedy odsłuchiwałem ten utwór po raz pierwszy, moje skojarzenie od razu popłynęły w kierunku muzycznych dokonań Cassandry Wilson ("New moon daughter", "Closer to you"). W utworze "Burn" odnalazłem podobne, charakterystyczne brzmienie, podobną realizację - sugestywną bliskość planów muzycznych, bliskość instrumentów, ów jakże cenny intymny kontakt (patrz Soren Bebe Trio). Oprócz tego świetna linia basu oraz solo saksofonu (Wayne Shorter!!!) sprawiają, że kompozycji "Burn" słucha się z wielką przyjemnością. To bez wątpienia jeden z moich ukochanych utworów, które przyniósł wraz z sobą 2016 rok. Smacznego.