Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brad Mehldau. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brad Mehldau. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 marca 2024

KAHIL EL' ZABAR'S ETHNIC HERITAGE ENSEMBLE - "OPEN ME, A HIGHER CONSCIOUSNESS OF SOUND AND SPIRIT" (Spiritmuse Records) "Wibracyjna esencja wszechświata"

 

   Kahil El' Zabar (Clifton Blackburn) nadchodził, nadchodził i wreszcie się zjawił. Całkiem niedawno wspominałem o zbliżającej się wielkimi krokami premierze jego płyty, czy raczej pełen entuzjazmu zapowiadałem to wydawnictwo, o jakże sugestywnym, a zarazem adekwatnym, tytule -  "Open Me, A Higher Consciousness Of Sound And Spirit". Dobrze wiecie, jak to zwykle bywa, kiedy na coś się czeka. Czas, który pozostał, w jakiś dziwny sposób zaczyna się wydłużać i rozciągać, jakby był zrobiony z gumy, szczególnie, kiedy myśli się o czymś intensywnie albo wciąż do tego powraca, w kolejnych nawet pozornie bezwiednych przypomnieniach. Czas to również jeden z głównych tematów ostatniego wydawnictwa naszego dzisiejszego głównego bohatera. Jego nieubłagany upływ, sposoby odmierzania, interpretowania osobliwego przebiegu, mieszające się ze sobą trzy kierunki - przeszłość, teraźniejszość, oraz to, co dopiero nadejdzie. Jakby kolejnym wymownymi odsłonami najnowszego, dodajmy, bardzo udanego albumu, Kahil El' Zabar chciał nam przypomnieć, że to właśnie czas wyznacza nam horyzont naszego bycia tu oto.



Kahil El' Zabar to artysta wielu rozmaitych talentów. Przede wszystkim uznany i ceniony perkusista, ponoć całkiem niezły malarz, wyrafinowany kucharz, o czym mogli przekonać się nieliczni, którzy dostąpili zaszczytu skosztowania jego wykwintnych potraw, a także krawiec czy projektant. Kiedy przed laty spędzał czas u boku Niny Simone, przy okazji szył dla niej ubrania, w których legendarna wokalistka chętnie się pokazywała (jego spodnie kosztowały pięćdziesiąt dolarów za sztukę). Nie wiem, czy były to również suknie ślubne, chociażby takie, które można było podziwiać i kupić w sklepie prowadzonym przez jego matkę. Ojciec policjant oraz wuj El' Zabara grali na perkusji, nie dziwi więc fakt, że młody Kahil również poszedł w ich ślady, kontynuując naukę gry w Lake Forest College, gdzie pilnie słuchał wykładów z filozofii i muzyki. Później był półroczny staż w Ghanie, odkrywanie egzotycznej kultury, nowych podziałów rytmicznych, własnej tożsamości. 

"Chicago było wtedy (lata sześćdziesiąte) jedną wielką "wioską muzyczną" - wspominał nasz dzisiejszy bohater w jednym z wywiadów. Funkcjonując w obrębie kilku dzielnic, Kahil El' Zabar mijał na chodniku przyszłych wirtuozów trąbki, saksofonu czy fortepianu. Lista osób, z którymi współpracował jest imponująca - wspominana wcześniej Nina Simone, Cannonball Adderly, Paul Simon, Pharoah Sanders, Stevie Wonder, Archie Sheep, David Murray, Don Cherry, z którym połączyła go mocna więź przyjaźni, itd. W tym personalnym kontekście chyba łatwiej wymienić artystów, z którymi do tej pory jeszcze nie zdołał wystąpić na jednej scenie lub znaleźć się pod dachem studia podczas kolejnych sesji nagraniowych.

Swój obecny zespół Ethnic Heritage Ensemble założył w 1974 roku, mamy więc przy okazji okrągły jubileusz, czego potwierdzeniem jest najnowsze wydawnictwo oraz trasa koncertowa. Rok później w 1975, Kahil El' Zabar został prezesem AACM. Powołana do życia w 1965 roku organizacja miała wspierać afroamerykańskich twórców muzyki improwizowanej oraz eksperymentalnej. Celem nadrzędnym, jak zwykle w takich przypadkach, i w tamtym burzliwym okresie, była wolność do samostanowienia czy rozwoju, również ta ekonomiczna. Studia nagraniowe, rozgłośnie radiowe, krytyka prasowa, wszystkie te media były opanowane przez białych, którzy niechętnie odnosili się do tego typu twórczości. Ruch ten świetnie wpisał się w ówczesny niespokojny klimat społeczno-polityczny (zabójstwo Roberta Kennedy'ego i Martina Luthera Kinga). Pierwszym prezesem AACM był Muhal Richard Abrams, a początkowa składka dla członków wynosiła symbolicznego dolara. W ten sposób inwestowano w przyszłość młodych talentów, szkolono menadżerów, producentów, budowano studia nagraniowe, oraz szkoły, gdzie na specjalnych kursach uczono podstaw kompozycji i techniki. Raczej nie używano wtedy słowa "jazz", na określenie poczynań afroamerykańskich artystów, znacznie częściej mówiło się o "Wielkiej Czarnej Muzyce". Pierwszym opublikowanym nagraniem artysty wywodzącego się z kręgu AACM był album "Sounds" - sekstetu Roscoe Mitchella, który to skład jakiś czas później przeobraził się w Art Ensemble Of Chicago.



"Gatunek - powiada Kahil El' Zabar - to specyficzne postrzeganie tego, co staje się normą w danym stylu muzycznym, a przecież są jednostki, które wykraczają poza styl, żeby skierować komunikację do źródeł ducha". Trudno, szczególnie po przesłuchaniu wczoraj wydanego albumu, nie odnieść wrażenia, że amerykański artysta w tym cytacie wspomina również o sobie. Płyta "Open Me, A Higher Conscoiuness Of Sound And Spirit" to przede wszystkim niezwykła wyprawa przez czas, różne jego odnogi przeplatające się ze sobą we wzajemnym uścisku, ale także transgatunkowa opowieść dotycząca tradycji oraz historii jazzu i muzyki afroamerykańskiej. Któż obecnie mógłby to zrobić lepiej, jak nie doświadczony i niepokorny muzyk, który od samego początku swojej artystycznej drogi poruszał się własnymi ścieżkami. Warto w tym miejscu wspomnieć, że od kilku lat u jego boku wytrwale kroczą Corey Wilkes (trąbka), i Alex Harding (saksofon), a na potrzeby tej sesji w studiu pojawili się James Sanders oraz Ishmael Ali, grający na instrumentach skrzypcowych.

"Nie ma gatunku - podkreśla w kolejnym wywiadzie Kahil El' Zabar - są tylko emocje, myśli i wpływ dźwięku na naszą psychikę, na naszego ducha oraz siły życiowe". Ciężko nie zgodzić się z tym zdaniem, słuchając kolejnych udanych odsłon najnowszego wydawnictwa. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych dwunastu kompozycji jest rytmika, mniej  lub bardziej nietypowe podziały, wyrażone za pomocą całego bardzo bogatego świata perkusjonaliów (dzwonki, grzechotki, kalimba, talerze, ale również głos), w których gąszczu El' Zabar bardzo sprawnie się porusza. O część duchową - "spiritual jazz" - tego albumu zatroszczyły się pozostałe instrumenty - saksofony, trąbki, róg, skrzypce, wiolonczela, altówka, których barwne dialogi oraz subtelne opowieści pozostają w odbiorcy na dłużej. Urzeka swoboda gry poszczególnych artystów, to empatyczne czucie partnera w kolejnej sugestywnie rozwijanej opowieści.



Album "Open Me, A Higher Consciounsness Of Sound And Spirit" udanie rozpoczyna kompozycja "All Blues", autorstwa Milesa Davisa, pochodząca z klasycznego dzieła legendarnego trębacza "Kind Of Blue", zagrana zgodnie z tytułem nieco wolniej, sprytnie wyłapująca i akcentujące wszystkie te bluesowe drobiny, przynosząca wraz z sobą także nieobecny w oryginale etniczny wymiar, i funkcjonująca w ulubionym trybie amerykańskiego artysty "RHK" - "Rytmika, harmonia, kontrapunkt". Nie tylko przy okazji tej odsłony mogą przypomnieć się wczesne filmy Jima Jarmuscha. Najbardziej energetyczny, tuż obok "Kari", wydaje się być hard-bopowy "Passion Danse", którego twórcą był Mccoy Tyner. Wspaniały, rozkosznie funkujący "Compered To What" pochodzi z twórczości Eugene'a McDanielsa.

 Wiele z tych kompozycji możemy całkiem nieźle kojarzyć, oczywiście w odmienionych  wersjach - z wcześniejszych płyt El' Zabara. I tak, "Hang Tuff" pochodzi z albumu o tym samym tytule, opublikowanym w 1991 roku. Poruszający, intymny i wspaniały "Can You Find A Place" po raz pierwszy pojawił się na płycie "Black Is Back" (2014), utwór "Ornette" znajdziemy na albumie Ritual Trio - "Renaissance Of The Resistance" (1991), a "Great Black Music" dopełnił listę wydawnictwa "Follow The Sun" (2013).Jak wyraźnie widać, najnowsze dzieło załogi dowodzonej przez admirała Kahila El' Zabara, to również okazja do tego, żeby sięgnąć do poprzednich płyt tego wciąż słabo znanego w naszym kraju artysty. 

"Im jestem starszy, tym bardziej muszę stać się studentem" - podkreśla amerykański perkusista. W kolejnych fragmentach płyty "Open Me, ..." Kahil El' Zabar nie ogranicza się tylko do grania na instrumentach perkusyjnych, równie chętnie zabiera głos - śpiewa, mruczy, powtarza poszczególne frazy, wzdycha lub pojękuje, wchodząc przy okazji w interakcje z pozostałymi instrumentami. Największym atutem tego wydawnictwa jest jednak zwyczajna i od razu wyczuwalna radość wynikająca ze wspólnego grania, coraz rzadziej obecnie spotykana. Na koniec raz jeszcze oddam głos głównemu bohaterowi dzisiejszego wpisu - "Muzyka to wibracyjna esencja wszechświata". A album "Open Me, A Higher Consciusness Of Sound And Spirit" jest doskonałym tego potwierdzeniem.

(nota 8.5/10)

  


Dziś odwracamy tradycyjną kolejność oraz proporcję dodatków, na początek muzyka improwizowana lub z pogranicza jazzu i alternatywy. Przed Wami bardzo urokliwa, wyjątkowo subtelna, oraz jedna z moich ulubionych kompozycji ostatnich dni. Grupa Caoilfhionn Rose, i fragment albumu "Constellation", który ukaże się 24 maja nakładem oficyny Gondwana Records.



Ali Jackson - perkusja, Omer Avital - bas, Aaron Goldberg - fortepian, czyli formacja Yes! Trio i fragment z płyty "Spring Spring" wydanej pod koniec lutego.

 


Przeniesiemy się na Wyspy Brytyjskie, kompozycja z płyty saksofonisty Jon Loyd Quartet - "Earth Song".



Oren Ambarchi/Johan Berthling/Andrea Werliin - fragment albumu "Ghosted II", który ukaże się 26 kwietnia nakładem oficyny Drag City.



Artystka z Brooklynu Amirtha Kidambi, prężnie rozwijająca się skandynawska oficyna We Jazz, oraz kompozycja z płyty "New Monuments", która ukaże się 15 marca.



Ponoć składy nie grają, ale taki... musi zagrać. Chris Potter (saksofon), Brad Mehldau (fortepian), John Patitucci (bas) i Brain Blade (perkusja). Kompozycja pochodzi z płyty "Eagles Point", która ukazała się wczoraj. 



Pod nazwą Astrel K ukrywa się Rhys Edwards, który wczoraj opublikował album zatytułowany "The Foreign Department", gdzie znalazłem taki wyborny fragment!



Przeniesiemy się do Manchesteru, w ubiegłym tygodniu ukazał się album grupy TSSFU zatytułowany "Me, Jed And Andy". Wybrałem dla Was takie oto moje ulubione cudeńko.



Zespół prosto z Sydney, czyli Royel Otis, i ulubiony fragment z płyty wydanej na początku lutego zatytułowanej "Pratts And Pain".



Na koniec zajrzymy do słonecznej Kalifornii, jednak nie na korty Indian Wells, tylko na wydaną wczoraj debiutancką płytę grupy Torrey - "Torrey", na której znalazłem dla siebie taki oto fragment.



 

niedziela, 5 kwietnia 2020

ENZO CARNIEL HOUSE OF ECHO - "WALLSDOWN" (Jazz&People) "A mury runą..."

    I tak oto przed nami kolejna wizyta w świecie improwizowanych  dźwięków oraz jazzu, który, jak przekona was o tym nasz dzisiejszy bohater, niejedno ma imię. Na wstępie pragnę uspokoić kilku Czytelników, którzy z wytęsknieniem oczekują na alt-rockową propozycję - wkrótce, niebawem, już-już... Tymczasem lotem błyskawicy przeniesiemy się do Marsylii, która jest nie tylko ulubioną przystanią wszelkiej maści przemytników, ale również miejscem, skąd pochodzi Enzo Carniel. I pomyśleć, że o mały włos nie został lekarzem, jednak, z sobie tylko wiadomych powodów, porzucił studia medyczne, żeby ukończyć Conservatorie National Superieur De Musicque w Paryżu. Jako pianista młodego pokolenia (rocznik 87') został już zauważony i doceniony kilkoma cennymi nagrodami i wyróżnieniami. Pośród swoich ulubionych artystów wymienia jednym tchem takie postaci jak: Bley, Monk, Jarrett oraz Brad Mehldau i trzeba przyznać, że charakterystyczne elementy estetyk tych twórców przewijają się w dokonaniach francuskiego pianisty. Debiutował solowym albumem "Erosions" dla wytwórni NoMadMusic w 2014 roku. Dwa lata wcześniej z gitarzystą Marciem Antoinem Perrio powołał do życia grupę House Of Echo. Początkowo panowie działali tylko w tandemie, w międzyczasie szukając kolejnych muzyków. W pewnym momencie formacja rozrosła się aż do sextetu, ale przy okazji najnowszego albumu "Wallsdown" swoich sił spróbował kwartet. Oprócz dwóch już wymienionych przeze mnie nazwisk na liście obecności podpisali się: Simon Tailleu (kontrabas) oraz Ariel Tessier (perkusja, elektronika). Warto również odnotować chociażby z kronikarskiego obowiązku obecność Bruce'a Sherfielda, który w kilku nagraniach łaskawie użyczył głosu. Szkoda tylko, że swoją ekspresję ograniczył do powtarzania krótkich fraz, w stylu: "Zburz ściany", "Otwórz umysł" itp. Przyznam, że w moim uszach zabrzmiało to cokolwiek pretensjonalnie, można było nieco bardziej puścić wodzę fantazji, wykorzystać wersy mniej lub bardziej znanej poezji czy też prozy albo po prostu wymownie milczeć.

Z pewnością autorzy "Wallsdown" w kolejnych udanych odsłonach pragnęliby, żebyśmy zburzyli nasze nawyki i przyzwyczajenia. Mamy tu bowiem do czynienia z czymś, co na pierwszy rzut oka i ucha wydaje się być "muzycznym kolażem" (wybaczcie to odrobinę wyświechtane określenie). Przekraczanie gatunkowych granic, swoboda przejścia pomiędzy estetykami, stały się dla francuskiego pianisty oraz jego sympatycznej załogi sposobem funkcjonowania, a także czymś na kształt wyzwania. Wyzwania, dodajmy, wciąż podejmowanego na nowo. Kompozycje Enzo Carniela skrzą się od intrygujących pomysłów. Dla tych, którzy cenią sobie precyzyjne nazwy, można by w tym miejscu podać termin "jazz progresywny", choć sam twórca pewnie nie zgodziłby się na to, żeby zamknąć jego dokonania w ciasnej i wygodnej dla krytyków szufladce. W barwnych kompozycjach francuskiego pianisty znajdziemy skandynawską melancholię (przywołaną przed tygodniem), rockową dynamikę, zmiany tempa i tętniący energią puls, fragmenty swobodnej improwizacji, elektronikę i repetycje. Owe repetycje, czy to na poziomie pojedynczych akordów (fortepianu, gitary, kontrabasu), czy też na poziomie dłuższych motywów, stanowią zarówno podstawowy budulec, jak i pełnią funkcję rytmiczną. W tej swobodnej grze estetykami zamazują się granice pomiędzy kompozycją, a improwizacją.
W tym momencie warto podkreślić dwie rzeczy.
O ile dla artystów reprezentujących generacje nieco starszych pokoleń wykorzystanie elementów różnych gatunków - to "wychodzenie poza" granice bezpiecznego i wielokrotnie już eksplorowanego terytorium - było rezultatem twórczych koncepcji i śmiałych niekiedy poszukiwań, o tyle dla "współczesnej młodzieży", stawiającej dopiero pierwsze kroki, jest czymś w rodzaju sytuacji zastanej, niejako naturalnym procesem; mówiąc kolokwialnie, grają w ten sposób, gdyż właśnie tak -w dużej mierze - obecnie się gra. Druga warta odnotowania kwestia to płynność, czy też swoboda, z jaką Enzo Carniel (i jemu podobni) przechodzą od jednej estetyki do drugiej, łącząc ze sobą kolejne czasem bardzo odległe wątki. To właśnie dzięki niej wciąż mamy do czynienia z intrygującą i potraktowaną w nieszablonowy sposób MUZYKĄ, a nie tylko z wyrafinowanym przebiegiem nutowym.

Album "Wallsdown" wypełnia 9 kompozycji, które liczą sobie nieco ponad 40 minut. Całość nie przez przypadek rozpoczyna "Ritual Horizon" tonami fortepianu i odgłosami uderzanych o siebie kamieni. Te charakterystyczne dźwięki kamieni stanowią motyw przewodni płyty, mają symbolizować kruszące się nawyki i uprzedzenia, rutynowe, stereotypowe sposoby myślenia, które w konsekwencji i swoistej dezintegracji doprowadzą do spojrzenia w inny sposób, otwarcia się na nowe perspektywy. Powracają więc wplecione w bogatą fakturę tła przy okazji "Ruines Circulaires", w tytułowym i refleksyjnym "Wallsdown", oraz (jakżeby inaczej!) w "Tones Of Stones". Trzeba również dodać, że na albumie "Wallsdown" - który jest wydawnictwem pełniejszym i dojrzalszym niż poprzednia płyta "Echoides"(Jazz&People 2017), posiada bowiem wstęp, rozwinięcie i zakończenie, traktowany jest przez samych twórców jako "podróż" - nie ma słabych momentów. Oczywiście, chciałoby się nieco więcej brzmienia gitary, ale uwagę przykuwa i marzycielska "Lune" czy mroczna "Traya", i zapadająca w pamięci krótka "Winds", z równoległymi repetycjami fortepianu i gitary, jedyna kompozycja Marca Antoine'a Perrio, pod resztą podpis złożył Enzo Carniel, który w energetycznych fortepianowych improwizacjach najbardziej przypomina dokonania Brada Mehldau'a - podobnie zagęszczona narracja i dynamika - choć potrafi być równie sugestywny w nieco bardziej lirycznych odsłonach, o czym mam nadzieję wkrótce się przekonacie.


(nota 8/10)






sobota, 7 września 2019

ENRICO RAVA & JOE LOVANO - "ROMA" (ECM) "Dwa doktoraty honoris causa na jednej scenie"

  Słuchając ulubionych piosenek często zapominamy o tym, że za ważnymi dla nas utworami kryją się poszczególni artyści, ale też zwykli ludzie, z marzeniami, wadami, zaletami, wreszcie z indywidualnymi biografiami. Prawdopodobnie nie będzie to zbyt wielkie nadużycie z mojej strony, kiedy napiszę, że w świecie muzyki improwizowanej rola pojedynczego człowieka jest o wiele bardziej znacząca, niż ma to miejsce na płaszczyźnie szeroko pojętej muzyki popularnej. To własnie artyści, częstokroć wirtuozi swoich instrumentów, zestawieni ze sobą przypadkowo lub w wyniku celowych zabiegów, wchodząc we wzajemne interakcje, tworzą wyjątkowe estetyczne przestrzenie. Muzyka to ludzie, a w świecie jazzu szczególnie liczą się osobowości, wnoszące do elementów kreacji indywidualną wrażliwość, charakterystyczny sposób myślenia, rozwijany przez lata osobny język.

Z pewnością wszystko to można powiedzieć o dwóch legendach jazzu, którzy łaskawie przyjęli zaproszenie i przekroczyli skromne progi tego bloga. Mam tu na myśli Enrico Ravę i Joe Lovano oraz album "Roma", stanowiący zapis koncertu, który odbył się w Auditorium Parco Della Musica w Rzymie, w listopadzie 2018 roku. Enrico Rava to trębacz, ikona włoskiego jazzu (kiedy mówimy włoski jazz - myślimy Rava), który kilka dni temu obchodził okrągłą, bo 80-tą rocznicę urodzin. Stąd, i to wydawnictwo, i trasa koncertowa, celebrująca niejako imponujące dokonania tego artysty.
Rava urodził się w Trieście, dorastał w Turynie, gdzie jako młody chłopak pracował w rodzinnej firmie transportowej. Sprawdzając listy przewozowe, odprawiając kolejne samochody, odliczał minuty, kwadranse, ciągnące się długie godziny, i marzył o tym, żeby wieczorem, w którymś z turyńskich klubów, znów przystawić do ust trąbkę, i grać... grać jazz. W latach 60-tych Rava sporo podróżował, przemieszczając się pomiędzy Londynem, Argentyną, a Nowym Jorkiem. Może dlatego jego debiut fonograficzny, jako lidera formacji, nosił tytuł: "Il Giro Del Giorno 80 Mundi"; choć wcześniej włoski trębacz wystąpił u boku Steve'a Lacy na płycie "The Forrest And The Zoo" (1966) oraz Lee Koonitza - "Stereokontz" (1968). Przeprowadzka do Nowego Jorku zaowocowała powstaniem grupy Gas Mask i licznymi spotkaniami: z Gilem Evansem, Joe Hendersonem, Patem Metheny, Cecilem Taylorem czy z Chatem Bakerem. Pełna dyskografia włoskiego wirtuoza obejmuje kilkadziesiąt albumów. Osobiście bardzo sobie cenię "późnego Ravę" - dojrzałego, wyciszonego, refleksyjnego, z takich albumów jak: "Easy Living" (2004), , "Tati" (2005),  "The Third Man" (2007), "The Words And The Days" (2007), "New York Days" (2009), "Tribe" (2011),  "Opening Night" (2013). Jego styl ewoluował, ale w ostatnich latach charakteryzuje go subtelna, łagodna, nieco przeciągnięta fraza, lekkość ("obłoki dźwięku"), wyrafinowanie i elegancja. Artysta mówi skromnie o sobie, że nie jest dobrym improwizatorem, po prostu jest "gawędziarzem". Enrico Rava udziela się również na niwie pedagogicznej, organizując liczne seminaria i warsztaty. W 2014 roku od Berklee College of Music otrzymał tytuł doktora honoris causa.








Doktorat honoris causa tej samej uczelni sześć lat wcześniej trafił do rąk drugiego wirtuoza i bohatera dzisiejszego wpisu - Joe Lovano. Joseph Salvatore Lovano urodził się w Clevland (Ohio). Jego ojciec był fryzjerem, który wieczorami grał w klubach na saksofonie tenorowym. To właśnie ten rodzaj saksofonu stał się ulubionym instrumentem Joe, który już jako młody chłopak zastępował ojca grając w lokalnym bandzie. Później wybrał edukację na wspomnianym już wyżej Barklee College of Music. Debiutował albumem "Aphrodisiac For A Groove Merchant". W latach 70-tych podobnie jak Ravę przyciągnął go Nowy York, gdzie saksofonista przewija się przez kilkanaście składów. Lata 80-te w jego biografii zapisują się graniem u boku Paula Motiana i Billa Frisella, którego znał jeszcze z okresu studiów. Wśród swoich największych inspiracji Lovano wymienia jednym tchem Coltrane'a i Ornetta Colemana. Co ciekawe, pierwszy album dla ECM-u, jako lider formacji, nagrał całkiem niedawno, mam tu na myśli wydawnictwo "Trio Tapestry", z pianistką Marylinn Crispell i perkusistą Carmen Castaladi. W dokonaniach Lovano - obejmujących kilkadziesiąt tytułów - jak w pigułce zapisała się historia jazzu, od klasycznego podejścia, aż po freejazzowe rozwiązania, z charakterystycznym zamazywaniem się granicy pomiędzy kompozycją, a improwizacją.

To z pewnością Enrico Rava przy okazji tego wydawnictwa i tego koncertu zaprosił do współpracy pianistę Giovanni Guidiego, którego wypatrzył dużo wcześniej, w trakcie jednego z letnich seminariów w  Sienie. Od tamtej pory chwalił młodego artystę wielokrotnie, mówiąc, że to: "jeden z najciekawszych i najbardziej oryginalnych włoskich pianistów". Ojciec Guidiego był agentem jazzowym, stąd też młody Giovanni szybko poznał wielkie osobowości z tego półświatka. Ważnym punktem w biografii młodego adepta sztuki jazzowej był album Keitha Jarretta " The Koln Concert", którego słuchał namiętnie mając szesnaście lat. Wśród pozostałych wielkich osobowości świata muzyki improwizowanej, które wywarły wpływ na jego grę, odnajdziemy Brada Mehldau'a i Jasona Morana.
 Giovanni Guidi ma 34-lata i przez ten czas zdążył zdobyć kilka prestiżowych nagród i wyróżnień. Debiutował dla ECM-u albumem "City of Broken Dreams", a w 2019 roku ukazał się jego album "Avec Le Temps", z utworem "Tomasz", zamykającym całość, a poświęconym Tomaszowi Stańce.









Kolejnym artystą młodego pokolenia, który miał zaszczyt wystąpić u boku Ravy i Lovano podczas listopadowego wieczoru był basista Dezron Douglas. "Jazz zawsze był gdzieś w pobliżu, ale nie w moim domu" - wspominał po latach, bowiem w jego domu najczęściej rozbrzmiewały piosenki Steve Wondera czy Diane Ross. Douglas ukończył Instytut Muzyki Afroamerykańskiej w Hart School of Music. Dziś sam jest pedagogiem, a na co dzień gra w kilku jazzowych składach, między innymi u boku Ravi Coltrane'a.
Na koniec swoisty pomost łączący "starych" (legendy) i "młodych" (na dorobku), muzyk średniego pokolenia, który w listopadzie ubiegłego roku zasiadł za zestawem perkusyjnym - Gerald Cleaver; absolwent wydziału jazzu Uniwersytetu Michigan, szerokiej, nawet całkiem nieźle zorientowanej publiczności, mniej znany - grał u boku Tomasza Stańki, Roscoe Mitchela, z Joe Morrisem, a także z Giovannim Guidim na albumie "We Don't Live Here Anymore" (2011).

Wydawnictwo "Roma" zawiera pięć indeksów. Całość rozpoczyna subtelny dialog Ravy i Lovano, czyli "Interiors", oryginalnie zarejestrowany na płycie Ravy: "New York Days" z 2009 roku. Kolejny utwór "Secrets" również pochodzi z płyty włoskiego trębacza, o tym samym tytule, która ukazała się w 1987 roku. Podaję te daty nieprzypadkowo, bowiem koncertowe wydawnictwo Ravy to także godzinna podróż po historii jazzu, odsłaniająca kolejne etapy kształtowania się języka muzyki improwizowanej. Kompozycja "Forth Worth" pochodzi z albumu Joe Lovano - "From The Soul" (1992). Przy okazji tego właśnie wydawnictwa miało miejsce jedyne spotkanie Lovano z niezapomnianym wirtuozem fortepianu - Michelem Petruccianim. Na tej płycie artyści mieszali standardy, między innymi Coltrane'a, z kompozycjami Lovano. Co do Coltrane'a to jego kompozycja "Spiritual" domyka wydawnictwo "Roma", wpleciona w 18-sto minutową suitę, obok "Drum Song" (Lovano) i klasyka "Over The Rainbow", który wyłania się łagodnie ze swobodnej fortepianowej improwizacji Giovanni Guidiego.


(nota 7.5/10)