Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ravi Coltrane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ravi Coltrane. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 września 2019

TAXIWARS - "ARTIFICIAL HORIZON" (Sdban Ultra) "Za barem pana Toma"

  Kończący się z wolna wrzesień obfitował w wiele atrakcyjnych nowości płytowych; prawdopodobnie do kilku z nich uda się dotrzeć z pewnym opóźnieniem, inne wypłyną tu i ówdzie z drobną czasową zwłoką. Myślę, że oczywistym powinien być dla czytelników tego bloga fakt, iż nie umieszczam wzmianki o jakimś istotnym wydawnictwie (mam tu na myśli te szeroko komentowane), nie oznacza, że o nim nie wiem lub, że nie korzystam z jego dobrodziejstw, katując nim odtwarzacz. Ot, po prostu, staram się nie powielać poszczególnych postów - po co miałbym to robić, skoro ktoś inny w przestrzeni krajowego internetu zrobił to przede mną i to w bardzo wyczerpujący sposób.

Album belgijskiej grupy TaxiWars ukazał się na początku września, jednak musiał poczekać cierpliwie na swoją kolej. Im dłużej z nim obcuję, tym bardziej jestem przekonany o tym, że w tym przypadku niepotrzebna była owa zwłoka. Trzy lata przyszło nam czekać na trzeci w dyskografii krążek zatytułowany: "Artificial Horizon". Jak powszechnie wiadomo - wspominałem o tym na łamach tego bloga przy okazji ich poprzedniego wydawnictwa - TaxiWars to grupa prowadzona przez lidera i wokalistę Toma Barmana. Barman to muzyk i reżyser - student tego kierunku, który nie doczekał się dyplomu. Zdążył zadebiutować, być może na przekór swoim profesorom, całkiem udanym i dobrze przyjętym filmem: "Any Way The Wind Blows", do którego, muszę przyznać, kilkakrotnie wracałem, głównie za sprawą sugestywnego połączenia obrazu i dźwięku. O tym, że belgijski artysta ma ucho do muzyki, można było się przekonać słuchać jego składanek jazzowych: "That's Blue" (Blue Note 2006) oraz "Living on Impulse" (Impulse 2012). Przede wszystkim Tom Barman kojarzy się jednak większości jako lider formacji dEUS, z którą to nagrał osiem albumów, sprzedał 1.5 miliona płyt, ostatnia: "Following Sea" datowana jest na rok 2012.

Pomyli się ktoś, kto stwierdzi, że Barman przez ostatnie siedem lat próżnował. Belgijski artysta udziela się głównie wokalnie (i literacko) w grupie TaxiWars, obok Robina Verheyena (saksofon), Nicolasa Thys (kontrabas) i Antoine'a Pierre (perkusja). Pomyli się również ktoś, kto powie, że pozostali muzycy to zbieranina przypadkowych  ludzi. Szczególnie po przeprowadzce do Nowego Jorku niektórzy z nich mają na koncie współpracę z takimi artystami jak: Ravi Coltrane, Marc Copland, Joey Baron, Gary Peacock, Lee Koonitz.
TaxiWars na ostatnim albumie udowadniają, że sztukę łączenia gatunków, przesuwanie estetycznych granic, mają opanowane w bardzo dobrym stopniu - ich muzyka to ani jazz, ani rock, ani pop, tylko coś gustownego pomiędzy. Jak zwykle w przypadku tej grupy zwraca na siebie uwagę tętniąca ożywczym pulsem sekcja rytmiczna, która jest motorem napędzającym wielu z tych najnowszych kompozycji. Dodatkowe wzmocnienie rytmu zespół osiąga poprzez punktowe granie saksofonu. Solówki Robina Verheyena są ograniczone do niezbędnego minimum i stanowią ciekawe dopełnienie, a nie pokaz wirtuozerii - są krótkie, zwarte, treściwe, jak i większość utworów belgijskiej grupy, a wszystko zgodnie z wytycznymi i zaleceniami maestro Barmana.
Album "Artificial Horizon" otwiera "Drop Shot", i jest to, trzeba przyznać, znakomite otwarcie oraz mój ulubiony utwór z tej płyty, nie tylko dlatego, że kiedy ujrzałem ów tytuł, w pierwszej chwili skojarzył mi się on ze zagraniem stosowanym w tenisie... W odróżnieniu od poprzedniego wydawnictwa belgijskiego kwartetu tym razem znacznie częściej odzywają się klawisze (fortepian), co z pewnością wzbogaciło brzmienie grupy. Słychać również, że artyści większą uwagę przyłożyli do poszczególnych aranżacji oraz produkcji. Pojawia się więc i kobiecy chórek, jak w "Sharp Practice", i pogłosy, rozmaite efekty, czy samplowane dodatki. Większość kompozycji oparta została na energetycznym rytmie, który niejako dodatkowo bywa stymulowany przez narrację Toma Barmana. Do minusów tego wydawnictwa - bo i są takowe - zaliczyłbym trzy wolniejsze utwory, na które najwidoczniej zabrakło pomysłów. "Irritated Love", "They'll Tell You You're Changed" i "On Day Three" - przez swój balladowy i nieco mdły charakter obniżając nieco wartość tego wydawnictwa.
Najnowszy album TaxiWars zwiastuje również zmianę wytwórni - do tej pory była to Universal Music, tym razem postawiono na Sdban Records. To belgijska oficyna skupiona wokół młodej sceny jazzowej i funkowej; powstała w 2014 roku, a jej pierwszą wydaną płytą była kompilacja: "Funky Chicken: Belgian Grooves The 70's".

(nota 7-7.5/10)











Dla wnikliwych czytelników specjalny dodatek, czyli fragment filmu (i muzyka) w reżyserii Toma Barmana - "Any Way The Wind Blows" (polskie tłumaczenie tytułu, jakżeby inaczej: "Z piątku na sobotę").






sobota, 7 września 2019

ENRICO RAVA & JOE LOVANO - "ROMA" (ECM) "Dwa doktoraty honoris causa na jednej scenie"

  Słuchając ulubionych piosenek często zapominamy o tym, że za ważnymi dla nas utworami kryją się poszczególni artyści, ale też zwykli ludzie, z marzeniami, wadami, zaletami, wreszcie z indywidualnymi biografiami. Prawdopodobnie nie będzie to zbyt wielkie nadużycie z mojej strony, kiedy napiszę, że w świecie muzyki improwizowanej rola pojedynczego człowieka jest o wiele bardziej znacząca, niż ma to miejsce na płaszczyźnie szeroko pojętej muzyki popularnej. To własnie artyści, częstokroć wirtuozi swoich instrumentów, zestawieni ze sobą przypadkowo lub w wyniku celowych zabiegów, wchodząc we wzajemne interakcje, tworzą wyjątkowe estetyczne przestrzenie. Muzyka to ludzie, a w świecie jazzu szczególnie liczą się osobowości, wnoszące do elementów kreacji indywidualną wrażliwość, charakterystyczny sposób myślenia, rozwijany przez lata osobny język.

Z pewnością wszystko to można powiedzieć o dwóch legendach jazzu, którzy łaskawie przyjęli zaproszenie i przekroczyli skromne progi tego bloga. Mam tu na myśli Enrico Ravę i Joe Lovano oraz album "Roma", stanowiący zapis koncertu, który odbył się w Auditorium Parco Della Musica w Rzymie, w listopadzie 2018 roku. Enrico Rava to trębacz, ikona włoskiego jazzu (kiedy mówimy włoski jazz - myślimy Rava), który kilka dni temu obchodził okrągłą, bo 80-tą rocznicę urodzin. Stąd, i to wydawnictwo, i trasa koncertowa, celebrująca niejako imponujące dokonania tego artysty.
Rava urodził się w Trieście, dorastał w Turynie, gdzie jako młody chłopak pracował w rodzinnej firmie transportowej. Sprawdzając listy przewozowe, odprawiając kolejne samochody, odliczał minuty, kwadranse, ciągnące się długie godziny, i marzył o tym, żeby wieczorem, w którymś z turyńskich klubów, znów przystawić do ust trąbkę, i grać... grać jazz. W latach 60-tych Rava sporo podróżował, przemieszczając się pomiędzy Londynem, Argentyną, a Nowym Jorkiem. Może dlatego jego debiut fonograficzny, jako lidera formacji, nosił tytuł: "Il Giro Del Giorno 80 Mundi"; choć wcześniej włoski trębacz wystąpił u boku Steve'a Lacy na płycie "The Forrest And The Zoo" (1966) oraz Lee Koonitza - "Stereokontz" (1968). Przeprowadzka do Nowego Jorku zaowocowała powstaniem grupy Gas Mask i licznymi spotkaniami: z Gilem Evansem, Joe Hendersonem, Patem Metheny, Cecilem Taylorem czy z Chatem Bakerem. Pełna dyskografia włoskiego wirtuoza obejmuje kilkadziesiąt albumów. Osobiście bardzo sobie cenię "późnego Ravę" - dojrzałego, wyciszonego, refleksyjnego, z takich albumów jak: "Easy Living" (2004), , "Tati" (2005),  "The Third Man" (2007), "The Words And The Days" (2007), "New York Days" (2009), "Tribe" (2011),  "Opening Night" (2013). Jego styl ewoluował, ale w ostatnich latach charakteryzuje go subtelna, łagodna, nieco przeciągnięta fraza, lekkość ("obłoki dźwięku"), wyrafinowanie i elegancja. Artysta mówi skromnie o sobie, że nie jest dobrym improwizatorem, po prostu jest "gawędziarzem". Enrico Rava udziela się również na niwie pedagogicznej, organizując liczne seminaria i warsztaty. W 2014 roku od Berklee College of Music otrzymał tytuł doktora honoris causa.








Doktorat honoris causa tej samej uczelni sześć lat wcześniej trafił do rąk drugiego wirtuoza i bohatera dzisiejszego wpisu - Joe Lovano. Joseph Salvatore Lovano urodził się w Clevland (Ohio). Jego ojciec był fryzjerem, który wieczorami grał w klubach na saksofonie tenorowym. To właśnie ten rodzaj saksofonu stał się ulubionym instrumentem Joe, który już jako młody chłopak zastępował ojca grając w lokalnym bandzie. Później wybrał edukację na wspomnianym już wyżej Barklee College of Music. Debiutował albumem "Aphrodisiac For A Groove Merchant". W latach 70-tych podobnie jak Ravę przyciągnął go Nowy York, gdzie saksofonista przewija się przez kilkanaście składów. Lata 80-te w jego biografii zapisują się graniem u boku Paula Motiana i Billa Frisella, którego znał jeszcze z okresu studiów. Wśród swoich największych inspiracji Lovano wymienia jednym tchem Coltrane'a i Ornetta Colemana. Co ciekawe, pierwszy album dla ECM-u, jako lider formacji, nagrał całkiem niedawno, mam tu na myśli wydawnictwo "Trio Tapestry", z pianistką Marylinn Crispell i perkusistą Carmen Castaladi. W dokonaniach Lovano - obejmujących kilkadziesiąt tytułów - jak w pigułce zapisała się historia jazzu, od klasycznego podejścia, aż po freejazzowe rozwiązania, z charakterystycznym zamazywaniem się granicy pomiędzy kompozycją, a improwizacją.

To z pewnością Enrico Rava przy okazji tego wydawnictwa i tego koncertu zaprosił do współpracy pianistę Giovanni Guidiego, którego wypatrzył dużo wcześniej, w trakcie jednego z letnich seminariów w  Sienie. Od tamtej pory chwalił młodego artystę wielokrotnie, mówiąc, że to: "jeden z najciekawszych i najbardziej oryginalnych włoskich pianistów". Ojciec Guidiego był agentem jazzowym, stąd też młody Giovanni szybko poznał wielkie osobowości z tego półświatka. Ważnym punktem w biografii młodego adepta sztuki jazzowej był album Keitha Jarretta " The Koln Concert", którego słuchał namiętnie mając szesnaście lat. Wśród pozostałych wielkich osobowości świata muzyki improwizowanej, które wywarły wpływ na jego grę, odnajdziemy Brada Mehldau'a i Jasona Morana.
 Giovanni Guidi ma 34-lata i przez ten czas zdążył zdobyć kilka prestiżowych nagród i wyróżnień. Debiutował dla ECM-u albumem "City of Broken Dreams", a w 2019 roku ukazał się jego album "Avec Le Temps", z utworem "Tomasz", zamykającym całość, a poświęconym Tomaszowi Stańce.









Kolejnym artystą młodego pokolenia, który miał zaszczyt wystąpić u boku Ravy i Lovano podczas listopadowego wieczoru był basista Dezron Douglas. "Jazz zawsze był gdzieś w pobliżu, ale nie w moim domu" - wspominał po latach, bowiem w jego domu najczęściej rozbrzmiewały piosenki Steve Wondera czy Diane Ross. Douglas ukończył Instytut Muzyki Afroamerykańskiej w Hart School of Music. Dziś sam jest pedagogiem, a na co dzień gra w kilku jazzowych składach, między innymi u boku Ravi Coltrane'a.
Na koniec swoisty pomost łączący "starych" (legendy) i "młodych" (na dorobku), muzyk średniego pokolenia, który w listopadzie ubiegłego roku zasiadł za zestawem perkusyjnym - Gerald Cleaver; absolwent wydziału jazzu Uniwersytetu Michigan, szerokiej, nawet całkiem nieźle zorientowanej publiczności, mniej znany - grał u boku Tomasza Stańki, Roscoe Mitchela, z Joe Morrisem, a także z Giovannim Guidim na albumie "We Don't Live Here Anymore" (2011).

Wydawnictwo "Roma" zawiera pięć indeksów. Całość rozpoczyna subtelny dialog Ravy i Lovano, czyli "Interiors", oryginalnie zarejestrowany na płycie Ravy: "New York Days" z 2009 roku. Kolejny utwór "Secrets" również pochodzi z płyty włoskiego trębacza, o tym samym tytule, która ukazała się w 1987 roku. Podaję te daty nieprzypadkowo, bowiem koncertowe wydawnictwo Ravy to także godzinna podróż po historii jazzu, odsłaniająca kolejne etapy kształtowania się języka muzyki improwizowanej. Kompozycja "Forth Worth" pochodzi z albumu Joe Lovano - "From The Soul" (1992). Przy okazji tego właśnie wydawnictwa miało miejsce jedyne spotkanie Lovano z niezapomnianym wirtuozem fortepianu - Michelem Petruccianim. Na tej płycie artyści mieszali standardy, między innymi Coltrane'a, z kompozycjami Lovano. Co do Coltrane'a to jego kompozycja "Spiritual" domyka wydawnictwo "Roma", wpleciona w 18-sto minutową suitę, obok "Drum Song" (Lovano) i klasyka "Over The Rainbow", który wyłania się łagodnie ze swobodnej fortepianowej improwizacji Giovanni Guidiego.


(nota 7.5/10)









niedziela, 9 czerwca 2019

BRANDEE YOUNGER - "SOUL AWAKENING" (Bandcamp) "HARFISTKA Z DUSZĄ"

 Ci z Was, szanownych  Czytelników, którzy z jakichś tajemniczych powodów nie lubią spiritual jazzu, mogą spokojnie przestać czytać ten wpis (naprawdę są tacy?). Bowiem płyta - płyty w ogóle - dzisiejszej bohaterki bezpośrednio odwołuje się nie tylko do bogatej tradycji tego gatunku, ale także od dwóch dni, czyli od daty premiery wydawnictwa "Soul Awakening", wpisuje się w nią jako kolejny jej element. Spośród wszelkiej maści muzyków jazzowych harfiści zawsze byli zaliczani do grona awangardy. Podobnie jest w przypadku Brandee Younger. Jak wspominała w jednym z wywiadów, po ukończeniu nauki na studiach i zdobycia tytułu magistra kompozycji, nie chciała grać orkiestrze, a tym samym pójść w ślady wielu innych muzyków, którzy wybrali ten specyficzny instrument ("improwizacja na harfie nie jest wcale taka łatwa ze względu na specyfikę tego instrumentu"). Amerykańska artystka znacznie bardziej woli mniejsze składy, intymną atmosferę, własną przestrzeń oraz bliski kontakt z innymi muzykami. "Musisz poszukiwać ludzi, z którymi chcesz być, i znaleźć sposób na spędzanie z nimi czasu".

Brandee Younger od wielu lat inspiruje się zarówno twórczością, jak i postawą życiową innej - w pewnych kręgach kultowej - harfistki, Alice Coltarne, która, jak pamiętamy, zaledwie dwa lata po ślubie została wdową, mając 29 lat oraz dzieci na wychowaniu, a mimo to kontynuowała karierę muzyczną. Twórczość artystyczna dla Alice Coltrane była sposobem na rozwój duchowy, ucieczką, oraz w początkowej fazie swoistym antidotum na problemy ze zdrowiem, które pojawiły się po śmierci męża. Jak powiedział po latach syn znakomitej harfistki, Ravi Coltrane: "W naszym domu instrumenty były placem zabaw". To właśnie saksofonista Ravi Coltrane odnalazł Brandee Younger i poprosił ją, żeby zagrała na pogrzebie jego matki. I to również on po kilku latach został zaproszony do składu nieformalnego zespołu, kiedy ten uczestniczył w sesji nagraniowej "Soul Awakening".

Większość nagrań wpisujących się na listę tego albumu została zarejestrowana sześć lat temu. Nad produkcją czuwał Dezron Douglas, który jest także twórcą jednej kompozycji - "Soulris". Utwór "Blue Nile" to klasyk Alice Coltrane, "Games" pochodzi z twórczości innej znakomitej, choć nieco zapomnianej harfistki, Dorothy Ashby. Kompozycja "LindaLee" została nazwana na cześć matki Younger, a wyborny w tej wersji "Save The Children" pochodzi z repertuaru Marvina Gaye'a. Na tym bardzo dobrym, jak dla mnie, albumie znajdziemy intymną atmosferę, urokliwe dialogi poszczególnych instrumentów (mnóstwo zaproszonych gości - wokalistka Niia, flet, puzon, trąbka, saksofony) świetnie wpisane w aranżacyjną tkankę. Dominuje niespieszne tempo, oniryzm, pogłębiona strefa muzycznej refleksji. Słucha się tego bez końca...Do tego w ramach suplementu diety polecam wydawnictwo "Alice Coltrane Live at The Berkeley Community Theater 1972", i przynajmniej część ciepłych późnych czerwcowych wieczorów macie już zaplanowane.

(nota 8/10)