Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Project Gemini. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Project Gemini. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 października 2025

ROSA ANSCHUTZ - "SABBATICAL" (Heartworm Press) "Listy, które czekają na wysłanie"

 

  Czasem trzeba cierpliwie szukać własnej przestrzeni, indywidualnego sposobu wyrażania się na niwie szeroko pojętej sztuki. Nie poddawać się po pierwszych niepowodzeniach, konsekwentnie rozwijać się i znajdować wciąż nowe źródła inspiracji. Swoje przekonania i przyzwyczajenia zderzać z tym, co z pozoru wydaje się obce. Podejmować ryzyko wyjścia poza dobrze znane terytorium. Myślę, że wiele z tych elementów stało się udziałem niemieckiej artystki - ROSY ANSCHUTZ, która kilka dni temu opublikowała nowe wydawnictwo zatytułowane "SABBATICAL". Żadna z trzech wcześniejszych jej płyt nie wskazywała, nawet nieśmiało, że ta najnowsza propozycja mieszkanki Berlina będzie aż tak ciekawa. Narzuca się więc pytanie, co takiego wydarzyło się tym razem, że udało się poskładać wszystko w jedną zgrabną całość?




Nie wiem, czy potrafię udzielić jednoznacznie odpowiedzi na tak postawione pytanie. W najnowszej biografii Rosy Anschutz nie znalazłem żadnego przełomowego momentu, który mógłby sugerować poważne zmiany. Te ostatnie czasem wiążą się ze zmianą otoczenia. Ktoś gdzieś wyjeżdża, albo poznaje kogoś, kto otworzy przed nim nowe perspektywy. Czasem jest to większa grupa osób, które potrafią wzajemnie się inspirować. W przypadku Rosy Anschutz jest to stała współpraca z dobrze jej znanym producentem Janem Wagnerem, i zabawa z dźwiękami w berlińskim studiu "Hiti Papa"(dzielnica Kreuzberg). Ten ostatni towarzyszy artystce od kilku lat, więc żadna to wielka zmiana. 

Jan Wagner pomagał jej przy powstawaniu przedostatniej płyty "Interior" (2024). Każdy utwór zawarty na tym wydawnictwie miał swoją ilustrację, w postaci krajobrazu haftowanego cekinami. Przy tej okazji powstały również ceramiczne rzeźby. Nic dziwnego, skoro ich autorka jest absolwentką Sztuk Transmedialnych na Uniwersytecie w Wiedniu. W swojej twórczości próbuje połączyć muzykę, sztukę wizualną oraz eksperyment.

Do tej pory kompozycje naszej dzisiejszej głównej bohaterki były oparte na elektronicznym brzmieniu. Prym wiodły syntezatory, w tym ten, który artystka zmodyfikowała dla własnych potrzeb, o którym powiedziała, że to: "byt z własną osobowością, który reaguje na mój nastrój". Proszę bardzo, są takie syntezatory! W przypadku wydanej przed tygodniem płyty "Sabbatical" brzmienie jest znacznie bogatsze. Przede wszystkim pojawiły się dźwięki gitary, kojarzone z nurtem cold wave czy post-punk. Dzięki czemu nastrój płyty mocno się pogłębił, a poszczególne kompozycje zyskały dodatkowe barwy. 

Pojawiła się również znacznie bardziej rozbudowana wokaliza, w stosunku do poprzednich dokonań artystki. Mamy więc dodatkowe głosy, chórki, czy chóralne zaśpiewy, momentami można odnaleźć kilka warstw. Zainteresowanie chórem i muzyką sakralną Rosy Anschutz przyszło wraz z edukacją w katolickiej szkole. Obecnie artystka pozostaje agnostykiem, nie utożsamia się z żadną religią, choć interesuje się rytuałami, obrzędami, symboliką religijną jako elementami artystycznymi. Oprócz tego mamy także melorecytację - tego słowa mówionego jest w moim odczuciu nieco zbyt dużo. Wokalistka z Berlina zbyt często wykorzystuje ten środek werbalnej ekspresji, jakby z jakichś powodów chciała uniknąć śpiewu.




Skąd wziął się ten nagły zwrot w stronę estetyki cold wave? Możliwe, że przyczyn tego zainteresowania należy szukać w fascynacji artystki muzyką z lat 80-tych i płytami czołowych przedstawicieli bliskiej także dla mnie stylistyki. "Czuję więź emocjonalną z muzyką lat 80-tych, z muzyką gotycką, wave'ową" - oświadczyła Rosa Anschutz. Bez cienia przesady można powiedzieć, że  najnowszym wydawnictwem wokalistka z Berlina wniosła sporo świeżego powietrza do nieco skostniałej w ostatnich latach przestrzeni. 

Jej sposób prowadzenia wokalizy jest bardzo emocjonalny i to również emocje odgrywają istotną rolę w tekstach piosenek. Nie analizowałem ich aż tak dokładnie, ale jedną frazę szczególnie zapamiętałem. "I Spit On The Roots That I Come". "Pluję na korzenie, z których się wywodzę" - śpiewa w utworze "Watch Me Disappear". Ta fraza i kolejne słowa stanowią swoistą manifestację odrzucenia przeszłości, która już nie buduje, ale uwiera lub więzi, tłamsi dalszy rozwój. Nie chodzi tutaj o kolejny głupi młodzieńczy bunt, z którego nic nie wynika - Rosa ma dwadzieścia osiem lat . Tylko raczej o zamknięcie następnych niegdyś ważnych drzwi.

Na całym albumie "Sabbatical" dominuje nastrój nostalgii, mroku i niepokoju. W tekstach napotkamy wspomnienia z przeszłości, próby dystansowania się do miejsc oraz ludzi. Opowieści o zakończeniu pewnego etapu i ruchu dalej. Płyta jest bardzo spójnym wydawnictwem, które w sugestywny sposób stopniuje napięcie, posługując się ciszą i wspomnianą wcześniej warstwą emocjonalną. W niektórych fragmentach mogą przypomnieć się dokonania formacji Grouper. Chociaż Rosa Anschutz jest bardziej emocjonalna, niekiedy dramatyczna. Swoją muzykę traktuje jako: "poetyckie ujście dla moich doświadczeń życiowych". Warto podkreślić, że artystka sama zagrała na wszystkich instrumentach, samodzielnie zrealizowała teledyski - typowa "Zosia-samosia".

Rosa Anschutz to córka mgły, opustoszałych ulic, wieczornych tramwajów, które wiozą zmęczonych życiem pasażerów. Jej wokaliza czasem brzmi jakby odczytywała listy, których nigdy nie wysłała. Z kolejnych odsłon płyty "Sabbatical" wyłania się postać kobiety nieco bardziej pogodzonej ze światem, z własnym losem. Kobiety, która już tak się nie szarpie jak przed laty, nie jest rozrywana przez skrajne emocje. Nie chce walczyć za wszelką cenę, ale również nie potrafi całkowicie zapomnieć.

(nota 8/10)


 


Wesoła czwórka bez sternika, z koszykarskiego miasta Milwaukee, czyli grupa SSAANN, oraz ich nowy singiel.







Londyn reprezentuje nowy artysta - THOMAS PROTHERO, który tym singlem zapowiada jesienną premierę debiutanckiego albumu zatytułowanego "Unhappy To Be Here". 




Pozostaniemy w Londynie, grupa THE LITTLE UNSAID przed tygodniem opublikowała bardzo interesujący album "Stay Fragile All Across This Cold Frontier" .




Wciąż Wyspy Brytyjskie, gdzie rezyduje nasz dobry znajomy Paul Osborne, twórca Project Gemini, który niedawno zaprosił do współpracy Wendy Martinez. Przed tygodniem wspólnie wydali epkę zatytułowaną "Time Stands Still".





Miasto Los Angeles. Zespół AUTOMATIC, który przed tygodniem opublikował album zatytułowany "Is It Now".




Raz jeszcze  Los Angeles. Zespół PEEL DREAM MAGAZINE gościł już niegdyś na łamach bloga. 1 października ukazał się ich krótki album - "Taurus", z którego wybrałem ulubiony fragment.




Austin w stanie Texas. SAM COOPER jakiś czas temu opublikował album zatytułowany "Town & Country". Jeden ze stałych Czytelników, prywatnie kolega - HUBERT - zwrócił moją uwagę na pewną kompozycję. Serdeczne pozdrowienia i podziękowania.





MISS TYGODNIA - ta pani jest w moim typie, mógłbym powiedzieć, słuchając najnowszego singla wokalistki z Dublina - AILBHE REDDY. Czy w związku z tym nadchodzi jakaś nowa płyta? Póki co, trudno powiedzieć.




KĄCIK IMPROWIZOWANY -  wciąż Wielka Brytania, i znajoma grupa ALFA MIST, która przypomniała o sobie wczoraj nowym albumem - "Roulette".




Również wczoraj ukazał się zapowiadany przeze mnie album grupy THE DWARFS OF EAST AQUOZA zatytułowany "Sasquatch Landslide".




sobota, 13 kwietnia 2024

HANNAH MIETTE - "HANNAH MIETTE" "Perkusista wśród przyjaciół"

 

     Kilka dni temu obejrzałem pierwszy odcinek ciekawego serialu dokumentalnego produkcji francuskiej, zatytułowanego "Seks i muzyka". Jego twórcy utrzymują, że w 1950 roku około trzech procent tekstów popularnych piosenek nawiązywało do seksu. W latach siedemdziesiątych już 40 %, zaś w 2009 roku liczba ta wzrosła do 92 %. Oczywiście kryje się za tym, bo kryć musi, nierozerwalny związek z procesem emancypacji kobiet oraz większa rola, jaką te ostatnie odgrywają w przestrzeni muzyki popularnej (a mówi się potocznie, że to mężczyźni najczęściej rozmawiają o seksie). Paradoks polega na tym, że z jednej strony artystki walczą o uznanie własnej podmiotowości, z drugiej zaś tak chętnie i często same sprowadzają się do funkcjonowania w przestrzeni estetycznej jako obiektu-przedmiotu pożądania. W tym kontekście można pokusić się o stwierdzenie, że historia muzyki jest także historią przemian społeczno-obyczajowych. Dlatego dziś w głównej odsłonie bloga, odrobinę na przekór zestawieniom i procentom, pojawi się album z piosenkami, których warstwa liryczna nie nawiązuje, przynajmniej bezpośrednio do tematyki seksualnej. O warstwie symbolicznej tych wersów nie będę się wypowiadał, gdyż wśród zacnego grona Czytelników zawsze może trafić się jakiś zagorzały zwolennik teorii Freuda, który w tradycyjnym "Dzień dobry", doszuka się perwersyjnej symboliki. Swobodny, a jakże, tytuł "Let Me Know", również może budzić uzasadnione podejrzenia oddanych, jedynie słusznej idei, dewotek. Cóż zrobić...



Oczywiście, i jak słusznie podejrzewacie, przynajmniej niektórzy z Was, do debiutanckiej płyty "Hannah Miette" nie zwabiły mnie teksty poszczególnych piosenek, tylko zaproszeni do studia gościa, którzy w poszczególnych odsłonach tego albumu użyczyli swoich charakterystycznych głosów. Oprócz linii wokalnej dostali od francuskiego twórcy, który ukrywa się pod niezbyt wyszukaną nazwą - Hannah Miette - czyli Luciena Chatina, wolną rękę, i mogli także zatroszczyć się o wspomnianą już wcześniej warstwę liryczną. 

Z tych najbardziej znanych artystów warto wymienić chociażby Kate Stables (recenzowana przeze mnie grupa This Is The Kit), jej koleżankę z zespołu, znaną z kilku wpisów, basistkę i wokalistkę Rozi Plain, czy Francois'a Atlas (formacja Francois & The Atlas Mountains). Tak się złożyło, że wszyscy oni są przyjaciółmi francuskiego perkusisty, który po wielu sesjach nagraniowych, czy trasach koncertowych, gdzie dopełniał składu różnych formacji, wreszcie postanowił wydać coś pod własnym szyldem. Lucien Chatin to absolwent studiów muzycznych w Lyonie, który przez długi czas poszukiwał własnej drogi, występując w głównie mało znanych grupach. Zebrane w ten sposób doświadczenie wykorzystał komponując zestaw udanych dziesięciu utworów, które wypełniły debiutanckie dzieło zatytułowane po prostu "Hannah Miette".



"Nigdy w życiu nie komponowałem. I tak naprawdę nie wiedziałem, dokąd zmierzam. Wszystko wychodziło samo, bez określonego celu"  - oświadczył Chatin w wywiadzie. Debiutancki krążek udanie otwiera koleżanka francuskiego artysty z grupy Blumi, czyli Emma Broughton. Gustowne i lekkie, całkiem nieźle podane, linie melodyczne stanowią coś w rodzaju znaku rozpoznawczego tego wydawnictwa. Przy okazji "L'etreinte" mogą przypomnieć się dokonania grup związanych niegdyś z oficyną Morr Music. Przyjemnie miękka i nieźle wpleciona w aranżacyjną tkankę warstwa elektroniczna uzupełniona została przez delikatne tony gitary elektrycznej i cytaty z nagrań terenowych. Fragment "Liecuma" zaśpiewany przez Margaux Delatour (grupa La Desert De Clude), przynosi zwolnienie tempa akcji oraz roztacza wokół atmosferę magicznego snu. Z kolei wspomniana wcześniej Kate Stables świetnie odnalazła się w tej stworzonej przez francuskiego twórcę indie-popowej stylistyce. 

Najdłużej trwały prace nad kompozycją "Revoir La Mer", gdzie pojawia się wokaliza Francois'a Atalsa. Lucien Chatin zdecydował się wykorzystać w nim rzadko spotykane metrum w muzyce popularnej - 5/4, a później długo wahał się, w jaki sposób wypełnić pozostałe ścieżki tego utworu. Na płycie "Hannah Miette" znajdziemy również odsłony instrumentalne, to tutaj obok syntezatorów wykorzystano chociażby dźwięki klarnetu, sugestywnie dopełniające barwne filmowe tematy. Trzeba przyznać, że jak na zawodowego i dyplomowanego perkusistę, Lucien Chatin dał niewielki pokaz swoich możliwości. Można odnieść wrażenie, że wręcz celowo unikał brzmienia klasycznych bębnów oraz talerzy. Zdecydowanie bardziej wolał odmierzać kolejne takty przy pomocy elektronicznych wynalazków. Na koniec głównego wątku zanurzymy się w "ociekający perwersyjnym seksem" teledysk.  

(nota 7.5/10)



Na dobry początek "Dodatków..." wyjątkowo szczodry dodatek, cała płyta Cindy Lee - "Diamond Jubilee", która ukazała się wczoraj, a recenzent serwisu Pitchfork wystawił jej bardzo wysoką i rzadko spotykaną notę 9.1. Pod nazwą ukrywa się Patrick Flegel, który odpowiada za ten barwny koktajl rozmaitych stylistyk. Przed Wami dwie godziny muzyki, trzydzieści dwie piosenki, których warstwa liryczna, nawiązują do tematyki seksualnej, owszem, bo to głównie pieśni o miłości.



Skoro w dzisiejszej odsłonie nieco więcej formuły piosenkowej, to musi zabrzmieć kolejny utwór grupy Camera Obscura, która w ten sposób zapowiada najnowszą płytę zatytułowaną "Look To The West", premiera 3 maja.



Prześliczna piosenka otwiera najnowszy, wydany wczoraj, album zatytułowany "The World Is Louder", polskiej grupy Oxford Drama.



Przed tygodniem zaprezentowałem pierwszy singiel z płyty "Kimiyo" - Alexa Henry'ego Fostera, najwyższa pora na kolejny, premiera albumu 26 kwietnia.



Baby Rose i Badbadnotgood - czyli wokalistka Jasmine Rose i przyjaciele z dobrze znanej grupy, fragment wczoraj opublikowanej płyty "Slow Burn".



Jakiś czas temu prezentowałem poprzedni album grupy Project Gemini zatytułowany "The Children Of Scorpio", w ubiegłym tygodniu ukazała się płyta "Colours And Light". Oto tytułowy fragment.



Przeniesiemy się do Melbourne, skąd pochodzi formacja Focus Group, w dniu wczorajszym opublikowała wydawnictwo zatytułowane "Australian Drama".



Zajrzymy do katalogu brytyjskiej oficyny Preserved Sound, która w ubiegłym tygodniu opublikowała album Haydena Barry zatytułowany "Who Are We". Wybrałem z niego taki fragment.





Wczoraj ukazał się album amerykańskiej wokalistki i basistki Meshelli Andegeocelli, zatytułowany "Red Hot & Ra - The Magic City", na którym znajdziemy taką oto pieśń.




Zwalniamy tempo, gdyż piłka na kortach ziemnych odbija się wolniej niż na pozostałych nawierzchniach, pamiętajcie o tym, robiąc zakłady u bukmacherów. Amalie Dahl's Dafnie to norweski kwintet, który wczoraj opublikował album zatytułowany "Star Op Med Solen". Moja ulubiona kompozycja nosi tytuł "Eco- Echoes". Prawdziwy "slow music".



A gdzie podziało się "nagranie tygodnie"? - słusznie zapytacie. Zostawiłem je na sam koniec naszej sympatycznej wyliczanki. Pochodzi z płyty wydanej w 2022 roku, a więc już wiekowej. Allen Dennard to amerykański trębacz, absolwent uniwersytetu w Michigan, który przy pomocy przyjaciół (do studia zaprosił aż sześciu saksofonistów) wydał album zatytułowany "Flashback". Oto moja ulubiona odsłona tego wydawnictwa. Cudeńko!!




sobota, 10 lutego 2024

THE AMAZING - "PIGGIES" "Spacer w chmurach"

 

     I tak oto zupełnie niespodziewanie, przynajmniej dla skromnego, rzecz jasna, autora tego bloga kilka dni temu, dni temu kilka, ukazała się nowa płyta szwedzkiego zespołu The Amazing. Przyznam, że przegapiłem pojawienie się singla, z dwumiesięcznym wyprzedzeniem zapowiadającego lutową premierę wydawnictwa, które przybrało niezbyt szczęśliwą (szczególnie dla przeglądarek) nazwę "PIGGIES" -  wystarczy wygooglać połączenie wszystkich tych trzech słów The Amazing Piggies; trafnych wyników jest niezbyt wiele, recenzji jeszcze mniej. Może gdybym częściej zaglądał na Facebooka, gdzie subskrybuje wieści nie tylko od tej skandynawskiej grupy, nie byłbym tak zaskoczony. Niespodzianka jest tym milsza, że najnowsze dzieło Christofera Gunrupa (wokalista, autor wszystkich kompozycji) oraz jego kolegów jest udane, i z każdym przesłuchaniem zyskuje na wartości. Trzeba jednak podkreślić, że wytwórnia Fashionpolice Records (nigdy o niej nie słyszałem), nie zrobiła wiele, żeby chociaż w minimalnym stopniu wypromować to wydawnictwo zacnego jednak szwedzkiego zespołu. Może zupełnie niepotrzebnie się czepiam, a cała akcja marketingowa dopiero się rozpocznie, kiedy stopnieją ostatnie śniegi w okolicach Malmo - szczerze w to wątpię.



Sympatycy zespołu The Amazing świetnie wiedzą, że znakiem rozpoznawczym najlepszych kompozycji szwedzkiej formacji bywa nostalgiczny nastrój lub oniryczna atmosfera - tworzona w oparciu o brzmienie gitar (znany Reine Fiske, którego sylwetkę nieraz już przybliżałem) oraz subtelnie prowadzoną wokalizę Christofera Gunrupa. Przy okazji recenzji wcześniejszych płyt zespołu porównywałem barwę jego głosu do tembru Marka Kozelka. Warto zaznaczyć, że głos szwedzkiego wokalisty ma zdecydowanie więcej głębi, łagodności, szlachetnej gładkości, w większym stopniu zjednuje przychylność oraz uwagę odbiorcy. Ten głos potrafi wiele i wyjątkowo dobrze odnajduje się w tej estetyce. 

Z dokładnym określeniem tej ostatniej recenzenci zwykle mają problemy - z pewnością nie jest ani psychodeliczny rock, jak uważają co niektórzy, ani tym bardziej progresywna jego odmiana, czy kolejna współczesna hybryda jaką stanowi neofolk. Te najbardziej udane, a zarazem zapamiętane i wielokrotnie odtwarzane, nie tylko przeze mnie, piosenki grupy The Amazing, można określić mianem dream artrocka. Marzycielski melancholijny nastrój w połączeniu ze skromnymi, ale celnymi aranżacjami, oraz rozbudowane niekiedy partie gitar - tak w dużym skrócie prezentuje się charakterystyczne dla poczynań skandynawskiej grupy modus operandi. Choć równie często, jeśli nie częściej, ekipa dowodzona przez Gunrupa rozmyślnie flirtuje z indie-popem i tworzy proste zgrabne piosenki.

Przy okazji wcześniejszych recenzji wspomniałem, że poczynania grupy The Amazing przypominają stanie w rozkroku, jedna noga tutaj, druga tam, jakby członkowie tej formacji nie mogli się zdecydować i nagrać całego albumu tylko w stylu pop lub dołożyć większych starań i stworzyć pełne artrockowych zachwytów dzieło sztuki. Dziś myślę, że przez ten osobliwy i wyraźny kontrast pomiędzy indie-popem a artrockiem, wspaniałe pieśni utrzymane w tej drugiej stylistyce są jeszcze bardziej widoczne. Doprawdy trudno je pominąć, niemal na każdej z ostatnich płyt zespołu można znaleźć kilka takich wyjątkowych kompozycji. Przeważnie rozwijają się powoli, jak powolne bywają nieraz opowieści dojrzałych artystów, którzy nie w energetycznym przekazie szukają siły, tylko w głębi zanurzenia w rozwijaną niespiesznie historię. Takie kompozycje czasem trwania zwykle przekraczają sześć minut i właśnie te momenty z twórczości wciąż chyba niezbyt dobrze znanego w naszym kraju The Amazing cenię sobie najbardziej.




Pięć długich lat przyszło nam czekać na album zatytułowany "Piggies". Gitarzysta grupy Reine Fiske (znany również z Dugen, Fire! Orchestra, Landberk, Morte Macabre, Paatos, Motorpsycho, Elephant9 itd.) zajął się w tym czasie produkcją, chociażby płyt grupy Melody's Echo Chamber. Może dzięki doświadczeniu zebranemu w tej dość trudnej materii, najnowsza propozycja The Amazing brzmi tak gładko. Pewnie niektórym z Was moje słowa mogą wydać się dziwne, ale musiałem przyzwyczaić się do tej płyty. Odrobinę przestawić myślenie, które trochę odwykło od obcowania z prostym gitarowym graniem. Mówiąc krótko, musiałem posłuchać tych ośmiu spójnych piosenek raz, drugi, trzeci, żeby za czwartym razem już niemal w pełni poczuć to, co udało się szwedzkiej formacji osiągnąć. 

Najsłabsze w tym zestawieniu wydaje się być otwarcie "Streetfighter", które moim zdaniem niczego wielkiego nie obiecuje, ani zbyt wiele po sobie nie zostawia, ale od czegoś trzeba było zacząć. W kolejnym "Antichrist" znajdziemy już charakterystyczne dla dokonań grupy nostalgiczne frazy gitar oraz urokliwy głos, który tak płynnie potrafi połączyć ze sobą poszczególne takty. Na singla promującego to wydawnictwo chyba wybrałbym "I Think I Found A Way" - zwiewna melodyka, której wielu artystów mogłoby Szwedom pozazdrościć, potencjał przeboju, pomimo melancholii wyraźnie obecnej w zaśpiewach wokalisty. "Cinnamon" i "Figurehead" przywołują nastrój kompozycji Marka Kozelka czy grupy Red House Painters, do którego twórczości Christofer Gunrup chętnie się odwołuje. Podobnie jak do płyt zespołu The Cure - w utworze "Last Stand", partia basu przypomniała mi klasyk The Cure - "Picuteres Of You". W jednym z wywiadów Christofer Gunrup oświadczył, że kompozycja "Plainsong" - The Cure to:" najlepsza piosenka otwierająca jakikolwiek album w historii". Przyznam szczerze, że jest w tym zdaniu sporo racji. Jak to nieraz bywa, najlepsze danie szwedzka formacja zostawiła na sam koniec. Mowa tu o wyjątkowo subtelnej odsłonie zatytułowanej "Through The Cracks". Wszystko tutaj się zgadza w sposób nadzwyczajny i głos wokalisty, i nastrój, również praca gitar, które odzywają się, i to jak!, w drugiej części tego znakomitego utworu. Jeśli poczujecie te dźwięki na skórze, będzie to wyraźny znak, że możecie raz jeszcze zacząć słuchać całej płyty.

(nota 7.5-8/10)

 


Przyjemne ciarki pojawiły się na ciele, to dobry znak. Przy okazji "Through The Cracks" tak właśnie powinno być. Wybornie brzmi to nagranie - niespieszna pierwsza część i znakomite gitarowe rozwinięcie wiodące nas do szczęśliwego końca. Sugerujące, żeby wielokrotnie  powracać do tej odsłony albumu "Piggies". W zaistniałej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak po raz kolejny udać się na spacer w takim oto sympatycznym towarzystwie.



Spróbuje podtrzymać ten oniryczny nastrój, i przedstawię wam artystkę z Teksasu - Haley Conlin, która przybrała pseudonim Dottie.



I  jeszcze raz Dottie, tym razem na gościnnych występach w Londynie, skąd pochodzi grupa Whitelands, która 23 lutego opublikuje album zatytułowany "Night-Bound Eyes Are Blind To The Day".



I znów lotem błyskawicy pokonamy spory akwen wodny, trafimy do miasta Filadelfia, żeby posłuchać fragmentu płyty "Wesley" grupy Delsea Drive.



Kolejny szybki lot zabierze Was do Indonezji, miasto Jakarta oraz pełna uroku kompozycja z płyty "Gushing" formacji Crayola Eyes.



Oficyna 4AD wczoraj opublikowała bardzo udany album zatytułowany "Phasor", autorstwa Helado Negro, wybrałem dla was taki oto fragment.



Podobnie jak najnowsza płyta Helado Negro, znakomite recenzje zbiera  - tyle, że we francuskiej prasie - ostatni album Cabane (belgijski artysta Thomas Jean Henri), który przy wsparciu wokalistów Sama Gendersa oraz znanej z recenzji na tym blogu Kate Stables, pod koniec stycznia opublikował wydawnictwo zatytułowane "Brulee".



Zajrzymy na moment do katalogu oficyny Bongo Records, przywoływany już niegdyś przeze mnie Project Gemini (pod nazwą ukrywa się Paul Osborne), 5 kwietnia opublikuje najnowszy album zatytułowany "Colours & Light". Oto kompozycja z tej płyty.



Pod koniec stycznia ukazała się nowa płyta amerykańskiego perkusisty Vinnie Sperrazzy zatytułowana "Sunday", z gościnnym udziałem kilku muzyków, na saksofonie Loren Stillman.



Przed Wami znakomite nagranie! Na dobry początek ok. 6 minut 30 sekund wokalnego wstępu, w roli głównej Marianne Svasek, a potem jego kilkunastominutowe sugestywne rozwinięcie, w wykonaniu trzech saksofonistów, trębacza, puzonisty, wibrafonisty, klarnecisty, pianisty, skrzypka i dwóch perkusistów. Mało? W tym zestawieniu personalnym nie mogło również zabraknąć basu, a zgrał na nim Vilhelm Bromander, którego nazwiskiem sygnowano wydawnictwo zatytułowane "In This Forever Unfolding Moment". 






sobota, 21 maja 2022

PROJECT GEMINI - "CHILDREN OF SCORPIO" (Mr Bongo) "Brudny Harry i jego dzieci"

 

    "Wiem, o czym myślisz, śmieciu: "Wystrzelił sześć razy czy tylko pięć?". Szczerze mówiąc, straciłem rachubę w całej tej zabawie. Ale, zakładając że to magnum 44, najpotężniejszy pistolet na świecie, może elegancko odstrzelić ci łeb... Musisz zadać sobie pytanie: "Czy mam dziś szczęście". Masz, śmieciu?". Pewnie większość z Was kojarzy ten subtelny monolog, który pada z ust Brudnego Harry'ego, głównego bohatera filmu o tym samym tytule. Jak pamiętamy, w tę postać wcielił się Clint Eastwood, rozpoczynając tym samym całą późniejszą serię filmów. Premiera tego obrazu, opowiadającego o próbie schwytania szaleńca, który przybrał pseudonim "Skorpion", i strzelał z dachów budynków miasta San Francisco do przypadkowych przechodniów, miała miejsce tuż przed Wigilią, 23 grudnia 1971 roku.



Z umiłowania do tego filmu, jak i do muzyki przełomu lat 60/70, powstała grupa Project Gemini, pod którą to nazwą ukrywa się przede wszystkim jeden twórca, muzyk, producent i dziennikarz - Paul Osborne. To właśnie on kilka lat temu, przesłuchując stare albumy ze swojej bogatej winylowej kolekcji, zapragnął stworzyć coś, co brzmieniem przywoływałoby ducha dawno minionej epoki. Obok ścieżki dźwiękowej Lalo Schifrina do wspomnianego powyżej "Brudnego Harry'ego", Osborne zainspirował się muzyką Ennio Morricone wykorzystaną w filmie "Vergogna Schifos" (1969), kompozycjami Luisa Bacalova z płyty "The Summertime Killer" (1973), czy Marka Fry'a - "Dreaming With Alice" (1972). W tym kontekście warto również wspomnieć o dawnych piosenkach spółki Gainsbourg/Vannier, barokowym popie, czy zakurzonych utworach utrzymanych  w gatunku acid-folk i psycho-funk.

Zanim powstał krążek "The Children Of Scorpio", Paul Osborne opublikował dwa single, nawiązujące do tej samej retro stylistyki, korzystając z pomocy oficyny Delights Records. Wspominam o tym dlatego, że szef tej wytwórni został zaproszony na późniejszą sesję nagraniową, i zagrał na instrumentach klawiszowych między innymi w psychodelicznej odsłonie "Path Through The Forest". Oprócz niego, w analogowym studiu należącym do Paula Isherwooda (produkcja, bas, członek grupy The Soundcarries, których płytę "Wilds" recenzowałem na początku tego roku), pojawili się: Kid Victrola, odpowiedzialny za teksty piosenek, gitarzysta francuskiej formacji Gloria, multiinstrumentalista Shuzin (perkusja), oraz gitarzysta Little Barrie Cadogan. W tym składzie panowie bez trudu wyczarowali charakterystyczne brzmienie, które nie tylko bezpośrednio nawiązuje, ale też w niczym nie ustępuje temu, jak grano ponad pół wieku wstecz. Płytę rozpoczyna tytułowa kompozycja, i od razu przenosi nas prosto na ulice chociażby dawnego San Francisco. W dalszej części tego wydawnictwa napotkamy bardzo urokliwe fragmenty, jak: "Scorpio's Garden", czy mój ulubiony "June" (świetna linia melodyczna), oraz psychodeliczny powiew obecny w "Plan Your Escape", "Burried In The Woods". W odróżnieniu od wielu tego typu retro produkcji czy vintage'owych zapożyczeń, które przypominają lepiej lub gorzej przetworzone cytaty, w kilku fragmentach albumu pojawia się całkiem przyzwoita wokaliza. To właśnie dzięki niej te gotowe do wykorzystania w filmach ścieżki zyskały na znaczeniu. Kompozycje stworzone w oparciu o proste motywy, przykuwają uwagę także starannością wykonania i dbałością o szczegóły - analogowy sprzęt studia Garden's End zrobił swoje. To, co popycha ten album i nadaje mu dodatkowej dynamiki, to również krótki czas trwania poszczególnych odsłon. Na szczęście żaden z artystów zaproszonych na sesje nagraniowe nie wpadł na pomysł, żeby niepotrzebnie przeciągnąć jakiś moment lub uwypuklić jeden z elementów subtelnej aranżacyjnej tkanki. Po prostu, te utwory wypełnione są po brzegi treścią.

  (nota 7.5/10)

 

 

  

W tytule dzisiejszego wpisu padła nazwa oficyny Mr Bongo Rec., o której wspomniałem już przy okazji innych recenzji. Dla zainteresowanych tym tematem dodatkowe kilka słów o tym labelu. Wszystko zaczęło się w 1989 roku od... niewielkiego sklepiku...



Przyznam, że chętnie sięgnąłem do płyt, które Paul Osborne wskazał jak główne inspiracje, i o których wspomniałem w powyższym wpisie. Oto jedna z nich - Ennio Morricone - "Vergogna Schifosi".



Do podobnej retro stylistyki nawiązuje w swoich kompozycjach belgijski twórca Boris Maurussane, który właśnie opublikował najnowszą płytę "Social Kaleidoscope".



Najnowsza, dopiero co wydana, płyta Porridge Radio - "Wasterslide, Diving Board, Ladder To Sky" nieco mnie rozczarowała. Zabrakło mi odrobinę więcej tej emocjonalnej wokalizy Dany Margolin, którą lubię.



Phantom Handshakes to duet Federica Tassano i Matt Sklar z Nowego Yorku, który dopiero stawia swoje pierwsze kroki.



Kolejny zgrabny i eteryczny duecik, połączenie sił wokalistki Lau Nau (Laura Naukkarinen) oraz tria Sontag Shogun, w kompozycji "On Perceiving Time". Śliczności... prześliczności... cudowności...



Tytułowy utwór z ostatniej płyty Grant-Lee Phillipsa - "All That You Can Dream" uzupełni listę dzisiejszych dodatków.



W kąciku improwizowanym przeniesiemy się do Australii, bowiem z Adelajdy pochodzi kolektyw, który przybrał nazwę The Shaolin Afronauts, czerpią z jazzu przełomu lat 60/70, inspirują się afrobeatem. Oto fragment z ich płyty "Dust/Salt Flat Muscle".