Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Club 8. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Club 8. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2026

MONOLITHE NOIR - "LA FOI GELEE" (Humpty Dumpty Records) "Zamarznięty puls"

 

  Przed Wami w głównej odsłonie chłodne brzmienie syntezatorów, które połączą się z wyraźnymi rytmami, żeby wspólnie stworzyć intrygującą, momentami mroczną, całość. Każda kompozycja, z tych zebranych na wydanej przed tygodniem płycie - "LA FOI GELEE", brukselskiego artysty MONOLITHE NOIR (pod szyldem ukrywa się Antoine Pasqualini), ma własny wyczuwalny puls oraz tempo. Poszczególne dźwięki płyną spokojnie, czasem przyspieszają, nieraz zwalniają i prowadzą słuchacza przez muzyczne krainy. Warto podkreślić, że to czwarta w dorobku płyta belgijskiego artysty, i pierwsza, na której jest tak dużo ścieżek wokalnych.




"Zamarznięty puls" - tak można określić najnowszą propozycję "MONOLITHE NOIR, mając w pamięci zarówno tytuł, jak i nastrój tego wydawnictwa. Albumu otwiera bardzo udana kompozycja, która od pierwszych tonów wciąga słuchacza w intymny świat twórcy. Dość łatwo można wyczuć charakterystyczny dla tego projektu nastrój. Tym razem Antoine Pasqualini zaprosił do współpracy sporo gości ( pojawia się gitara elektryczna, altówka, wiolonczela, a nawet lira korbowa). Przy okazji "La Foi Gelee" Belg opuścił ulubione elektroniczno-ambientowe rejony, i śmiałym krokiem wszedł do strefy, gdzie dużo bardziej akcentuje się brzmienie gitary, basu oraz perkusji.

"Ten album opowiada o uczuciach empatycznego mrozu - o momencie, kiedy wiara, zaufanie lub nadzieja wydają się zamarznięte. Chciałem, żeby muzyka sprawiała wrażenie zamrożonej, jakby czas zwolnił, zanim coś znowu zacznie się rozmrażać". 

Jedną z ciekawostek jest potwierdzony przez Belga fakt, że motywy basowe mają na tym albumie zwykle od czterech do sześciu nut. Antoine Pasqualini wykorzystał analogowy sprzęt. "Lubię stary analogowy sprzęt, bo jest niedoskonały. A to sprawia, że muzyka brzmi bardziej żywo".





Na płycie "La Foi Gelee" to kontrasty staja się kluczowe - zimne syntezatorowe dźwięki spotykają się z pozostałymi instrumentami, żywy rytm przeplata się z minimalistycznymi motywami, a cisza (czy też spokojne partie, szczególnie pod koniec albumu) zyskuje na znaczeniu. Nie brak tutaj momentów, które wciągają słuchacza od razu - "Long Bridge" czy "Running Fast" - to pulsujące rytmicznie fragmenty, mające lekkość, odrobinę transu oraz potencjał alternatywnego przeboju.

To epilog albumu zdaje się być dużo bardziej wymagającą częścią. Powolne tempo, sporo przestrzeni, jak w zamykającym całość "La Foi Gelee", psychodeliczny nastrój. Autor zamierzał tu przybliżyć moment stanu emocjonalnego, tuż po utracie kogoś ważnego i próbę powrotu do normalnego życia. Podczas prac na płytą Pasqualini inspirował się muzyką filmową, a także, co ciekawe, rockiem progresywnym. Nagrania terenowe dyskretnie wplecione w tkankę aranżacyjną to: szum miasta, odległe dźwięki ulic, pogłos pomieszczeń. Wszystko to miało stworzyć wrażenie realnej przestrzeni. Co z tych planów i zamierzeń wyszło, jak zwykle ocenicie sami.

Dodam tylko, że Antoine Pasqualini zaleca jednak słuchanie albumu w wersji winylowej (pewnie nie tylko ze względu na cenę). Podczas rejestracji użyto analogowych syntezatorów i kompresorów, które wprowadziły naturalne niedoskonałości.

(nota 7.5/10)


 



Cóż, że ze Szwecji, czyli spotkanie z dobrymi znajomymi, grupa CLUB 8 oraz ich najnowsza piosenka, która przypomniała mi dawny singiel Saint Etienne.




Przeniesiemy się do Canterbury, jeszcze ciepły nowy singiel prezentowanej niedawno grupy MEMORIALS, który zapowiada płytę "All Clouds Bring Not Rain", premiera 27 marca.




Zawitamy w Nowym Yorku, na początku marca ukazała się epka formacji MIDNIGHT GRANGER zatytułowana "Midnight Grager".




Kolejna, tym razem debiutancka, epka pojawi się w sklepach 26 marca, będzie nosić tytuł "These Things Takie Time", autorstwa grupy Goodbye.




I jeszcze jeden mini album. Tym razem nie z Wysp Brytyjskich, tylko z Kostaryki. Formacja GEMAS oraz fragment z epki "Miedo A Perder".




Wizyta w Hanowerze przyniesie spotkanie z grupą THE TYRANT AND THE FUTURE, która niedawno opublikowała album zatytułowany "Blurry White Lines".





Australia i JAY WATSON, który wydaje swoje płyty pod pseudonimem GUM, wczoraj ukazał się siódmy w dorobku album zatytułowany "Blue Gum Way". Oto mój ulubiony fragment.






KACIK IMPROWIZOWANY - a w nim gitarzysta i producent z miasta Los Angeles - Gregory Uhlmann oraz fragment z jego wczoraj wydanej płyty zatytułowanej "Extra Stars".






Kolejni nasi znajomi tym razem z Danii - Claus Waidtlow oraz Nikolaj Hess oraz ich najnowsza smakowita kompozycja.





sobota, 25 stycznia 2025

TUNNG - "LOVE YOU ALL OVER AGAIN" (Full Time Hobby) "Zamknięcie kręgu czyli zielony kosmos"

 

     Postać Mike'a Lindsaya gościła już na łamach bloga i to całkiem niedawno. Kilka miesięcy temu recenzowałem jego solowy i całkiem udany album zatytułowany "Supershapes Volume 1", przy okazji wyraziłem nadzieję, że wkrótce ukaże się część druga. Przypomniałem wtedy, że brytyjski muzyk i producent jest bardzo zapracowanym artystą; działał w grupie Low Roar, z Laurą Marling współtworzy ciepło przyjęty zarówno przez odbiorców, jak i recenzentów, duet Lump. Pomagał w produkcji płyty Anny B Savage - "Iniflux" (jej nowa propozycja ukazała się wczoraj), naszego dobrego znajomego Williama Doyle'a - "Spring Eternal" (choć nie było to udane wydawnictwo), oraz kolejnej znajomej Dany Gavanski - "Late Slap". Oprócz tego ponad dwie dekady temu zdążył jeszcze założyć grupę Tunng. I to właśnie ta ostatnia formacja w dniu wczorajszym opublikowała ósmą, jeśli dobrze policzyłem, w dyskografii płytę - "Love You All Over Again". To wydawnictwo ukazał się niemal dokładnie dwadzieścia lat po udanym debiucie grupy - "Mother's Daughters And Other Song". Mamy więc coś w rodzaju wcale nie tak drobnej i okrągłej rocznicy.





Wspomniałem o tym nie bez przyczyny, bowiem Mike Lindsay tworząc kompozycje zawarte na wczoraj wydanym albumie, rozmyślnie sięgnął do dwóch pierwszych płyt zespołu Tunng. Chciał sprawdzić, jak wtedy brzmiały ich piosenki, przy okazji przypomnieć sobie sposób, w jaki powstawały. Debiutanckie dzieło nagrywano w studiu mieszczącym się we wschodniej części Londynu. Jako pierwszy na twórczości Tunng poznał się, przywoływany już nieraz na łamach bloga, Gilles Peterson, który umieścił ich nagranie na singlu promocyjnym. Ósmy album formacji "Love You All Over Again", stanowi ciekawą próbę powrotu do tej radości i swobody tworzenia, która towarzyszyła pierwszym kompozycjom brytyjskiego zespołu.

"Powróciłem do dwóch pierwszych albumów tylko po to, żeby posłuchać, w jaki sposób łączyliśmy wtedy gatunki (...). Na przestrzeni lat brzmienie Tunng zmieniało się, ale u jego podstaw zawsze leżało to, co Sam (Gendel) i ja stworzyliśmy na pierwszym albumie" - oświadczył Mike Lindsay.

Brzmienie zespołu rzeczywiście systematycznie przeobrażało się z płyty na płytę. Żeby zamknąć je w rozpoznawalnych ramach, dziennikarze stworzyli etykietę -  "Folktronica". "Wszyscy wciąż tu jesteśmy, dwadzieścia splątanych skrzydeł śpiących na dębie" - śpiewa Sam Gendel na nowej płycie, w odsłonie która nosi tytuł "Didn't Know Why". I tak oto sześcioosobowa załoga powraca po pięciu latach przerwy, które minęły od wydania poprzedniego krążka "Dead Club".






I ponownie możemy usłyszeć sporo ciekawie zaaranżowanych piosenek. Bazą większości z nich jest brzmienie gitary akustycznej - od czegoś trzeba rozpocząć nudne próby - do którego dołączają syntezatory, miękka elektronika, modyfikowana na różne sposoby, i tak typowa dla wszelkich poczynań zespołu. Charakterystyczne bywają również melodie, które mogą przypomnieć utwory islandzkich czy skandynawskich formacji, takie jak - Mum lub wczesny Efterklang. Z kolei miękka elektroniczna tkanka może budzić skojarzenia z dawnymi dokonaniami grup, które przed laty wydawały swoje albumy w oficynie Morr Music. Czasem odezwie się fortepian, to znów instrumenty dęte drewniane podkreślą jakiś motyw, przedzielą wątek przywoływany przez głos Sama Gendela oraz jego towarzyszki i chórzystki Becky Jacobs, którzy po raz kolejny deklarują: "Wysyłamy naszą radość niczym małe latawce". 

Te piosenki rzeczywiście niosą radosny, niekiedy tajemniczy lub egzotyczny przekaz. W tekstach dominuje swobodna gra wyobraźni, magia i surrealizm podają sobie dłoń w onirycznej atmosferze. Pojawia się również coś na kształt rymowanki dla dzieci. Odnajdziemy w nich także postać Jenny, stały punkt programu, przewijający się przez wiele albumów grupy Tunng. Tym razem uśmiecha się do nas w odsłonie zatytułowanej "Didn't Know Why". "Jenny powiedziała, że nie chce wracać do domu, krzyknęła w kierunku nieba, połknęła telefon, swój samochód, telewizor i spaliła sobie włosy".

 W "Levitate A Little" muzycy odmalowują obraz "dwudziestu kruków w piwnicy, które jedzą chipsy i popijają piwo". Kompozycja "Drifting Memory Station" została nazwana na część DMS, maszyny wyprodukowanej przez Soma Laboratories, której funkcja polega na przearanżowaniu pętli dźwiękowej i tworzeniu rytmu. W finałowym "Coat Hangers", oprócz repetycji gitar znajdziemy fragmenty rozmów zespołu zarejestrowanych w garderobie podczas tras koncertowych.

(nota 7/10)


 


W dzisiejszej odsłonie dodatków nieco więcej kobiecych głosów i jedna wspaniała płyta na sam koniec. Radosną wyliczankę rozpocznie brytyjska dream-popowa grupa Tokyo Tea Room, która wczoraj opublikowała album zatytułowany "No Rush".




Karolina i Johan tworzą szwedzki duet, który przybrał nazwę Club 8, nowy sezon wydawniczy przywitali nowym singlem.




Kathryn Mohr reprezentuje stan Kalifornia, w dniu wczorajszym ukazała się jej nowa płyta zatytułowana "Waiting Room".




W dzielnicy Brooklyn mieszka kolejna wokalistka Melissa Mary Ahern, przed tygodniem ukazała się jej  płyta "Kerosene".




Cóż, że ze Szwecji, czyli Sofia Hardig i miasto Sztokholm, oraz fragment z najnowszego albumu - "Lighthouse Of Glass", który ukaże się 11 kwietnia.




Wnikliwi Czytelnicy pewnie zauważyli, że od kilku tygodni w blogowych dodatkach pojawia się jakaś reedycja płytowa. Nie twierdzę, że tak będzie co tydzień, czas pokaże. Tym razem padło na mało znaną francuską grupę - Freluquets (bądź Les Freluquets), ich album "La Debauche" ukazał się w 1990 roku, został wznowiony przed tygodniem, i zawiera chociażby taki urokliwy przebój.



Niemcy reprezentują Donna i Gunther Jenssen, którzy tworzą grupę Donna Regina. 17 stycznia opublikowali album "Lazing Away", zamyka go znany przebój Leo Ferre - "Avec Le Temps".




Wielu artystów próbowało zmierzyć się ze wspaniałą kompozycją "Avec Le Temps", z różnym dodajmy skutkiem. Jedną z moich ulubionych wersji wykonał na koncercie Bertrand Cantat, niegdyś znany całkiem nieźle także w naszym kraju wokalista grupy Noir Desir.





Na koniec zostawiłem zdecydowanie najlepszą rzecz w dzisiejszym zestawieniu. KOMPOZYCJA TYGODNIA, "Płyta tygodnia", "Album miesiąca" (prawdopodobnie), ale przede wszystkim "Reedycja miesiąca", gdyż płyta niemieckiego kwartetu GREEN COSMOS - "Abendmusiken" ukazała się po raz pierwszy w 1983 roku, a jej wznowienie pojawiało się wczoraj również na bandcampie. Aż trudno uwierzyć, że do tej pory jakoś do niej nie dotarłem, podczas moich rozlicznych poszukiwań, chociażby przez przypadek. Jak to się stało, że tak wyjątkowy materiał uchował się przez tak długi czas, że wzmianki o nim nie pojawiały się na stronach dla kolekcjonerów? 

Wydaje się, że w 1983 roku album "Abendmusiken" trafił pod niewiele strzech, nie tylko z powodu niezbyt dużego nakładu, ale również z tej przyczyny, że w tamtym okresie była już moda na zupełnie inne granie, niż to, które prezentował kwartet GREEN COSMOS, nawiązujący w brzmieniu do spiritualjazzu czy noir jazz. Niemiecką załogę tworzyli Michael Boxberger - saksofony, Ulrich Franke - bass, Benny During - fortepian i Alfred Franke - perkusja, kalimba. Pikanterii dodaje fakt, że panowie nagrali tylko jedną płytę, saksofonista Michael Boxberger występował również w innym równie słabo znanym jazzowym składzie Four Drops (Only). Wspaniały materiał do wielokrotnego odtwarzania. Wprawdzie tytuł albumu sugeruje, że to muzyka na koniec roku, ale my właśnie od niego rozpoczniemy nowy, oby udany, sezon wydawniczy. Tak wspaniale kończy się to wydawnictwo. CUDO!!




 









sobota, 23 marca 2024

JULIA HOLTER - "SOMETHING IN THE ROOM SHE MOVES" (Domino Rec.) "Slow Music"

 

     Sześć długich lat czekaliśmy, mniej lub bardziej niecierpliwie, na nowy album Julii Holter. Kiedy artystka rozstała się z nami jesienią 2018 roku, była w doskonałej formie, czego wymowne potwierdzenie stanowiła płyta "Aviary", której poświęciłem recenzję na łamach tego bloga. Holter już wcześniej miała tak zwaną dobrą prasę. Nie chcę w tym momencie dociekać, z czego dokładnie może to wynikać. Ile w tym szczerości czy rzetelności, a ile konformizmu lub polityki. Wspominałem już kilka razy, że wydawnictwa zbliżone nastrojem oraz tempem do tego, w jaki sposób na artystycznej niwie wyraża się amerykańska artystka, zwykle nie znajdują uznania w oczach recenzentów. Większość zachodnich dziennikarzy (podejrzewam, że również z racji wieku) ceni sobie płyty dynamiczne i energetyczne, utrzymane na odpowiednim poziomie BPM (ilość uderzeń na minutę) - ot, takie ich prywatne idiosynkrazje - a senne czy leniwie przeciągające się kompozycje (niezależnie od ram gatunkowych), w których pozornie niewiele się dzieje, z reguły nie otrzymują wysokich not w ich opisach. 
Innymi słowy mówiąc, Julia Holter jest naprawdę jednym z nielicznych artystów reprezentujących szeroko pojęty nurt "slow music", która zawsze może liczyć na wsparcie prasy branżowej. Dlaczego tak się dzieje? Czy piosenkarka z Los Angeles ciągle jest w doskonałej formie? Albo mało kto zbliża się do tego poziomu? A może to kolejny międzynarodowy spisek? Prawda zwykle leży gdzieś po środku. Mówiąc całkiem serio, pewnie w tle tych lepszych lub gorszych prób uchwycenia fenomenu Julli Holter, kryje się raz po raz także dziennikarska obawa przed wyłamaniem. Znacznie łatwiej chwalić lub piać z zachwytu w miłej grupie, dołączając tym samym do chóru zgodnych głosów, niż krytykować w pojedynkę, narażając się na ryzyko ostracyzmu.



  Paradoks tego wpisu polega na tym, że również mam zamiar pochwalić album "Something In The Room She Moves", gdyż jest za co. Tyle, że jako autor tego bloga, w odróżnieniu od wielu zachodnich recenzentów, od dawna, regularnie, mam nadzieję, że całkiem sprawnie, poruszam się i dyskretnie promuję wydawnictwa pochodzące z rejonów "slow music". Niczego nie udaję, niczego nie ukrywam, i nie wierzę zwykle w dziennikarską jednomyślność (jeden z nich jakiś czas temu napisał, że: "powolne kompozycje dobre są dla znudzonych życiem emerytów"; wczoraj w "klubie emerytów" otwartymi ramionami powitała go Julia Holter). Taka już moja prywatna idiosynkrazja. Po prostu lubię zanurzyć się w muzyce, uwielbiam rozejrzeć się dookoła i niespiesznie poruszać we wnętrzu kolejnych kompozycji, jakbym rozglądał się i podziwiał barwny krajobraz namalowany przy pomocy pędzla i farb. Oczywiście zamiast tych ostatnich artyści używają instrumentów, lepiej lub gorzej dobranych, w mniejszym lub w większym stopniu odpowiednio wykorzystanych. Mistrzem w tym fachu był niegdyś David Sylvian oraz muzycy, z którymi współpracował przez długie lata swoich twórczych poszukiwań. I to właśnie z jego skromną postacią, a nie z osobą Roberta Wyatta czy Bjork, jak chciałby jeden z recenzentów, od wielu lat kojarzą mi się najlepsze pieśni Julii Holter.

Te zawarte na płycie "Something In The Room She Moves" można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej z nich zaliczyłbym utwory oparte na sekcji rytmicznej - perkusja oraz znakomity, co trzeba wyraźnie podkreślić, bezprogowy bas - Devina Hoffy; jakby duch nieodżałowanego  Micka Karna zagościł na chwilę w studiu nagraniowym. Piosenki należące do drugiej grupy wykorzystują głównie brzmienie syntezatorów i delikatnej elektroniki, za co odpowiedzialny był partner artystki Tashi Wada. Główną rolę odgrywa w nich głos Holter, delikatny, zmysłowy, kobiecy, umiejętnie i trafnie akcentujący na wszelkie sposoby rozmaite dźwiękowe niuanse, a także dyskretnie, tam i tu, poddany cyfrowej modyfikacji. Wybrzmiewający swobodnie w pojedynkę lub rozciągnięty na odcinku czasu jako chór, co dokładnie słychać w utworze "Meyou". Z jednej strony można tu odnaleźć skojarzenia z muzyką eksperymentalną spod znaku Jeanne Lee, z drugiej zaś przywołać bułgarską muzykę chóralną, album "Kalinanka Denkou" - Le Mystere Des Voix Bulgares, o którym wspomina Holter w jednym z wywiadów. Warto zerknąć do tego tekstu, bo wybór istotnych płyt dla amerykańskiej artystki nie jest oczywisty. 

Z tej ambientowej sekcji albumu "Something In The Room She Moves" mocno wyróżnia się kompozycja "Ocean", przypominająca barwne refleksy promieni słonecznych odbijających się od łagodnie unoszących się, to znów miękko opadających, fal. Przy okazji tej odsłony po raz kolejny może pojawić się trop Davida Sylviana, tym razem z okresu owocnej współpracy z Holgerem Czukayem. Pozostałe kompozycje reprezentują nieco bardziej klasyczne podejście do materii dźwiękowej, usłyszymy w nich wspominany wcześniej znakomity bas, oddechy trąbki (Sara Belle Reid), ornamenty fletu - Maia, klarnetu - Chris Speed, subtelne wokalizy, i rozwijane na różne sposoby intrygujące pomysły.

 To, co urzeka od pierwszych chwil obcowania z tym albumem, oprócz bogatej i starannie rozplanowanej faktury, to z jednej strony konsekwencja, wyrażająca się również w spójności całego materiału, a z drugiej pewna doza nieoczywistości, którą reprezentują nietypowe rozwiązania, wybór ścieżek czy dróg, na których toczy się dalsza akcja kolejnych kompozycji. Całość, w charakterystycznym dla Holter stylu, rozpięta jest na pograniczu jawy oraz snu, tego, co mgliste, pozornie znajome i realne, oraz tego, co wciąż modyfikuje swój ostateczny kształt i wymyka się jednoznacznemu ujęciu. To się nazywa "artystyczny pop" z górnej półki.



Tytuł płyty nawiązuje do piosenki grupy The Beatlles. Kolejną z ważnych i podkreślanych przez autorkę wydanego wczoraj albumu inspiracji był ulubiony film animowany jej córki "Ponyo". Nie wspomniałem jeszcze, że w ciągu tych sześciu lat nieobecności Julia Holter urodziła dziecko, została matką, co zawsze jest ważnym punktem w życiu każdej kobiety. Stąd też w początkowej fazie pracy nad nowym albumem amerykańska wokalistka myślała o kołysankach, i taki efekt zamierzała uzyskać, łącząc ze sobą dźwięki w zaciszu domowej sypialni.

 Pierwszym utworem, który powstał, był "Materia", reprezentujący na ostatnim wydawnictwie sekcję "ambientową". Był rok 2019  i prace nad albumem jakoś nie posuwały się naprzód. W tamtym okresie Holter nie mogła czytać książek, co zwykle stanowiło ważny element w jej metodologii pracy. Winą za taki stan rzeczy obciążyła hormony, jako świeża upieczona mama skupiła się głównie na opiece nad dzieckiem, dodatkowo przez pewien czas opłakiwała niespodziewaną stratę szesnastoletniego siostrzeńca. Z dużym trudem, po upływie dwunastu miesięcy, dokończyła dwie następne kompozycje: "Evening Mood" oraz tytułową "Something In The Room She Moves".

"Moje podejście jest konsekwentnie dość dziecinne i prymitywne (...). Uwielbiam próby i błędy. Kocham błędy. Według mnie to jest właśnie najfajniejsze w muzyce". W tym kontekście nie dziwi specjalnie fakt, że wiele kompozycji, które ostatecznie znalazły się na płycie, powstało jako efekt luźnego grania w gronie przyjaciół. W warstwie tekstowej Holter w typowy dla siebie sposób podkreśla zarówno znaczenie poszczególnych słów, jak i samo ich brzmienie. Stąd w kolejnych wersach znajdziemy mnóstwo zabawy językiem, swobodnych  skojarzeń, gier, czy powtarzanych głosek, w sposób w jaki niekiedy robi to małe dziecko, uczące się dopiero podstaw języka. "Miałam obsesję na punkcie uchwycenia tego odczucia zabawy". Cała ta intertekstualność - łączenie pojedynczych dźwięków i słów, własnych oraz zasłyszanych - stanowiła również jeden z tematów jej poprzedniej płyty "Aviary". Najnowszy album autorki zajęć na Occidental College z: "Wprowadzenia do pisania piosenek", w wyrafinowany sposób prezentuje momenty, kiedy język staje się dźwiękiem. Zdecydowanie najlepsze, jak to zwykle bywa przy okazji omawiania twórczości Julii Holter, jest to, że to płyta do odkrywania i wielokrotnego użytku, nie tylko przez zacne grono "klubu emerytów".

(nota 8/10)

 


Ach, ten Chris Speed, ciarki na całym ciele... Dodam nieśmiało, że piosenka, które wybrzmiała powyżej, to kompozycja tego tygodnia. W dalszej części pojawi się jeszcze jedna. A tymczasem... Cóż, że ze Szwecji, czyli duet Pink Milk, eteryczna wokaliza prosto z płyty "Night On Earth", która ukazała się w ubiegłym tygodniu.



Sporo płyt, mnóstwo nowości, coś trzeba wybrać... Szkocka grupa Camera Obscura powraca po latach milczenia, 3 maja ukaże się ich najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Look To The West".



Artysta z Nowego Yorku ukrywający się pod nazwą Chanel Beads, 4 kwietnia dzięki uprzejmości oficyny Jagjaguwar opublikuje nowe wydawnictwo zatytułowane "You Day Will Come".



Nasz dobry znajomy Michael Kay Terence, szkocki muzyk, pseudonim artystyczny Swiss Portrait, kilka dni temu zaprezentował nowy singiel.



Jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich dni, przy okazji reprezentująca strefę "Slow Music". Amerykański twórca Orchid Mantis, i fragment z płyty "I Only Remember The Good Parts", która ukaże się 17 maja.



Nieco ożywimy tempo. Po raz kolejny cóż, że ze Szwecji, zapomniany duet Club 8, który w ostatnich dniach przypomniał o sobie nową piosenką.



Annalisa Lynch oraz jej koledzy z zespołu Silentways kilka dni temu specjalnie dla Was przygotowali taką oto zgrabną pieśń.


Powiecie, że zwyczajnie się uparłem, ale pragnę Was zapewnić, że to czysty przypadek... Znów cóż, że ze Szwecji, grupa Boy With Apple, która w ubiegłym tygodniu opublikowała album "Attachment", gdzie znalazłem dla siebie taki oto pełen uroku fragment.



Rodak Julii Holter, również z miasta Los Angeles, saksofonista Josh Johnson, 5 kwietnia opublikuje nowy album zatytułowany "Unusual Object".



 Wspominałem dziś o malowaniu, zatem pomalujemy świat barwami brytyjskiej grupy Ill Cosidered, która wczoraj opublikowała wydawnictwo zatytułowane "Precipice". Tak oto się rozpoczyna.



Na koniec kolejna kompozycja tygodnia, pochodząca z bardzo dobrej, wydanej wczoraj płyty, naszego ulubionego saksofonisty Nata Birchalla zatytułowanej "New World'. Cudo!



sobota, 17 lutego 2024

JOHN SURMAN - "WORDS UNSPOKEN" (ECM) "Pomiędzy słowami"

 

      Monachijska wytwórnia ECM nie próżnowała od początku tego roku. Przez te pierwsze kilka tygodni zdążyła opublikować pare albumów. Pośród nich znalazła się płyta izraelskiego pianisty Nitaia Herskovitsa - "Call On The Old Wise", czy krążek znakomitego amerykańskiego pianisty Vijaya Iyera - "Compassion". Nowy sezon wydawniczy niemiecka oficyna powitała wspólnym albumem trębacza Arve Henriksena oraz holenderskiego pianisty Harmena Fraanje - "Touch Of Time". Bardzo sobie cenie tych dwóch artystów, jednak na ich wspólnym wydawnictwie ewidentnie czegoś zabrakło. Ci z nas nieco rozczarowani tym krążkiem zawsze, i na otarcie łez, mogą sięgnąć po płytę "Down Deep " - tria Rejiseger/Fraanje/Syla lub album zatytułowany "And The Comes The Night" - Eilertsen/Fraanje/Stronen. Ten ostatni muzyk, dyplomowany i uznany perkusista, dziś jeszcze powróci w innym zestawieniu. Tak bowiem się złożyło, że w dniu wczorajszym nakładem oficyny ECM ukazało się kolejne nowe wydawnictwo, tym razem sygnowane nazwiskiem znakomitego saksofonisty Johna Surmana, noszące wymowny tytuł "Words Unspoken".



Oprócz wspomnianego wyżej saksofonisty i świetnego perkusisty Thomasa Stronena, listę obecności w legendarnym studiu Rainbow (Oslo), dopełnił najmłodszy w tym zestawieniu personalnym trzydziestojednoletni gitarzysta z Londynu - Rob Luft, oraz trzydzieści siedem lat starszy wibrafonista Rob Waring. Można więc zaryzykować twierdzenie, że jest to płyta artystów reprezentujących cztery różne pokolenia muzyków. Najstarszy w tym gronie jest oczywiście John Surman. Z jego twórczością zetknąłem się dość późno. Pierwszym jego albumem, który wysłuchałem, była płyta "Rain On The Window", wydana przez oficynę ECM w 2006 roku. Kompozycje na niej zawarte wyrosły z refleksyjnych dialogów brytyjskiego saksofonisty z Howardem Moody, który w kościele Ullen Kirke zasiadł za klawiaturą organów. 

John Surman skończy w tym roku osiemdziesiąt lat, album "Words Unspoken" może więc stanowić w pewnym sensie skromne podsumowanie jego dotychczasowej bogatej artystycznej działalności. Pierwsze kroki w muzycznej krainie Surman stawiał przy pomocy klarnetu, po który to instrument również obecnie chętnie sięga. Było to spowodowane czy wymuszone faktem, że w latach jego młodości w London College Of Music nie było klasy saksofonu. Jego kilka pierwszych płyt wciąż pozostaje do odkrycia. Świat improwizowanych dźwięków nieco głośniej usłyszał o brytyjskim saksofoniście dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy to John Surman podpisał kontrakt z wytwórnią ECM. Wcześniej powołał do życia skład trzech saksofonistów, eksperymentował z elektronicznymi formułami, żeby później zwrócić się nieco bardziej w stronę swobodnej improwizacji - grupa Brass Project. W dalszej części kariery odkrywał dla siebie brzmienie syntezatorów, grał w kwartecie z Johnem Taylorem, występował w duecie obok ówczesnej partnerki Karin Krog, uskuteczniał barwne dialogi ze wspomnianymi już dzisiaj organami kościelnymi, chórami oraz kwartetem smyczkowym. Amerykańskiego wibrafonistę  Roba Waringa spotkał podczas nagrywania poprzedniego wspólnego albumu "Invisible Threads".



Jeśli chodzi o wczoraj opublikowaną płytę "Words Unspoken" warto także wspomnieć o perkusiście. Thomas Stronen to uznana marka nie tylko w świecie skandynawskiego jazzu. Wystarczy wspomnieć, że ten rozchwytywany muzyk ma już na swoim koncie ponad siedemdziesiąt wydawnictw płytowych. Ze wspomnianym już dzisiaj Arve Henriksenem przed laty powołali do życia zacną grupę Food, oprócz tego grał w zespole Time Is A Blind Guide, w duecie Hum Crash. "Improwizacja jest jak język, dla którego masz słowa, wystarczy je ułożyć w odpowiedniej kolejności, żeby nadać im znaczenie" - oświadczył przy okazji wywiadu.

John Surman zebrał muzyków reprezentujących różne pokolenia w Rainbow Studio, jednak nie dał im szczególnych wskazówek dotyczących tego, jak ma wyglądać współpraca. "Przedstawiłem muzykom jedynie kilka pomysłów i bez dyskusji na temat tego, kto zagra jaki element i jaki kształt przybiorą melodie. Próbowaliśmy złożyć poszczególne elementy w całość, słuchając siebie wzajemnie i reagując" Stąd sporo kompozycji zawartych na "Words Unspoken" ma nieco bardziej otwarty, czy też swobodny charakter. Kwartet dowodzony przez Surmana często posługuje się barwnymi plamami, unika gotowych tematów czy motywów, stawia na intuicje lub współodczuwanie, dzięki czemu kompozycji zebranych na ostatnim wydawnictwie bardzo dobrze się słucha. Długimi fragmentami to materiał do wielokrotnego odkrywania. 

Te najlepsze, przynajmniej moje ulubione, utwory Surmana zwykle niosą ze sobą pogłębione stany refleksji i zadumy, inny sposób odmierzania czasu: "Pebble Dance", znakomity, wręcz wybitny (!!!) w tej estetyce "Words Unspoken", poruszający "Around The Edges". Przy okazji "Precipice" mogą przypomnieć się dawne płyty Jana Garbarka. W "Gravioli" nieco bardziej dał o sobie znać gitarzysta Rob Luft, niestety najsłabsze ogniwo w tym zestawieniu personalnym.

"Zawsze fascynowało mnie słuchanie od ludzi o tak wielu różnych obrazach i przesłaniach, jakie w ich wyobraźni może wywołać każda kompozycja" - John Surman.

(nota 7.5/10)

 


Pozostaniemy w podobnym nastroju, przed Wami harfistka, o której wspominałem już jakiś czas temu - Alina Bzhezhinska oraz towarzyszący jej saksofonista Tony Kofi.



Sporo albumów ukazało się w miniony piątek, w związku z tym jest też sporo rozczarowań. Do tego wciąż powiększającego się grona należy z pewnością William Doyle, który opublikowanym wczoraj krążkiem "Springs Eternal" pokazuje, że nadal nie wrócił do świetnej formy z okresu recenzowanej przeze mnie płyty "Your Wilderness Revisited". Nie przekonała mnie także najnowsza propozycja San Fermin - "Arms", czy Grandaddy - "Blu Wav", moje nieco zmęczone wrażeniami powieki opadły same podczas obcowania z "Should I Stay Or..." - Nouvelle Vague. Dlatego posłuchamy fragmentu najnowszej propozycji Laurenta Bardainne, który skorzystał ze wsparcia grupy Tigre D'eau Douce, i w ten sposób zapowiada nowy album "Eden Beach Club".



Nasz dobry znajomy z kilku wpisów na tym blogu Michael Nau, kilka dni temu podzielił się ze światem całkiem zgrabną sesją. Przed Wami trzydzieści pięć minut dobrej muzyki.



Kolejni nasi znajomi mieszkają w Paryżu, choć pochodzą z Iranu, duet 9T Antiope 12 kwietnia opublikuje album zatytułowany "Horror Vaculi.



W celu złagodzenia brzmienia przeniesiemy się do Szwecji, cóż, że ze Szwecji - Kadiha Komstedt i Johan Angergard tworzą duet Club 8. Oto ich najnowszy singiel.

 


I znów Francja, odrobina paryskiej psychodelii, grupa Empty Full Space oraz fragment otwierający ich album "From The Limbo", premiera 20 marca.



 Pozostaniemy w Europie, piękne szwajcarskie miasto Lozanna, skąd pochodzi trio, które przyjęło nazwę Maril Wubslin, oto utwór zapowiadający ich najnowszą płytę "Faire Ca", która ukaże się 1 marca.



Ulubione miasto Javiera Mariasa czyli Madryt, reprezentuje grupa o dźwięcznej nazwie Tutupatu, kilka dni temu opublikowali płytę "IV", która tak udanie się rozpoczyna.