sobota, 8 czerwca 2024

L'ETRANGLEUSE - "AMBIANCE ARGILE" (Compagnie 4000) "Dusiciel z Lyonu... czyli krajobraz po turnieju Roland Garros"

 

    Zmagania na paryskich kortach powoli przechodzą do historii, a biało-czerwona flaga znów dumnie powiewa nad kortami. I pomyśleć, że wszystko dla polskich kibiców rozstrzygnęło się już w drugiej rundzie potyczek pań, kiedy to Iga Świątek musiała bronić piłek meczowych w starciu z Naomi Osaką, to właśnie tam pokazała, dlaczego jest wciąż "numerem jeden" światowych list, a spotkanie to całkiem słusznie okrzyknięto najlepszym meczem tenisowym tego roku. Tym razem podczas turnieju tenisistów nie było zbyt wielu ekscytujących pojedynków. Początkowo mocno dała o sobie znać wyjątkowo kapryśna pogoda. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy ostatnio podczas trwania turnieju Wielkiego Szlema w Paryżu przez cały pierwszy tydzień aż tak padało. Nawierzchnia była wilgotna, wolna i ciężka, kolejne mecze przerywano i wznawiano, tylko wybrani dostąpili zaszczytu grania pod zamkniętym dachem. Wydaje się, że kilka wyników mogłoby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby podłoże kortów było sypkie i suche, jak chociażby pod koniec trwania drugiego tygodnia. W tenisie mężczyzn wreszcie nastąpiła zmiana pokolenia. Nawet wydawałoby się niezniszczalny Novak Djokovic, w końcu musiał ustąpić pola młodszym o ponad dekadę, doznał urazu i wycofał się z imprezy, choć od jej początku nie był w najlepszej dyspozycji. Tenis pań wciąż pogrąża się w marazmie, nie ze względu na jego niski poziom, z tym bywa różnie, ale ostatnio nie jest najgorzej, tylko za sprawą tragicznie mizernej promocji tych rozgrywek, a co za tym idzie ich recepcji. Bardzo cieszy, bo w ostatnich latach rzadko oglądaliśmy takie obrazki, sukces polskiego juniora Tomasza Berkiety, który dotarł aż do finału.
Tak czy inaczej, pomyślałem, że przydałby się dziś jakiś ciekawy francuski akcent. I oto, zupełnie przypadkiem odkryłem, że wczoraj ukazała się płyta francuskiego kwartetu, który przybrał nazwę L'Etrangleuse. Nie wiem, czy artyści skupieni pod tym szyldem pilnie śledzili to, co działo się na kortach Rolanda Garrosa. Być może kibicowali swoim reprezentantom, którzy, jak zwykle, szybko pożegnali się z turniejem (z bardzo dobrej strony znów pokazała się rosnąca w siłę włoska ekipa, w finale juniorskich zmagań dziewcząt spotkały się dwie tenisistki z Czech. Przypadek? Nie sądzę). Wprawdzie sympatyczna czwórka muzyków nie pochodzi z Paryża, tylko z Lyonu, ale śpiewają po francusku, całkiem nieźle grają na różnych nieraz egzotycznych instrumentach, a ich kompozycje można zapamiętać, dlatego warto poświęcić im chwilę uwagi.




Początki działalności grupy L'Etrangleuse sięgają roku 2008, kiedy to dyplomowana harfistka Melanie Virot spotkała na swojej drodze gitarzystę Maela Saletesa. Ten ostatni właśnie znudził się gatunkiem grunge - swoją drogą, dziwię się, jak w ogóle mógł się nim pasjonować. Ludzkie pokaleczenie bywają różne... Mael Saletes w tym czasie opuścił akurat formacje MacZde Carpate, i poszukiwał dla siebie kolejnego artystycznego otwarcia. Nowo powstały duet, który tuż przed jednym z koncertów przybrał nazwę L'etrangleuse, początkowo w brzmieniu nawiązywał do post-rocka, chociaż tu i ówdzie pojawiały się już afrykańskie rytmy. W założeniu harfa miała grać nieco bardziej rockowo i ostrzej niż zwykle, a zadaniem gitarzysty było sprawne i miarowe odmierzanie taktów. Ten niekonwencjonalny podział ról modyfikował się na przestrzeni lat i pozostał do dziś, czego rozliczne przykłady możemy znaleźć na opublikowanej wczoraj płycie "Ambiance Argile".

To, co wyróżnia to wydawnictwo z powodzi nowych płyt, to bogactwo rytmów czerpiących swobodnie i pełnymi garściami z przestrzeni kultury afrykańskiej. Pomaga w tym zaproszony na sesję nagraniową perkusista Leo Dumond i basistka Anne Godefert, którzy w ten sposób dołączyli do składu. Moim zdaniem właśnie w tym zestawieniu personalnym grupa L'etrangleuse brzmi najlepiej w całej kilkunastoletniej historii. Autor teksów i kompozycji, wokalista i gitarzysta Mael Saletas zainteresował się kulturą afrykańską, kiedy był członkiem Sahra Halgan Trio (Sahra Holgan to piosenkarka z Somalii). Wcześniej przewinął się przez skład dobrze znanej nam grupy Orchestre Tout Pouisssant Marcel Du Champa. Zebrane w ten sposób doświadczenie wykorzystał tworząc kolejne utwory, które wypełniły album "Ambiance Argile".




Wiele z kompozycji kwartetu z Lyonu bazuje na drobnych rytmicznych pętlach, które cyklicznie powtarzane stanowią coś w rodzaju koła napędowego. Zwraca na siebie uwagę pewna szlachetna surowość brzmienia, która przyjemnie kontrastuje z bogactwem świata perkusjonaliów. 
W jego skład wchodzą kartony, pudełka, puszki, itd. Królem wśród tej zbieraniny różnych gadżetów jest Leo Dumont, który swój bogaty zestaw nazwał dość lakonicznie "przedmiotami". Wśród instrumentów wykorzystanych w aranżacjach znajdziemy także egzotycznego rodzynka, jakim jest: djeil n'goni - czyli lutnia malijska. Ciekawe bywają również linie wokalne, które na poziomie interakcji wokaliza-chór odzwierciedlają strategię repetycji. Korty ziemne mają to do siebie, że piłkę trzeba na nich kilka razy cierpliwie przebijać na drugą stronę siatki, zanim uzyska się przewagę.

Sporo różnych skojarzeń może pojawić się przy okazji odsłuchiwania kolejnych odsłon płyty "Ambiance Argile", bo z jednej strony wczesny Talking Heads, przy okazji świetnego "Le Remede" czy "Ornieres", i echa dokonań Stereolab, z drugiej zaś grupy, które mniej lub bardziej świadomie nawiązują do stylistki afrobeatu. Z pewnością świetnie bronią się kompozycje oparte na żywym rytmie, drobnych dialogach gitary, harfy i basu, które to instrumenty zmieniają swoje podstawowe funkcje. Nieco gorzej wypadają utwory, gdzie tego charakterystycznego dla poczynań kwartetu rytmu zabrakło, a poszczególne tony snują się od plamy do plamy, i nie przybierają żadnego konkretnego kształtu. Przydałoby się tu i ówdzie nieco więcej konsekwencji w poczynaniach francuskich muzyków.

(nota 7.5/10)

 


Na dobry początek sekcji "Dodatki..." przeniesiemy się do Nashville (stan Tennesse), skąd pochodzi grupa Lionlimb, która pod koniec maja opublikowała album zatytułowany "Limbo". Oprócz głosu wokalisty Stewarta Bronaugha, w chórkach usłyszymy polski akcent - Ewę Synowiec.




Fani formacji Mercury Rev z pewnością ucieszą się, słysząc nowy singiel, który zapowiada wrześniową premierę albumu zatytułowanego "Born Horses".




Kolejny francuski akcent zabierze nas do miejscowość Metz, skąd pochodzi trio Warietta. W połowie maja opublikowali nowy album zatytułowany "Handkuss Jesus".




Nasz dobry znajomy Orlando Weeks, recenzowałem jego poprzedni album, wczoraj opublikował wydawnictwo zatytułowane "Loja".




Wspominałem, że śledzę poczynania amerykańskiego gitarzysty Steve'a Gunna. Kolejny trop zaprowadził mnie do płyty grupy Beings - "There Is A Garden", która ukazała się wczoraj. 




Zgodnie z obietnicą, powrócę do wydawnictwa "When It's Happening" - Scotta McMikena And The Ever-Expanding. Oto kolejny mój ulubiony fragment.




Z Wysp Brytyjskich pochodzi duet Samana (Rebecca Rose Harris i Franklin Mockett). Pod koniec maja ukazała się ich epka zatytułowana "Dharma". Oto mój ulubiony fragment.




Przed nami jeszcze jedna harfistka (i pianistka), w dodatku z polskimi korzeniami - Marysia Osu, która pojawiła się na wydanej w dniu wczorajszym płycie "Sample The Earth" - brytyjskiej wokalistki Laury Mish. Wyborne nagranie!!




W kąciku improwizowanym odwiedzimy miasto Chicago (stan Illinois) oraz posłuchamy fragmentu najnowszej płyty "The Almighty" multiinstrumentalisty Isaiaha Coliera i jego grupy The Chosen Few.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz