"Ich rozmowy, nawet ta, były raczej interludiami niż poważnymi wymianami zdań. Dreszcz ekscytacji wynikał po części z tego, że łącząca ich emocjonalna więź pozostała krucha. Podniecało ich bycie dla siebie obcymi ludźmi, a później udawanie, że nimi są. Jednak świat istniejący za przesuwanymi oknami - były spaczone i nie otwierały się - wpychał ich do środka. (...) Prowadzenie melodii szło mu całkiem dobrze; ona akompaniowała mu, łagodnie grając lewą ręką bas Albertiego. Kiedy przeszli razem w wyższy rejestr, przechyliła się w prawo i oparła o Rolanda. Odprężył się nieco, gdy o mało nie pogubiła się w pułapce nut zostawionej przez złośliwego Mozarta. Ale ta część wydawała się trwać wieki i czarne kropki, które sygnalizowały powtórzenie, stały się w końcu karą, powtórzonym wyrokiem więzienia. Nie mógł znieść tego napięcia. Piekły go oczy. Część zakończyła się ostatnim akordem, który utrzymał o ćwierćnutę za długo" - "Lekcje" - Ian McEwan
sobota, 6 stycznia 2024
PER TEXAS JOHANSSON - "DEN SAMSTA LOSNINGEN AV ALLA" (Moserobie Music Production) "Dmuchający pielęgniarz"
sobota, 14 października 2023
TRUNKS - "WE DUST" (Il Monstro/L'autre distribution) "Alternatywa znad rzeki Vilaine"
W ramach bardzo niekorzystnej recepcji ostatniego albumu Rogera Watersa, aż prosi się, żeby przywołać sentencję "Gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła". Nie mam zamiaru niżej pochylać się nad płytą "The Darka Side Of The Moon", gdyż zbyt mocno cenię sobie swój kark, ale spróbuję znaleźć złoty środek pomiędzy tym, co w muzyce stare i sprawdzone, a tym, co nowe lub nowatorskie, świeże, osobliwe i niezbyt typowe. O czym mowa? O dojrzałości, którą nieraz osiąga się działając w przestrzeni artystycznej prędzej lub później, a niekiedy pomimo wysiłków wcale. Odnoszę wrażenie, że wydany wczoraj album "We Dust", bardzo słabo znanej francuskiej formacji TRUNKS, jest dziełem dojrzałych, nie tylko z racji metryki, muzyków.
Daniel Paboeuf to urodzony w Lyonie, w 1957 roku, mocno już dojrzały artysta, ale zawsze młodszy od Rogera Watersa, który w ciągu wielu lat, czy nawet dekad, swojej kariery przewinął się przez kilkanaście różnych składów, był także obecny jako muzyk sesyjny podczas nagrywania kilkudziesięciu płyt, z tych nieco bardziej znanych artystów warto wymienić albumy Domnique A czy Francoise Hardy. Na co dzień prowadzi dwa zespoły: elektroniczno-jazzowy DPU oraz Marquis De Sade.
Drugą istotną osobą - nie pomijam przy tym wartości innych - w zespole TRUNKS jest wokalista i basista Leatitia Sheriff. Urodzona w Lille artystka rozpoczęła przygodę z muzyką od albumu "Codification" (2004). Jak sama przyznaje lubi rockowe granie, przywołuje często twórczość Nicka Cave'a, Jeffa Buckleya, Thuerstona Moore'a, czy PJ Harvey. Bardzo chętnie przekracza rozmaite granice stylistyczne, stąd nie dziwi jej współpraca z saksofonistą jazzowym Francoisa Jeanneau, z punkową wokalistka Lydią Lunch, czy z gitarzystą Olivierem Mellano.
Najnowszy, wydany wczoraj album "We Dust" grupy TRUNKS nie przynosi żadnych rewolucji brzmieniowych. Jak wspomniałem wcześniej, kompozycje zawarte na tym wydawnictwie są efektem współpracy dojrzałych artystów, a owa dojrzałość manifestuje się na różnych poziomach. Muzycy dokładnie wiedzą na co ich stać, co chcieliby osiągnąć oraz o co w tym rzemiośle chodzi. Wiele z tych kompozycji oparto na mięsistym pulsie basu i miarowej pracy gitary elektrycznej, jak chociażby udane otwarcie "Less Belles Choses". Surowa minimalistyczna produkcja podkreśliła tylko kluczowe elementy aranżacji, trzymając się z daleka od modnego trybu elektronicznych dodatków. Saksofon Daniela Paboeufa pełni rozmaite funkcje - czasem wzbogaca sekcję rytmiczną punktowym pulsującym oddechem, innym razem umiejętnie oscyluje pomiędzy graniem zgrabnych tematów, tworzeniem barwnych ozdobników, a formą krótkich improwizacji, sukcesywnie buduje napięcie, żeby przy okazji rozładować nagromadzoną energię, co całkiem nieźle słychać w "Norbor". Z kolei w "Edgeways" grupa Trunks pokazała punkowe lub bardziej noise'owe oblicze, partie gitar mogą tu przypomnieć niektórym słuchaczom dawne nagrania wspomnianej już dzisiaj formacji Shellac; choć w drugiej części tej kompozycji francuska załoga znacznie złagodziła brzmienie i poszukała harmonii. Najczęściej powracam do pełnego uroku "Blood On Poppies", który stanowi świetne połączenie rocka z elementami jazzu. Warto podkreślić, że kompozycje zawarte na płycie "We Dust" trzymają równy bardzo dobry poziom i tym samym zachęcają do wielokrotnego użytku.
(nota 8/10)
Korzystając z okazji zajrzymy na ostatnią solową płytę wokalistki Trunks - Laetiti Sheriff zatytułowaną "Stillness", która właśnie tak się rozpoczyna.
Piosenka tygodnia!!! Kto wie, czy nie mój ulubiony utwór ostatnich wielu tygodni, z pewnością ten pełen uroku refren, który od razu się przykleja. "Bonjour Tristesse...". Za takimi melodiami, jak tak zawarta w tym magicznym refrenie, w subtelnym połączeniu kilku zaledwie nut, tęskni się potem i można pójść choćby i na koniec świata. Wspaniale dopełnia barw początku jesieni, choć płyta "Water Words" - Ash Wells ukazała się wiosną tego roku. Aż strach pomyśleć, co byłoby, gdybym w ostatnich dniach przypadkiem na nią nie trafił. Nie miałbym w swojej kolekcji takiego magicznego cudeńka, jak to oznaczone tytułem "Bonjour Tristesse" !!!! ( Ps. Sprawdziłem, dokładnie 1 kwietnia 2023, we wpisie na blogu, dokładnie w "dodatkach", zaprezentowałem urokliwy singiel "Drugstore Perfume" - Ash Wells, najwyraźniej zapomniałem zajrzeć do całej płyty).
Dziś nieco więcej europejskich artystów, Charlene Darling reprezentuje Brukselę, 3 listopada ukaże się jej album zatytułowany "La Parte".
Przeniesiemy się do Genewy, gdzie rezydują Emmanuell Barrato i Filippo Samore, ukrywający się pod szyldem Bandit Voyage, oto fragment ich najnowszej płyty zatytułowanej "Was Ist Das".
W piątek ukazało się najnowsze, ciekawe i zanurzone w mroku dwupłytowe wydawnictwo Melani De Biasio - "Il Viaggio", do którego będę jeszcze wracał, na drugim krążku znajdziemy tylko dwie, za to dwudziestominutowe kompozycje.
Przed nami paryski kwartet Vox Low, który wczoraj opublikował drugi w dorobku album zatytułowany "Keep On Falling". Utwór "Henry Rode" został zainspirowany prawdziwą historią paryskiego dandysa.
John Ghost to belgijski sekstet z miasta Gent, dowodzony przez Jo De Geesta, który w ubiegłym tygodniu opublikował album "Thin Air Mirror Land".
Przyznam, że zastanawiałem się, który album ma być w tym tygodniu daniem głównym. Drugim kandydatem była płyta amerykańskiego producenta i multiinstrumentalisty Rami Atassi zatytułowana "Dancing Together". Dzieje się na niej dużo dobrego, więc pewnie przy następnych okazjach będę wracał do tego udanego wydawnictwa. Posłuchajcie sami!
Podobnie ciekawie brzmi zestaw unikatowych nagrań zebranych na wydawnictwie "Spiritual Jazz 14: Private". To kolekcja nagrań zarejestrowanych pomiędzy 1967 - 1987 rokiem, zrealizowanych "prywatnie", czyli bez pomocy wytwórni płytowych. Oto jedno z nich.
sobota, 1 kwietnia 2023
ORGANIC PULSE ENSEMBLE - "A THOUSAND HANDS" (2Headed Deer) "Wszystkie ręce na pokład"
Dialog w muzyce jazzowej to nie tylko mniej lub bardziej klasyczny album amerykańskiego kolektywu The Modern Jazz Quartet, nagrywany pomiędzy 27 majem, a 25 czerwcem 1965 roku. W wielu opisach płyt znajdziemy wątki dotyczące subtelnej wymiany zdań, szukania porozumienia pomiędzy artystami czy prób znalezienia wspólnego języka. Zderzając ze sobą różne temperamenty i osobowości, odmienne perspektywy oraz ich dominujące tryby myślenia, i tak, w przestrzeni improwizowanych dźwięków, owa próba przytrafia się znacznie częściej, niż w zantagonizowanym świecie polityki, gdzie: "Moja jest tylko i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racją najmojszą".
Zdaje się, że przypadek projektu Organic Pulse Ensemble pokazuje sytuacje wymarzoną dla wielu polityków o dyktatorskich zapędach - czyli, jak dialogować... w pojedynkę. Pod szyldem przywołującym skojarzenia z tętniącą pomysłami formacją ukrywa się jeden człowiek - szwedzki, cóż że ze Szwecji, multiinstrumentalista Gustav Horneij. Nie wiem dokładnie, czym się kierował powołując do życia ową wspomnianą wyżej dźwięczna nazwę. Czy postanowił spróbować swoich sił grając na różnych instrumentach, a więc było to dla niego coś na kształt wyzwania, czy zmęczony przeciągającymi się poszukiwaniami odpowiednich muzyków, partnerów w potencjalnym dialogu, w końcu machnął ręką, a machać potrafi, i zrezygnował. A może chodziło o kwestie finansowe - bo, kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to zwykle chodzi o... - i podział ewentualnych zysków. Tak czy inaczej, przez krótki czas Organic Pulse Ensemble funkcjonował jako duet, kiedy swoje trzy grosze do grającej szafy wrzucał również Dimitrios Karatzios, z którym Horneij współtworzył jazzowo-funkową załogę o nazwie Duoya. Jednak ostatnią wydaną kilka dni temu płytę "A Thousand Hands", Szwed nagrał tylko i wyłącznie w pojedynkę.
Gustav Horneij pierwsze kroki na swojej drodze artystycznej stawiał nie wokół mównicy sejmowej, tylko przy gramofonie. Najpierw tym, który stał w sypialni rodziców i odtwarzał płyty z bogatej kolekcji ojca, a potem już własnym, przy pomocy którego tworzył rozmaite sample. Kolejnym etapem muzycznego rozwoju było dogrywanie do gotowych próbek kolejnych instrumentalnych partii, głównie basowych czy perkusyjnych. I tak ścieżka po ścieżce zaczęły powstawać pierwsze kompozycje.
Te zawarte na ostatniej płycie zatytułowanej "A Thousand Hands" pokazują jak bardzo przez ten okres szwedzki artysta się rozwinął. Nie ma tu oczywiście mowy o żywych dialogach, ognistej wymianie zdań pomiędzy poszczególnymi instrumentami. Jednak przez znakomitą większość materiału nie czuć, że tworzył go tylko i wyłącznie jeden człowiek. Gustav Horneij podkreśla, że nie jest żadnym wirtuozem saksofonu, trąbki czy fletu. Po prostu zagrał tak jak najlepiej potrafił, na tyle, na ile pozwalały mu aktualne możliwości. Szwedzki artysta nie jest jedynym, który podjął się takiego wyzwania w ostatnim czasie. Niedawno wspominałem o płycie Nata Birchala, gdzie brytyjski saksofonista zagrał na kilku instrumentach. W tym korespondencyjnym pojedynku - choć muzyka to nie zawody - zdecydowanym zwycięzcą, przynajmniej w moich oczach, jest jednak Gustav Horneij, który wykonał to trudne zadanie o wiele lepiej, z większą fantazją oraz rozmachem.
Całość materiału muzycznego zanurzył w estetyce spiritual jazz, stanowiącej niejako punkt wyjścia do rozmaitych odnóg - etno-jazz, afrobeat itd. I tak otwierający album "For The Other Places" zaczyna się, jak wiele płyt nawiązujących do gatunku "duchowego jazzu", od pomruków kontrabasu i tonów perkusjonaliów. Partia fletu może przypominać nastrój płyt Alice Coltrane, czy z nieco bardziej współczesnych dyskografii dokonania Matthew Halsalla. Nie ma tutaj, jak i zresztą w dalszej części płyty, karkołomnych niekiedy solowych popisów lub nagłych zwrotów akcji. Szwedzki artysta wszystkie swoje wysiłki podporządkował służbie budowania nastroju. Warto podkreślić, że jak na jednego człowieka Gustav Horneij nie ograniczył swojej przygody z perkusją tylko do miarowego odmierzania rytmu, stworzył bogaty świat perkusjonaliów, co z pewnością jest sporym atutem tego wydawnictwa. W kompozycji "7 Outta 8" nieco bardziej uwypuklił saksofon, w "Dimma" skręcił w stronę afrobeatu, w tytułowym "A Thousand Hands" wykorzystał ludzki głos, a kończący całość "Searching For The Sushi" mógłby dopełnić zestaw nagrań, którego słuchał w samochodzie główny bohater filmu Jima Jarmusha - "Broken Flowers". Album "A Thousand Hands" nagrany został pod czujnym okiem Nene Beratto, który dziś jeszcze powróci, w berlińskim studiu Morphine Raum. Swoją drogą, ciekawe, który ze współczesnych polityków o dyktatorskich zapędach bardzo sobie ceni muzykę improwizowaną.
(nota 7.5-8/10)
Jedna z moich ulubionych kompozycji ostatnich dni odkryta, podobnie jak cała płyta, ze sporym opóźnieniem, czyli KA SAFAR - "Ancient Tribal Hearts". Trzynastoosobowy międzynarodowy skład, masteringu tego materiału dokonał wspomniany powyżej Nene Beratto, w studiu Big Snuff w Berlinie.
London Brew - "London Brew" - opublikowana wczoraj płyta dwunastoosobowego brytyjskiego kolektywu powstała jako wyraz hołdu dla albumu Milesa Davisa - "Bitches Brew". W zamierzeniach producenta Bruce'a Lampcova, London Brew miał być jednorazowym wydarzeniem, koncertem zagranym w londyńskim Barbican Centre w 2020 roku, z okazji 50-lecia wydania "Bitches Brew", tyle że te plany mocno pokrzyżował wybuch pandemii COVID - 19. Mimo to muzycy zdołali zebrać się 7 grudnia 2020 roku w Church Studios, żeby zarejestrować blisko 90 minut nagrań. Oto fragment tego wydawnictwa. Improwizowanych dialogów na tym albumie z pewnością nie brakuje.
Francois Houle Genera Sextet - "In Memoriam", czyli płyta kanadyjskiego klarnecisty Francoise Houle'a poświęcona przyjacielowi Kenowi Pickeringowi. Oto mój ulubiony fragment.
Zajrzymy również na niedawno opublikowaną płytę Johna Hycocka zatytułowaną "Dorian Portrait", gdzie autor wszystkich kompozycji zagrał między innymi na korze, klarnecie i syntezatorach.
Szwajcarski kwartet Mohs tworzą gitarzysta Eruan Valazza, Zacharie Ksyk - trąbka, Gaspard Colin - bas, Nathan Vandenbulcke - perkusja. Oto fragment z niedawno wydanej płyty "Mirage".
Zajrzymy do katalogu oficyny Gondwana Records, oto wczoraj ukazała się najnowsza płyta grupy Mammal Hands - "Gift From The Trees". Wybrałem dla Was taki fragment.
Do tego albumu z pewnością będę jeszcze wracał, bo warto zanurzyć się w nim na dłużej. Pełne subtelności niespieszne dialogi gitarzysty Steve'a Gunna oraz pianisty Davida More'a na krążku wydanym wczoraj i zatytułowanym "Reflection Vol.1: Moon Be A Planet". Przepiękne!
Skoro zmieniłem dziś proporcje, najwyższa pora na sekcję alternatywną, którą otworzy amerykańska artystka, prosto ze słonecznej Kalifornii, czyli Asha Wells, kilka dni temu opublikowała zmysłowy singiel "Drugstore Perfume".
Brytyjski zespół z północnej części Londynu - Floation Toy Warning - w ubiegłym tygodniu zaprezentował epkę zatytułowaną "I Remember Trees".
Weterani z formacji Mudhoney w przyszłym tygodniu 7 kwietnia przypomną o sobie najnowszym wydawnictwem zatytułowanym "Plastic Eternity".



