sobota, 19 września 2026
DRAGONFLIES - "DRAGONFLIES" (Dark Horse Records/ BMG) "Lekcja powolności dla spóźnionego świata"
sobota, 24 sierpnia 2024
PHANTOM HANDSHAKES - "SIRENS AT GOLDEN HOUR" (Star-Track rec.) "Jak Włoszka i Amerykanin..."
W ostatnich dniach jakoś nie miałem zbyt wiele czasu na przesłuchiwanie nowości płytowych, gdyż pochłonęły mnie wspaniałe lektury. Dopisało mi wyjątkowo dużo szczęścia, kiedy do koszyka wybierałem akurat takie, a nie inne tytuły książkowe; oczywiście wcześniej poczytałem nieco o ich autorach i potencjalnej według opisów zawartości poszczególnych pozycji. Jedno nie ulega wątpliwości, czas spędzony w towarzystwie tych znakomitych powieści, nie był czasem straconym (o szczegółach niebawem poinformuję, jak tylko dokończę lekturę). W odróżnieniu od ostatnich tygodni na tak zwanym rynku fonograficznym, gdzie atrakcyjnych płyt pojawiło się bardzo niewiele. Trochę się dziwię kierownictwu tych odrobinę większych niezależnych wytwórni, że nie wykorzystali wakacyjnej pory, żeby zaproponować jednego czy drugiego wyjątkowo atrakcyjnego wydawnictwa, które o wiele łatwiej byłoby w takim układzie dostrzec.
Rozpocząłem nasze dzisiejsze spotkanie od końca, czyli od piosenki, która udanie zamyka dzieło włosko-amerykańskiego duetu. Pozostałe dziesięć utworów utrzymanych jest w podobnym nastroju. Dream-pop, lo-fi, bedroom pop, wszystko z elementami shoegaze'u - z tym mniej więcej mamy do czynienia. Formację Phantom Handshakes tworzą wokalistka o włoskich korzeniach Federica Tassano oraz amerykański gitarzysta Matt Sklar. Ten ostatni niegdyś miarowo szarpał struny gitary basowej w grupie Parrot Dream, która eksplorowała indie-rockowo/shoegaze'owe pogranicze. Jego przyszła towarzyszka artystycznych poczynań przed wyjazdem do USA, dopełniała skład mało znanej włoskiej formacji Monetre.
Współpraca duetu zaczęła się od spotkania w przestrzeni Internetu. Matt Sklar popełnił był kilka utworów demo, po czym umieścił je na stronie Craiglist. Jako, że sam jest bardzo kiepskim śpiewakiem, poszukiwał kogoś, kto ozdobiłby jego partytury dźwięcznym głosem. W tym kontekście nie trudno się domyśleć, że na jego apel odpowiedziała Federica Tassano.
"Naprawdę lubię grać w pełnych składach, ale tworzenie muzyki w duecie jest w pewien sposób łatwiejsze i bardziej instynktowne. Szczególnie, kiedy współpracujesz z osobą o bardzo podobnym guście muzycznym" - oświadczyła Federica.
A co to za gust? Atrakcyjna pani i asystujący jej sympatyczny pan wychowali się na płytach: The Smiths, Stereolab, Camera Obscura, The Cure, The Pastels itd. Zaplecze, sami przyznacie, całkiem godne. W ich kompozycjach, również tych zawartych na wydanej kilka dni temu płycie "Siren At Golden Hour", słychać wyżej wspomniane inspiracje. Czujne, jak zwykle, ucho autora tego bloga sugeruje, żeby w tym miejscu pojawiły się jeszcze dwie nazwy grup, które do tej pory nie padły. Mam tu na myśli przede wszystkim nieco zapomniany dziś zespół Lush - reedycje albumów tej formacji ukazują się sukcesywnie oraz Cocteau Twins. A poza tym, jakaś przyjemna brzmieniowa mgiełka przewija się przez poszczególne odsłony płyty "Sirens At Golden Hour". Jak na album nagrywany w domowych warunkach Manhattanu i Nowego Orleanu, całość prezentuje się całkiem atrakcyjnie. Na zakończenie głównego wątku raz jeszcze oddam głos duetowi. "Wybraliśmy "Good Intenions" jako utwór, który otwiera najnowszy album, ponieważ naszym zdaniem to właśnie ta piosenka wyznacza ton dla kolejnych kompozycji".
(nota 7.5/10)
Na dobry początek gorąca nowość, czyli wspólna piosenka naszego dobrego znajomego Nicholasa Krgovicha, grupy P:ano oraz wokalistki Kellarissy.
Nagranie Tygodnia ! (pierwsza odsłona). Trzynastego września ukaże się czternasty, jeśli dobrze policzyłem, album w dyskografii grupy Tindersticks, zatytułowany "Soft Tissue". Kilka dni temu w sieci pojawił się nowy i pełny uroku singiel zapowiadający to wydawnictwo.
Przed Wami debiutanci z miasta Detroit, wokalistka Giovanna Lenski oraz gitarzysta Christian Molik, czyli Clinic Stars. Premiera albumu "Only Hinting" 20 września.
Ava Laurel, znana pod pseudonimem Lava La Rue, w drugiej połowie lipca opublikowała swój debiutancki album zatytułowany "Starface". Wybrałem z niego taki oto singiel.
Kolejna śpiewająca pani pochodzi z Los Angeles, ma dwadzieścia dwa lata, zadebiutowała przed momentem epką zatytułowaną "Descanso". Angela Munoz i mój ulubiony utwór z tego krążka.
Nagranie tygodnia! (odsłona druga). Przed Wami artysta z Nowego Jorku - Tommy Crane'a, który jakiś czas temu wraz z grupą przyjaciół, muzyków sesyjnych, opublikował album zatytułowany "Dance Music For All Occasions". Pod numerem piątym znajdziemy takie cudeńko!!
Andrew Combs wydał wczoraj nową płytę "Dream Pictures", do której z pewnością zajrzymy w przyszłym tygodniu. Teraz chciałbym powrócić do jego poprzedniego albumu "Sundays", gdzie bardzo spodobała mi się kompozycja "Anna Please".
Również wczoraj ukazał się album irlandzkiej grupy Fontaines D.C. - "Romance", bardzo chwalony przez dziennikarzy. Wybrałem taki oto potencjalny przebój.
Miniony piątek przyniósł jeszcze jedną wartą odnotowania premierę brytyjskiego zespołu Smote - "A Grand Stream". Nieco zagęścimy atmosferę.
W "kąciku improwizowanym" kolejna nowość - Wayne Shorter - "Celebration vol.1", obok zmarłego w ubiegłym roku saksofonisty w nagraniach koncertowych wystąpili Danilo Perez (fortepian), John Patitucci (bas), oraz perkusista Brian Blade.
Na koniec dzisiejszego spotkania wystąpi duński saksofonista Soren Lyhne Skov, który wczoraj opublikował wydawnictwo zatytułowane Soren Skov Orbit - "A Drift".
sobota, 17 sierpnia 2024
THE SOUNDCARRIERS - "THROUGH OTHER REFLECTIONS" (Phosphonic Rec.) "Z tęsknoty za brzmieniem"
Skoro lato powróciło do nas ze zdwojoną siłą, zaproponuję dziś nieco więcej słonecznych kompozycji. Za sprawą głównego wydawnictwa dzisiejszego spotkania - The Soundcarriers - "Through Other Reflections" - przeniesiemy się do przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Kto wie, może przy okazji kolejnych odsłon tego albumu, niektórzy z Was poczują zapach morskiej bryzy unoszącej się na plaży w Cannes, Monaco, czy Saint-Jean-Cap Ferrat. Tymczasem we francuskiej prasie bardzo chwalą, nie tyle nasze plaże położone nad Bałtykiem i tamtejszą chłodną bryzę, ile w ogóle nasz piękny kraj. Autorzy tych nad wyraz swobodnych refleksji podkreślają skok gospodarczy i cywilizacyjny, który dokonał się przy naszym, rezolutnych i pracowitych Polaków, współudziale i w naszej umiłowanej ojczyźnie. W tym kontekście mogą przypomnieć się frazy znakomitej prozy Annie Ernaux - "Lata", która przypominała, jakim zainteresowaniem cieszyły się kraje tak zwanego "bloku wschodniego" pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, szczególnie wśród społeczności francuskiej o sympatiach lewicowych. Były to jednak bardziej mgliste wyobrażenia o życiu w systemie komunistycznym, niż ponure nieraz fakty związane z rzeczywistością, o której smętnych realiach można było przekonać się podobnie, jak uczynił to Michele Foucault czy Kurt Vonnegut tylko wtedy, kiedy odwiedziło się ówczesną Polskę lub Czechosłowacje. Może więc autorzy ostatnich pochwalnych pieśni skierowanych do miast leżących nad Odrą i Wisła, powinni wybrać się na wakacje - plaże w Ustce, Mielnie czy Międzyzdrojach czekają - żeby później z całą odpowiedzialnością za słowa móc napisać, że Warszawa wkrótce stanie się decyzyjnym centrum Europy.
Na temat poprzedniej płyty zespołu The Soundcarriers zatytułowanej "Wilds" (2022), napisałem, że rozpięta jest na cienkiej granicy brzmieniowego przesytu. Wskazywałem, że dłuższe obcowanie z nagraniami, które zawierał ten w sumie ciekawy krążek, może powodować zmęczenie lub znużenie. W tym układzie najlepiej było starannie sobie dawkować poszczególne wpadające w ucho piosenki, jedną lub dwie, od czasu do czasu, nie dłużej niż kwadrans, niż zapuszczać się na kilkudziesięciominutową wyprawę zbyt mocno nasyconą barwami i wrażeniami. Oczywiście to tylko i wyłącznie moja subiektywna ocena poprzedniej propozycji brytyjskiego kwartetu, każdy może wyrobić sobie własną, nic prostszego, wystarczy tylko sięgnąć do albumu "Wilds".
W przypadku najnowszej wydanej wczoraj płyty, zatytułowanej "Through Other Reflections", ów zasygnalizowany przeze mnie wcześniej problem i związane z tym odczucia nie występują. Album jest najbardziej spójnym, a jednocześnie najbardziej zrównoważonym wydawnictwem kwartetu z Nottingham. Trudno szczególnie wyróżnić jakiś pojedynczy fragment, może poza "Already Over", który słusznie został wybrany na singla promującego ten krążek. Tempo nagrań jest zróżnicowane, są momenty przywołujące skojarzenia z muzyką filmową: "Cornet 4" czy "Sonay's Lament", znajdziemy także zgrabnie rozpisane ballady, jak chociażby "Always". Liczba instrumentów pochodzących z epoki została rozmyślnie ograniczona. Flety, klarnet, organy, klawesyn, bas - wszystko to odzywa się w określonym miejscu oraz czasie, i nie usiłuje zawłaszczyć dla siebie całej dostępnej przestrzeni.
Warto podkreślić, że brytyjskim muzykom udało się umieścić zdecydowanie więcej powietrza w poszczególnych odsłonach tej płyty oraz pomiędzy kolejnymi frazami. Wokalizy Leonore Wheatley i Doriana Conwaya brzmią lekko i swobodnie, z łatwością przywołują ducha nagrań pochodzących z końca lat 60-tych, w czym kiedyś specjalizowały się takie grupy jak: Stereolab czy Broadcast. "Na tym albumie chcieliśmy zawrzeć spontaniczność i nie ugrzęznąć za bardzo w procesie nagrywania" - podsumował proces rejestracji Adam Cann. Posłuchajcie.
(nota 7.5/10)
Strefę "Dodatki..." rozpocznie piosenka tygodnia - "Three Fanged Volvo", której autorami są David Miller i wokalista Craig Sinclair, z brytyjskiego duetu News From Neptune. Wkrótce ukaże się ich epka zatytułowana "The Car That Ate Widnes".
Niedawno zaprezentowałem grupę Night Swimming, reprezentującą miasto Bristol, 27 września ukaże się ich epka "No Place To Land", którą zapowiada taka oto piosenka.
Ze Sztokholmu - cóż, że ze Szwecji - pochodzi formacja Kite. Posłuchamy kompozycji z albumu "VII", która ostatnio nieco częściej gościła w moich uszach.
Kolejni znajomi z poprzednich wydań bloga to zespół Phantom Handshakes, i następny singiel z wydawnictwa "Sirens At Golden Hour", które ukaże się 21 sierpnia.
Z Nowego Jorku przeniesiemy się do miasta Baltimore w stanie Maryland, skąd pochodzi zespół The Smashing Times, oto fragment albumu "Mrs Ladyships And The Cleanerhouse Boys". Premiera całości 1 listopada.
W mieście Detroit mieszka wokalistka Claire Bluhm, która wraz z grupą Bluhm w ubiegłym tygodniu opublikowała album "Midnight Hill".
Do Urugwaju zaglądamy bardzo rzadko, a to właśnie stamtąd pochodzi formacja Las Cobras, znana już Czytelnikom bloga, która 4 października opublikuje album zatytułowany "Carcavas". Póki co mamy singiel promujący to wydawnictwo.
W kąciku improwizowanym wystąpi kontrabasista z Los Angeles - Jake Leckie, posłuchamy wspólnie fragmentu z jego ostatniej płyty "Planter Of Seeds".
sobota, 20 lipca 2024
ZELIENOPLE - "EVERYTHING IS SIMPLE" (Shelter Press)
Ciepły czy nawet upalny lipcowy czas potrafi skutecznie rozleniwić nie tylko urlopowiczów, ale również wydawców. Jednak trzeba przyznać, że od kilku sezonów nie są to dni, które można by określić jako tygodnie kompletnie stracone dla fonografii. Wciąż ukazują się nowe albumy, choć ich liczba w naturalny sposób drastycznie spadła w porównaniu do jesiennego lub wiosennego szczytu muzycznych publikacji. Ma to swoje dobre strony, dzięki temu łatwiej wyłowić to, co w innych okolicznościach mogłoby zniknąć w zalewie premier płytowych. Jak wiadomo, najlepiej w tym względzie smakują niespodzianki. Krótko mówiąc wydawnictwa, na które w ogóle nie czekaliśmy, a które zjawiły się zupełnie niespodziewanie. Tak było w przypadku najnowszej propozycji grupy Zelienople, która ujrzała światło dzienne w dniu wczorajszym, i od razu przyciągnęła mój wzrok. Wciąż całkiem nieźle pamiętam ich poprzedni znakomity album - "Hold You Up" (2020), choć dawno do niego nie zaglądałem. Jego premiera miała miejsce w szczególny pandemiczny czas, może również z tego powodu tak mocno do mnie przemówił. Poświęciłem temu wydawnictwu mnóstwo ciepłych słów, a pod koniec roku potwierdziło się, że to jedna z najlepszych płyt tamtego okresu, z pewnością najlepszy krążek w całym niezbyt bogatym dorobku zespołu. W ten sposób się rozpoczynał.
Tak to już niekiedy bywa z wydawnictwami amerykańskiego tria, że sporo recenzentów dociera do nich z dużym opóźnieniem, jeszcze większe grono zupełnie ignoruje płyty oznaczone nazwą Zelienople. Przypomnę tylko - gdyż zawsze pośród Czytelników może pojawić się ktoś, kto z ich muzyką do tej pory jeszcze się nie zetknął - że nazwa pochodzi od niewielkiej miejscowości położonej mniej więcej 50 km od Pittsburgha (stan Pensylwania, w którym to zwykle wyniki głosowania w wyborach bywają rozstrzygające dla całego kraju). To właśnie tam gitarzysta, wokalista i autor większości tekstów - Matt Christensen spędził kilka godzin z Mike'm Weis'em (perkusja) na skutek awarii samochodu. Rozglądając się po okolicy i czekając na przedłużającą się naprawę auta, panowie doszli do wniosku, że Zelienople to całkiem niezła nazwa dla zespołu. Dopiero później do składu dołączył multiinstrumentalista Brian Harding. "Zelienople - to pociąg, który ciągle pędzi. Tak jest, odkąd poznaliśmy się w połowie lat 90-tych" - oświadczył Mike Weis.
Z tym wspomnianym powyżej "pędem" raczej nie przesadzałbym. Kompozycje amerykańskiego tria zwykle rozwijają się powoli, dominuje w nich umiarkowane tempo. Nie znajdziemy tam ani gwałtownych erupcji nastroju, ani tym bardziej solowych popisów poszczególnych sekcji czy nieznośnie brzęczącego strumienia elektronicznych dodatków. Cierpliwość, przestrzeń i nastrój - to trzy podstawowe znaki orientacyjne na mapie poczynań grupy Zelienople. Przy okazji ich niespiesznie rozwijanych pieśni mogą pojawić się skojarzenia z takimi znakomitymi formacjami jak Bark Psychosis, (podobna praca gitar), O. Rang, lub z późnym Talk Talk (zbliżone brzmienie perkusji).
Najnowsza wydana wczoraj płyta zatytułowana "Everything Is Simple" nie przynosi większych zmian stylistycznych. Sympatyczne trio nadal i całkiem sprawnie porusza się w obrębie gatunku slowcore. Można wręcz powiedzieć, że to właśnie tam amerykańscy twórcy znaleźli dla siebie wygodną niszę. Panowie od lat wiele rzeczy robią po swojemu. Przede wszystkim w charakterystyczny dla siebie sposób realizują nagrania, starannie dbając o brzmienie poszczególnych sekcji. Tym razem skorzystali z pomocy dwóch dodatkowych muzyków zaproszonych na sesje - Erika Eleazera (syntezator, pianino Fender Rhodes) oraz PM Tummali (wibrafon). Ostatecznego masteringu dokonał Simon Scott znany z grupy Slowdive. "Większość naszych nagrań wykonywana jest zwykle w jednym podejściu, i jeśli nie działa dobrze w jednym do trzech podejść, to pokazuje, że piosenka powinna zostać odrzucona" - Mike Weis.
Tym razem w kilku odsłonach płyty znalazły się próby, które możną by nazwać improwizowanymi partiami. Mam tu na myśli utwór "Santa Chiara", czy oniryczny i zapadający w pamięć "Orange Capsule". Początek, czyli "Holly Rollers" w bardzo sugestywny sposób zabiera nas w mroczne psychodeliczne rejony. "Hold In My Hands" - to nowy klasyk, który mógłby z powodzeniem znaleźć się na tak chwalonej przeze mnie płycie "Hold You Up" (2020). Nieco mglistego światła w atmosferę pierwszej części albumu wprowadza jeden z moich ulubionych fragmentów "Wishing Wells", który miękko otula membrany głośników. Członkowie grupy Zelienople niemal do perfekcji opanowali trudną sztukę tworzenie czegoś z niczego. Chodzi mi o to, jak niewiele dźwięków używają w kompozycjach. Liczy się to, że każdy pojedynczy ton ma w tak kreowanej przestrzeni szczególne i wyznaczone dla siebie miejsce. Tym samym staje się niezbędny i zyskuje na znaczeniu. Charakterystyczny głos Matta Christensena, powtarzający wybrane frazy tekstu, gitarowe ozdobniki, miarowe takty perkusji - wszystko to w najlepszych kompozycjach Zelienople wiruje spiralnym ruchem. Co potwierdza tylko świetne zakończenie płyty - "Make The Whole Town Decay".
(nota 7.5-8/10)
Jedną z moich ulubionych piosenek ostatnich dni stworzył amerykański duet Phantom Handshakes. Pełen uroku singiel pochodzi z płyty "Sirens At Golden Hour", która ukaże się 21 sierpnia.
26 lipca w sklepach pojawi się rocznicowe wydawnictwo. Zapomniana, ale również bardzo słabo znana grupa Birdie, wokalistka Debsey Wykes i Paul Kelly, dwadzieścia pięć lata temu zadebiutowała albumem "Some Dust". To tego fragmentu wracałem najczęściej.
Zespół Orcas tworzą Rafael Anton Irisarri, Bebnoit Pioulard oraz gościnnie występujący wspomniany już dzisiaj perkusista Slowdive - Simon Scott. Wczoraj ukazała się ich płyta zatytułowana "How To Color A Thousand Mistakes".
Amerykańska grupa A Shoreline Dream opublikowała w dniu wczorajszym album zatytułowany "Whitelined". Podczas nagrywania tego materiału w studiu nagraniowym pojawił się dawny członek grupy Ride - Mark Gardener, a całość zmiksował znany z poprzednich wpisów producent Kramer.
Pewnie niektórzy z Was całkiem nieźle pamiętają grupę LAMB. Jej wokalistka Lou Rhodes wraz z Rohanem Heath tworzą obecnie duet Kiioto. Niedawno ukazała się ich płyta "As Dust We Rise". Wybrałem taki oto fragment.
Z przyjemnością słucha się wydanej wczoraj płyty amerykańskiego tria Total Blue - "Total Blue". Przy tej okazji mogą przypomnieć się produkcje Steve'a Jansena.
Klarnecista z Bostonu - Harry Skoler oraz kompozycja z jego ostatniej płyty "Red Brick Hill". Obok artysty wystąpili znakomici muzycy - Joel Ross (wibrafon), Dezron Douglas (bas), Marquis Hill (trąbka), Johnathan Blake (perkusja), Christian Sands - fortepian.
sobota, 21 maja 2022
PROJECT GEMINI - "CHILDREN OF SCORPIO" (Mr Bongo) "Brudny Harry i jego dzieci"
"Wiem, o czym myślisz, śmieciu: "Wystrzelił sześć razy czy tylko pięć?". Szczerze mówiąc, straciłem rachubę w całej tej zabawie. Ale, zakładając że to magnum 44, najpotężniejszy pistolet na świecie, może elegancko odstrzelić ci łeb... Musisz zadać sobie pytanie: "Czy mam dziś szczęście". Masz, śmieciu?". Pewnie większość z Was kojarzy ten subtelny monolog, który pada z ust Brudnego Harry'ego, głównego bohatera filmu o tym samym tytule. Jak pamiętamy, w tę postać wcielił się Clint Eastwood, rozpoczynając tym samym całą późniejszą serię filmów. Premiera tego obrazu, opowiadającego o próbie schwytania szaleńca, który przybrał pseudonim "Skorpion", i strzelał z dachów budynków miasta San Francisco do przypadkowych przechodniów, miała miejsce tuż przed Wigilią, 23 grudnia 1971 roku.
Z umiłowania do tego filmu, jak i do muzyki przełomu lat 60/70, powstała grupa Project Gemini, pod którą to nazwą ukrywa się przede wszystkim jeden twórca, muzyk, producent i dziennikarz - Paul Osborne. To właśnie on kilka lat temu, przesłuchując stare albumy ze swojej bogatej winylowej kolekcji, zapragnął stworzyć coś, co brzmieniem przywoływałoby ducha dawno minionej epoki. Obok ścieżki dźwiękowej Lalo Schifrina do wspomnianego powyżej "Brudnego Harry'ego", Osborne zainspirował się muzyką Ennio Morricone wykorzystaną w filmie "Vergogna Schifos" (1969), kompozycjami Luisa Bacalova z płyty "The Summertime Killer" (1973), czy Marka Fry'a - "Dreaming With Alice" (1972). W tym kontekście warto również wspomnieć o dawnych piosenkach spółki Gainsbourg/Vannier, barokowym popie, czy zakurzonych utworach utrzymanych w gatunku acid-folk i psycho-funk.
Zanim powstał krążek "The Children Of Scorpio", Paul Osborne opublikował dwa single, nawiązujące do tej samej retro stylistyki, korzystając z pomocy oficyny Delights Records. Wspominam o tym dlatego, że szef tej wytwórni został zaproszony na późniejszą sesję nagraniową, i zagrał na instrumentach klawiszowych między innymi w psychodelicznej odsłonie "Path Through The Forest". Oprócz niego, w analogowym studiu należącym do Paula Isherwooda (produkcja, bas, członek grupy The Soundcarries, których płytę "Wilds" recenzowałem na początku tego roku), pojawili się: Kid Victrola, odpowiedzialny za teksty piosenek, gitarzysta francuskiej formacji Gloria, multiinstrumentalista Shuzin (perkusja), oraz gitarzysta Little Barrie Cadogan. W tym składzie panowie bez trudu wyczarowali charakterystyczne brzmienie, które nie tylko bezpośrednio nawiązuje, ale też w niczym nie ustępuje temu, jak grano ponad pół wieku wstecz. Płytę rozpoczyna tytułowa kompozycja, i od razu przenosi nas prosto na ulice chociażby dawnego San Francisco. W dalszej części tego wydawnictwa napotkamy bardzo urokliwe fragmenty, jak: "Scorpio's Garden", czy mój ulubiony "June" (świetna linia melodyczna), oraz psychodeliczny powiew obecny w "Plan Your Escape", "Burried In The Woods". W odróżnieniu od wielu tego typu retro produkcji czy vintage'owych zapożyczeń, które przypominają lepiej lub gorzej przetworzone cytaty, w kilku fragmentach albumu pojawia się całkiem przyzwoita wokaliza. To właśnie dzięki niej te gotowe do wykorzystania w filmach ścieżki zyskały na znaczeniu. Kompozycje stworzone w oparciu o proste motywy, przykuwają uwagę także starannością wykonania i dbałością o szczegóły - analogowy sprzęt studia Garden's End zrobił swoje. To, co popycha ten album i nadaje mu dodatkowej dynamiki, to również krótki czas trwania poszczególnych odsłon. Na szczęście żaden z artystów zaproszonych na sesje nagraniowe nie wpadł na pomysł, żeby niepotrzebnie przeciągnąć jakiś moment lub uwypuklić jeden z elementów subtelnej aranżacyjnej tkanki. Po prostu, te utwory wypełnione są po brzegi treścią.
(nota 7.5/10)
W tytule dzisiejszego wpisu padła nazwa oficyny Mr Bongo Rec., o której wspomniałem już przy okazji innych recenzji. Dla zainteresowanych tym tematem dodatkowe kilka słów o tym labelu. Wszystko zaczęło się w 1989 roku od... niewielkiego sklepiku...
Przyznam, że chętnie sięgnąłem do płyt, które Paul Osborne wskazał jak główne inspiracje, i o których wspomniałem w powyższym wpisie. Oto jedna z nich - Ennio Morricone - "Vergogna Schifosi".
Do podobnej retro stylistyki nawiązuje w swoich kompozycjach belgijski twórca Boris Maurussane, który właśnie opublikował najnowszą płytę "Social Kaleidoscope".
Najnowsza, dopiero co wydana, płyta Porridge Radio - "Wasterslide, Diving Board, Ladder To Sky" nieco mnie rozczarowała. Zabrakło mi odrobinę więcej tej emocjonalnej wokalizy Dany Margolin, którą lubię.
Phantom Handshakes to duet Federica Tassano i Matt Sklar z Nowego Yorku, który dopiero stawia swoje pierwsze kroki.
Kolejny zgrabny i eteryczny duecik, połączenie sił wokalistki Lau Nau (Laura Naukkarinen) oraz tria Sontag Shogun, w kompozycji "On Perceiving Time". Śliczności... prześliczności... cudowności...
Tytułowy utwór z ostatniej płyty Grant-Lee Phillipsa - "All That You Can Dream" uzupełni listę dzisiejszych dodatków.
W kąciku improwizowanym przeniesiemy się do Australii, bowiem z Adelajdy pochodzi kolektyw, który przybrał nazwę The Shaolin Afronauts, czerpią z jazzu przełomu lat 60/70, inspirują się afrobeatem. Oto fragment z ich płyty "Dust/Salt Flat Muscle".








