Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Night Swimming. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Night Swimming. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2026

JUNGSTOTTER - "SUSTAINED" (Unguarded Rec.) "Berlińska poetyka oddechu"

 

   Muzyka niemieckiego artysty Fabiana Altstottera, który przyjął pseudonim JUNGSTOTTER pojawiała się już niegdyś w strefie "Dodatki". Postanowiłem nieco bardziej pochylić się nad sylwetką tego artysty. Szczególnie, że jest ku temu dobra okazja. Oto wczoraj ukazała się jego trzecia w dorobku płyta zatytułowana "SUSTAINED", której warto poświęcić nieco więcej czasu. Żyjemy w epoce dźwiękowego przebodźcowania, gdzie muzyka, także ta alternatywna, aż nazbyt często myli intensywność z hałasem, a emocjonalną głębie z producenckim przeładowaniem. W tym głośnym migotliwym krajobrazie trzeci solowy krążek niemieckiego artysty stanowi coś w rodzaju "strefy wyciszenia"; tak bardzo odbiega od światowych trendów i tego, co chwilowo modne. Płyta "SUBSTAINED" może być postrzegana jako manifest minimalizmu czy surowego romantyzmu. To dzieło, które rezygnuje z wielu studyjnych prób na rzecz prostej intuicji. A swoją główną siłę buduje wokół ciszy. Na dobry początek, powrócimy do debiutanckiej płyty niemieckiego barda - "LOVE IS".






ALTSTOTTER tym razem celowo uciekł od sztywnych ram wygodnego studia czy producenckiego rygoru, które to podejście dominowało na dwóch poprzednich wydawnictwach, wspominanym wcześniej debiucie "LOVE IS", oraz "ONE STAR". Tym razem postawił na spontaniczną rejestrację luźnych improwizacji dokonaną przy zaangażowaniu bliskich znajomych. Główną ideą, a zarazem metaforą tego albumu, był w zamierzeniach autora ludzki oddech. Podobnie jak niegdyś Mark Hollis z Talk Talk, Fabian Altstotter pokazuje, że nuty niezagrane mają również znacznie. Z kolei mocna ekspozycja wokalna może kojarzyć się z dokonaniami Davida Sylviana.

Słuchając "SUSTAINED" nie sposób nie pomyśleć o twórczości Marka Hollisa, zarówno z okresu "Laughing Stock", jak i jego solowego debiutu z 1998 roku. Fabian Altstotter porusza się wokół tego samego muzycznego uniwersum. W tym ujęciu cisza nie jest tylko brakiem słów i hałasu, lecz pełnoprawnym instrumentem. Podobnie jak lider Talk Talk niemiecki wokalista celebruje momenty zawieszenia głosu i pozwala wybrzmiewać pojedynczym dźwiękom fortepianu. Altstotter sięgnął po tę sama radyklaną metodę redukcji. Zaprosił znajomych do wspólnej improwizacji - Ronja, Manuel Chittka, Luka Aron, Philipp Heuisenbech, wsparła go również partnerka, dobrze znana wokalistka SOAP & SKIN - a następnie wyciął większość instrumentalnego tła, pozostawiając w pustej przestrzeni okruchy i odłamki dźwięków.

Jungstotter nie kopiuje ślepo swojego mistrza, próbuje nakreślić własne granice, wytyczyć swoje ulubione terytorium. Tam, gdzie późne Talk Talk dążyło do niemal ascetycznego oczyszczenia i spokoju, tam berliński artysta wprowadza element niepokoju, miejskiego brudu, stosuje wycinki i sample, błędy sprzętowe i manierę lo-fi, wszystko to celowo pozostawia w ostatecznym miksie.






Z drugiej strony Fabian Altstotter na ostatniej płycie śmiało wkroczył w rejon dojrzałej, intymnej melancholii, z której David Sylvian uczynił swój znak rozpoznawczy ("Secrets Of The Beehive", czy bardziej awangardowe podejście reprezentowana przez płyty "Blemish" oraz "Manafon"). Jungstotter operuje głębokim głosem i swobodnie prześlizguje się po minimalistycznym tle. To bardzo zbliżony rodzaj śpiewu do tego, który David Sylvian doprowadził do perfekcji. Bez zbędnych popisów, ozdobników, skupiony na ważnych  detalach, zawieszony gdzieś pomiędzy elegijną pieśnią a zmysłowym poruszeniem.

Różnica polega na tym, że David Sylvian w ostatnim okresie celowo dążył do niemal całkowitego zerwania z tradycyjną melodyką i wpuszczał do swoich kompozycji abstrakcyjną teksturę. Tymczasem Jungstotter - pomimo zakorzenienia w eksperymentalnym lo-fi - pozostaje niepoprawnym romantykiem. Nawet, kiedy w takich utworach jak "Noise" czy "Consume Me" faktura dźwiękowa zaczyna zgrzytać i trzeszczeć, artysta "ratuje" słuchacza pięknym motywem fortepianu, partią smyczków lub jak w "Sunk" harmonijką ustną. W ten sposób próbuje pogodzić eksperymentalną formę z tęsknotą za muzycznym wzruszeniem.

"Sustained" nie powstała w chłodnym cyfrowym laboratorium. Przestrzeń sakralna kościoła Olbergkirche nadała kompozycjom monumentalny i nieco surowy wymiar. W tej  samej lokalizacji, w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg, w dawnej przestrzeni zabytkowego kościoła, przekształconej na studio nagraniowe o nazwie "20NINE30", 31 maja o godzinie 19 odbędzie się koncert artysty, promującego najnowsze wydawnictwo.

"Sustained" to album, który wymaga od słuchacza całkowitej zmiany nastawienia, zerwania z nawykami, bezwarunkowego zatrzymania się i oddania tej muzyce. W świecie zdominowanym przez komputerową produkcję Fabian Altstotter stworzył dzieło osobne. Obowiązkowy punkt na mapie estetycznych podróży dla wszystkich tych, którzy w muzyce szukają prawdy, tajemnicy, głębi i odwagi, żeby czasem po prostu zamilknąć.

(nota 8/10)


  




Szeroko komentowany w prasie branżowej jest album gitarzysty Radiohead - EDA O'BRIENA zatytułowany "BLUE MORPHO", który ukazał się wczoraj. Jeśli, ktoś lubi płyty, które nie kończą się razem z ostatnim utworem, to zdecydowanie powinien przesłuchać to wydawnictwo. Ed O'Brien nie poszedł na nim w proste melodie ani chwytliwe refreny. Zamiast tego wolał stworzyć przestrzeń, w której można się zanurzyć. To muzyka pełna detali, miękkiej elektroniki, subtelnych emocji - te ostatnie ujawniają się wraz z kolejnymi przesłuchaniami.






Kolejny album, który warto posłuchać w całości należy do Alejandro Rose - Garcii, z Austin (Teksas). Płyta artysty, który przybrał pseudonim SHAKEY GRAVES, zatytułowana "FONDNESS, ETC." ukazała się przed tygodniem.






Przeniesiemy się do Oakland, żeby posłuchać promocyjnego singla YEA MING AND THE RUMOURS, który zgrabnie zapowiada album "RESIDUE", premiera 12 czerwca.






Nasi znajomi z miasta Bristol, prezentowani już kilka razy. Oto mamy kolejną okazję, wczoraj ukazała się nowa epka "MELTING, SOMETIMES BLEEDING" - formacji NIGHT SWIMMING. Lubię to dziewczę!






I raz jeszcze wizyta w Berlinie, tam spotkamy grupę THE UNDERGROUND YOUTH i wokalistkę SADE SANCHEZ, oraz ich nowy singiel.






Przed nami wizyta w Kalifornii, gdzie rezyduje grupa THE ASTEROID No.4 , która na początku maja opublikowała album zatytułowany "IN PRAISE OF SHADOW".






Do ciepłej Brazylii zaglądamy bardzo rzadko. Przed Wami kompletnie nieznana w naszym kraju grupa WHITE CANYON AND THE 5TH DIMENSION, oraz fragment ich najnowszej płyty zatytułowanej "IV".






MISS TYGODNIA -  skoro dziś nieco bardziej "gitarowa" odsłona dodatków, to i takie będzie kolejne wyróżnione przeze mnie nagranie. Wczoraj ukazała się nowa płyta londyńskiej formacji THE EARLY YEARS zatytułowana "MODERN MOONLIGHT", która tak urokliwie się rozpoczyna.






KĄCIK IMPROWIZOWANY -  a w nim artysta ze Szwajcarii ALAIN METRAILLER oraz fragment z jego niedawno wydanej płyty "HEIGHTS PROSPECTION".






Kolejni nasi znajomi NICOLAI HESS i CLAUS WAIDTLOW,  ich najnowszy singiel, czyli kompozycja Krzysztofa Komedy do filmu "Nóż w wodzie".





sobota, 14 marca 2026

MT FOG - "EVERY STONE IS GREEN" (Ghost Mountain Records) "Muzyka z mgły"

 

 Mam przeczucie, że niewielu recenzentów dotrze i zainteresuje się ciekawą propozycją amerykańskiej grupy MT FOG zatytułowana "Every Stone Is Green", która ukazała się wczoraj. Pod szyldem ukrywa się trio - Carolyn B. Andy Sells i Casey Rosebridge. Twardym rdzeniem tego projektu jest Carolyn - wokalistka, autorka tekstów, skrzypaczka, która w wolnych chwilach lubi również zagrać na syntezatorach, a przy okazji potrafi także pochylić się nad istotnymi detalami produkcji.




Wprawne ucho po wysłuchaniu kilku pierwszych kompozycji od razu wychwyci drobne podobieństwa do estetyki albumów Kate Bush. Podobna bywa również melodyka i sposób prowadzenia wokalizy. Grupa MT FOG dobrze czuje się na pograniczu artystycznego popu, alternatywnego rocka oraz eksperymentalnej niezależności. W zamierzeniach główny koncept płyty jej autorzy przedstawiają jako: "gotycką opowieść (na podobieństwo sióstr Bronte) - o odnajdywaniu szczęścia i człowieczeństwa". Jeżeli, w niektórych odsłonach, napotkamy groźne chmury nadciągającego mroku, to nie zwiastują one depresyjnego nastroju, zdecydowanie bliżej im do romantycznej wizji świata, kojarzonej także z przestrzenią rocka gotyckiego.

Nagrania powstały w Vertigo Studios oraz w prywatnym studiu członków zespołu "Rhythm Station", a masteringu całego materiału dokonał Chuck Johnson. W aranżacjach nie ma takiego przepychu, do którego przyzwyczaiła nas Kate Bush na ostatnich wspaniałych płytach. Usłyszymy tutaj skrzypce, analogowe syntezatory, które przy okazji i od czasu do czasu pełnią funkcję gitary elektrycznej (tej ostatniej po prostu brak).



Od pierwszej kompozycji moją uwagę zwróciła praca sekcji rytmicznej. Ciekawie zrealizowana perkusja i bas, o lekkim post-punkowym zabarwieniu, są znakiem rozpoznawczym tego wydawnictwa. Perkusista Andy Sells gra bardzo oszczędnie. Zamiast typowego indie-rockowego groove'u wykorzystuje dużo przestrzeni pomiędzy uderzeniami, często stosuje półtempo. To zbliża całą sekcję do estetyki post-punk, gdzie rytm czasem pełni funkcję struktury, a nie jest tylko prostym napędem. Czytelny podpis Andy Selllsa znajdziemy w utworze "Trees In Converstaion".

Z kolei bas Caseya Rosebridge'a porusza się bardziej melodycznie. Unika typowego podkreślania poszczególnych taktów, zostawia nieco miejsca na brzmienie syntezatorów oraz głosu. W efekcie daje to złudzenie niemal żywego grania, trochę jak dopracowane nagrania z sali prób, świetnie uchwycone. Nad wszystkim unosi się romantyczna wokaliza Carolyn B., która stanowi oś całej płyty. W tym przypadku głos został jeszcze bardziej wyeksponowany niż na dwóch poprzednich płytach - "Spells Of Silence" (2022), "Ultraviolet Heart Machine" (2024).

W odniesieniu do wcześniejszych propozycji grupy nie ma na "Every Stone Is Green" aż tyle rozbuchanej teatralności. Zamiast nieco pompatycznego dramatyzmu mamy kontemplacje natury, mgiełkę tajemnicy, metafizyczną zadumę i zabawę głosem. Wokaliza Carolyn B - artystki ewidentnie wychowanej na muzyce z lat 80-tych - pełni również funkcję narratora całej opowieści. Przykuwa uwagę jasna, eteryczna barwa, otulona dream-popową chmurką. To dzięki temu słuchacz może odnieść wrażenie, że wokaliza unosi się nad aranżacją,  nie jest w niej zbyt głęboko uwięziona. Carolyn unika przesadnie ekspresyjnego śpiewania. Zamiast tego stosuje coś, co można nazwać emocjonalnym minimalizmem (emocje znajdują się w barwie, artykulacji, a nie w akcentach czy głośności).

Na albumie "Spells Of Silence" wokal był bardziej surowy. "Ultraviolet Heart Machine'" - przyniósł zgodnie z manierą albumu nieco więcej teatralności. "Every Stone Is Green" proponuje najbardziej dojrzały, przestrzenny i kontemplacyjny wokal w całej dyskografii.  Wczoraj wydany album grupy MT FOG zawiera spójną wizję, posiada wyraźny pomysł, zróżnicowane tempo i napięcie. Wszystko układa się w jedną narrację, która okraszona została ciekawą aranżacją. Amerykańska formacja postawiła tym razem na klimat zamiast efektywności, dzięki czemu najnowsza propozycja tak bardzo wciąga słuchacza.

(nota 7.5-8/10)



 


Nasi dobrzy znajomi z Bristolu - formacja NIGHT SWIMMING koniecznie chcieli Wam przedstawić nowy niedawno wydany singiel. 




W San Francisco znajdziemy grupę KELLEY STOLTZ, która 15 maja opublikuje album zatytułowany "If You Don't Know Me, Buy Now". Oto singiel promujący to wydawnictwo.





Z Melbourne pochodzi formacja Roller One, która 17 kwietnia wyda płytę zatytułowaną "Fate Done Nice". Przed Wami pełna uroku kompozycja z tego albumu.



 

Prześliczny singiel wydała niedawno grupa z Oakland czyli FIGURE EIGHT. Często wracam do tych dwóch utworów.



 
Przeniesiemy się do Brighton, żeby posłuchać nowego singla Derka Invera, który chodzi za mną od kilku dni.





Sporo płyt ukazało się w dniu wczorajszym, wśród nich znajdziemy najnowszą propozycję grupę THE ORIELLES - "Only You Left". Bardzo lubiłem ich ostatni album "TABLEU" (recenzja na blogu), wczoraj wydana płyta jest zupełnie inna. Wśród premier można również odnotować płytę Art School Girlfriend - "Lean In", Kim Gordon - "Play Me", jazzowy album Bena Wendela - "Barcode", całkiem niezłą płytę formacji THE NOTWIST - "NEWS FROM PLANET ZOMBIE". Z tego zestawu najbardziej równą propozycją jest zapowiadany kilka tygodni temu album "DEATH MOTELS", zespołu THIS LONESOME PARADISE, który również wczoraj miał swoją premierę.



KĄCIK IMPROWIZOWANY - zajrzymy do Oslo, gdzie działa i tworzy HENRIETTE EILERSTEN TRIO. Wczoraj ukazała się ich płyta zatytułowana "MODER".





Nowy York, prezentowany już niegdyś przeze mnie trębacz MARQUIS HILL, wczoraj ukazała się jego płyta zatytułowana "Beautifulism" - Sweet Surrender". Wśród mnóstwa zaproszonych gości na sesję nagraniowe znaleźli się także - Makaya McRaven, Immanuel Wilkins.






sobota, 17 sierpnia 2024

THE SOUNDCARRIERS - "THROUGH OTHER REFLECTIONS" (Phosphonic Rec.) "Z tęsknoty za brzmieniem"

 

     Skoro lato powróciło do nas ze zdwojoną siłą, zaproponuję dziś nieco więcej słonecznych kompozycji. Za sprawą głównego wydawnictwa dzisiejszego spotkania - The Soundcarriers - "Through Other Reflections" - przeniesiemy się do przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Kto wie, może przy okazji kolejnych odsłon tego albumu, niektórzy z Was poczują zapach morskiej bryzy unoszącej się na plaży w Cannes, Monaco, czy Saint-Jean-Cap Ferrat. Tymczasem we francuskiej prasie bardzo chwalą, nie tyle nasze plaże położone nad Bałtykiem i tamtejszą chłodną bryzę, ile w ogóle nasz piękny kraj. Autorzy tych nad wyraz swobodnych refleksji podkreślają skok gospodarczy i cywilizacyjny, który dokonał się przy naszym, rezolutnych i pracowitych Polaków, współudziale i w naszej umiłowanej ojczyźnie. W tym kontekście mogą przypomnieć się frazy znakomitej prozy Annie Ernaux - "Lata", która przypominała, jakim zainteresowaniem cieszyły się kraje tak zwanego "bloku wschodniego" pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, szczególnie wśród społeczności francuskiej o sympatiach lewicowych. Były to jednak bardziej mgliste wyobrażenia o życiu w systemie komunistycznym, niż ponure nieraz fakty związane z rzeczywistością, o której smętnych realiach można było przekonać się podobnie, jak uczynił to Michele Foucault czy Kurt Vonnegut tylko wtedy, kiedy odwiedziło się ówczesną Polskę lub Czechosłowacje. Może więc autorzy ostatnich pochwalnych pieśni skierowanych do miast leżących nad Odrą i Wisła, powinni wybrać się na wakacje - plaże w Ustce, Mielnie czy Międzyzdrojach czekają - żeby później z całą odpowiedzialnością za słowa móc napisać, że Warszawa wkrótce stanie się decyzyjnym centrum Europy.



Na temat poprzedniej płyty zespołu The Soundcarriers zatytułowanej "Wilds" (2022), napisałem, że rozpięta jest na cienkiej granicy brzmieniowego przesytu. Wskazywałem, że dłuższe obcowanie z nagraniami, które zawierał ten w sumie ciekawy krążek, może powodować zmęczenie lub znużenie. W tym układzie najlepiej było starannie sobie dawkować poszczególne wpadające w ucho piosenki, jedną lub dwie, od czasu do czasu, nie dłużej niż kwadrans, niż zapuszczać się na kilkudziesięciominutową wyprawę zbyt mocno nasyconą barwami i wrażeniami. Oczywiście to tylko i wyłącznie moja subiektywna ocena poprzedniej propozycji brytyjskiego kwartetu, każdy może wyrobić sobie własną, nic prostszego, wystarczy tylko sięgnąć do albumu "Wilds".



W przypadku najnowszej wydanej wczoraj płyty, zatytułowanej "Through Other Reflections", ów zasygnalizowany przeze mnie wcześniej problem i związane z tym odczucia nie występują. Album jest najbardziej spójnym, a jednocześnie najbardziej zrównoważonym wydawnictwem kwartetu z Nottingham. Trudno szczególnie wyróżnić jakiś pojedynczy fragment, może poza "Already Over", który słusznie został wybrany na singla promującego ten krążek. Tempo nagrań jest zróżnicowane, są momenty przywołujące skojarzenia z muzyką filmową: "Cornet 4" czy "Sonay's Lament", znajdziemy także zgrabnie rozpisane ballady, jak chociażby "Always". Liczba instrumentów pochodzących z epoki została rozmyślnie ograniczona. Flety, klarnet, organy, klawesyn, bas - wszystko to odzywa się w określonym miejscu oraz czasie, i nie usiłuje zawłaszczyć dla siebie całej dostępnej przestrzeni. 

Warto podkreślić, że brytyjskim muzykom udało się umieścić zdecydowanie więcej powietrza w poszczególnych odsłonach tej płyty oraz pomiędzy kolejnymi frazami. Wokalizy Leonore Wheatley i Doriana Conwaya brzmią lekko i swobodnie, z łatwością przywołują ducha nagrań pochodzących z końca lat 60-tych, w czym kiedyś specjalizowały się takie grupy jak: Stereolab czy Broadcast. "Na tym albumie chcieliśmy zawrzeć spontaniczność i nie ugrzęznąć za bardzo w procesie nagrywania" - podsumował proces rejestracji Adam Cann. Posłuchajcie.

(nota 7.5/10)


 


Strefę "Dodatki..." rozpocznie piosenka tygodnia - "Three Fanged Volvo", której autorami są David Miller i wokalista Craig Sinclair, z brytyjskiego duetu News From Neptune. Wkrótce ukaże się ich epka zatytułowana "The Car That Ate Widnes".



Niedawno zaprezentowałem grupę Night Swimming, reprezentującą miasto Bristol, 27 września ukaże się ich epka "No Place To Land", którą zapowiada taka oto piosenka.



Ze Sztokholmu - cóż, że ze Szwecji - pochodzi formacja Kite. Posłuchamy kompozycji z albumu "VII", która ostatnio nieco częściej gościła w moich uszach.



Kolejni znajomi z poprzednich wydań bloga to zespół Phantom Handshakes, i następny singiel z wydawnictwa "Sirens At Golden Hour", które ukaże się 21 sierpnia.



Z Nowego Jorku przeniesiemy się do miasta Baltimore w stanie Maryland, skąd pochodzi zespół The Smashing Times, oto fragment albumu "Mrs Ladyships And The Cleanerhouse Boys". Premiera całości 1 listopada.



W mieście Detroit mieszka wokalistka Claire Bluhm, która wraz z grupą Bluhm w ubiegłym tygodniu opublikowała album "Midnight Hill".



Do Urugwaju zaglądamy bardzo rzadko, a to właśnie stamtąd pochodzi formacja Las Cobras, znana już Czytelnikom bloga, która 4 października opublikuje album zatytułowany "Carcavas". Póki co mamy singiel promujący to wydawnictwo.



W kąciku improwizowanym wystąpi kontrabasista z Los Angeles - Jake Leckie, posłuchamy wspólnie fragmentu z jego ostatniej płyty "Planter Of Seeds".





sobota, 29 czerwca 2024

LOMA - "HOW WILL I LIVE WITHOUT A BODY?" (Sub Pop Records) "Z pomocą sztucznej inteligencji"

 

      Tytułowe pytanie, które widnieje na okładce wydanej wczoraj płyty amerykańskiej grupy Loma, staje się coraz bardziej znaczące w czasie, kiedy algorytmy sztucznej inteligencji ("AI") coraz śmielej wkraczają w niemal każdy aspekt naszego życia. W tym kontekście można wspomnieć o strajku scenarzystów, którzy nagle poczuli się zbędni, z kolei aktorzy w podobnej akcji protestowali przeciwko temu, żeby ich ciała zostały zeskanowane, a potem wykorzystane na potrzeby filmu. Przypomina się postać wykreowanej w oparciu o cyfrowe moduły modelki-influencerki; jej nieistniejącym w rzeczywistości ciałem zachwycała się rzesza systematycznie rosnących fanów. Nic dziwnego, że również w przestrzeni muzyki popularnej kontrowersyjna sekcja "AI" rozpycha się nie tylko łokciami. Do głosu dochodzą coraz to nowsze aplikacje i rozwiązania techniczne (znamy już "Google Magenta", "Amper Music", "Aiva" itd.). Pojawia się zasadne pytanie, o kreatywność i zaangażowanie twórcy. 

Także członkowie grupy Loma postanowili skorzystać z pomocy AI. Przede wszystkim poszukiwali inspiracji w twórczości Laurie Anderson. Dokładnie rzecz ujmując, ta ostatnia artystka: "zaoferowała im szanse pracy ze sztuczną inteligencją przeszkoloną w zakresie całej jej twórczości". W ten sposób powstał chociażby tytuł płyty. Kiedy gitarzysta i wokalista Jonathan Meiburg przesłał sztucznej inteligencji zdjęcia zrobione na Antarktydzie, ta odpowiedziała wersami tekstów utrzymanych oczywiście w duchu i manierze Laurie Anderson, gdzie pośród wielu zdań znalazła się tytułowa fraza - "How Will I Live Without A Body?".



I tak oto wybrzmiała przed chwilą "KOMPOZYCJA TYGODNIA", moja zdecydowanie ulubiona piosenka ostatnich dni, do której regularnie powracam. Cudo!!!  "Affinity" pojawił się jako trzeci singiel promujący wydawnictwo "How Will I Live Without A Body?", ale można by rzec, że zdecydowanie najlepszy. Pewnie bardziej uważni słuchacze rozpoznali głos wokalistki Emily Cross, której poświęciłem już kilka razy wiele ciepłych słów. Szczególnie, kiedy recenzowałem album "Wabi Sabi", który ukazał się pod szyldem Cross Record, czyli duetu, jak współtworzyła z kolejnym członkiem grupy Loma, producentem Danem Duszyńskim.

Tuż po wydaniu ostatniej płyty Loma zatytułowanej "Don't Shy Away" (2020), sympatyczne trio przyjaciół rozjechało się po świecie. Multiinstrumentalista Dan Duszyński pozostał w swoim studiu w Teksasie, Emily Cross przeniosła się do brytyjskiego Dorset, z kolei autor większości kompozycji oraz tekstów - Jonathan Meiburg (znany Czytelnikom bloga także z formacji Shearwater, recenzowałem album "The Great Awakening" 2022), znalazł dla siebie bezpieczną przystań w Niemczech. To Emily Cross przerwała przedłużające się milczenie i rozłąkę, zaproponowała panom, żeby najnowszy materiał nagrywać w Dorset. Zespół wykorzystał ruiny XII -wiecznej kaplicy jako swoistą komorę pogłosową, za studio posłużyło pomieszczenie, w którym przed laty zbijano trumny, okoliczna fauna i flora odcisnęła trwały ślad w postaci zapisów nagrań terenowych, zaś kabinę wokalną stworzono z trumny wyściełanej gałęziami wierzby. Takich warunków nie wymyśliłaby żadna sztuczna inteligencja. Póki co...



Ci, którzy nieźle znają twórczość grupy Shearwater, i jako tako orientują się w dokonaniach duetu Cross Record, po przesłuchaniu najnowszej propozycji tria Loma - "How Will I Live Without A Body?", mogliby pokusić się o stwierdzenie, że to wydawnictwo stanowi połączenie nastrojów, które członkowie zespołu tak udanie kreują poza macierzystą formacją. Trudno całkowicie odciąć się od swoich korzeni, ciężko zapomnieć o tym, co komu w duszy gra. Oniryczny zwykle Shearwater, indie-popowy Cross Record dają w sumie nostalgiczne i niezbyt spiesznie rozwijane opowieści w jedenastu odsłonach, rozpisane z wdziękiem i miłą dla ucha lekkością pod szyldem Loma. 

To, co zwróciło moją uwagę, to różne "drobiazgi" - klarnet, nagrania terenowe, ciekawie zrealizowane instrumenty perkusyjne, osobne pomysły niemal na każdą kompozycję, mocniejsze oddechy gitary - które pojawiają się nienachalnie w odpowiednich momentach tak, jakby musiały tam być, a nie zostały sztucznie doklejone na kolejnych etapach produkcji. Bardzo ładnie brzmią również linie melodyczne, stanowiące skromne połączenie kilku prostych nut, bez gwałtownych zwrotów czy piruetów, napięć i emocjonalnych wyskoków. Niektóre przejścia pomiędzy dźwiękami są tak delikatne, tak subtelne, że łatwo je przegapić. Warto więc z uwagą podążać krok w krok za tym, co szkicuje stonowana i nieco senna barwa głosu wokalistki Emily Cross. Warto przez cały czas trwania tego albumu trzymać ją za rękę. Przy okazji "Pink Sky" mogą przypomnieć się dawne nagrania grupy Portishead, tyle, że ta raczej niechętnie sięgała po klarnet. "A Steady Mind" ma coś z melodyki piosenek Blonde Redhead, a najdłuższy na tym wydawnictwie "Broken Dorbell" zapamiętałem głównie za sprawą drugiej świetnej części. POLECAM!

(nota 8/10)

 


Pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, w końcu turniej w Wimbledonie rozpocznie się poniedziałek. Z miasta Bristol pochodzi prezentowana już przeze mnie kiedyś grupa Night Swimming. Oto mój ulubiony fragment z epki "No Place To Land".




W Dublinie można spotkać członków grupy Scattered Ashes. Niedawno ukazała się ich epka zatytułowana "All That Is Solid Melts Into Air".




Z Francji pochodzi trio Eat-Girls, panie: Elisa Artero, Amelie Guillon, i męski rodzynek Maxene Mesnier. W ubiegłym tygodniu ukazał się ich nowy singiel.



Kolejna śpiewająca pani reprezentuje Katalonię - Joana Serrat, oraz fragment z jej najnowszego wydawnictwa "Big Wave".



Skorzystam z okazji, i w tym momencie przypomnę moją ulubioną piosenkę katalońskiej artystki, którą znajdziecie na płycie "Cross The Verge".



Joe Goddard reprezentuje Wyspy Brytyjskie, niektórzy z Was mogą kojarzyć tego artystę, jako członka grupy Hot Chip. 12 lipca ukaże się jego album zatytułowany "Harmonics".



Przed Wami saksofonista z Nowego Yorku - Alan Braufman, który wraz ze swoim zespołem w maju opublikował płytę zatytułowaną "Infinity Love Infinity Tears".



Z Republiki Południowej Afryki, dokładniej mówiąc z Johannesburga, pochodzi Malcolm Jiyan Tree-O. Oto fragment z najnowszej płyty "True Story".