Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Christensen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Christensen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lipca 2024

ZELIENOPLE - "EVERYTHING IS SIMPLE" (Shelter Press)

 

     Ciepły czy nawet upalny lipcowy czas potrafi skutecznie rozleniwić nie tylko urlopowiczów, ale również wydawców. Jednak trzeba przyznać, że od kilku sezonów nie są to dni, które można by określić jako tygodnie kompletnie stracone dla fonografii. Wciąż ukazują się nowe albumy, choć ich liczba w naturalny sposób drastycznie spadła w porównaniu do jesiennego lub wiosennego szczytu muzycznych publikacji. Ma to swoje dobre strony, dzięki temu łatwiej wyłowić to, co w innych okolicznościach mogłoby zniknąć w zalewie premier płytowych. Jak wiadomo, najlepiej w tym względzie smakują niespodzianki. Krótko mówiąc wydawnictwa, na które w ogóle nie czekaliśmy, a które zjawiły się zupełnie niespodziewanie. Tak było w przypadku najnowszej propozycji grupy Zelienople, która ujrzała światło dzienne w dniu wczorajszym, i od razu przyciągnęła mój wzrok. Wciąż całkiem nieźle pamiętam ich poprzedni znakomity album - "Hold You Up" (2020), choć dawno do niego nie zaglądałem. Jego premiera miała miejsce w szczególny pandemiczny czas, może również z tego powodu tak mocno do mnie przemówił. Poświęciłem temu wydawnictwu mnóstwo ciepłych słów, a pod koniec roku potwierdziło się, że to jedna z najlepszych płyt tamtego okresu, z pewnością najlepszy krążek w całym niezbyt bogatym dorobku zespołu. W ten sposób się rozpoczynał.



Tak to już niekiedy bywa z wydawnictwami amerykańskiego tria, że sporo recenzentów dociera do nich z dużym opóźnieniem, jeszcze większe grono zupełnie ignoruje płyty oznaczone nazwą Zelienople. Przypomnę tylko - gdyż zawsze pośród Czytelników może pojawić się ktoś, kto z ich muzyką do tej pory jeszcze się nie zetknął - że nazwa pochodzi od niewielkiej miejscowości położonej mniej więcej 50 km od Pittsburgha (stan Pensylwania, w którym to zwykle wyniki głosowania w wyborach bywają rozstrzygające dla całego kraju). To właśnie tam gitarzysta, wokalista i autor większości tekstów - Matt Christensen spędził kilka godzin z Mike'm Weis'em (perkusja) na skutek awarii samochodu. Rozglądając się po okolicy i czekając na przedłużającą się naprawę auta, panowie doszli do wniosku, że Zelienople to całkiem niezła nazwa dla zespołu. Dopiero później do składu dołączył multiinstrumentalista Brian Harding. "Zelienople - to pociąg, który ciągle pędzi. Tak jest, odkąd poznaliśmy się w połowie lat 90-tych" - oświadczył Mike Weis. 

Z tym wspomnianym powyżej "pędem" raczej nie przesadzałbym. Kompozycje amerykańskiego tria zwykle rozwijają się powoli, dominuje w nich umiarkowane tempo. Nie znajdziemy tam ani gwałtownych erupcji nastroju, ani tym bardziej solowych popisów poszczególnych sekcji czy nieznośnie brzęczącego strumienia elektronicznych dodatków. Cierpliwość, przestrzeń i nastrój -  to trzy podstawowe znaki orientacyjne na mapie poczynań grupy Zelienople. Przy okazji ich niespiesznie rozwijanych pieśni mogą pojawić się skojarzenia z takimi znakomitymi formacjami jak Bark Psychosis, (podobna praca gitar), O. Rang, lub z późnym Talk Talk (zbliżone brzmienie perkusji).



Najnowsza wydana wczoraj płyta zatytułowana "Everything Is Simple" nie przynosi większych zmian stylistycznych. Sympatyczne trio nadal i całkiem sprawnie porusza się w obrębie gatunku slowcore. Można wręcz powiedzieć, że to właśnie tam amerykańscy twórcy znaleźli dla siebie wygodną niszę. Panowie od lat wiele rzeczy robią po swojemu. Przede wszystkim w charakterystyczny dla siebie sposób realizują nagrania, starannie dbając o brzmienie poszczególnych sekcji. Tym razem skorzystali z pomocy dwóch dodatkowych muzyków zaproszonych  na sesje - Erika Eleazera (syntezator, pianino Fender Rhodes) oraz PM Tummali (wibrafon). Ostatecznego masteringu dokonał Simon Scott znany z grupy Slowdive. "Większość naszych nagrań wykonywana jest zwykle w jednym podejściu, i jeśli nie działa dobrze w jednym do trzech podejść, to pokazuje, że piosenka powinna zostać odrzucona" - Mike Weis.

Tym razem w kilku odsłonach płyty znalazły się próby, które możną by nazwać improwizowanymi partiami. Mam tu na myśli utwór "Santa Chiara", czy oniryczny i zapadający w pamięć "Orange Capsule". Początek, czyli "Holly Rollers" w bardzo sugestywny sposób zabiera nas w mroczne psychodeliczne rejony. "Hold In My Hands" - to nowy klasyk, który mógłby z powodzeniem znaleźć się na tak chwalonej przeze mnie płycie "Hold You Up" (2020). Nieco mglistego światła w atmosferę pierwszej części albumu wprowadza jeden z moich ulubionych fragmentów "Wishing Wells", który miękko otula membrany głośników. Członkowie grupy Zelienople niemal do perfekcji opanowali trudną sztukę tworzenie czegoś z niczego. Chodzi mi o to, jak niewiele dźwięków używają w kompozycjach. Liczy się to, że każdy pojedynczy ton ma w tak kreowanej przestrzeni szczególne i wyznaczone dla siebie miejsce. Tym samym staje się niezbędny i zyskuje na znaczeniu. Charakterystyczny głos Matta Christensena, powtarzający wybrane frazy tekstu, gitarowe ozdobniki, miarowe takty perkusji - wszystko to w najlepszych kompozycjach Zelienople wiruje spiralnym ruchem. Co potwierdza tylko świetne zakończenie płyty - "Make The Whole Town Decay".

(nota 7.5-8/10)

 


Jedną z moich ulubionych piosenek ostatnich dni stworzył amerykański duet Phantom Handshakes. Pełen uroku singiel pochodzi z płyty "Sirens At Golden Hour", która ukaże się 21 sierpnia.



26 lipca w sklepach pojawi się rocznicowe wydawnictwo. Zapomniana, ale również bardzo słabo znana grupa Birdie, wokalistka Debsey Wykes i Paul Kelly, dwadzieścia pięć lata temu zadebiutowała albumem "Some Dust". To tego fragmentu wracałem najczęściej.



Zespół Orcas tworzą Rafael Anton Irisarri, Bebnoit Pioulard oraz gościnnie występujący wspomniany już dzisiaj perkusista Slowdive - Simon Scott. Wczoraj ukazała się ich płyta zatytułowana "How To Color A Thousand Mistakes".



Amerykańska grupa A Shoreline Dream opublikowała w dniu wczorajszym album zatytułowany  "Whitelined". Podczas nagrywania tego materiału w studiu nagraniowym pojawił się dawny członek grupy Ride - Mark Gardener, a całość zmiksował znany z poprzednich wpisów producent Kramer.



Pewnie niektórzy z Was całkiem nieźle pamiętają grupę LAMB. Jej wokalistka Lou Rhodes wraz z Rohanem Heath tworzą obecnie duet Kiioto. Niedawno ukazała się ich płyta "As Dust We Rise". Wybrałem taki oto fragment.



Z przyjemnością słucha się wydanej wczoraj płyty amerykańskiego tria Total Blue - "Total Blue". Przy tej okazji mogą przypomnieć się produkcje Steve'a Jansena.



Klarnecista z Bostonu - Harry Skoler oraz kompozycja z jego ostatniej płyty "Red Brick Hill". Obok artysty wystąpili znakomici muzycy - Joel Ross (wibrafon), Dezron Douglas (bas), Marquis Hill (trąbka), Johnathan Blake (perkusja), Christian Sands - fortepian.







sobota, 21 sierpnia 2021

VILLAGERS - "FEVER DREAMS" (Domino Rec.) "MANDALA, CIEŃ I UKOJENIE"

 

       Niemal każdy z nas, którzy interesują się przestrzenią szeroko pojętej muzyki alternatywnej, posiada swoje ulubione wytwórnie płytowe. Oficyny, do których katalogów zagląda najczęściej, nie tylko w poszukiwaniu atrakcyjnych nowości. Prywatne listy podmiotów wydawniczych często i regularnie ulegają zmianie. Zmieniają się przecież zarówno nasze preferencje, jak i kondycje poszczególnych oficyn. To, co dekadę temu wyjątkowo radowało nasze uszy, dziś niejednokrotnie pokrywa się grubą warstwą kurzu zapomnienia, i na nic zdadzą się nasze wysiłki, żeby przywrócić temu dawny blask. Wiadomo, entropia nieubłaganie dotyka nas każdego dnia... W tym kontekście muszę przyznać, że wytwórnia Domino Recording Company nie jest ostatnio oficyną mojego pierwszego wyboru. Choć nie zawsze tak było. Pamiętam, że oferta katalogowa tej prestiżowej brytyjskiej wytwórni przed laty dostarczała mi sporo wzruszeń. Albumy takich formacji jak: Wild Beasts, The Pastels, Hood, Pram czy Gastr del Sol, długo gościły w moim odtwarzaczu. Oficyna założona w 1993 roku w  Londynie, przez Laurence'a Bella i Jacqui Rice'a, miała bardzo dobry start. Oprócz faksu i telefonu, kilkudziesięciu demówek kompletnie nieznanych  grup i kapitału początkowego w wysokości 40 funtów na drobne wydatki, postawiono na mały krążek, czyli epkę, kultowego później zespołu Sebadoh - "Rocking The Forest". Kolejne wybory artystyczne dyrektorów prowadzących, co oczywiste, nie zawsze były trafione. Przede wszystkim, i na cale szczęście, dominowała polityka różnorodności, a nie wąska specjalizacja, czyli skupienie się tylko i wyłącznie na przedstawicielach tak zwanej "sceny gitarowej". Dzięki temu Domino Recording co jakiś czas zaskakiwało nas czymś świeżym i niejednoznacznym, dlatego też mogliśmy cieszyć się płytami Julii Holter czy Anny Calvi. Z drugiej jednak strony największe dochody dla wytwórni przynosiły płyty zespołów, które, jak dla mnie, jutro mogłyby przestać istnieć. Mam tu na myśli formację Arctic Monkeys czy Franz Ferdinand. W okresie pandemii Laurence Bell nie podpisał zbyt wielu nowych kontraktów płytowych. Jak przyznał w wywiadzie, czeka na wznowienie koncertów, gdyż czynnikiem decydującym o akceptacji propozycji wydawniczej, jest dla Bella fakt, jak artysta radzi sobie w warunkach scenicznych.



Gdzie, w takim układzie, sytuuje się najnowsza płyta irlandzkiej grupy Villagers - "Fever Dreams"? Po stronie outsiderów oficyny Domino Recording, czy raczej "koni pociągowych", generujących największe zyski? Myślę, że prawda w tym przypadku leży gdzieś po środku, choć krążek "Fever Dreams" zebrał zgodne i wyjątkowo dobre recenzje w prasie branżowej. Wokalista, autor kompozycji oraz tekstów - Conor O'Brien - powołał do życia ten zespół w Dublinie, gdzieś w okolicach roku 2008, na zgliszczach formacji The Immediate, która nie odniosła większego sukcesu. Wcześniej szarpał struny w innej kompletnie dziś zapomnianej grupie Cathy Davey. Na pierwszą płytę Villagers fani musieli poczekać dwa długie lata, ale krążek "Becoming Jackal" od razu odniósł spory sukces, co potwierdziła nominacja do nagrody Mercury Prize. Początki działalności irlandzkiego zespołu stylistycznie można porównać do dokonać Bright Eyes czy Sparklehorse. Na poprzednim albumie "The Art Of Pretending To Swim" Conor O'Brien zawarł refleksje dotyczące miedzy innymi uzależnienia współczesnego człowieka od nowych technologii (smartfon). "Przestałem czytać książki na dwa lata, ponieważ nie byłem w stanie przestać sprawdzać telefonu (...). Na poprzednim albumie prawdopodobnie czasem próbowałem być jak Dylan, a innym razem jak Leonard Cohen". Przygotowując najnowsze wydawnictwo "Fever Dreams", O'Brien słuchał sporo jazzu, szczególnie Duke'a Ellingtona, co słychać w aranżacjach. W poszczególnych odsłonach najnowszego krążka znajdziemy mnóstwo partii rozpisanych na instrumenty dęte. W najlepszej siedmiominutowej kompozycji "So Simpatico" sporo miejsca wypełniła gra saksofonu. Od pierwszych chwil tej płyty zwraca na siebie uwagę specyficzne rozmarzenie oraz ilustracyjność tej muzyki - stąd porównania jednego z recenzentów do twórczości Burta Bacharacha. Frazy płynną łagodnie przez kolejne takty roztaczając wokół słuchacza oniryczną atmosferę. Tu i ówdzie przypominają się piosenki The Flaming Lips, z nie tak odległej przeszłości. W kilku kompozycjach znajdziemy coś w rodzaju "rytuału przejścia" - zmiany tempa akcji, różne rodzaje wokalizy, która raz wydaje się być zrealizowana jakby nieco dalej, żeby po chwili pojawić się na pierwszym planie. Dużo aranżacyjnych smaczków można odnaleźć w dziesięciu utworach. I trzeba przyznać, że David Wrench, miksujący cały materiał, fragmentami balansował na krawędzi brzmieniowego przesytu. Przy okazji "Song In Seven" udało się wykreować bajkowy nastrój. "Restless Endeavour" ma nieco żywsze tempo, ale rozciągnięta linia wokalna i barwne smugi tonów instrumentów dętych rozleniwiają efekt odbioru całości, przywołując skojarzenia z płytami Roberta Wyatta. W bardzo udanym "Full Faith In Providence" obok fortepianu i ksylofonu usłyszymy głos Rachael Lavelle. Tytułowy "Fever Dreams" złożony został jakby z dwóch połączonych ze sobą części, pierwszej nieco rozwlekłej, gdzie poszczególne dźwięki momentami wydają się odrobinę rozjeżdżać oraz drugiej, co być może miało symbolizować przejście pomiędzy jawą, a snem lub kolejnymi światami.

Jako literackie inspiracje Conor O'Brien wskazał książki Simone de Beauvoir, Audre Lorde, a także prace Carla Gustava Junga. I przy tym ostatnim tropie warto zatrzymać się na dłużej. Irlandzki wokalista zafascynował się "Czerwoną księgą" słynnego psychoanalityka. Nic więc dziwnego, że również w warstwie muzycznej płyta "Fever Dreams" zdaje się poniekąd symbolizować subtelne połączenie pomiędzy tym, co świadome, a tym, co pozostaje w ukryciu, dyskretną kontaminację przeszłości i chwili obecnej. "Człowiek zawsze nosi ze sobą całą swoja historię" - napisał przed laty Carl Gustav Jung. W tym psychoanalitycznym i archetypowym kontekście można również odczytać okładkę albumu. Postać niedźwiedzia widoczna nad basenem jest "cieniem" śniącego mężczyzny, który dryfuje łagodnie na materacu. Zakończenie płyty - "Deep In My Heart" jest równie łagodne. Delikatna wokaliza prześlizguje się przez zwiewne takty, a wszystko to zostało ozdobione tonami instrumentów klawiszowych oraz gitary akustycznej.

"Fever Dreams" zdaje się być najlepszą i najdojrzalszą propozycją w całej dyskografii Irlandczyków, zaś utwór "So Simpatico" - jak stwierdził Conor O'Brien - wskazuje przyszły kierunek rozwoju grupy.

(nota 7.5/10)

    


W kąciku deserowym wystąpi nasza dobra znajoma czyli Anika, niegdyś recenzowałem na łamach bloga płytę jej formacji Exploded View. Sympatyczna wokalistka przypomniała o sobie solowym albumem "Change", który tak właśnie się rozpoczyna.



Pełna uroku piosenka "Bad Week" pochodzi z niedawno wydanej epki "Inastavi, Calliope", grupy Babehoven.




Fani chwalonej przeze mnie w ubiegłym roku formacji Zelienople powinni znaleźć coś dla siebie na solowej płycie Matta Christensena - "Constant Green", który jest członkiem tego zespołu.



"Red Willow" - czyli krótka, ale śliczna odsłona płyty o tym samym tytule, pianisty pochodzącego z Austin - Seana Michaela Giddingsa, z Samem Pankey'em na basie oraz Danielem Dufourem za zestawem perkusyjnym.



Na stronach, gdzie recenzenci przywiązują szczególną wagę do jakości dźwięku, od kilku dni znakomite recenzje zbiera płyta Patrici Barber - "Clique!". Nawet, jeśli nie przepadacie zbytnio za taką estetyką, warto odsłuchać, jak wspaniale zrealizowane zostały poszczególne kompozycje.





poniedziałek, 16 marca 2020

ZELIENOPLE - "HOLD YOU UP" (Miasmah Recordings) "W stronę zachodzącego słońca"

    W pierwszych słowach wpisu uprzejmie donoszę, że dziś mam do zaproponowania ZNAKOMITĄ płytę. Zastanawiałem się nawet, rozważając wszelkie "za" i ewentualne "przeciw", czy już w podtytule nie umieścić tych dwóch słów: "ZNAKOMITY ALBUM". Wiadomo - czytamy oczami, które wabią mocne, kontrowersyjne, bądź krzykliwe nagłówki. Ten krótki wstęp ma więc Szanownych  Czytelników szczególnie zachęcić do tego, żeby wysłuchać tego albumu - którego krótki opis znajdzie się poniżej - w całości, raz, drugi, trzeci, a potem wracać do niego w dowolnych momentach, bo naprawdę warto.

Co mówi Wam nazwa Zelienople? Pewnie niewiele. Ci bardzo dobrze zorientowani w geografii Stanów Zjednoczonych po chwili wahania wskażą na szczegółowej mapie niewielką miejscowość w stanie Pensylwania, położoną mniej więcej 50 km od Pittsburgha. Ponoć własnie tam George Romero odkrył kilka atrakcyjnych plenerów, które potem znalazły swoje odbicie w klasycznych kadrach "Nocy żywych trupów". Jak wieść gminna niesie człon "Zelie" wziął się od imienia córki niemieckiego barona, który przed laty założył osadę Zelienople. Pod koniec lat 90-tych skrzyżowały się tam drogi Matta Christensena (gitara, śpiew, syntezator), i Mike'a Weisa (perkusja), którzy wybrali się w krótką podróż po Ameryce. Wracając z małego rekonesansu stwierdzili, że "Zelienople" to całkiem niezła nazwa dla niedawno powstałego zespołu. Do składu szybko dołączył Brian Harding (bas, klarnet, saksofon). Przez grupę, która istnieje od ponad 20 lat, przewinęło się jeszcze kilku muzyków - jedni odchodzili, ich miejsce zajmowali kolejni - ale te wyżej wymienione trzy nazwiska od początku stanowiły stały trzon formacji.

Zanim Mike Weis zaczął tworzyć "piosenki", niemal co roku wycinał z gazet zdjęcia zestawów perkusyjnych, które potem starannie wklejał, dołączając je do życzeń skierowanych pod adresem Świętego Mikołaja. Ani głuchy na prośby dzieci rezydent Laponii, ani tym bardziej rodzice nie chcieli spełnić marzeń swojej pociechy. Nic więc dziwnego, że zdesperowany Mike bardzo szybko znalazł zatrudnienie jako robotnik budowlany, czy pracownik stacji benzynowej i odkładając grosz do grosza, wreszcie nabył upragniony zestaw perkusyjny.
Wspominam o tym dlatego, że w zespole Zelienople sekcja rytmiczna, a w szczególności perkusja ma podstawowe znaczenie. W strukturze poszczególnych kompozycji ostatniego albumu -"Hold You Up" - znajduje się tuż obok głosu wokalisty, jakby pod nim lub tuż za nim, wyznaczając regularnie kolejne takty. Brzmiący w charakterystyczny sposób zestaw perkusyjny przywołuje skojarzenia z płytami grupy Talk Talk czy też dokonaniami nieodżałowanego Mike Hollisa. Z pewnością grupę nie tylko w kontekście ostatniego, jakże udanego, album można zaliczyć do spadkobierców tego własnie sposobu myślenia o dźwięku czy kompozycji. Pozostałe skojarzenia to nieco zapomniani przedstawiciele slowcore'u, postrocka, czy shoegaze'u, tacy jak: Bark Psychosis, O.Rang, Codeine , Labradford, Mojave 3, a nawet Slowdive. Tytułowe nagranie z najnowszej płyty "Hold You Up" skojarzyło mi się z klimatem albumu "Pygmalion" formacji Slowdive.
Powolność, spokój, łagodne oddechy taktów, sugestywna przestrzeń, w której budowaniu członkowie amerykańskiej grupy są po prostu mistrzami, klasą samą dla siebie(!!!). Nieco rozmyte syntezatorowe tło, jak odbicie zachodu słońca wolno roztapiającego się gdzieś daleko na linii horyzontu. Do tego frazy gitary, jakże często zapętlone, uparcie powtarzane, tak jak i kluczowe fragmenty tekstu, również po to, żeby wprawić słuchacza w błogi letarg, rodzaj transu i przygotować na pojawienie się kolejnego, nowego dźwięku, który popchnie kompozycje o krok naprzód. Gitara Matta Christensena najbardziej przypomniała mi brzmienie tej wykorzystanej przez Bark Psychosis, z okresu albumu "Hex" - ta sama swoboda, podobna barwa, niespieszność, nostalgiczne tony.
Dla wielu z nas, pamiętających takie albumu jak: "Hex", "Codename", "Independency", "Herd of Instinct", "Fields And Waves", "Blue Day" itd., krążek "Hold You Up" może być czymś więcej, niż kolejną sentymentalną podróżą ("nowy klasyk"). Dla pozostałych zaś może stanowić zaproszenie, żeby po prostu sięgnąć po te wydawnictwa.

Powyżej padło tyle znaczących, żeby nie powiedzieć, kultowych nazw zespołów niemal dla każdego fana muzyki alternatywnej. Rodzi się więc pytanie - dlaczego grupa Zelienople jest wciąż tak mało znana, nie tylko w naszym kraju. Funkcjonują na rynku muzycznym od ponad 20 lat, nagrali kilkanaście albumów, w tym ścieżkę dźwiękową do obrazu "Gone". Oczywiście nie wszystkie wydawnictwa były tak udane, jak ten najnowszy zarejestrowany po 5 latach przerwy, ZNAKOMITY  "Hold You Up". Z drugiej strony trzeba dodać, że przez te dwie dekady Matt, Mike i Brian zdołali uniknąć głębszych twórczych mielizny i konsekwentnie penetrowali to ulubione od debiutu - "Pajama Avaneu" (2002) - slowcore'owo-ambientowo-alt.rockowe pogranicze. W zdobyciu większej popularności nie pomogło granie przed The Cranes, czy innymi nieco bardziej znanymi formacjami z alternatywnego półświatka. Obawiam się, że tego stanu rzeczy nic już nie zmieni. Poza tym Matt i Mike nagrywają także solowe albumy, udzielają się w kilku innych projektach, są mężami, ojcami, i chyba niezbyt zależy im na większym rozgłosie. Inna sprawa, że muzyka Zelienople nie należy do zbyt "przebojowych", w potocznym tego słowa rozumieniu. Ich nostalgiczne kompozycje adresowane są do wąskiego kręgu odbiorców, wymagają odpowiedniego nastrojenia, wyciszenia, skupienia, ale za taką postawę potrafią odwdzięczyć się ponad miarę.

Album "Hold You Up" otwiera niezwykle urokliwa kompozycja "Safer", w której unosi się duch Marka Hollisa, i od której od kilku dni nie potrafię się uwolnić. Co ciekawe, w dalszej części tej ZNAKOMITEJ płyty napięcie wcale nie opada, bowiem w kolejnych odsłonach - szczególnie w tych dłuższych nagraniach - chicagowska formacja sugestywnie pogłębia specyficzny nastrój.  Smutek, melancholia, spokój i dźwiękowy namysł, odrobinę zniekształcona wokaliza Matta Christensena niczym mgliste światło majaczące gdzieś w oddali mrocznego tunelu. Czas w kompozycjach chicagowskiego tria rządzi się własnymi prawami, wyraźnie zwalnia biegu, dzięki czemu łatwiej jest kreować i eksplorować głębie przestrzeni. Wszystko zdaje się leniwie dryfować między tym, co było, a tym, co dopiero nadejdzie. W tak kreślonej estetyce liczą się poszczególne tony - od głosu wokalisty począwszy, przez perkusję, a na gitarze skończywszy. Artyści zdają się żyć każdym dźwiękiem, każda kolejna nuta stanowi element komunikacji, źródło impulsu. Warto dodać, że utwór "You Have It" został zarejestrowany w trakcie jednego podejścia, bez żadnych późniejszych zmian czy dogrywek. "Album opowiada o starzeniu się w Ameryce (...). Istnieje wiele ukrytych znaczeń w całym tekście" - tyle Matt Christensen. Reszta należy do Was.
Ps. Dla mnie to pierwsza poważna kandydatka do płyty roku.

(nota 8.5/10)