Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porridge Radio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porridge Radio. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 maja 2022

PROJECT GEMINI - "CHILDREN OF SCORPIO" (Mr Bongo) "Brudny Harry i jego dzieci"

 

    "Wiem, o czym myślisz, śmieciu: "Wystrzelił sześć razy czy tylko pięć?". Szczerze mówiąc, straciłem rachubę w całej tej zabawie. Ale, zakładając że to magnum 44, najpotężniejszy pistolet na świecie, może elegancko odstrzelić ci łeb... Musisz zadać sobie pytanie: "Czy mam dziś szczęście". Masz, śmieciu?". Pewnie większość z Was kojarzy ten subtelny monolog, który pada z ust Brudnego Harry'ego, głównego bohatera filmu o tym samym tytule. Jak pamiętamy, w tę postać wcielił się Clint Eastwood, rozpoczynając tym samym całą późniejszą serię filmów. Premiera tego obrazu, opowiadającego o próbie schwytania szaleńca, który przybrał pseudonim "Skorpion", i strzelał z dachów budynków miasta San Francisco do przypadkowych przechodniów, miała miejsce tuż przed Wigilią, 23 grudnia 1971 roku.



Z umiłowania do tego filmu, jak i do muzyki przełomu lat 60/70, powstała grupa Project Gemini, pod którą to nazwą ukrywa się przede wszystkim jeden twórca, muzyk, producent i dziennikarz - Paul Osborne. To właśnie on kilka lat temu, przesłuchując stare albumy ze swojej bogatej winylowej kolekcji, zapragnął stworzyć coś, co brzmieniem przywoływałoby ducha dawno minionej epoki. Obok ścieżki dźwiękowej Lalo Schifrina do wspomnianego powyżej "Brudnego Harry'ego", Osborne zainspirował się muzyką Ennio Morricone wykorzystaną w filmie "Vergogna Schifos" (1969), kompozycjami Luisa Bacalova z płyty "The Summertime Killer" (1973), czy Marka Fry'a - "Dreaming With Alice" (1972). W tym kontekście warto również wspomnieć o dawnych piosenkach spółki Gainsbourg/Vannier, barokowym popie, czy zakurzonych utworach utrzymanych  w gatunku acid-folk i psycho-funk.

Zanim powstał krążek "The Children Of Scorpio", Paul Osborne opublikował dwa single, nawiązujące do tej samej retro stylistyki, korzystając z pomocy oficyny Delights Records. Wspominam o tym dlatego, że szef tej wytwórni został zaproszony na późniejszą sesję nagraniową, i zagrał na instrumentach klawiszowych między innymi w psychodelicznej odsłonie "Path Through The Forest". Oprócz niego, w analogowym studiu należącym do Paula Isherwooda (produkcja, bas, członek grupy The Soundcarries, których płytę "Wilds" recenzowałem na początku tego roku), pojawili się: Kid Victrola, odpowiedzialny za teksty piosenek, gitarzysta francuskiej formacji Gloria, multiinstrumentalista Shuzin (perkusja), oraz gitarzysta Little Barrie Cadogan. W tym składzie panowie bez trudu wyczarowali charakterystyczne brzmienie, które nie tylko bezpośrednio nawiązuje, ale też w niczym nie ustępuje temu, jak grano ponad pół wieku wstecz. Płytę rozpoczyna tytułowa kompozycja, i od razu przenosi nas prosto na ulice chociażby dawnego San Francisco. W dalszej części tego wydawnictwa napotkamy bardzo urokliwe fragmenty, jak: "Scorpio's Garden", czy mój ulubiony "June" (świetna linia melodyczna), oraz psychodeliczny powiew obecny w "Plan Your Escape", "Burried In The Woods". W odróżnieniu od wielu tego typu retro produkcji czy vintage'owych zapożyczeń, które przypominają lepiej lub gorzej przetworzone cytaty, w kilku fragmentach albumu pojawia się całkiem przyzwoita wokaliza. To właśnie dzięki niej te gotowe do wykorzystania w filmach ścieżki zyskały na znaczeniu. Kompozycje stworzone w oparciu o proste motywy, przykuwają uwagę także starannością wykonania i dbałością o szczegóły - analogowy sprzęt studia Garden's End zrobił swoje. To, co popycha ten album i nadaje mu dodatkowej dynamiki, to również krótki czas trwania poszczególnych odsłon. Na szczęście żaden z artystów zaproszonych na sesje nagraniowe nie wpadł na pomysł, żeby niepotrzebnie przeciągnąć jakiś moment lub uwypuklić jeden z elementów subtelnej aranżacyjnej tkanki. Po prostu, te utwory wypełnione są po brzegi treścią.

  (nota 7.5/10)

 

 

  

W tytule dzisiejszego wpisu padła nazwa oficyny Mr Bongo Rec., o której wspomniałem już przy okazji innych recenzji. Dla zainteresowanych tym tematem dodatkowe kilka słów o tym labelu. Wszystko zaczęło się w 1989 roku od... niewielkiego sklepiku...



Przyznam, że chętnie sięgnąłem do płyt, które Paul Osborne wskazał jak główne inspiracje, i o których wspomniałem w powyższym wpisie. Oto jedna z nich - Ennio Morricone - "Vergogna Schifosi".



Do podobnej retro stylistyki nawiązuje w swoich kompozycjach belgijski twórca Boris Maurussane, który właśnie opublikował najnowszą płytę "Social Kaleidoscope".



Najnowsza, dopiero co wydana, płyta Porridge Radio - "Wasterslide, Diving Board, Ladder To Sky" nieco mnie rozczarowała. Zabrakło mi odrobinę więcej tej emocjonalnej wokalizy Dany Margolin, którą lubię.



Phantom Handshakes to duet Federica Tassano i Matt Sklar z Nowego Yorku, który dopiero stawia swoje pierwsze kroki.



Kolejny zgrabny i eteryczny duecik, połączenie sił wokalistki Lau Nau (Laura Naukkarinen) oraz tria Sontag Shogun, w kompozycji "On Perceiving Time". Śliczności... prześliczności... cudowności...



Tytułowy utwór z ostatniej płyty Grant-Lee Phillipsa - "All That You Can Dream" uzupełni listę dzisiejszych dodatków.



W kąciku improwizowanym przeniesiemy się do Australii, bowiem z Adelajdy pochodzi kolektyw, który przybrał nazwę The Shaolin Afronauts, czerpią z jazzu przełomu lat 60/70, inspirują się afrobeatem. Oto fragment z ich płyty "Dust/Salt Flat Muscle".









piątek, 4 grudnia 2020

LOST HORIZONS - "IN QUIET MOMENTS" (Bella Union) "Ku pokrzepieniu... "

 

    Postać Jacquesa Henri Lartigue'a powinna być bardzo dobrze znana wszystkim pasjonatom fotografii. Jego twórczość została odkryta bardzo późno, ale wciąż za życia artysty. Szerszej publiczności przedstawił go amerykański fotograf John Szarkowski, który w 1962 roku  zorganizował wystawę jego fotografii w Museum Of Modern Art w Nowym Yorku. Wystawa cieszyła się dużym zainteresowaniem i osiągnęła spory sukces. Krótko po tym wydarzeniu magazyn "Life" zamieścił artykuł o francuskim artyście, który ozdobiła seria jego prac. Tym razem Jacques Henri Lartigue miał sporo szczęścia. Czytelnicy wykupili bowiem cały nakład magazynu... ale nie z powodu zdjęć Francuza. Każdy chciał zobaczyć, jak wyglądały ostatnie chwile prezydenta J.F. Kennedy'ego, tuż przed zamachem w Dallas, uwiecznione na amatorskich kadrach, które zostały zamieszczone w tym samym numerze magazynu. Jacques Henri Lartigue przygodę z fotografią rozpoczął bardzo wcześnie, jak na tamte nieco odległe już czasy, bo w wieku sześciu lat. Ojciec późniejszego mistrza był bankierem i miał kilka aparatów. Od samego początku Lartigue zainteresował się ruchem, dynamiką ludzkiego ciała, na późniejszym etapie kariery doszły do tego surrealizm i groteska, intrygujące zderzenie się przeciwieństw. W 1915 roku ukończył paryską Academie Julian. Na światłoczułej kliszy utrwalił między innymi twarz Josephine Baker, Picassa, czy Jeana Cocteau. Nic więc dziwnego, że gitarzysta grupy Cocteau Twins oraz szef wytwórni Bella Union postanowił wykorzystać jedną z fotografii francuskiego mistrza na okładce płyty Lost Horizons - "In Quiet Moments". Na zdjęciu możemy zobaczyć francuską aktorkę Suze Vernon wraz z psem. Fotografia pochodzi prawdopodobnie z 1926 roku. (W dalszej części tekstu umieściłem zdjęcia Lartigue'a pochodzące w z podobnego okresu). 

 

    O debiutanckim krążku projektu Lost Horizons - "Ojala" zamieściłem entuzjastyczną notkę na łamach tego bloga. Wygląda na to, że po trzech latach, i w przypadku najnowszego wydawnictwa "In Quiet Moments", będzie podobnie. Lost Horizons powołali do życia wyżej wspomniany Simon Raymonde oraz Richie Thomas (niegdyś członek Dif Juz). Panowie skomponowali kilkanaście utworów, do których wykonania zaprosili zaprzyjaźnionych artystów: Marisę Nadler, Tima Smitha, Karen Peris, Camerona Neala, Hazel Wild. Wielu z nich pojawiło się na liście gości również przy okazji najnowszego krążka. Jeśli chodzi o album "Ojala", moje serce skradł Phil Mc Donnell kompozycją "The Tide", gdyż to właśnie do niej wracałem najczęściej. Miałem cichą nadzieję, że wkrótce doczekam się solowego albumu artysty, utrzymanego właśnie w klimacie tego utworu. Wciąż czekam....


    Doczekałem się natomiast kolejnej owocnej współpracy kompozytorskiego duetu Raymonde & Thomas. Jakiś czas temu anonsowałem pojawienie się albumu "In Quiet Moments" w lutym 2021 roku. W tak zwanym międzyczasie zmieniono datę premiery. Cały materiał liczy sobie szesnaście kompozycji i ukaże się w dwóch częściach - pierwsza 4 grudnia, druga zaś, jak zapowiadano wcześniej, w lutym przyszłego roku. Nazwę albumu "In Quiet Moments" panowie zaczerpnęli z frazy kompozycji Urala Thomasa. W pierwszej części, która podobnie jak druga, zawiera osiem utworów, usłyszymy mniej znanych artystów, czyli młodzież przodem. Kto wie, może dla wielu słuchaczy będzie to inspiracja dla kolejnych odkryć. Moim odkryciem tego zestawu nagrań jest z pewnością Kavi Kwai. Pod tym pseudonimem ukrywa się szwedzka wokalistka Julia Ringdahl, do tej pory znana głównie z urokliwego singla "False Impressions". Poproszona przed duet kompozytorski brawurowo wykonała utwór "Every Beat That Passed". Kompozycja rozpoczyna się od dźwięków starego walca, a potem cudownie rozkwita. "Richie wymyślił do tego partię fortepianu i natychmiast zwrócił moja uwagę" - wspominał Simon Raymonde. 

 Przy okazji tego najlepszego utworu - przynajmniej z pierwszej odsłony albumu - proponuję zatrzymać się na nieco dłużej. Przez lata Simon Raymonde wraz z grupą Cocteau Twins wypracowali własny styl. Jak każdy ważny i oryginalny zespół doczekali się wielu swoich naśladowców. Najłatwiej było skopiować brzmienie - kobiecy głos, wyższy lub niższy, szczypta klawiszy, odpowiednia przystawka do gitary... i pozornie gotowe. To, co przychodziło z największym trudem - jeśli w ogóle przychodziło - wszelkiej maści epigonom, kryło się zwykle w nieudolnych próbach odtworzenia specyficznej melodyki. Cocteau Twins przyzwyczaił nas do charakterystycznych linii melodycznych, do typowych dla ich estetyki przejść pomiędzy poszczególnymi dźwiękami. Simon Raymonde i spółka, w tych pamiętanych przez sympatyków grupy kompozycjach, zestawiali ze sobą nuty tak lekko, że wszystko zdawało się płynąć oraz tworzyć poczucie oryginalności czy egzotyki. Podobne wrażenie odniosłem słuchając utworu "Every Beat That Passed", projektu Lost Horizons, w szczególności zaś, niezwykłej aury refrenu, w którym lekkość frazy i wspomniana przez mnie wyżej specyficzna melodyka, wywołują niesamowite, wręcz surrealne wrażenie, zupełnie tak, jakbyśmy podziwiali najlepsze prace Jacquesa Henri Lartigue'a.

     Całość  krążka "In Quiet Moments" rozpoczynają nasi starzy znajomi - duet Penelope Isle, czyli rodzeństwo Jack i Lyli Wolter z Brighton, którzy wykonali utwór "Halycon"; o ich debiucie "Until The Tide Creeps In", napisałem kilka słów na łamach tego bloga. Znakomitym singlem promocyjnym okazał się być energetyczny "I Woke Up With Open Heart", w wersji The Hempolics, z niezapomnianą Nubiyą Brandon. Kolejny zespół z Brighton to Porridge Radio, z charyzmatyczną Daną Margolin. W marcu tego roku wydali udany debiut dla wytwórni Secretly Canadian. Dana Margolin na płycie Lost Horizons, w typowym dla siebie emocjonalnym stylu zaśpiewała piosenkę "One For Rregret". Dobrze odnalazła się w tej stylistyce Gemma Dunleavy. Całość pierwszej części zakończył John Grant kompozycją "Cordelia", utrzymaną w duchu dawnych nostalgicznych pieśni Cocteu Twins. Simon Raymonde i jego kompan Richie Thomas po raz kolejny pokazali, że potrafią stworzyć bardzo urokliwe i ciekawie zaaranżowane kompozycje. Tym razem głównymi motywami ich utworów zostały: "śmierć i odrodzenie" oraz "strata i nadzieja". 26 lutego przyszłego roku poznamy drugą odsłonę "In Quiet Moments", zawierającą kolejne osiem piosenek, w wykonaniu nieco bardziej znanych artystów.

(nota 8/10)