Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Laurance. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Laurance. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 listopada 2024

FIONN REGAN - "O AVALANCHE" (Nettwerk Rec.) "LATO W BUTELCE"

 

   Twórczość Fionna Regana gościła już przed laty na łamach tego bloga. Sprawdziłem dokładnie, że to był kwiecień 2017 roku, kiedy zaprezentowałem udany album "The Meeting Of The Waters". Przy okazji recenzowania tamtego wydawnictwa wyraziłem nadzieję, że być może zostanie ono tym przełomowym w przekroju całego dorobku. Wcześniej artyście urodzonemu w 1981 roku w irlandzkim mieście Bray różnie się wiodło. Chociaż początki miał całkiem udane. Po świetnym debiucie Regan nominowany został do Mercury Music Prize, w prasie pojawiły się porównania do Nicka Drake'a czy Boba Dylana. Jednak kolejne płyty nie potwierdziły potencjału artysty. Może jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy były częste zmiany wytwórni płytowej. Przy tej okazji pojawiali się nowi producenci , których wizja brzmienia nie zawsze potrafiła pokazać muzykę oraz głos Regana w odpowiednim świetle. W trakcie pracy nad wydanym dwa tygodnie temu albumem "O Avalanche", irlandzki wokalista nawiązał współpracę z doświadczonym producentem Ianem Grimble. Ten ostatni zaczynał przygodę z dźwiękami w latach osiemdziesiątych, pomagając takim artystą jak: Marc Almond, The Fall, Peter Murphy czy Saint Etienne. Mam nieodparte wrażenie, że ta wyżej wspomniana dwójka na albumie "O Avalanche" stworzyła długimi fragmentami małe dzieło sztuki.




Żeby dopełnić blogowych formalności, wspomnę, że przed momentem zaprezentowałem "KOMPOZYCJĘ TYGODNIA".

Ach, jak wspaniale brzmi. Przepięknie rozwija się ta melodia, która od pierwszych wspólnie zaśpiewanych słów wprawiła mnie w zachwyt. To jedna z najbardziej urokliwych piosenek tego roku. Utkana bardziej, niż nagrana podczas kolejnych żmudnych podejść w studiu. Jakże trzeba było być ostrożnym, tworząc subtelną, ale pełną magii, fakturę dźwiękową. W takim układzie jeden pochopny ruch, jeden zupełnie niepotrzebny gest, mógł zepsuć finalny efekt. Tytułowy utwór "O Avalanche" jest doskonałą wizytówką tego wydawnictwa i słusznie został wybrany na singla promującego album. To prawda. Dobre wieści są takie, że nie stanowi on przyjemnego pojedynczego wyjątku, zdecydowanie bardziej jest regułą, ponieważ cała płyta brzmi w ten sposób.

Jej autor Fionn Regan myślał o niej, jak o filmie rozwijającym się przy pomocy kolejnych sugestywnych ujęć. A skoro pojawiła się metafora filmowa, musi pojawić się także aktorka - Anna Friel (nominowana do Złotego Globu, niektórzy mogą ją pamiętać z obrazu "Jestem Bogiem"). To właśnie ona zaśpiewała w chórkach oraz w duecie piosenki "O Avalanche". Jako przyjaciółka zaprosiła artystę do odwiedzenia Majorki. Szczególnie chodziło jej o miejscowość Deia, położoną na północno-zachodnim wybrzeżu wyspy, gdzie żył, tworzył i zmarł Robert Graves, autor książki "Biała bogini", która stanowi jedną z inspiracji tego wydawnictwa. 

"Myślę, że kiedy tam dotarłem, wszystkie piosenki zaczęły swobodnie płynąć, jak płynie złoto. Po prostu wylewały się i naprawdę czuliśmy, że odkrywamy wyspę lub coś podobnego z własnym kalendarzem i klimatem" - oświadczył Fionn Regan.




Ta urzekająca od pierwszych taktów "Island" swoboda, z jaką łączą się poszczególne tony, wyczuwalna lekkość przewijająca się przez kolejne odsłony albumu "O Avalanche", jak w przepięknym "Headphones", pełnym uroku "Deia/Liucalari", "Anja 1" nawiązującym nieco do najlepszym momentów twórczości Fleet Foxes, czy "Blood Is Thicker Than Wine", stanowi także o sile tego wydawnictwa. Jego podstawą jest brzmienie gitary akustycznej, lub  raczej gitar, gdyż w aranżacjach pojawia się ich więcej. To właśnie one cierpliwie tkają lepkie nitki babiego lata.

Czasem krajobraz wyspy odmalowany subtelnymi kolorami podkreśli drobna orkiestracja lub wymowny akcent perkusji. W innym miejscu pojawi się marzycielski chórek rozpięty na pajęczynie letniego nieba. Najbardziej urzekły mnie linie melodyczne, zwiewne, kruche, niemal przezroczyste. A dokładnie mówiąc, ich niespodziewane "twisty" - kiedy po klasycznym podziale "zwrotka/refren", gdzieś w końcówkach utworu, melodia meandruje, rozwija się w nieoczekiwany sposób, budząc w słuchaczu zachwyt. Nic dziwnego, że jeden z recenzentów napisał o tym albumie: "To płyta, przy której możecie się unosić, w której można się zanurzyć". A przecież właśnie takie wydawnictwa cenimy najbardziej.

"Jestem bardziej jak zorza polarna niż pokaz fajerwerków" - oświadczył Fionn Regan. Dlatego wydawnictwo "O Avalanche" wymaga skupienia, uwagi, odpowiedniego nastawienia. Tak łatwo przegapić wszystkie te inteligentnie wplecione drobiazgi, migotliwe smaczki, w otoczeniu których głos wokalisty zabrzmiał pełniej niż kiedykolwiek. To przy jego pomocy autor kompozycji powołał do życia krajobraz wyspy - "Czuję, że album ma w sobie sporo energii butelkowanego lata" - nawiązując do niego zarówno w tekstach, jak i w tytułach przywołujących konkretne miejsca: "Teix Mountains", "Deia Song/ Lucalari" ( w tej ostatniej wiosce mieszkał niegdyś Pablo Picasso). 

Chyba bez cienia przesady można powiedzieć, że w przypadku najnowszego albumu Regana mamy do czynienia z poetycką muzyką indie-folkową. Jednym z oddanych fanów twórczości Irlandczyka jest Justin Vernon ( Bon Iver), jakby nie patrzeć klasyczny dziś filar tego typu grania., który przed laty zamieścił cytat z piosenki Regana na swoim albumie. Płyta "For Emma, Forever Ago" (2007), błyskawicznie weszła do indie-fokowego kanonu. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w przypadku najnowszej propozycji urodzonego w miejscowości Bray artysty, "Uczeń "( choć to odrobinę krzywdzące określenie w stosunku do Fionna Regana) przerósł dawnego "Mistrza"( Justin Vernon od dłuższego czasu nie potrafi wyplątać się z kłębowiska studyjnych kabli i elektronicznych zabawek). Gorąco polecam. Pozycja obowiązkowa!

(nota 8-8.5/10)


 


W strefie "Dodatki" pozostaniemy na brytyjskiej ziemi. Całkiem niedawno recenzowałem album  Caoilfhionn Rose, kilka dni temu ukazał się singiel, zawierający dwa nowe utwory.




Przed Wami kolejna rozmarzona kompozycja, którą znalazłem na ostatniej płycie zatytułowanej "Another Side Of Lowland Hum", amerykańskiej grupy Lowland Hum, która reprezentuje miasto Charlottesvile. 



Kilka dni temu Julia Holter przypomniała o sobie piosenką, która nie zmieściła się na jej ostatnim albumie -  "Something In Room She Moves".




Wczoraj ukazała się najnowsza płyta "Think Of Mist" grupy, która reprezentuje miasto Toronto, mam tu na myśli formację Dorothea Pass.



Do Belgii zaglądamy dość rzadko, a właśnie stamtąd pochodzi zespół Milan W., który kilkanaście dni temu wydał album zatytułowany "Leave Another Day".



Bardzo wpadł mi w ucho utwór brytyjskiej grupy Good Sad Happy Bad, który znalazłem na niedawno wydanym albumie "All Kinds Of Days"; choć cała płyta jest całkiem niezła.



W mieście Los Angeles rezyduje wiele ciekawych grup, między innymi wciąż niezbyt znany zespół Sun Colony, który kilka dni temu udostępnił nowy singiel.




Przeniesiemy się do Francji gdzie mieszka i tworzy nasz dobry znajomy Oan Kim - recenzję jego ostatniej płyty znajdziecie na blogu - oraz jego wesoła drużyna The Dirty Jazz. W tym tygodniu pojawiła się nowa kompozycja. Wyborne!!




Co może wydarzyć się, gdy pianista spotka basistę? Można przekonać się o tym słuchając najnowszej propozycji kolejnych znajomych z tego bloga: Billa Laurance i Michaela League - "Keeping Company'.




sobota, 13 stycznia 2024

RUBBER TEA - "FROM A FADING WORLD" (Tonzone Records) "Niemiecki art-rock"

 

     Wydaje się, że jeszcze poczekamy kilka, może kilkanaście dni, na pierwszy duży wysyp nowych atrakcyjnych płyt. Premiera albumu, który będzie naszym dzisiejszym bohaterem, miała miejsce w grudniu ubiegłego roku, więc nie jest to wiekowe wydawnictwo. Przyznam szczerze, że wychowałem się w pewnym sensie także na płytach art-rockowych z przełomu lat 60/70 - tych, i nadal mam  do nich spory sentyment. Współczesne młode zespoły jako kierunek artystycznych działań bardzo rzadko wybierają ten nurt. Powodów można znaleźć kilka. Pierwszy z nich dotyczy biegłości opanowania instrumentu. Żeby sprawnie poruszać się w tej estetyce, trzeba po prostu umieć grać na gitarze, basie, saksofonie, organach, w stopniu bardzo zaawansowanym. Kompozycje art-rockowe - pewnie każdy z nas choć jedną taką w życiu słyszał - mają to do siebie, że są mniej lub bardziej rozbudowane. W wielu wypadkach łączą w sobie kilka spójnych części, które czasem trwania znacznie wykraczają poza tradycyjny radiowy singiel. Takie "piosenki" ciężko się promuje, wkład pracy jest całkiem spory - godziny prób, konsultacji, zmian i dogrywek - a potencjalna nagroda mglista i symboliczna. Może nią być zadowolenie, podziw i podziękowania garstki dziennikarzy oraz zorientowanych w temacie fanów, którzy kupią takie wydawnictwo, a potem będą na tyle uprzejmi i wdzięczni, że pojawią się również na koncercie.



Pomimo tych utrudnień czy niedogodności, gdzieś w okolicach 2017 roku, w niemieckim mieście Brema, powstał zespół o dźwięcznej nazwie Rubber Tea. Młodzi muzycy byli zafascynowani art-rockowym graniem sprzed pięćdziesięciu lat, takimi zespołami jak: King Crimson, Procol Harum, Genesis, Yes, Caravan, Camel itd. Nic więc dziwnego, że w ich pierwszych  kompozycjach można było odnaleźć mnóstwo nawiązań do klasycznych pozycji wyżej wymienianych grup. Debiutanckie dzieło niemieckiej formacji zatytułowane "Infusion" ukazało się w 2020 roku. Zdobiła je bardzo atrakcyjna okładka, autorstwa Davida Erzmanna, który oprócz zdolności plastycznych jest również całkiem sprawnym basistą.

 Utwory zawarte na tym albumie były dość zachowawcze jak na obecne możliwości grupy. Może wynikało to z potrzeby zgrania, odbycia jeszcze większej ilości prób, zdania sobie sprawy z potencjału i wytyczenia nowego kierunku rozwoju. Na uwagę zasługiwała wokalistka grupy Vanessa Gross (ciekawe, czy zna majora Grossa, bohatera polskiego filmu sensacyjnego), która oprócz śpiewu gra również całkiem nieźle na saksofonie oraz flecie. Sami przyznacie, że to wciąż rzadko spotykana sytuacja dawniej czy obecnie, żeby art-rockowy zespół prowadzony był przez kobiecy głos. Przy okazji płyty "From A Fading World" urokliwa wokalistka bohaterką swoich opowieści uczyniła Emily, która próbuje ostrzec znajomych przed zagrożeniem, jakie stanowi zbliżająca się burza piaskowa. Na okładce postać Emily symbolizuje niewielki czerwony samolot umieszczony w rogu.



Muzyka zawarta na drugim w dorobku albumie Rubber Tea niczym specjalnym nie zaskakuje słuchaczy pamiętających chociażby wczesne dokonania King Crimson czy Yes, chyba jedynie faktem, że młody niemiecki zespół nie ogląda się na współczesne mody i trendy, gra tak sprawnie i porusza się tak swobodnie w różnych płaszczyznach rockowego rzemiosła. Kompozycje zawarte na płycie "From A Fading World" mienią się bogactwem barw, o które postarały się poszczególne instrumenty wykorzystane w aranżacjach:  saksofon, flet, organy vintage, gitary akustyczne i elektryczne oraz całe mnóstwo instrumentów perkusyjnych, za które odpowiadali zaproszeni do studia dodatkowi goście.

Twórcami aranżacji był wspomniany wcześniej grafik i basista David Erzmann oraz Lennart Hinz, klawiszowiec i wokalista grupy. Trzeba przyznać, że panowie całkiem dobrze odmierzyli proporcje pomiędzy twardym rdzeniem kompozycji, a elementami swobodnej improwizacji (jazz-rock), wykorzystując w kolejnych odsłonach zmiany tempa oraz płynne przejścia, wyznaczające odcinki nakreślonej przez Vanessę Gross historii. Warto zwrócić uwagę także na lekkość tych kompozycji, niewiele w nich tak charakterystycznego prog-rockowego ciosania kołków na coraz bardziej umęczonych głowach słuchaczy. Warto odkrywać to wydawnictwo.

(nota 7.5/10)

 


Mój ulubiony utwór tego tygodnia należy do gitarzysty i wokalisty Micah Dailey'a, który wraz ze znajomymi ukrywa się pod szyldem Flower Festival. Album "Age", z którego pochodzi ta wspaniała piosenka, ukaże się 26 stycznia. Podczas rejestracji nagrań w studiu znalazł się również nasz dobry znajomy z wcześniejszych wpisów na tym blogu - Nicholas Krgovich. Cudeńko!!



Druga piosenka, która w ostatnich dniach mocno wpadła w moje uszy również należy do dawnych znajomych, mam tu na myśli grupę Arms And Sleepers, którzy 1 marca opublikują album zatytułowany "What Tomorrow Brings".



Immaterial Possession to zespół z Gruzji, który jakiś czas temu opublikował drugie w dorobku wydawnictwo zatytułowane "Mercy Of The Crane Folk".



Laetitia Sadier (Stereolab) właśnie ujawniła swój drugi singiel z płyty "Rooting For Love", której premiera będzie miała miejsce 23 lutego.



Swiss Portrait to grupa z Edynburga, założona przez Michaela Kay Terence'a, kilka dni temu opublikowała nowy całkiem udany singiel.



Kolejna wokalistka w dzisiejszym zestawieniu - to Jenn Champion z miasta Seattle, fragment pochodzi z jej ostatniego albumu "The Last Night Of Sadness".



Wczoraj ukazała się najnowsza płyta Billy Ryder Jonesa zatytułowana "Iechyd Da", oto fragment pochodzący z tego wydawnictwa.



Założyciel Snarky Puppy, zdobywca nagrody Grammy - Michael League, oraz pianista Bill Laurance, ze wspólnej wydanej jakiś czas temu płyty "Where You Wish You Were".



Na koniec dzisiejszej odsłony zajrzymy na niedawno wydaną płytę kanadyjskiego pianisty Bernie Senensky - "Moment To Moment".