sobota, 8 marca 2025
MONDE UFO - "FLAMINGO TOWER" (Fire Records) "Piosenka jest dobra na wszystko"
sobota, 30 września 2023
BLONDE REDHEAD - "SIT DOWN FOR DINNER" (Section 1) "Najlepsze na świecie są truskawki w bitej śmietanie"
"Kiedy opłakujemy to, co straciliśmy, zarazem opłakujemy samych siebie. Jakimi byliśmy. Jakimi już nie jesteśmy. To, że pewnego dnia nie będzie nas wcale (...). Życie zmienia się szybko. Życie zmienia się w jednej chwili. Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, kończy się" - napisała Joan Didion w "Roku magicznego myślenia". Amerykańska dziennikarka zawarła w tej książce refleksje dotyczące śmierci oraz próby pogodzenia się ze stratą, w tym przypadku jej męża, pisarza, krytyka literackiego i scenarzysty filmowego - Johna Gregory Dunne'a, z którym przeżyła czterdzieści lat ( mężczyzna zmarł na atak serca właśnie podczas kolacji). Ta intymna i długimi fragmentami poruszająca opowieść spodobała się tak bardzo Kazu Makino - wokalistce grupy Blonde Redhead, że postanowiła wykorzystać cytat z niej - "Sit Down For Dinner" - jako tytuł najnowszej płyty.
Z obozu amerykańskiego tria Bloonde Redhead od dawna nie docierały do nas żadne wieści, poza tymi, że wokalistka Kazu Makino znów posprzeczała się z braćmi Amadeo i Simone Pace, a zespół po raz kolejny zawiesił działalność. Do sprzeczek między członkami grupy dochodziło niemal od samego początku, kiedy to dwójka absolwentów jazzu na prestiżowej Barklee College Of Music (Boston), we włoskiej restauracji spotkała studentkę z Japonii, która próbowała w Nowym Yorku znaleźć dla siebie miejsce. To mniej więcej wtedy, na początku lat dziewięćdziesiątych, zrodził się pomysł założenia wspólnego zespołu. Pierwsze różnice zdań dotyczyły tego, jaki gatunek owa grupa miałaby grać. Z racji wykształcenia Amadeo Pace'a ciągnęło w stronę jazzu, jego brat bliźniak Simone upodobał sobie w tamtym okresie muzykę brazylijską, a niepokorna Kazu Makino zmierzała w kierunku alternatywnych brzmień, chociażby w stylu jej ulubionego The Velvet Underground czy Sonic Youth. Powiadają, że sztuka kompromisu jest jedną z najtrudniejszych sztuk. Przekonał się o tym dobitnie Amadeo Pace, który musiał zrezygnować z jazzowych funkcji oraz improwizowanych fragmentów, na rzecz brudnych czy drapieżnych partii gitar, podkreślonych na etapie tworzenia debiutanckiej płyty przez jej producenta Steve'a Shelleya, perkusisty wspomnianej wcześniej grupy Sonic Youth.
Brzmienie formacji Blonde Redhead z upływem lat zmieniało się, z jednej strony wyraźnie łagodniało, z drugiej zaś, poszukiwało głębi wyrazu i stawało się coraz bardziej zbilansowane, czego wymownym potwierdzeniem były zdecydowanie najlepsze albumy w całej dyskografii: wydany w 2004 roku znakomity krążek "Misery Is A Butterfly" oraz "23" opublikowany trzy lata później. Ostatnia płyta "Barragan" (2014) mocno rozczarowała zarówno fanów, jak i krytyków wyjątkowo przychylnie nastawionych do twórczości amerykańskiego tria, gdyż zespół słynął z tego, że ma tak zwaną dobrą prasę.
W między czasie wokalistka Kazu Makino opublikowała własny album "Adult Baby", co było próbą wybicia się na niepodległość, na czym w gruncie rzeczy od dawna zależało charakternej przedstawicielce Kraju Kwitnącej Wiśni. Członkowie Blonde Redhead wiele razem przeszli, także jeśli chodzi o układy interpersonalne - Kazu i Amadeo połączyła relacja intymna, para często sprzeczała się, równie często potrafiła znaleźć, na moment, wspólny język. Doszło do tego, że wszyscy muzycy wchodzący w skład tria wylądowali na kozetce u psychoterapeuty. Ten barwny obraz osobliwych napięć funkcjonujących w tym zestawie personalnym dobrze podsumowuje zdanie Kazu Makino - "Nienawiść i pogarda między nami są tak silne jak miłość".
Nagrania zawarte na wydanej wczoraj płycie "Sit Down for Dinner", zaczęły powstawać tuż przed nastaniem pandemii. Trzeba przyznać, że artyści dobrze wykorzystali czas izolacji, a ten szczególny okres w naszym życiu miał na nich pozytywny wpływ. Słychać to wyraźnie w poszczególnych kompozycjach, które odzyskały dawną lekkość i niekiedy także blask. To brzmienie, wygładzane z płyty na płytę, przy okazji "Sit Down For Dinner" jeszcze bardziej złagodniało. Większość dawnych i typowych dla zespołu indie-rockowych akcentów, umieszczono tutaj w przestrzeni alternatywnego popu. Album stworzono z dużą dbałością o szczegóły. Może również to zasługa realizatorki dźwięku - warto to podkreślić kobiety! - wspomnianej już na łamach tego bloga Heby Kadry. Czuwająca za suwakami konsolety atrakcyjna szatynka (kolor włosów mógł ulec zmianie), ma już na swoim koncie ostatnią płytę Slowdive, współpracę z Beach House, Sufjanem Stevensem, Ryuichim Sakamoto, Deerhunter czy Youth Lagoon. To obecnie jedna z bardziej popularnych i cenionych realizatorek dźwięku, trzeba więc zapamiętać to nazwisko.
Najwięcej ciepłych słów ze strony dziennikarzy spłynęło pod adresem kompozycji "Kiss Her Kiss Her", pewnie dlatego, że najbardziej przypomina dawne dokonania amerykańskiego tria. W podobnym duchu utrzymano singlowe "Before" i "Snowman", które miały przyciągnąć i uspokoić wiernych fanów. Mamy także nieśmiałe zaczątki nowego podejścia, jak w leniwie rozwijanym "Rest Of Her Life", gdzie zgrabnie nałożono partie wokalne czy tytułowym, podzielonym na dwie części "Sit Down For Dinner". Zamiast dociskania pedału efektów gitarowych, w wielu kompozycjach rozbrzmiewają delikatne dźwięki strun gitary akustycznej. Cały ten album inteligentnie rozpięto na pograniczu akustyczno-elektronicznego grania. Płyta ma dość zróżnicowane tempo, choć ulega tendencji do jego dyskretnego zwalniania. Przyznam, że bardzo spodobało mi się to wydawnictwo, może również z tego prostego powodu, że niczego wielkiego nie spodziewałem się po tym zestawie piosenek. Przede wszystkim zachowano lub udało się przywołać dawną melodykę, tak charakterystyczną dla poczynań grupy, rozwijaną przez wiodące wokalizy, eteryczną, cytrynowo-wiśniową Kazu Makino oraz jabłkową Amadeo Pace'a, barwne dodatki, jak doklejone chórki lub ozdobniki, czy głosowe repetycje. Całkiem nieźle można to wychwycić w mojej ulubionej kompozycji "If". Z pewnością jest to "indie-popowe" granie z górnej półki i niewiele płyt w tym gatunku znajdziecie obecnie na podobnym poziomie.
(nota 8/10).
Kevin Drew odlicza dni i godziny do listopadowej premiery solowego albumu "Aging". Oto kolejny sympatyczny singiel z tego wydawnictwa.
Przed tygodniem wspomniałem szkocką grupę There Will Be Fireworks, która w listopadzie powróci po dziesięcioletniej przerwie nowym albumem zatytułowanym "Summer Moon". Oto ukazał się nowy singiel z tego wydawnictwa.
Pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich i przeniesiemy się do Sheffield, gdzie działa grupa Pale Blue Eyes, która na początku września opublikowała album "This House". Tak kończy się to wydawnictwo.
Nadal Wyspy Brytyjskie, ponieważ formacja The Slow Show pochodzi z Manchesteru. Fragment z ich wydanej niedawno płyty "Subtle Love".
Grupa dowodzona przez wokalistkę Cathy Lucas gościła już na łamach tego bloga. W pierwszy piątek października, czyli już za tydzień, Vanishing Twin opublikują nowy album "Afternoonx", na którym znajdziemy taką oto urokliwą piosenkę.
Jazzowe trio z Izraela czyli Shalosh również prezentowałem już na łamach bloga. Wczoraj ukazała się ich najnowsza propozycja zatytułowana "Tales Of Utopia".
Jesper Thorn to duński basista, który wraz z Cecilem Strange - saksofon, Markiem Meanem - fortepian, Tobiasem Wihlundem - kornet, i Andreasem Berenittem - skrzypce, opublikował wczoraj płytę zatytułowaną "Dreger".
Na koniec zostawiłem najbardziej smakowity kąsek. Przeniesiemy się w czasie do roku 1980, na płytę perkusisty Clarence'a Petersa i jego kwartetu - "The Magnetic Atmosphere", w składzie - Steve Patts (saksofon), Jean-Jacques Avenel (bas) i J.P. Gauthier (fortepian).
sobota, 20 maja 2023
CALIFONE - "VILLAGERS" (Jealous Butcher Records) "Okruchy dnia"
Wszystko zaczęło się od świetnego singla "The Habsburg Jaw" - zaprezentowałem go jakiś czas temu na łamach bloga - przy okazji którego zacząłem zastanawiać się, co tak naprawdę zapowiada, co przyniesie wraz z sobą, w dniu majowej premiery płyty. Dobrze wiecie, jak to w ostatnim czasie bywa z tym dobrymi piosenkami promującymi nadchodzące wydawnictwa. Często przypominają kapiszony - trochę huku, to prawda, odrobina pyłu unoszącego się w powietrzu, i właściwie to wszystko. Wreszcie ukazuje się cała płyta, kurz emocji opada, a my tęsknym wzrokiem na próżno wypatrujemy drugiego dobrego nagrania albo chociaż zbliżonego poziomem do tego, które reklamowało długo wyczekiwany album. Dlatego też z premedytacją, i całkiem świadomie, nie czekałem na premierę płyty "Villagers", która miała miejsce wczoraj. Może również z tej przyczyny jestem miło zaskoczony tym zestawem spójnych nagrań, pewnie nawet oczarowany, że kompozycja "The Habsburg Jaw" nie jest oderwana od całości oraz jedyna, do której warto wracać, wracać warto, gdyż cały album utrzymuje bardzo wysoki poziom.
Amerykańska grupa Califone to nie przypadkowa drużyna nowicjuszy stawiających niepewne kroki, tylko zaprawieni w boju muzycy obecni na scenie niemal od ćwierć wieku. Tim Rutili - lider i wokalista - powołał pierwszy, często zmieniany, skład w drugiej połowie lat 90-tych, wraz z Benem Massarellą i Brianem Deckiem. Panowie wyrażali się artystycznie grając alternatywny rock, alt-country czy indie-folk. Tim Rutili nie ograniczył się tylko do jednego zespołu, równolegle rozwijał grupy Red Red Meat i Ugly Casanova, z powodzeniem funkcjonował także jako muzyk sesyjny. Nasz dzisiejszy główny bohater urodził się Chicago, dorastał w Addison w stanie Illinois, jego pierwsza partnerka i basistka Glynis Johnson zmarła na AIDS, dlatego nowy etap życia rozpoczął w nowym miejscu, w mieście Los Angeles, u boku żony Angeli Bettis. Nazwę zespołu CALIFONE zaczerpnął od producenta systemu audio - "Califone International". W jego przydomowym studiu znajdziemy bogatą i sukcesywnie powiększaną kolekcje instrumentów oraz sprzętu, starego i jakże często uszkodzonego, który można odpowiednio zmodyfikować. Jako student filmoznawstwa na Columbia College interesował się również kinem, tworzył teledyski, i ścieżki dźwiękowe do seriali telewizyjnych. Jednak jego największą pasją pozostają płyty, na których punkcie, jak sam przyznaje, ma obsesję. "Dźwięk, okładka i notki... Uwielbiałem czytać na temat historii muzyki, badać źródła pochodzenia dźwięków i zawsze szukałem nowej muzyki".
To poszukiwanie widać również na przykładzie rozwoju brzmienia grupy Califone. Przedostatni album - "Echo Mine" (2020) zawierał sporo improwizowanych nagrań, dźwiękowych eksperymentów - "Howard St & The Beach Nov 1988 After 11", "Flowed GTR" czy tytułowy "Echo Mine". Przy okazji najnowszej propozycji "Villagers" załodze dowodzonej przez Tima Rutili udało się doskonale odmierzyć odpowiednie proporcje pomiędzy tym, co improwizowane, a tym, co stanowi składnik tradycyjnie rozumianej kompozycji. I tak, rozpoczynający całość świetny i wspomniany już wcześniej "Habsburg Jaw" może kojarzyć się z tym, co David Bowie nagrywał w latach 90-tych, (płyta "Outside"). Dalej bywa podobnie, raz stylistycznie znajdziemy się bliżej dokonań Davida Sylviana i grupy Rain Tree Crow, żeby w innym momencie nawiązać, mniej lub bardziej świadomie, do tego, co robił Mark Hollis, czy zespół Talk Talk na ostatnim wydawnictwie.
Sporą rolę w tych kompozycjach odgrywają instrumenty perkusyjne - wszystkie te puknięcie, szurnięcia, zgrzytnięcia, grzechotanie, muskanie, itd. W takim układzie nie może specjalnie dziwić fakt, że tylu różnych perkusistów przewinęło się przez studio podczas sesji nagraniowych. Wśród nich znajdziemy naszego dobrego znajomego -wspomniałem o nim przed tygodniem, przy okazji recenzji płyty "A Sublime Madness" - Ryana Jewella, który w ten sposób zaliczył kolejny udany występ w swoim jakże bogatym dorobku.
"Eyelash" - to leniwa ballada, stworzona na bazie akordów fortepianu, w oparciu o dodatkowe dźwięki pozostałych instrumentów przypominających odpadki. Mamy tu, i niedbale rzucone tony gitary, i okruchy perkusjonaliów, czy nienachalnie podane elektroniczne przetworzenia i efekty. Ten "muzyczny recycling" stanowi znak rozpoznawczy tego wydawnictwa, które wypełniają barwne folkowe kolaże. Amerykański "dream team" Tima Rutili lubi grać półtonami, celowo przełamuje akordy, gubi rytm, z rozkoszą bawi się w muzycznego berka w ramach swobodnej improwizacji.
"McMansions" - to najdłuższy fragment na płycie "Villagers", gdzie dokładnie możemy przyjrzeć się pracy poszczególnych instrumentów, których w przekroju całego wydawnictwa pojawia się całkiem sporo - saksofon, klarnet (Will Curry), trąbka (Cory Gray), skrzypce, wiolonczela (Joshua Hill), gitary, organy, fortepian (Michael Krassner), chórek (Nora O'Connor, Marcie Stewart)). Improwizowane partie, wyrastające tam i tu z bluesowych korzeni, płynnie przechodzą w kolejne odcinki kompozycji i pokazują, jak olbrzymi potencjał drzemie w amerykańskim zespole (przy tej okazji przypomniała mi się cudna piosenka "Strange Fruit", w wykonaniu Cassandry Wilson, z okresu płyty "New Moon Doughter"). Instrumentalne zaplecze cały czas żyje, oddycha rytmicznie, pulsuje i sprawia wrażenie, jakby poszczególne tony przesuwały się z miejsca na miejsce, jakby szukały dla siebie odpowiedniej lokacji. Wymowna jest również okładka albumu, która przedstawia skarby być może znalezione w dawnym dziecięcym pokoju albo przechowywane właśnie od czasu dzieciństwa. To z takich drobnych przedmiotów zbudowana jest mitologia tego albumu, z takich okruchów dźwięków, odłamków brzmienia stworzone zostały te świetne kompozycje.
(nota 8/10)



