Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz-rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz-rock. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 kwietnia 2019

THE BUDOS BAND - "BUDOS BAND V" (Daptone Records) "Na początku był skorpion"

    Moja przygoda z The Budos Band zaczęła się od albumu, na którego okładce widnieje skorpion, czyli od "THE BUDOS BAND II", wydanego w 2007 roku. Jednak wcześniej był bardzo udany film Jima Jarmuscha - "Broken Flowers", i charakterystyczna dla tych niespiesznych kadrów ścieżka dźwiękowa, którą w dużej mierze wypełniały nagrania Mulatu Astatke. To właśnie etiopski muzyk i kompozytor sprawił, że chciałem posłuchać więcej nagrań utrzymanych w stylistyce afro-beatu, afro-jazzu. Po nitce do kłębka trafiłem na płyty Fela Kutiego, odkryłem brzmienie Getatchew Mekurya i Hugh Masekela, czy dokonania grupy Antibalas, itd.
W odróżnieniu od wyżej przeze mnie wspominanych formacji, zespół The Budos Band od samego początku przykuwał uwagę zwartą formą kompozycji. Improwizacje, które wypełniały ich utwory, były krótkie, ale treściwe. Nie przesądzały czy też nie stanowiły o istocie danego nagrania, były po prostu jednym z elementów aranżacji.
I tak do dziś, z jednej strony The Budos Band tworzą coś w rodzaju afrobeatowych przebojów (afrobeat w pigułce), których czas trwania zwykle oscyluje pomiędzy trzema, a pięcioma minutami, z drugiej zaś są to gotowe ścieżki dźwiękowe do filmów. Owa ilustracyjność nagrań amerykańskiej formacji jest jednym z ich znaków rozpoznawczych. Podobnie zresztą jak rozpoznawalne jest brzmienie, na którego zasadniczy wpływ mają analogowe techniki rejestracji, tak typowe dla artystów związanych z wytwórnią Daptone Records.

A wszystko ponoć zaczęło się od DJ-a, który w lokalnej stacji radiowej prezentował nagrania zespołów związanych z wytwórnią DESCO ( The Daktaris, Sharon Jones, Sugarman 3). Ten niewielki niezależny label został utworzony w 1996 roku przez kolekcjonera płyt Philippe'a Lehmana oraz późniejszego zdobywcę Grammy Gabriela Rotha (Bosco Man). Przyszli członkowie The Budos Band, wśród których byli także Jared Tankel (saksofon tenorowy) i Andrew Green (trąbka), słuchali tych audycji, dorastając w hrabstwie Staten Island, i snując plany o wspólnym muzykowaniu w przyszłości. Rok 2000 przyniósł wraz z sobą rozwiązanie Desco Records, który to podmiot rozpadł się na dwie kolejne wytwórnie: Lehman założył wydawnictwo "Truth & Soul", a Gabriel Roth powołał do życia Daptone Records, w którego ofercie katalogowej w 2004 roku pojawił się debiutancki longplay The Budos Band.

Najnowsze, piąte w dorobku, wydawnictwo amerykańskiego kolektywu zawiera 33 minuty typowej dla tej formacji bardzo smakowitej mieszanki afrobeatu i psychodelicznego rocka. Tym razem nieco więcej jest gitarowej drapieżności, zapożyczonej z dokonań grup rockowych początku lat 70-tych. Członkowie The Budos Band nie kryją swoich fascynacji brzmieniem pierwszych płyt Black Sabbath czy  Thin Lizzy. Soczyste rockowe riffy wzbogacone zostały przez tony trąbki i saksofonu. Po raz kolejny nie zabrakło ciekawych  tematów, które szybko zapadają w pamięć, i które znów można bez obaw wykorzystać w reklamach, grach  lub filmach. Tradycji musiało stać się zadość, więc i tym razem brooklyńskie studio Daptone's House of Soul stanęło na wysokości zadania i postarało się o ciekawe brzmienie, przystawiając tym samym pieczątkę analogowej jakości.

(nota 7.5-8/10)













piątek, 29 marca 2019

CATERINA PALAZZI SUDOKU KILLER - "ASPERGER" (Clean Feed) "Królewna kontrabasu i trzech krasnoludków"

     Nie samym "Ancestral Recall" żyje człowiek, choć nie ukrywam, że przejście od znakomitego albumu Christiana Scotta do innych, także gatunkowo, płyt nie było w moim przypadku łatwą sprawą. Przesłuchałem kilka świeżych i ciepłych albumów, ale nie spełniły one specyficznych norm, żeby pojawić w szerszym opisie na gościnnych łamach tego bloga. Nie chcę również krytykować poszczególnych artystów - szanuje ich wysiłek, żmudne zmagania z często oporną twórczą materią, które nie zawsze może zwieńczyć pełen sukces. Dlatego też poniżej pojawi się opis płyty, która do gorących nowości nie należy, można ją potraktować jako spóźnione odkrycie, choć prawdę mówiąc, miałem o niej napomknąć już jakiś czas temu.

Właściwie ten wpis powinien zacząć się od słów bardzo dobrze znanym wszystkim dzieciom: "Dawno, dawno temu... Za siedmioma górami, za siedmioma morzami... żył król Stefan ze swoją małżonką". W ten sposób nawiązałbym do bajki "Śpiąca Królewna" autorstwa Charles'a Perraulta, którą tak udanie przenieśli na ekran artyści związani ze studiem Walta Disneya. Z pewnością ani francuski bajkopisarz, ani tym bardziej Walt Disney, nie przewidzieli, że ich twórczość zainspiruje włoską grupę jazzową. Na płycie "Asperger" znajdziemy pięć kompozycji, których tytuły bezpośrednio nawiązują do bohaterów bajek. Dodajmy, do tych złych postaci, do tak zwanych czarnych charakterów. Odnajdziemy więc tutaj Czarownicę (Diabolinę), "Maleficent", która w przypływie złości rzuciła klątwę na biedną Aurorę. Jasper Badun i Horace Badun to niezbyt sympatyczne typki z opowieści o: "101 Dalmatyńczykach", z "The Rescuers" (polski tytuł "Bernard i Bianka), pojawia się Madame Medusa, złośliwa i przebiegła poszukiwaczka skarbów.  Pośród bajkowych postaci jest również Edgar Balthazar (The Butler), zachłanny kamerdyner z bajki "Arystokraci" . Nie mogło zabraknąć "Złej Królowej" (Grimhilde), "zimnej, okrutnej, zazdrosnej i niezwykle próżnej", zatruwającej Jonagoldy lub Szampiony, bohaterki opowieści o "Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach". Tym razem w roli "Gapcia", "Mędrka", "Wesołka" i "Apsika" wystąpili członkowie jazzowego kwartetu.

Caterina Palazzi to urodzona w Rzymie basistka i kompozytorka, nagrodzona w ojczystym kraju wieloma wyróżnieniami. Jako młoda dziewczyna wstąpiła do chóru Akademii Filharmonii Rzymskiej, w wieku lat trzynastu rozpoczęła naukę gry na gitarze. Brała udział w wielu warsztatach i seminariach jazzowych. Z formacją, której przewodzi, nagrała trzy albumy: "Zone di Musica" (2010), pięć lat później światło dzienne ujrzał bardzo dobrze przyjęty krążek "Infanticide" (2015), a w ubiegłym roku nakładem portugalskiej oficyny Clean Feed na rynku muzycznym pojawił się album "Asperger". W jakimś stopniu muzyka na nim zawarta jest spadkobiercą pomysłów i brzmienia zawartego na poprzednim albumie.  Skoro zgodnie z poszczególnymi tytułami, bohaterowie tych kompozycji dali się zapamiętać jako tak zwane czarne charaktery, w warstwie muzycznej musi dominować atmosfera mroku, niepokoju, zagrożenia, stworzona sugestywnie przez Caterinę Palazzi i jej kompanów: Giacomo Ancillotto (gitara), Maurizio Chiavano (perkusja), Anotnio Raia (saksofon tenorowy w utworze "Maleficent"), i Sergio Pomante (saksofon tenorowy w pozostałych kompozycjach).
Gatunkowo mamy tu mieszankę jazzu i rocka, psychodelii, noise-jazzu, free-improv., którego tak na marginesie mogłoby być znacznie więcej. Z jednej strony zwraca na siebie uwagę pewien specyficzny minimalizm - powtarzalne frazy mięsistego basu i gitary, które wprowadzają psychodeliczny klimat, spokojnie rozwijane fragmenty motywów, tematów - z drugiej zaś, kiedy tempo akcji wyraźnie rośnie, włoska formacja pokazuje rockowe, czy nawet punkowe pazury. Czarne charaktery, których nastrój i niecne myśli uosabiają tony saksofonu, są kontynuacją idei z poprzedniego wydawnictwa - symbolicznego zniszczenia beztroskiej krainy dzieciństwa i sugestywnego zaproszenia do bezwzględnego świata dorosłych. Być może nie jest to album, którym warto by się podpierać w szkole czy przedszkolu na zajęciach z rytmiki, ale z pewnością jest to ciekawa propozycja.  Mam tylko nadzieję, że wbrew tytułowi wydawnictwa, włoska grupa nie będzie miała zbyt wiele trudności, żeby nawiązać relację z czytelnikami tego bloga, i szybko ich do siebie przekona, chociażby takimi kompozycjami jak: "Grimilde (from "Snow White")".
Zamiast czekać, aż wymarzony książę (lub królewna) obudzi nas namiętnym pocałunkiem z zimowego snu, lepiej posłuchać albumu "Asperger".

(nota 7.5/10)














środa, 18 kwietnia 2018

LOGAN RICHARDSON - "BLUES PEOPLE" (Ropeadope Records) " Słoneczny kwiecień, Logan Richardson i bardzo dobra płyta..."



Turniej ATP MASTERS, który rozpoczął się kilka dni temu w  Monte Carlo, zwykle oznacza pierwszą poważną imprezę rozgrywaną na ceglanej mączce oraz początek prawdziwej wiosny. W tym roku ta niepisana reguła została podtrzymana. Jak widać za oknem, w naszym kraju aura jest wyjątkowo sprzyjająca, a temperatura jest nawet o kilka stopni wyższa niż w Księstwie Monaco.

Nie wiem, czy najnowsza płyta Logana Richardsona oznacza w jego karierze, czy mniemaniu, wiosnę lub jakiś szczególny przełom. Wiem za to, że ten wydany 13 kwietnia 2018 roku album jest bardzo udany, lepszy od poprzedniego, i dlatego od kilku dni słucham go namiętnie. Krążek nagrano w Omaha, zmiksowano w Kansas City - mieście z bogatymi tradycjami jazzowo-bluesowymi, skąd pochodzi wielu znakomitych muzyków oraz bohater dzisiejszego wpisu.
Tym razem zabrakło - choć tego braku w żadnym momencie nie sposób odczuć - sławnych gości (Pat Metheny, Jason Moran), którzy dopełnili składu grupy podczas pracy nad poprzednią płytą "Shift", o której pisałem na łamach tego bloga ( tutaj ) . Richardson skorzystał z pomocy lokalnych muzyków, na gitarze zagrał Justus West (to dla mnie niewątpliwie odkrycie tego albumu), wspomagany przez jedynego zagranicznego artystę, ukraińskiego gitarzystę Igora Osypova, basowe takty odmierzał DeAndre Manning, a za perkusją zasiadł Ryan Lee.

Trochę na tym albumie szeroko pojętego jazzu, trochę rocka, również tego alternatywnego, trochę pogranicza jazz-rocka (elementy fussion, a nawet prog-rocka, "karmazynowe gitarowe faktury"), nie brakuje dynamiki, energii oraz transu, a także odwołań do jazzowej tradycji - jednak co warte szczególnego podkreślenia - żaden z muzyków nie trzyma się jasno określonych ram gatunkowych. Mamy tu bowiem do czynienia z inteligentnym czerpaniem z różnych  rejonów muzycznych, świadomym przekraczaniem granic, poszukiwaniem harmonii i charakterystycznego brzmienia. A gdzie tytułowy "Blues"? - słusznie zapytacie. Głęboko ukryty, nie podany wprost, zmodyfikowany, na nowo odczytany, zreinterpretowany, schowany w rockowych oddechach gitary i basu, umiejętnie wpleciony w jazzowe frazy - wszak, jak głosi popularne stwierdzenie: "jazz wywodzi się z bluesa".

Każdy z instrumentów - gitara, bas, saksofon - jest na albumie "Blues People" równouprawnionym partnerem w dialogu. Szczególną rolę - ma się rozumieć oprócz saksofonu altowego Richardsona - odgrywa tu gitara. Jej brzmienie zmienia się w zależności od potrzeb kompozycji, raz jest drapieżne, rockowe -  jak chociażby w porywającym  "80's Child" -  innym razem psychodeliczno-transowe.
Płytę otwiera króciutki "Blues People", i swoiste wyznania Richardsona: "Lubię bluesa jako refleksję nad przeszłością i teraźniejszością, w życiu czarnoskórych ludzi".
 Po nim znakomity "Hidden Figures" udanie wprowadza słuchacza w klimat całego albumu. Zarówno Richardson, jak i gitarzysta Justus West, preferują granie długimi dźwiękami, które dodatkowe podkreślają i pogłębiają wykorzystując rozmaite efekty.
"Country Boy" - to krótka wizyta w barze, być może w Kansas City, i radosne pląsy w rytm ożywczych taktów.  Zwilżywszy spierzchnięte wargi czymś, co postawił przed nami barman, porozumiewawczo mrugający okiem i uśmiechający się pod wąsem, schłodzeni i nieco oszołomieni, pełni wrażeń opuszczamy bar chwiejnym krokiem. Czyżby zakręciło nam się w głowie, a może to wirujące w dole, rozmyte światła miasta kładącego się do snu, przyciągnęły nasz wzrok - "Underground".

Krążek "Blues People" nie ma "pustych przebiegów". Chcę przez powiedzieć, że nie ma tutaj grania dla grania, zbędnych kaskaderskich popisów, które mają wypełnić kolejne fragmenty muzycznych ścieżek, i które zwykle w takich przypadkach stanowią antidotum na twórczą indolencję. Wszystko jest przemyślane, spójne, tematy zwarte i zgrabne, zapadające w pamięć. Każdy utwór to jakieś odsłonięcie kotary, to próba wejrzenia w głąb, chwilowego wniknięcia, zanurzenia w specyficzną i umiejętnie wykreowaną atmosferę. Już po krótkim obcowaniu z materiałem "Blues People", uwagę słuchacza przykuwa filmowość niektórych tematów. Czasem bywa nostalgicznie, niekiedy sentymentalnie, innym razem wszystko spowija psychodeliczna mgła. Wydaje się, że stworzenie określonego klimatu było jednym z celów, które postawili przed sobą muzycy podczas prac na albumem. I trzeba dodać, że... dopięli swego.

Bardzo miłym zaskoczeniem jest kompozycja "Black Brown & Yellow". Rzadko na tego typu albumach - jakby nie było z muzyką improwizowaną - pojawia się coś na kształt piosenki. W tym utworze wokalnie udzielił się  Justus West, który ma bardzo przyjemną barwę głosu. "Black Brown & Yellow" swoim charakterem przypomniał mi odrobinę dawne dokonania Roberta Wyatta. To jedna z moich ulubionych kompozycji na krążku "Blues People". Szczerze mówiąc, jeśli miałby wyróżnić szczególnie jakiś fragment tego albumu, to musiałbym po kolei wymieniać niemal wszystkie kompozycje. Spośród 14 utworów najmniej przypadł mi do gustu "Anthem (To Human Justice)" oraz "Rebels Rise". Co nie zmienia ani mojej oceny płyty "Blues People", ani faktu, że wciąż i z dużą przyjemnością jej słucham.

W porównaniu z najnowszym albumem, wcześniejsze wydawnictwo Logana Richardsona, czyli "SHIFT", miało bardzo jazzowe brzmienie. Głównie za sprawą Pata Metheny, który posiada swój charakterystyczny muzyczny idiom oraz dzięki wykorzystaniu fortepianu Jasona Morana. Te dwa wyżej przeze mnie wymienione czynniki ustawiły niejako cały album, nakreśliły granice w obrębie których poruszał się Richardson ze swoimi interpretacjami. Sprawiły, że amerykański saksofonista mógł pokazać swój talent tylko w pewnych ujęciach, w pewnej perspektywie.
Styl gry Justusa Westa nie jest tak rozpoznawalny czy charakterystyczny, jak Pata Metheny. Brzmienie jego instrumentu zmienia się w zależności od potrzeb kolejnych kompozycji. Tym samym Richardson na płycie "Blues People" miał większe pole do popisu, mógł spróbować wcielić się w znacznie więcej ról, pokazać znacznie większą paletę swoich możliwości. Całości brzmi tak, jakby grupa w tym składzie grała ze sobą od bardzo dawna.
 Znakomity album do wielokrotnego słuchania i odkrywania.

Ps. Rafa Nadal, Kei Nishikori, Dominik Thiem, który z nich zwycięży w tegorocznej edycji turnieju na kortach Monte Carlo?
Jak dla mnie bezapelacyjnym zwycięzcą został Logan Richardson.

(nota 8.5/10) 















A na deser zostawiłem wyjątkowo smakowity kąsek, polecam słuchanie tego wybornego fragmentu na 100 % mocy wzmacniacza. Prawdziwa petarda!!!






czwartek, 22 lutego 2018

CHET DOXAS - "RICH IN SYMBOLS" (Ropeadope Records) "Płyta roku 2018, gdyby nie fakt, że..."



  Od kilku dni spoglądam na okładkę płyty "Rich in Symbols" Cheta Doxasa tak, jak mężczyzna czasem spogląda w oczy kobiety. A patrząc w ten sposób, zadaję sobie jedno i to samo pytanie: "Gdzie ów krążek podziewał się przez ostatnie długie tygodnie, miesiące?". Zastanawiam się również nad tym, czym byłem tak pochłonięty, że przegapiłem jego pojawienie się we wrześniu ubiegłego roku. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że krążek "Rich in Symbols" byłby poważnym kandydatem do albumu roku 2018, gdyby nie fakt, że ukazał się właśnie w 2017 roku. Tak czy siak, nadrabiamy zaległości i jedno przy tej okazji pozostaje niezmienne. Niezmiennie cieszę się z tego, że w końcu dotarłem do tej znakomitej płyty i zostałem jej właścicielem.

Chet Doxas to niezbyt znany 38-letni kanadyjski saksofonista, absolwent uniwersytetu McGill'a w Montrealu. Zadebiutował fonograficznie w 2006 albumem Chet Doxas Quartet - "Sidewalk Etiquette". Potem wydał między innymi album "Big Sky" (2010) oraz "Riverside" u boku Dave'a Douglasa, który również gościnie wystąpił na płycie "Rich in Symbols", w kompozycji "Hot ones". Chet Doxas w sumie pojawił się na ośmiu albumach długogrających. Do tej pory w swojej twórczości eksplorował szeroko pojęty jazz - głównie hard bop i modern jazz, free improv. W ubiegłym roku kanadyjski artysta postanowił nieco rozszerzyć pole swojej twórczej działalności.

Album "Rich in Symbols" powstał w wyniku inspiracji szeroko pojęta sztuką wizualną - obrazy, reprodukcje, fotografie, instalacje. Podczas pracy nad ostatnią płytą Chet Doxas mnóstwo czasu spędził w muzeach, między innymi w Whitney Museum of American Art, mieszczącym się w Nowym Yorku, do którego kanadyjski artysta całkiem niedawno się przeprowadził. Szczególny wpływ wywarła na niego sztuka wizualna artystów skupionych wokół dzielnicy Lower East Side (1975-85). Owa scena powstała w wyniku reakcji świata sztuki na sytuację społeczno-polityczną w USA lat 70-tych ubiegłego wieku - recesja, wysokie bezrobocie, afera Watergate, prezydentura Richarda Nixona, wojna w Wietnamie itd. Warto w kontekście Lower East Side wymienić takie hasła i pojęcia jak: neoekspresjonizm, nihilizm, kontestacja, amerykański punk-rock, dokonania grupy COLAB (Colaborative Projects Incorporated), działalność Pyramid Club itd. Chet Doxas podkreśla w jednym z wywiadów, że jego najnowsza płyta nawiązuje także do ruchu nazywanego "No Wave" (przełom lat 70 i 80-tych  ubiegłego wieku).

Na płycie "Rich in Symbols" mamy więc muzykę bezpośrednio zainspirowaną obrazami, zdjęciami. Na przykład kompozycja "Orchard", to muzyczna ilustracja autoportretu Roberta Mapplethorpe'a. Innym źródłem inspiracji była seria zdjęć Roberta Longo  "Men in the Cities". Wśród szczególnie ważnych artystów sztuk wizualnych dla Cheta Doxasa trzeba wymienić wyżej już wspomnianego Roberta Mapplethorpe'a, Keitha Herringa (łączył graffiti z malowidłami ściennymi i komentarzem społecznym) oraz Jean-Michela Basquiata, którego chyba bliżej nie trzeba przedstawiać czytelnikom tego bloga.



                           Robert Longo "Men in the Cities" 1979 (fot. internet)






Najnowszy album kanadyjskiego saksofonisty rozpoczyna kompozycja "While you were sleeping". Ten znakomity, pulsujący ożywczym rytmem początek - Eric Doob dobitnie i niemal przez cały album pokazuje, czym jest w muzyce współczesnej aktywna perkusja - przypomniał mi dawne dokonania Broken Social Scene. Dopiero później doczytałem, że krążek "Rich in Symbols" wyprodukował Liam O'Neil (Kings of Leon, Metric, Broken Social Scene). Z muzyką Broken Social Scene łączy ten utwór podobna energia, ten sam puls, a wisienką na torcie jest solo saksofonu. W pewnym momencie złapałem się na tym, że słuchając elektrycznego kwartetu Doxasa, czekam aż pojawi się charakterystyczny głos Feist, która wielokrotnie dopełniała skład formacji Broken Social Scene.

Kolejna odsłona - "Starcrossings" - przynosi zmianę stylistki.  Oto mamy charakterystyczny motyw syntezatora (odrobinę w stylu M83), oraz jakże urokliwy temat podawany równolegle przez gitarę i saksofon. Ta kompozycja od razu wpada w ucho i zapisuje się na trwałe w pamięci dzięki wspaniałej solówce gitarowej (Matthew Stevens). Myślę, że sam Robert Fripp czy David Torn nie powstydziliby się tak zestawionych obok siebie dźwięków. I ta repetytywna końcówka - gdyby muzycy wpadli na pomysł, żeby nieco bardziej rozbudować ów rozkoszny finał, z pewnością byłbym w siódmym niebie.
Nie mam zamiarów opisywać tej wspaniałej płyty utwór po utworze, a tym samym odbierać przyjemności obcowania z czymś wyjątkowym. Każdy czytelnik tego bloga, niezależnie od indywidualnego gustu i osobistych preferencji, powinien sięgnąć po album "Rich in Symbols".

Zaletą i cechą charakterystyczną płyty Cheta Doxasa jest trudność przypisania jej do określonego gatunku. Mamy tu bowiem do czynienia z gatunkowym pograniczem, swobodnym lawirowaniem pomiędzy różnymi stylistykami, świadomym czerpaniem z różnych rejonów muzycznych. Można na tym krążku odnaleźć elementy jazzu i rocka, jazz-rocka, ponieważ rockowo gra sekcja rytmiczna. Można doszukać się grania w stylu fussion (ale nie tego schematycznego i śmiertelnie nudnego, eksploatującego wciąż te same pomysły), czy nawiązań do sceny alternatywnej lat 80-tych. Można usłyszeć elementy kojarzone zazwyczaj z prog-rockiem, zmiany tonacji, tempa, kilka narracji w obrębie jednego tematu. Można wreszcie bez trudu wyłowić i zasłuchać się w motywy swobodnej improwizacji (czy to saksofonu, gitary, czy fortepianu - gościnnie John Escreet). Trochę tu skojarzeń z Wired Paradise (Yuri Honinga), trochę Kamasi Washingtona z okresu współpracy z Throttle Elevator Music.  Jednak żaden, z tych  wyżej przeze mnie wymienionych, nurtów nie jest na płycie dominujący.
Album "Rich in Symbols" to estetyczny eklektyzm na usługach wyrafinowanego myślenia i nieskrępowanej wyobraźni. Płyta warta grzechu, każdej kwoty, godna najwyższych pochwał.

A jaki jest ulubiony utwór Cheta Doxasa na tym krążku? - słusznie zapytacie. To rozpoczynający całość "While You Were Sleeping", który zamieszczam poniżej. "Ten utwór sprawia, że czuję radość" - tyle Chet, a reszta zależy od Was.


(nota 9/10)


















Ps. Dla nieco bardziej wnikliwych czytelników poniżej zamieszczam składankę, pokazującą scenę "No Wave", która tak bardzo zainspirowała Cheta Doxasa podczas prac na albumem "Rich in Symbols".






 

wtorek, 12 grudnia 2017

DJABE & STEVE HACKETT - "LIFE IS A JOURNEY" (Cherry Red Records) "Taśmy z Sardynii"




   Myślę -  a właściwie mam taką nadzieję - że jednego z bohaterów dzisiejszego wpisu nie trzeba bliżej przedstawiać. Chyba każdy, kto interesuje się szeroko pojętą muzyką rockową, choć raz zetknął się z nazwiskiem Steve'a Hacketta. Dawny gitarzysta legendarnej grupy Genesis od lat realizuje się twórczo na solowej niwie. O ile dokonania Hacketta mogą być znane co trzydziestemu współczesnemu licealiście - sam nie wiem, skąd ten optymizm - o tyle twórczość formacji Djabe jest z pewnością mało znana, nawet wśród tych, którzy pasjonują się jazzem. Nazwa Djabe oznacza z jednej strony "wolność", z drugiej zaś węgierską grupę jazzową, całkiem popularną w kraju rządzonym przez Viktora Orbana, która powstała w 1995 roku. Ojcami założycielami byli Egerhazi Attila - gitarzysta i kompozytor oraz Andras Spioza, perkusista zmarły w 2007 roku. Grupa Djabe wyróżnia się tym pośród innych zespołów ze sceny muzyki improwizowanej, że w swojej twórczości łączy jazz z elementami brzmienia rocka, prog-rocka, czy folku.

"Life is a journey" to pierwszy wspólny album Steve'a Hacketta i grupy Djabe, choć trzeba również nadmienić, że były gitarzysta Genesis zna bardzo dobrze węgierskich muzyków, gdyż spotyka się z nimi regularnie, także na wspólnych trasach koncertowych. W 2016 roku Hackett wybrał się wraz grupą Djabe na Sardynię, gdzie podczas trzydniowej sesji dokonano rejestracji nagrań. Całość zapisano na 24-śladowych taśmach, których obróbki już na Węgrzech, w Budapeszcie, dokonał Tomas Barabas - basista zespołu. Płyta ukazała się na początku października tego roku.
"Life is a journey" - to zarówno tytuł albumu, nazwa pierwszego utworu oraz całkiem zgrabna metafora oddająca charakter całego krążka. Steve Hackett i jego węgierscy kompani eksplorują jazzowo rockowe (prog-rockowe) pogranicze, skręcając momentami w stronę world music. Co warte szczególnego podkreślenia, to fakt, że Hackett w żadnym momencie nie zdominował pozostałych muzyków uczestniczących w sesji nagraniowej na Sardynii. Każdy z artystów podczas rejestracji nagrań miał do zagospodarowania znacznie więcej niż "swoje pięć minut". Zaś główne role w poszczególnych odsłonach albumu odegrały opowieści trąbki oraz gitary, choć i pozostałe instrumenty nie zostały sprowadzone do poziomu biernych asystentów.
Na płycie udało się stworzyć i utrzymać sugestywny nastrój. Od pierwszych utworów czuć, że pomiędzy muzykami istniało dobre porozumienie. "Life is a journey" to bardzo udany zapis spontanicznej wymiany myśli i muzycznej energii, powstałej na skutek wzajemnej inspiracji. Wydaje się, że artyści bez większego trudu powołali do życia malownicze dźwiękowe krainy. Na tym albumie znajdą coś dla siebie i fani jazzu - klimaty w stylu Pata Metheny, przez Eberharda Webera, aż po skojarzenia z dokonaniami Erika Truffaz - i zwolennicy twórczości Steve'a Hacketta. Nie brakuje tutaj ani gitarowych pasaży, ani rytmicznych oddechów znakomitego - co trzeba oddać - basu (Tomas Barabas), ani barwnych ornamentów trąbki (Aron Koos-Hutas). Album może stanowić całkiem udany upominek pod choinkę. Płyta jest bardzo ładnie wydana - oprócz krążka CD, zawiera też krążek DVD, na nim znajdziemy wersje albumu w systemie 5.1 (surrund sound mix) oraz dodatkowe materiały video.
(nota 7.5/10)





piątek, 15 września 2017

HARRIET TUBMAN - "ARAMINTA" (Sunnyside Records) "W drodze do wolności"






 
7 marca 2015 roku prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama przemawiał na uroczystości 50 -tej rocznicy "Krwawej Niedzieli", w mieście Selma, przy wjeździe na most Edmunda Pettusa. Pięćdziesiąt lat wcześniej przez ten właśnie most usiłowali przejść uczestnicy pokojowej demonstracji, domagający się równych praw wyborczych dla wszystkich obywateli. Ich przemarsz został brutalnie zatrzymany przez policję, która użyła pałek oraz gazu łzawiącego. W czasie rocznicowych uroczystości Obama podkreślił, że Selma to miejsce, które symbolizuje odważnych charakter Ameryki. Wspominał, że w trakcie pokojowych marszów wiele osób potępiło protestujących, nazywając ich komunistami, seksualnie i moralnie zdegenerowanymi. "Chcę podziękować każdej osobie, która przeszła przez most w "krwawą niedzielę". Nie musieliście, a zrobiliście to. 600 osób przeszło do historii. Szliśmy w pokoju i ciszy. Nikt nie mówił słowa. Pobito nas. Użyto gazu łzawiącego, niektórych pozostawiono krwawiących na moście" - powiedział tego dnia Barack Obama.

Wspominam o tym wydarzeniu, i o tym przemówieniu, dlatego, że jedna z kompozycji zawartych na ostatniej płycie formacji Harriet Tubman nosi tytuł "President Obama's Speech at the Selma Bridge". Harrriet Tubman to trio jazzowe, jazz-rockowe, w którego skład wchodzą: Brendon Ross - gitara, Melvin Gibbs - bas, JT Lewis - perkusja. Na koncie mają cztery długogrające płyty. Nazwa Harriet Tubman pochodzi od imienia i nazwiska słynnej abolicjonistki, która w 1849 roku uciekła z niewoli, a potem sama poprowadziła do wolności kilkudziesięciu niewolników przez tak zwaną Underground Railroad (umowna nazwa szlaku ucieczki, czy sieci przerzutowej, dla zbiegłych amerykańskich niewolników). Tak się złożyło, że w ostatnich dniach kończę znakomitą książkę, która dotyczy właśnie tej kwestii, Colson Whitehead - "Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki"(nagroda Pulitzera 2017), i którą gorąco polecam czytelnikom tego bloga.

  Mogę również polecić album "Araminta", na którym gościnnie wystąpił legendarny trębacz Wadada Leo Smith. Muzycznie mamy tu do czynienia z jazzem oraz różnymi jego odmianami (modern, jazz-rock, fussion). Artyści nie stronią od elektronicznych dodatków, w kolejnych odsłonach płyty pojawiają się rozmaite efekty, pogłosy, sample. Bez trudu można tu również odnaleźć nawiązania do twórczości Milesa Davisa, z tak zwanego "okresu elektrycznego" . Trąbka i gitara, podkreślona rozmaitymi efektami, przez długi czas toczą barwny dialog i kreują sugestywne przestrzenie. Sekcja rytmiczna potrafi zagrać rockowo i ciężko, jak w utworze  "Taken", żeby po chwili odmierzać skoczne takty, w rytm bossa novy - ""Blacktal Fractal" - i tworzyć tło dla popisów trąbki mistrza Wadada Leo Smitha. Wspomniana już przeze mnie kompozycja "President Obama's Speech at The Selma Bridge", to z kolei freejazzowe wcielenie  amerykańskiej formacji.

    Platon łączył pojęcie wolności z ideą istnienia dobra. Immanuel Kant wskazywał na ścisły związek  wolności ze światem wartości etycznych. Dla Georga Wilhelma Friedricha Hegla wolność z jednej strony oznaczała uświadomioną konieczność i cel ludzkich dziejów, z drugiej strony zdolność do samookreślenia - "Jestem zaś wolny, gdy jestem u samego siebie". Egzystencjaliści, jak chociażby Jean Paul Sartre, utrzymywali, że człowiek jest: "skazany na wolność". Można by w skrócie powiedzieć, że ile wyobrażeń wolności, tyle różnych muzycznych wcieleń. Artyści związani z formacją Harriet Tubman każdym kolejnym dźwiękiem zdają się podkreślać, że wolność niejedno ma imię, a droga do niej to zadanie, cel i nieustający proces. O czym również wspominał Barack Obama przy moście Edmunda Pettusa, podczas uroczystości obchodów 50-tej rocznicy "Krwawej Niedzieli".
 Utwór "the Spiral Path..." rozpoczyna ostatnią płytę Harriet Tubman.
(nota 7/10)






piątek, 16 czerwca 2017

THROTTLE ELEVATOR MUSIC - "Retrorespective" (Wide Hive Records) "Kamasi Washington na rockowych rubieżach"




     Kamasi Washingtona chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać czytelnikom tego bloga. Zanim amerykański saksofonista wydał swoje najlepsze dzieło "The Epic", był członkiem niezbyt znanej formacji Throttle Elevator Music, z którą nagrał kilka albumów. W skład tej grupy, oprócz Washingotna początkowo wchodził Gregory Howe, producent i aranżer, poza tym założyciel wytwórni Wide Hive Records, Matt Montgomery, basista i muzyk sesyjny, Mike Hughes - perkusja. Zespół w swojej twórczości eksplorował rockowo-jazzowe pogranicze.
Tytuł "Retrorespective" jest, przynajmniej dla mnie, nieco zwodniczy, ponieważ sugeruje, że płyta zawiera zestaw dawnych i opublikowanych już utworów na poprzednich wydawnictwach grupy. Nic bardziej mylnego. W tym przypadku mamy bowiem do czynienia z dziewięcioma (ponoć cały materiał nagraniowy jest o wiele większy) premierowymi kompozycjami, które nie były do tej pory publikowane. Kompozycje zawarte na krążku "Retrorespecitve" pochodzą z dwóch sesji nagraniowych. Pierwszej dokonano aż sześć lat temu (2011), w "Fantasy Studios" w Berkeley, tuż przed wydaniem debiutanckiego albumu grupy. Druga sesja nagraniowa miała miejsce w lutym ubiegło roku, w "Wide Hive Studios", także w Berkeley. Do stałego składu dołączyli: gitarzystka Ava  Mendoza, Erik Jekabson - flugelhorn i trąbka, Thomas McCree - perkusja.
Płyta "Retrorespective" Throttle Elevator Music zawiera, jak już wspomniałem, dziewięć utworów oraz niezwykłą długimi fragmentami mieszankę rocka, bluesa, jazzu i fusion. To również doskonały przykład pokazu możliwości i umiejętności muzyków, w szczególności zaś saksofonisty Kamasi Washingtona, który już w otwierającym i łagodnie wprowadzającym w materię całego krążka utworze "Liminality", daje taki popis gry, że na długo zapiera dech w piersiach. Są również na tej płycie niezapomniane dialogi poszczególnych instrumentów, jak chociażby w  rozmarzonym "February Drift", gdzie trąbka i saksofon odmalowują subtelne pejzaże, które doskonale dopełniłyby kadry takich mistrzów kina jak:  Louise Malle, Wim Wenders czy Wong Kar Wai (jego film "Jagodowa miłość" po raz kolejny obejrzałem w ubiegłym tygodniu z dużą przyjemnością). Kompozycja ukrywająca się pod indeksem numer 4 - "Flux and Soldier" oczarowała mnie punkową sekcją rytmiczną oraz rockową gitarą, które stworzyły bardzo dobry podkład dla barwnych ornamentów saksofonu oraz trąbki.  Przypomniała również dokonania Yuri Honinga z okresu, kiedy działał w grupie Wired Paradise (polecam czytelnikom świetny album "Meet your demons"). Ten utwór to prawdziwa "jazda bez trzymanki". Niepokojący, przez gitarowe tło, "Second Liminality" przykuwa uwagę porywającym solo saksofonu. W tym utworze Kamashi Washington umiejętnie buduje napięcie, żeby w kluczowym dla kompozycji momencie, chwycić słuchacza w szpony zmysłowego wiru dźwięków. Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że album "Retrorespecitve" nie zawiera słabych momentów. Nawet kiedy akcja, poprzez poszczególne utwory, zwalnia nieco tempa, to tylko na chwilę, i również po to, żeby słuchacz mógł zaczerpnąć tchu i poznać różne oblicza muzyków zaproszonych na sesję nagraniową.
    Najnowszy album Throttle Elevator Music, to również swoisty zapis drogi rozwojowej Kamasi Washingtona. Liryczny i poruszający, melodramatyczny i drapieżny, amerykański saksofonista po raz kolejny dobitnie pokazuje, że  potrafi odnaleźć się w każdej stylistyce, w każdej konwencji. Z pewnością próżno na tej płycie szukać barwnych i rozbudowanych aranżacji, na chór i sekcję smyczkową, z którymi również kojarzył się krążek "The Epic". Znajdziemy za to subtelne dźwiękowe pejzaże, nawiązania do bogatej jazzowej tradycji, klimaty melancholii, nostalgii, ale także surowość rockowego brzmienia, olbrzymią dawkę energii, dzikość i swobodę niczym nieskrępowanej wyobraźni. To dla mnie jedna z najlepszych płyt, jakie słyszałem w 2017 roku.
(nota 8.5/10)


Niestety w popularnych serwisach muzycznych nie ma zbyt wiele nagrań pochodzących z tej płyty. Znalazłem kompozycję Matta Montgomery'ego, z udziałem Kamasi Washingtona, która choć odrobinę przybliży niektóre fragmenty albumu "Retrorespective".














                                       






piątek, 11 marca 2016

THE COCOON - " While the Recording Engineer Sleeps" Wilhelm Reich Schallspeicher






Lata osiemdziesiąte, a szczególnie ich końcówka, to nie był dobry czas dla gatunku jazz-rock. Złoty okres dla tego typu grania przypadł na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. To właśnie wtedy jak grzyby po deszczu powstawały kolejne zespoły(również style, podgatunki, rodzaje charakterystycznych brzmień, jak choćby kultowe "brzmienie Canterbury"), które w tych bardzo szerokich estetycznych ramach znalazły sposób na wyrażanie siebie, swoich dążeń i twórczych poszukiwań. Wiele z tych często znakomitych zespołów przetrwało próbę czasu, inne zdążyły się rozpaść, zanim zdołał usłyszeć o nich świat.
Wspominam o tym dlatego, że ostatnie dni spędziłem w towarzystwie płyty, która wpisuje się w ramy wyżej przeze mnie wymienionego gatunku. Mam tu na myśli płytę zespołu The Cocoon - "While the recording engineer sleeps". Album został wydany w 1989 roku. Rejestracji nagrań dokonano w roku 1985, a więc w okresie, w którym jazz-rock nie tylko wyszedł już z mody, ale prawie w całości przestał być eksplorowanym gatunkiem. Album niemal w całości nagrano w studiu Harderberg. Użyłem określenia: "niemal w całości", ponieważ utwór "Teenage dope slaves" nagrano w Idiot Studio. I trochę to słychać, albo takie mam tylko wrażenie, że właśnie ten ostatni utwór na płycie brzmi, jakby został doklejony do całej reszty. W ubiegłym roku ukazała się reedycja płyty "While the recording engineer sleeps" pod szyldem wytwórni Staubgold.
Podstawowy skład zespołu stanowili: Gunter Hampel, Jurgen Gleue, Rudiger Klose, Matttias Arfman. Muzycy z bogatym doświadczeniem, którzy w trakcie swojej kariery przewinęli się przez wiele formacji, choćby takich jak: 30Clocks, Exit out, Die Kastrierten Philosopher, The Phantom Payn, Tangerine Dream, Amon Duul.
Rozpiętość stylistyczna albumu jest imponująca. Słychać tutaj i prog-jazz i free-jazz, klasyczny rock, elementy krautrock'a, i dźwięki przywołujące skojarzenie z dokonaniami Can oraz The Velvet Underground. W 1991 roku światło dzienne ujrzał drugi i ostatni w dorobku grupy album "Stretching Things". Miejmy nadzieję, że i ten materiał muzyczny wkrótce doczeka się reedycji.