Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamasi Washington. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamasi Washington. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2020

BDRMM - "BEDROOM" (Sonic Cathedral) "Kiite tanoshimu"

     Czasem niewiele dźwięków dzieli dobry album od wydawnictwa nieco słabszego. Po raz kolejny przekonałem się o tym słuchając najnowszego zestawu nagrań spod znaku Throttle Elevator Music - "Emergency Exit", które ukazało się nakładem oficyny Wide Hive Records. Rozmyślnie użyłem określenia "zestaw nagrań", gdyż tym, w dużej mierze, wydaje się być ten krążek, zarejestrowany podczas kilku sesji. Jednak w tym przypadku nie było, ani większego namysłu, ani wstępnego planu dotyczącego tego, czym te kompozycje mają w finalnej wersji być. Dziewięć z nich wyszło spod pióra, czy raczej piór, spółki Montgomery i Howe (fortepian i gitara), a tylko jedna należy do Kamasi Washingtona. W porównaniu do poprzedniego wydawnictwa "Retrorespective", które tak chwaliłem na łamach tego bloga, brakuje tutaj rockowej energii, punkowej drapieżności, a nade wszystko po prostu ciekawych tematów. Muzycy niby grają, akcja niby się rozwija od taktu do taktu, ale czuć, że artyści nie są do końca przekonani, jakie brzmienie udało im się uzyskać. Wydawnictwo to pewnie zainteresuje niektórych tylko kolekcjonerów oraz wiernych fanów Kamasi Washingtona, kupujących każdy zestaw nagrań firmowany jego nazwiskiem.

Druga propozycja powinna zainteresować większe grono odbiorców. Prasa brytyjska od kilku dni rozpływa się w zachwytach - i trudno im się dziwić, skoro grupa, którą niemal zgodnie zachwycają się dziennikarze, pochodzi z miejscowości Hull, położonej w Wielkiej Brytanii (przypadek?). Specyficzny szowinizm dziennikarzy brytyjskich jest powszechnie znany (wręcz anegdotyczny), i drugiego takiego próżno ze świecą szukać. Przed laty, co najmniej o długość łba brytyjskiego, ma się rozumieć, konia wyprzedzał w tym pozostałą dziennikarską brać NME, który średnio dwa razy do roku obwieszczał wszem i wobec narodziny nowej gwiazdy rocka (początkowo nazwa zespołu koniecznie musiała zawierać przedrostek "THE").Upływający czas, który za nic ma mody i style, bezlitośnie obnażył, ile z tych efemeryd nie doczekało w pamięci fanów chociażby do końca kalendarzowego sezonu. Może również z tej przyczyny już od dawna nie zaglądam na łamy New Musical Expressu. Kiedy jeszcze zaglądałem, odnosiłem osobliwe wrażenie, że 20-letni "dziennikarze", z rocznym stażem w branży, polecają tam płyty swoim rówieśnikom, a robią to głównie dlatego, że kącik kulinarny oraz ten o hodowli roślin były już obsadzone.

Mniej więcej w 2016 roku wokalista Ryan Smith wraz z bratem i basistą Jordanem oraz trójką znajomych powołali do życia grupę o nazwie BDRMM. Pierwszy singiel zatytułowali "Kare", a debiutancka epka "If Not, When" pojawiła się  na rynku trzy lata później. Kilka dni temu ukazał się pełnowymiarowy debiut fonograficzny "Bedroom". A wszystko to dzięki zainteresowaniu szefa wytwórni Sonic Cathedral - Nathaniela Crampa, konsekwentnie poszerzającego ofertę katalogową. Zespół zdążył już pobłogosławić Andrew Bell (Erasure), który pod szyldem Glok zremiksował jeden z ich utworów.
Wspomniani wyżej dziennikarze brytyjscy doszukali się w twórczości BDRMM "świeżego powiewu shoegaze'u". Skromne i regularnie myte ucho autora tego bloga raczej niczego takiego nie wychwyciło. Jak dla mnie album "Bedroom" to mniej lub bardziej udana próba przywołania "shoegazeowych treści" - estetyka spod znaku My Bloody Valentine, Slowdive, Ride stanowi w tym wypadku raczej punkt wyjścia niż trwały element. Jeśli nawet pojawia się soczysta ściana gitar (choć bez przesady), jak w "A Reason To Celebrate" czy "Unhappy", to tylko jako wykorzystanie określonej i dawno sprawdzonej formy. W "Push/Pull", znajdziemy nawiązania do twórczości Interpolu, a w skocznym i jednym z moich  ulubionych "Happy" pobrzmiewają echa wczesnego i dobrego DIIV. Najciekawsza pod względem brzmienia wydaje się być kompozycja "IF...", która pokazuje, że alternatywno-rockowe granie też można czasem atrakcyjnie zaaranżować.
Jeśli zaś chodzi o: "świeży powiew shoegaze'u", to jak sami dobrze wiecie, zespołów, które próbowały i wciąż, czasem na przekór samym sobie, próbują sił w tym gatunku jest bardzo wiele. Od czego zależy sukces w tej delikatnej materii? - nawet gdybym wiedział, nie pisnąłbym ani słowa, tylko już dawno założyłbym własny zespół. Jak to zwykle bywa, pewnie musi spotkać się kilka wrażliwych osób i wiele drobnych czynników.
W ostatnich latach granice gatunkowe (zarazem wpisując się w nie, jak i w inteligentny sposób je przekraczając) udało się poszerzyć peruwiańskiej (sic!) formacji Resplandor. Ich album "Pleamar" stał się dla mnie nowym klasykiem shoegaze'u. Prasa brytyjska płyty raczej nie zauważyła, ale wiernym fanem grupy został między innymi Robert Smith, a Simon Scott wyprodukował im niedawno nowego singla. Trudno się dziwić, skoro Resplandor występował u boku Slowdive podczas ich trasy koncertowej po Ameryce Południowej.

Może na koniec dzisiejszego wpisu warto nadmienić, że płytę "Bedroom" zespołu BDRMM wyprodukował Alex Greaves, która dobrze wie, jak powinno się nagrywać muzykę gitarową; współpracował chociażby z formacją Bo Ningen.  Tak się złożyło, że rezydujący na brytyjskiej ziemi Japończycy z Bo Ningen wydali niedawno całkiem udany album "Sudden Fictions", o czym dziennikarze z Wysp już tak chętnie nie donoszą. Krążek brzmi ciekawie, różnorodnie i egzotycznie (piosenki zaśpiewane w języku japońskim). Długowłosi przedstawiciele Kraju Kwitnącej Wiśni pokazują, że również potrafią grać na gitarach w dur i w moll, i robią to nie gorzej od kolegów z miejscowości Hull.  W tym miejscu, aż prosi się, żeby dodać coś w języku japońskim. Niestety.... Jak pewnie się domyślacie, władam nim równie biegle co chińskim. Cóż, nie każdy musi zostać shogunem. "Kiite tanoshimu" - oznacza ponoć "miłego słuchania". Zatem, niech tak będzie.

(nota 7/10)










Może się tak zdarzyć, że wśród zacnych Czytelników tego bloga znajdzie się ktoś, kto do tej pory nie słyszał znakomitego albumu "Pleamar" grupy Resplandor, w takim układzie gorąco namawiam do natychmiastowego nadrobienia zaległości... Jest to album, do którego wracam regularnie, kilka razy do roku, chociażby po to, żeby sprawdzić, czy wciąż brzmi tak dobrze, jak wydawało mi się to przy okazji poprzedniego odsłuchu.








niedziela, 19 kwietnia 2020

JAMAEL DEAN - "OBLIVION" (Stones Throw Records) "Młodzi i piękni"

     Dziś w programie na dobry początek prawdziwa petarda, bukiet egzotycznych kwiatów oraz zapowiedź wizyty w Ascot (hrabstwo Berkshire), w kolejnej odsłonie bloga. Jednak zanim dotrzemy do Ascot poświęcimy chwil kilka Spiritual Jazz, który to nurt w ostatnich latach przeżywa swój renesans. "Młodzi gniewni", szukając własnej artystycznej drogi, chętnie sięgają do bogatej tradycji - a że jest w czym wybierać, jest i również co reinterpretować. Niektórzy dość szumnie obwołali się "odnowicielami jazzu", choć, kiedy słyszę kolejne płyty przedstawicieli tego gatunku, szczególnie te pochodzące z Wysp Brytyjskich czy zza oceanu, to z całą mocą mogę stwierdzić, że JAZZ żadnych "odnowicieli" nie potrzebuje, gdyż ma się więcej niż dobrze. Dowód (kolejny) - najnowsze wydawnictwo Jamaela Deana, zatytułowane "Oblivion". Trzy kompozycje, 30 minut muzyki, ale jakiej!! Szczególnie utwór otwierający całość - "People Of The Moon" zrobił na mnie ogromne wrażenie i towarzyszy mi niemal bez przerwy od kilku dni. Zachwyca mnie w nim wszystko - dojrzałość frazy, swoboda grania, radosny flow, interakcje, budowanie przestrzeni, którą udało się wykreować pod kierownictwem 21-letniego pianisty (sic!), Jamaela Deana.

Pomimo wyjątkowo młodego, jak na świat muzyki improwizowanej, wieku amerykański pianista jest już całkiem dobrze znany. Zdążył już wystąpić u boku Thundercata, Miguela Atwood-Fergusona (który pojawił się również na tym krążku), Carlosa Nino (to on poznał dzisiejszego bohatera z szefami wytwórni Stones Throw Records) oraz ze wspomnianym wyżej "odnowicielem jazzu", Kamasi Washingtonem (Dean figuruje na liście płac albumu "Heaven and Earth").
Przygodę z klawiaturą zaczynał w wieku 9 lat, kiedy w jego rodzinnym domu pojawił się syntezator Yamaha. Młody Jamael początkowo grał wszystko, co wpadło w jego uszy, żeby jakiś czas później zacząć pobierać profesjonalne lekcje nauki gry na fortepianie. Miłością do muzyki zaraził go dziadek - Donald Dean, ni mniej, ni więcej, perkusista jazzowy, który zagrał w grupie Les McCanna, chociażby na albumie "Swiss Movement", będącym zapisem występu z 21 czerwca 1969 roku na festiwalu w Montreux. To dziadek podsuwał młodemu pianiście kolejne albumy, zabierał na koncerty. W ubiegłym roku ukazał się ciepło przyjęty debiut Jamaela Deana - "Black Space Tapes", a w miniony piątek nieco krótsze wydawnictwo - "Oblivion". Kompozycje na nim zawarte zostały napisane podczas pobytu artysty w Stoctkon, w pięknych, dodajmy, okolicznościach przyrody, w górze leniwie przesuwały się obłoki chmur, w dole cicho szemrała rzeka.
Zarówno na poprzednim, jak i na ostatnim krążku, Jamael Dean w tytułach poszczególnych kompozycji nawiązuje do kosmologii joruba. I tak mój ulubiony "People Of The Moon" zdaniem artysty mówi o pamięci i łączeniu się z własnymi korzeniami. W tradycji, w której wzrastał Dean, niemowlęta symbolizują reinkarnacyjne wcielania przodków, bliska jest również "idea powrotów", stąd w poszczególnych kompozycjach powracają kolejne motywy, frazy, zdania, poszerzone i wzbogacone swobodnymi improwizacjami. W utworze "Omi Eje Ota" - "Omi" oznacza wodę, "Eje" oznacza krew, "Ota" zaś wroga, muzyka ma symbolizować walkę z mrocznymi siłami, szczególnie w drugiej części improwizacje grupy przybierają kształt psychodeliczno-jazzowej orgii (!!). Pośród artystów, których Jamael Dean zaprosił do współpracy, znaleźli się: Aaron Shaw (saksofon tenorowy), Devin Daniels (saksofon altowy), Zekkereyaa El-Magharkel (puzon), Chris Palmer (bas), Tim Angulo (perkusja). Wokalnie udzieliła się Sharada Shashidhar, której talent najbardziej dał o sobie znać w kompozycji zamykającej całość "Old Ways/Infant Eyes" (druga część to nawiązanie do klasyka Wayne Shortera), gdzie w długich partiach towarzyszy jej tylko sam fortepian.
Niewątpliwie przyszłość należy własnie do takich muzyków jak Jamael Dean.

(nota 8/10) 









     Druga dzisiejsza propozycja to longplay Svena Wunder - "Eastern Flowers" (w oryginale "Dogu Cicekleri"). To pierwsza reedycja albumu, który w wersji winylowej ukazał się latem ubiegłego roku, w zawrotnym nakładzie 300 egzemplarzy, które rozeszły się jak świeże bułeczki. Choć może w tym wypadku powinienem powiedzieć, że jak świeże kwiaty, o egzotycznych, orientalnych woniach, gdyż tytuły poszczególnych kompozycji bezpośrednio odnoszą się do nazw kwiatów. O Svenie Wunder i jego załodze wiadomo niewiele, ponieważ pilnie strzegą swojej prywatności. Muzyka, którą zaproponowali na debiucie fonograficznym to urokliwe pogranicze tureckiej psychodelii (jazz-rock, jazz-funk), i spaghetti westernów. Każda kolejna odsłona tej płyty to następna opowieść, bogato ilustrowana (sitar, ud, klarnet, trąbka itd.) i smakowicie podana. Album stylistycznie dobrze koresponduje z innym krążkiem omawianym na łamach tego bloga jakiś czas temu - Kit Sebastian - "Mantra Moderne". Dla fanów tego wydawnictwa, album "Eastern Flowers" to pozycja obowiązkowa.


(nota 7.5/10) 










sobota, 23 czerwca 2018

KAMASI WASHINGTON - "HEAVEN & EARTH" (Young Turks Recordings) "Jazzowa zadyszka"





  Na fresku Rafaela Santi - "Szkoła Ateńska", w samym jego centrum, widzimy dwóch największych filozofów starożytności: Platona i Arystotelesa. Pierwszy z nich wskazuje ręką na niebo (na świat idei), drugi natomiast pokazuje dłonią ziemię (świat empiryczny). Nie wiem, czy Kamasi Washington właśnie ten fresk miał przed oczami, kiedy tworzył zarys koncepcji dla swojego najnowszego albumu zatytułowanego "Heaven & Earth". Wiem za to, że podzielił go na dwie zasadnicze części, dwa fizyczne dyski: "Heaven" oraz "Earth". "Earth" - to świat ziemski, świat codziennej krzątaniny, natomiast "Heaven" to świat ludzkiego wnętrza, świat myśli oraz idei. Jest jeszcze ukryta niespodzianka, dodatkowy dysk zatytułowany "The Choice" (ale o tym nieco później).

Całość dysku pierwszego - "Earth"- rozpoczyna się od mocnego akcentu -"Fists of Fury" - który sugeruje, że za moment zanurzymy się w obrazach i kadrach rodem z amerykańskich filmów lat 60-tych i 70-tych. Jednak po chwili orkiestracja przenosi środek ciężkości w nieco bardziej romantyczne czy nostalgiczne rejony. Przez pierwsze trzy minuty pianista próbuje udowodnić, że ma naprawdę szybkie palce. I kiedy dostaje lekkiej zadyszki, do głosu dochodzi Kamasi Washington i jego saksofon. Czas był już najwyższy.

Jak słusznie zauważył jeden z recenzentów Kamasi Washington ma obecnie status gwiazdy. Świadczą o tym wyjątkowo zgodne recenzje wyjątkowo przejętych (w przytłaczającej liczbie) krytyków, którzy nie stroniąc od patosu oraz nadmiernej egzaltacji usiłują przekonać czytelników, że oto obcują z czymś wyjątkowym i są świadkami kolejnego, w przypadku tego artysty, OBJAWIENIA. Powiedzieć, że Washington ma dobrą prasę, to właściwie nic nie powiedzieć. Z pewnością mamy tu do czynienia z czymś na kształt "afektywnej epidemii", o której wspomina w swoich pracach jeden z krytyków kultury popularnej. Trudno nie zauważyć, że pod adresem Washingtona, przy okazji pojawienia się jego nowego wydawnictwa, sypią się hymny pochwalne i bukiety entuzjastycznych zdań. I co jest w tym wszystkim najciekawsze - sypią się one ze wszystkich stron, również, a może przede wszystkim, z tych, które na co dzień nie są związane z jazzem.
Autorzy audycji radiowych, którzy zazwyczaj obawiają się odtworzyć chociażby miniaturowe solo trąbki - drżąc o wyniki słuchalności - grają 12-sto minutowe kompozycje Kamasi Washingtona w całości. Po wysłuchaniu utworu, opowiadają - niezbyt przekonująco udając wzruszenie - że wyjątkowo miło było zanurzyć się w tej rozkosznej toni dźwięków. I ja mam w to uwierzyć?! Doprawdy...

A może coś przegapiłem. Być może "odnowiciel jazzu", jak nazwali Washingtona niektórzy krytycy, rzeczywiście sprowadził jazz nie na salony, ale pod strzechy, i wkrótce jego "rozkoszne dźwięki" wypełnią hale sklepów wielkopowierzchniowych, umilając czas i pomagając w doborze odpowiednich zakupów... Jeśli jest aż tak dobrze z recepcją muzyki improwizowanej, to posłuchajmy wspólnie jakże urokliwego fragmentu z wybornej płyty innego saksofonisty, który wprawdzie odnowicielem jazzu nie jest, ale potrafi dmuchać w ustnik. Logan Richardson i utwór "Hunter of Soul" pochodzący z albumu "Blues People".









Wróćmy jednak do płyty "Heaven & Earth" Kamasi Washingtona. Prolog/orkiestracja/chór/improwizacja/chór/improwizacja/orkiestracja/chór/epilog - to ulubiony schemat amerykańskiego saksofonisty. Z jednej strony możemy powiedzieć, że Kamasi Washington wyjątkowo uparcie trzyma się wypracowanych i sprawdzonych  schematów. Ani na moment nie próbuje zburzyć, czy zmienić przyjętej uprzednio strategii. Zupełnie tak, jakby przerażało go ryzyko wyjścia poza niesprawdzony do tej pory teren. Tak, jakby to, co leży poza granicą jego osobistej strefy komfortu stanowiło zagrożenie. A w domyśle miało obnażyć jego braki czy niedociągnięcia, pozostawić rysę na doskonałym i tak pieczołowicie pielęgnowanym wizerunku. A przecież, jak możemy usłyszeć w jednym z filmów Godarda, prawda zawiera wszystko - także błędy.
Z drugiej strony, ktoś przychylnie nastawiony - czyli większość dziennikarzy - pochwali amerykańskiego artystę za konsekwencję w dążeniu do celu.
Przyznam szczerze, że na dłuższą metę, czyli ok.150 minut przebiegu obydwu krążków ( nie wspominam o dodatkowych 35 minutach dysku numer 3), te "orkiestrowo-chóralne" wypełniacze, nanizane na oś czasu techniką "kopiuj-wklej", stają się nudne czy wręcz męczące.

Co uderza na płycie Kamasi Washingtona "Heaven & Earth", to brak żywej interakcji, całkowity, permanentny i być może zaplanowany BRAK DIALOGU pomiędzy poszczególnymi instrumentami. W koncepcji Washingtona artyści mają starannie wydzieloną prywatną strefę, którą starają się zagospodarować własną improwizacją. A przecież takie soczyste niekiedy dialogi kontrabasu i saksofonu, trąbki i fortepianu, obok swobodnej improwizacji, stanowią to, co w jazzie jest najpiękniejsze. Wydaje mi się, że do głosu dochodzi tutaj swoisty pragmatyzm, bowiem amerykański artysta lubi sobie wcześniej wszystko dokładnie rozplanować. I to między innymi odróżnia go od wielkich magów saksofonu, do których często bywa porównywany -  John Coltrane,  Pharoah Sanders.

Z pewnością nie brakuje na płycie "Heaven & Earth" ducha lat 60-tych. I co warte szczególnego podkreślenia, pomimo różnych barw i odcieni, nad całością unosi się jakaś specyficznie pozytywna aura. Specyficznie, bo nie jest to typowo amerykański "keep smiling", ale świadomość, że w życiu bywa lepiej lub gorzej, a równie ważne jest to, żeby po prostu być. Spróbować cieszyć się każdym dniem, drobnymi rzeczami (wyborną płyta Logana Richardsona "Blues People"), tak jak Washington zdaje się cieszyć każdym zagranym przez siebie dźwiękiem.
Co również charakteryzuje ten album to brak kaskaderskich popisów, balansowania na cienkiej linii samouwielbienia. Granie poszczególnych instrumentów podporządkowane jest czemuś nadrzędnemu (platońska ręka skierowana ku górze), idei całości kompozycji, jej charakterystycznego i wyznaczonego kolejnymi partiami brzmienia.
Z drugiej jednak strony nie ma praktycznie ani jednej solowej partii fortepianu, klawiszy, trąbki, że o gitarze nie wspomnę, która warta byłaby zapamiętania. Nie ma na tym albumie solowej improwizacji, do której chciałbym zachwycony powrócić albo którą, wyjątkowo przejęty, musiałbym odtworzyć, raz i drugi, polecając ten właśnie fragment znajomym ich szczególnej uwadze.










Drobnym odstępstwem od ulubionego schematu amerykańskiego saksofonisty jest początek utworu "The Invicible Youth", gdzie przez pierwszą minutę dźwięki instrumentów rozbiegają się we wszystkie strony. Jednak to tylko - o czym przekonamy się po chwili - rozgrzewka sztywnych palców i spierzchniętych warg, przed harmonijnym graniem, które wypełni kolejne minuty. To obok "One of One" zdecydowanie najsłabszy fragment tego wydawnictwa. Kamasi Washington gra tutaj punktowo, robi krótkie oddechy, stosuje miniaturowe pauzy, w tej drodze prowadzącej donikąd. Równie bezbarwna czy monochromatyczna wydaje się być improwizacja gitarzysty. Przy tej okazji kompozycja wyraźnie traci dynamikę, kuleje, rozłazi się na boki (podobne momenty znajdziemy na dysku oznaczonym numer 2).

W ostatecznym rozrachunku tym razem nieco lepiej - niż było to w przypadku "The Epic" - wypadły partie wokalne. Pewnie również z tego powodu, że utwory okraszone wokalizą zostały ciekawej napisane i zaaranżowane.

Krążek numer dwa rozpoczyna się równie marzycielsko, co ten oznaczony numer jeden. Tym razem wyjątkowo dobrą robotę wykonuje orkiestracja oraz chór (mniej schematycznie i przewidywalnie niż do tej pory), które w zestawieniu z oddechami saksofonu tworzą naprawdę sugestywne tło. To właściwie kolejna, w przypadku amerykańskiego artysty, ilustracja, gotowa ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego filmu. Kompozycji na dysku numer 2 jest tyle samo - 8 - co na jedynce, jednak są nieco dłuższe. Czy są ciekawsze czy nieco gorsze, trudno powiedzieć. Skromnemu autorowi tego bloga, na dzień dzisiejszy oraz nieodległe jutro, bliżej jest do zawartości dysku pierwszego. Taneczny "Vi Lua Vi Sol", podczas słuchania którego nóżka sama chodzi po parkiecie. Banalny "Street Fighter Mas", odrobiny liryczny i nostalgiczny "Song for the Fallen", choć utrzymany w całkiem żywym tempie - oto, co szczególnie zapamiętałem z części "Heaven".
Gdyby komuś było mało, niejako w bonusie może otrzymać dysk numer 3, zatytułowany "The Choice", który zawiera dodatkowe pięć utworów, w tym dwa covery: "Will You Love Me Tomorrow" i "Ooh Child",  bagatela kolejne 35 minut muzyki. Z tego dodatkowego zestawu najbardziej przypadł mi do gustu blisko 10-minutowy cover przeboju Gofin and King - "Will You Still Love Me Tomorrow".

Czy Kamasi Washington zaskoczył mnie czymś na swoim najnowszym albumie? Niekoniecznie. Może jedynie tym, że wciąż konsekwentnie robi swoje, nie oglądając się na mody, i podszepty nie zawsze szczerych przyjaciół, z gatunku tych, którzy zwykle wszystko wiedzą lepiej. Paradoksalnie chyba więcej ze swoich umiejętności Washington pokazał na albumie Throttle Elevator Music - "Retrospective", o którym napisałem TUTAJ. "Heaven & Earth" to dobry album, który ma słabsze i lepsze momenty.
Nie pieję z zachwytu, nie ślinie się, nie marszczę, po prostu... słucham

(nota 7.5/10)






piątek, 16 czerwca 2017

THROTTLE ELEVATOR MUSIC - "Retrorespective" (Wide Hive Records) "Kamasi Washington na rockowych rubieżach"




     Kamasi Washingtona chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać czytelnikom tego bloga. Zanim amerykański saksofonista wydał swoje najlepsze dzieło "The Epic", był członkiem niezbyt znanej formacji Throttle Elevator Music, z którą nagrał kilka albumów. W skład tej grupy, oprócz Washingotna początkowo wchodził Gregory Howe, producent i aranżer, poza tym założyciel wytwórni Wide Hive Records, Matt Montgomery, basista i muzyk sesyjny, Mike Hughes - perkusja. Zespół w swojej twórczości eksplorował rockowo-jazzowe pogranicze.
Tytuł "Retrorespective" jest, przynajmniej dla mnie, nieco zwodniczy, ponieważ sugeruje, że płyta zawiera zestaw dawnych i opublikowanych już utworów na poprzednich wydawnictwach grupy. Nic bardziej mylnego. W tym przypadku mamy bowiem do czynienia z dziewięcioma (ponoć cały materiał nagraniowy jest o wiele większy) premierowymi kompozycjami, które nie były do tej pory publikowane. Kompozycje zawarte na krążku "Retrorespecitve" pochodzą z dwóch sesji nagraniowych. Pierwszej dokonano aż sześć lat temu (2011), w "Fantasy Studios" w Berkeley, tuż przed wydaniem debiutanckiego albumu grupy. Druga sesja nagraniowa miała miejsce w lutym ubiegło roku, w "Wide Hive Studios", także w Berkeley. Do stałego składu dołączyli: gitarzystka Ava  Mendoza, Erik Jekabson - flugelhorn i trąbka, Thomas McCree - perkusja.
Płyta "Retrorespective" Throttle Elevator Music zawiera, jak już wspomniałem, dziewięć utworów oraz niezwykłą długimi fragmentami mieszankę rocka, bluesa, jazzu i fusion. To również doskonały przykład pokazu możliwości i umiejętności muzyków, w szczególności zaś saksofonisty Kamasi Washingtona, który już w otwierającym i łagodnie wprowadzającym w materię całego krążka utworze "Liminality", daje taki popis gry, że na długo zapiera dech w piersiach. Są również na tej płycie niezapomniane dialogi poszczególnych instrumentów, jak chociażby w  rozmarzonym "February Drift", gdzie trąbka i saksofon odmalowują subtelne pejzaże, które doskonale dopełniłyby kadry takich mistrzów kina jak:  Louise Malle, Wim Wenders czy Wong Kar Wai (jego film "Jagodowa miłość" po raz kolejny obejrzałem w ubiegłym tygodniu z dużą przyjemnością). Kompozycja ukrywająca się pod indeksem numer 4 - "Flux and Soldier" oczarowała mnie punkową sekcją rytmiczną oraz rockową gitarą, które stworzyły bardzo dobry podkład dla barwnych ornamentów saksofonu oraz trąbki.  Przypomniała również dokonania Yuri Honinga z okresu, kiedy działał w grupie Wired Paradise (polecam czytelnikom świetny album "Meet your demons"). Ten utwór to prawdziwa "jazda bez trzymanki". Niepokojący, przez gitarowe tło, "Second Liminality" przykuwa uwagę porywającym solo saksofonu. W tym utworze Kamashi Washington umiejętnie buduje napięcie, żeby w kluczowym dla kompozycji momencie, chwycić słuchacza w szpony zmysłowego wiru dźwięków. Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że album "Retrorespecitve" nie zawiera słabych momentów. Nawet kiedy akcja, poprzez poszczególne utwory, zwalnia nieco tempa, to tylko na chwilę, i również po to, żeby słuchacz mógł zaczerpnąć tchu i poznać różne oblicza muzyków zaproszonych na sesję nagraniową.
    Najnowszy album Throttle Elevator Music, to również swoisty zapis drogi rozwojowej Kamasi Washingtona. Liryczny i poruszający, melodramatyczny i drapieżny, amerykański saksofonista po raz kolejny dobitnie pokazuje, że  potrafi odnaleźć się w każdej stylistyce, w każdej konwencji. Z pewnością próżno na tej płycie szukać barwnych i rozbudowanych aranżacji, na chór i sekcję smyczkową, z którymi również kojarzył się krążek "The Epic". Znajdziemy za to subtelne dźwiękowe pejzaże, nawiązania do bogatej jazzowej tradycji, klimaty melancholii, nostalgii, ale także surowość rockowego brzmienia, olbrzymią dawkę energii, dzikość i swobodę niczym nieskrępowanej wyobraźni. To dla mnie jedna z najlepszych płyt, jakie słyszałem w 2017 roku.
(nota 8.5/10)


Niestety w popularnych serwisach muzycznych nie ma zbyt wiele nagrań pochodzących z tej płyty. Znalazłem kompozycję Matta Montgomery'ego, z udziałem Kamasi Washingtona, która choć odrobinę przybliży niektóre fragmenty albumu "Retrorespective".














                                       






wtorek, 22 grudnia 2015

KAMASI WASHINGTON - "THE EPIC" Brainfeeder







Uważam, że niekiedy zbyt entuzjastyczne recenzje - niektórzy dziennikarze sugerowali, że właśnie od tego albumu zaczyna się jakaś "nowa era jazzu" - mogą tylko zaszkodzić tej bardzo udanej przecież płycie. Nic na tej płycie się nie zaczyna, oprócz debiutu fonograficznego Washingtona (choć wydał już wcześniej własnym sumptem kilka swoich utworów), i nic tym bardziej się nie kończy. Zastanawiający jest spory, jak na taki gatunek muzyczny, szum medialny, który towarzyszył wydaniu „The Epic”. Mnóstwo portali, które na co dzień raczej nie recenzują płyt jazzowych, uznało „dzieło” Kamasi Washingtona za dzieło właśnie, a w pewnych, wcale nie pojedynczych, przypadkach nawet za "arcydzieło" lub za "wydarzenie roku". Czyżby dziennikarze skupili się głównie na rozmiarze tego albumu? Trzeba przyznać, że ten jest imponujący.
Całość liczy sobie aż 3 płyty CD, 17 utworów, blisko 3 godziny muzyki, jak ktoś policzył dokładnie 172 minuty. Washington zatrudnił 32 osobową orkiestrę, 20 osobowy chór pod dyrekcją Miguela Atwood- Fergusona. Utalentowany saksofonista skomponował 13 z 17 utworów. Rozmiary i rozmach albumu muszą więc robić wrażenie. Pikanterii dodaje fakt, że Washington ma dopiero 34 lata. Zastanawiam się jednak, jak wyglądałaby większość recenzji, gdyby ta płyta liczyła sobie jedynie 6 utworów i trwała dajmy na to niespełna 70 minut.
Album „The Epic” podzielony został na trzy części. „The plan”, „The glorious”, „Historic repetition”. Ramy gatunkowe, w które wpisuje się ta płyta, można by określić terminem „spiritual-jazz”. Na pewno bliżej Kamsi Washingtonowi do Johna Coltrane'a niż do Pharoah Sandersa. W końcu Washington jako osiemnastolatek został laureatem nagrody imienia Johna Clotrane'a. W grze 34-latka słychać wyraźnie fascynacje jazzem lat sześćdziesiątych.
 Wszyscy ci, którzy podejdą do tego albumu zwabieni wcześniej nad wyraz pochwalnymi recenzjami, mogą odrobinę się zawieść. Na „The Epic” nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ten materiał muzyczny nie stanowi żadnej rewolucji, czy to na poziomie tak zwanej merytorycznej zawartości płyty, czy w dziedzinie rejestracji dźwięku. Nie ma tutaj w zasadzie niczego nowego, czego miłośnicy jazzu nie słyszeliby już wcześniej. Ameryka już dawno została odkryta. A „The Epic” to po prostu bardzo dobry album, zrobiony ze smakiem, zawierająca szereg ciekawych tematów i mnóstwo dobrych improwizacji. Tyle, albo aż tyle. 


Z różnych stron dochodzą do nas głosy, że jazz jako gatunek zabrnął w ślepą uliczkę. Są i tacy, którzy już dawno ogłosili jego śmierć, podobnie jak wielu innych gatunków muzycznych. Przeżyliśmy już „koniec historii”, „koniec filozofii”, „koniec kina”. Jednak tak to już zwykle bywa, że koniec czegoś, jest czasem nowego początkiem. Jazz, tak jak i pozostałe gatunki, będzie istniał, choćby po to, żeby takim „opiniom” zrobić na przekór. Jazz, jak każdy inny gatunek, będzie przeżywał swój lepszy i gorszy czas. W pewnym sensie rozumiem utyskiwania na działalność wydawniczą pewnych wytwórni. W jednej oficynie wydawniczej ma być wolno, romantycznie, pompatycznie, nie do końca treściwie. Inny label stawia na swobodę, dzikość, energię, żywiołowość, nieskrępowanie, niekiedy „twórczy chaos”. Jeszcze inna wytwórnia specjalizuje się w standardach, klasyce. Rynek muzyczny jest tak bogaty, że każdy znajdzie dla siebie coś interesującego, inspirującego, budującego. Nie rozumiesz pewnych treści? Po co się męczyć, widocznie nie jest to muzyka, film, książka, ogólnie mówiąc wytwór kultury przeznaczony dla ciebie. Choć z drugiej strony nieraz trzeba po prostu dać sobie czas, znaleźć odpowiedni moment, kiedy coś, co wydawało się w pierwszej chwili dla nas niedostępne, nagle przemówi „ludzkim głosem”, nagle odkryje przed nami swoje piękno. Ale żeby od razu obwieszczać koniec gatunku?

Kamasi Washington ma być wedle opinii niektórych krytyków odnowicielem jazzu. Zupełnie nie rozumiem, po co te szumne określenia, górnolotne słowa. Niech po prostu gra tak, jak potrafi najlepiej. Niech oczarowuje nas i zachwyca, tak jak robi to długimi fragmentami na płycie „The Epic”(najmniej podobają mi się „zwykłe piosenki” odśpiewane raczej przeciętnym głosem przez Patrice Quinn). Niech to więc będzie jazz z rozmachem, jazz bez ograniczeń, jazz subtelny, wyrafinowany, poszukujący, ewokujący, korzystający w inteligentny sposób z bogatej tradycji tego gatunku. Niech to będzie jazz rozwijający idee wolności ( bo czymże jest również jazz, jeśli nie wolnością, próbą, pierwsza, drugą i kolejną, wyrażania samego siebie, swojego stosunku do życia i świata). Wolności rozumianej jako „uświadomiona konieczność”, ale zawierającej także swobodę anarchii. Niech to będzie jazz „pograniczny”,  umiejętnie zestawiający ze sobą czy obok siebie cechy różnych gatunków. Niech to będzie jazz, gdzie będą współistniały przeciwieństwa. Niech to będzie jazz, w którym będą się spotykać kunszt rzemiosła i polot niczym nieskrępowanej wyobraźni. Album „The Epic” z pewnością wyrósł z tęsknoty właśnie za takim jazzem.
Kamasi Washingotn mówi sam o sobie: „Jestem marzycielem”. Czy na ostatnim albumie spełnił wszystkie swoje marzenia? Miejmy nadzieję, że nie. Na koniec taki apel do krytyków, nie zabierajmy mu jego marzeń, po prostu pozwólmy mu być. Pozwólmy mu grać.
Oto jeden z moich ulubionych utworów. Na uwagę zasługuje wspaniała improwizacja pianisty Camerona Gravesa (rozpoczyna się ok.6min)