Słuchanie muzyki brytyjskiej wokalistki Lucy Gooch przypomina oglądania nieba, po którym niespiesznie przesuwa się strumień puszystych obłoków. Czasem ten błękitny lazur lśni czystością, innym razem rzeka chmur zagęszcza swój nurt tak, że z trudem przebijają się przez niego pojedyncze promienia światła. W ośmiu bardzo udanych kompozycjach, które wypełniły opublikowany wczoraj debiutancki album zatytułowany "Desert Window", jest metafizyczny spokój i głębia, staranność i rzadko spotykana wrażliwość, której z pewnością mogą jej pozazdrościć inne artystki nieudolnie próbujące wykreować niezwykłą atmosferę oraz momenty poruszające zmysły. Warto podkreślić, że wokalistce z Yorku udało się to osiągnąć bardzo skromnymi środkami. I pewnie również na tym polega urok oraz siła jej kompozycji, że przy niewielkiej liczbie instrumentów (wśród nich trąbka, skrzypce i kornet w rękach Harry'ego Furnissa) uzyskała taką moc oddziaływania.
Wielkie brawa dla Lucy Gooch, że odważyła się zrobić ten kluczowy krok na przód, i wyszła ze strefy komfortu. Trzeba wiedzieć, że jest to artystka, która rozpoczynała od tworzenia muzyki ambient (wcześniej studiowała sztuki wizualne i teatralne, obecnie pełnie funkcję pracownika administracyjnego na Uniwersytecie w Bristolu). Najbardziej słychać to w kompozycjach "Night Window Part 1 i 2", jeśli chodzi o wczoraj opublikowane wydawnictwo.
Jedno z pierwszych jej zdjęć, które ujrzałem, przedstawia wokalistkę siedzącą obok syntezatora Roland SH 201. To przy jego pomocy tworzyła muzyczne pejzaże. Często w oparciu o kilka wydłużonych lub zapętlonych prostych dźwięków, bez żadnych modyfikacji, udziwnień czy gwałtownych zmian tonacji oraz rytmu. Powoli rozlewający się strumień łagodności. Przykłady tego typu estetyki znajdziemy na jej dwóch pierwszych epkach "Rushing" (2020), i kolejny mini album "Break" (2021). W skromnym dorobku napotkamy także wydawnictwo "Thesis 18" - tria Black Brunswicker/Lucy Gooch/Zake. Zwiera ono dwie dziesięciominutowe kompozycje, gdzie ambientowe tekstury łączą się z oniryczną wokalizą. Ciekawostkę stanowi fakt, że okładkę tej płyty zaprojektował Gregory Eucllide, ten sam, który jest autorem okładki do drugiego albumu Bon Ivera.
Lucy Gooch operuje wokalem w bardzo charakterystyczny sposób. Lubi posługiwać się długimi tonami, bez ozdobników. Lubi również powtarzać fragmenty tekstów. Dlatego jej kompozycje nie zawierają żadnych rozbudowanych opowieści przesiąkniętych celnymi metaforami. Zdecydowanie bliżej artystce do ulotnego języka poezji. To podkreślanie tylko wybranych słów czy zwrotów ma również wprowadzić słuchacza w błogi trans. Przy okazji uzmysłowić fakt, że w muzycznym świecie Gooch liczą się głównie momenty. Wybrane chwile, powiększone w oku kamery artystki i nanizane starannie na oś czasu.
Brytyjska kompozytorka lubi także powielać własną wokalizę. Drobne odpryski jej głosu pojawiają się w jej kompozycjach w postaci echa, chóru, szklistych wokalnych dialogów. Taka właśnie multiplikacja wokalna stanowi jeden z moich ulubionych momentów na płycie "Desert Window". Mam tu na myśli utwór "Keep Pulling Me", kiedy po wygaszeniu perkusji, wokaliza nagle rozkwita, rozmienia się na kilka głosowych okruchów. Właściwie mógłbym stworzyć listę właśnie takich poszczególnych poruszających momentów, ale nie będę odbierał Wam tej przyjemności. W tego typu estetyce, która hołduje manierze minimalizmu, bardzo łatwo wychwycić każdą nawet najmniejszą zmianę, każdy pojedynczy wyróżniający się moment. Jak chociażby poruszające tony trąbki, w niezwykłym "Clouds" - jakby przed słuchaczem otwierała się bezkresna przestrzeń błękitnego nieba. "Jesteś pomiędzy chmurami(...) Stąpasz po nich". Trudno nie uwierzyć w tak sugestywnie oprawione zapewnienia wokalistki.
Gdybym koniecznie musiał wskazać jakieś tropy, wymieniłbym atmosferę niektórych nagrań Angelo Badalamentiego, Vangelisa, połączoną z próbkami wokalnymi Kate Bush, Elizabeth Fraser, Lisy Gerard, Julii Holter, Laury Marling, (fragment "Jack Hare" może kojarzyć się z krajową mocno niedocenioną grupą Księżyc), Karin Oliver lub pań, które przewinęły się niegdyś przez skład formacji His Name Is Alive. To ostatnie porównanie chyba najlepiej pasuje do magicznego utworu "Like Clay", gdzie obok wiodącej wokalizy pojawia się dodatkowy głos ulepiony na podobieństwo śpiewu klasycznego. Z pozostałych inspiracji, do których chętnie przyznała się Lucy Gooch, warto wspomnieć powieść "The Hearing Trumpet" (1974), wokalistki i malarki Leonory Carrington, czy film "Black Narcissus" (1947), dwa Oskary za scenografię oraz zdjęcia.
Przyznam, że pierwotnie pomyślałem o nazwie "Holteryzm", jako ewentualnym tytule do dzisiejszego wpisu. Jednak uznałem, że byłoby to zbyt schematyczne, w pewnym stopniu poniekąd krzywdzące dla talentu Lucy Gooch. Brytyjska artystka z pewnością ma swój prywatny świat, odrębną estetyczną niszę, po której sprawnie się porusza. Podobieństwa do dokonań Julii Holter, szczególne z okresu bardzo dobrego albumu "Aviary" (2018) , również łatwo dostrzec. Wpływ Holter na współczesną kulturę muzyczną jest innego rodzaju. Oto po znakomitych recenzjach jej płyt, a także dobrym odbiorze wśród słuchaczy, szefowie niewielkich wytwórni zobaczyli i zrozumieli, że publikowanie tego typu albumów ma sens, gdyż jest zapotrzebowanie właśnie na taką twórczość.
"Straciłam kontakt ze swoim głosem, a potem musiałam go na nowo odkryć, co było ekscytujące. Były takie erupcje energii, kiedy się wygłupiałam, i od czasu do czasu na coś wpadałam" - wyznała Lucy Gooch.
W jej świecie głos pełni rolę podstawowego instrumentu. Nie trudno sobie wyobrazić, że w kolejnych fragmentach płyty "Desert Window" artystka posługuje się nim, jakby używała gitary elektrycznej lub basowej, wiolonczeli lub skrzypiec. Od pierwszych taktów debiutanckiego albumu urzeka świadomość tego, co autorka kompozycji zamierza osiągnąć. Z drugiej strony nie czuć, że poszczególne odsłony są sztucznie wciśnięte w jakąś ograniczającą je formę. Swoboda w operowaniu głosem przekłada się na sposób artystycznej wypowiedzi. Warto także podkreślić różnorodność akcentów postawionych na tym spójnym materiale. Znajdziemy tu dream-popowe naleciałości, fragmenty nawiązujące do folku - wspomniany wcześniej "Jack Hare", czy muzyki klasycznej.
Kolejnym charakterystycznym elementem stylu brytyjskiej wokalistki jest sposób, w jaki rozwijają się kompozycje. Po mglistym wstępie trudno określić, którą z możliwych dróg wybierze artystka dla dalszego rozwoju linii melodycznej. Stąd wrażenie meandrycznych zmian, ciągłego przeobrażania się, poszukiwania właściwej ścieżki. U podstaw jej utworów leży doświadczenie, które zebrała śpiewając w chórach od siódmego roku życia oraz swobodne improwizacje; drobne pomysły, które rozwinęły się w ich trakcie.
Jedno poważne moje zastrzeżenie dotyczy układu płyty. Wydaje się niemal oczywiste, że dwie najbardziej ambientowe, poniekąd filmowe, odsłony "Night Window Part 1 i 2", powinny znaleźć się w finale tego wydawnictwa. Aż dziwne, że nikt z wytwórni nie zwrócił uwagi na ten istotny dla odbioru całości szczegół.
Wszystko na tym albumie jest delikatne, kruche, zwiewne. Pomimo zmieniającego się nastroju, chwil zatrzymań, dominuje atmosfera nostalgii, oniryzmu. Jakby brytyjskiej wokalistce udało się uchwycić moment pomiędzy resztkami snu, a pierwszym sekundami tuż po przebudzeniu.
"Dzień otwiera dłoń, troje chmur, i tych kilka słów. O świcie to, co się rodzi, szuka dla siebie wyrazu (...) Jest wiatr i urodziwe nazwy w jego szumie". (Octavio Paz - "O świcie...").
(nota 8.5/10)
W dzisiejszej odsłonie "Dodatków..." pojawi się nieco więcej śpiewających pań. W ostatnim czasie nazbierało się trochę nowych płyt oraz singli artystek, które poruszają się w alternatywnym kręgu. Postaram się podtrzymać podobny nastrój, dlatego na dobry początek zajrzymy na płytę mieszkanki Minneapolis - Nony Invie - i posłuchamy fragmentu płyty "Self-Shoothing".
Kolejna wokalistka - Elisabeth Klinck - pochodzi z Belgii, w dniu wczorajszym opublikowała najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Chronotopia".
Wczoraj ukazała się najnowsza propozycja artystki z Glasgow - Pippy Blundell - zatytułowane "Common Thread", jak przyznaje wokalistka, inspirowane twórczością Laury Marling, This Is The Kit, czy The Weather Station.
Kolejna pani reprezentuje Kolumbię, choć obecnie mieszka w Berlinie - Lucrecia Dalt. Niektórzy mogą kojarzyć ją z niedawnej współpracy z Davidem Sylvianem. We wrześniu ukaże się jej album "A Danger To Ourselves". Oto singiel promujący to wydawnictwo.
Z miasta Joshua Tree (stan Kalifornia), pochodzi nasza znajoma Eve Adams, która 22 sierpnia opublikuje wydawnictwo zatytułowane "American Dust".
W Nowym Yorku mieszka Clara Joy, która pod koniec maja wydała album "What We Have Now". Współprodukował to wydawnictwo nasz dobry znajomy - Kramer.
Montreal, a w nim dwa filary - Brigitte Naggar i Devon Bate - grupy, która przyjęła nazwę Common Holly. Wczoraj ukazała się ich płyta "Common Holly".
Przeniesiemy się do Norwegii, wczoraj ukazała się epka - "I'm In The Palm Of Your Hand", naszego znajomego zespołu YNDLING. Materiał stanowi pierwszą część płyty "Time, Time, Time", która w całości pojawi się na rynku w październiku.
Wczoraj ukazała się płyta "Anthems: A Celebration Of Broken Social Scene's You Forgot It In People", na którym to wydawnictwie artyści związani ze sceną alternatywną wykonali piosenki formacji Broken Social Scene. Jedni poradzili sobie z tym trudnym wyzwaniem lepiej, pozostali nieco gorzej. Najbardziej rozczarował mnie duet Mikey Coltun i Mdou Moctar - może dlatego, że zabrali się za jedną z moich ulubionych kompozycji. Dużo lepiej wypadł ten zespół.
MISS TYGODNIA - w zwiewnej letniej szacie. Kanadyjski, znany z poprzednich prezentacji na tym blogu, duet BIBI CLUB oraz fragment pochodzący z ich niedawno wydanej płyty - "Feu De Garde (Les Braises)".
KĄCIK IMPROWIZOWANY - skoro dziś panie pojawiły się w przeważającej (może dla niektórych zastraszającej) liczbie, to czas na duńską saksofonistkę - Cecil Strange - i fragment z jej ostatniej płyty "BEECH".
Wydaje się, że francuski duet Lionel Liminana i Marie Liminana, który przyjął dźwięczną nazwę The Liminanas, jest bardzo słabo znany w naszym kraju. W tym roku będą obchodzić uroczystości niezbyt okrągłej rocznicy - szesnastu lat obecności na scenie. Początek ich muzycznej drogi zabiera nas do 2009 roku, i znajomości zapoczątkowanej na korytarzu szkoły średniej. Wcześniej Lionel Liminana (jego rodzina ma hiszpańskie korzenie, choć rodzice urodzili się w Algierii), próbował swoich sił w garażowo-punkowym składzie Les Gardiens Du Canigoo i The Beach Bitches. To upodobanie do prostego nieco przybrudzonego brzemienia gitar ("na początku lubię mieć jakiś prosty riff"), pozostało w nim do dziś. Mam wrażenie, że całkiem dobrze słychać to również w kolejnych odsłonach wydanego wczoraj albumu zatytułowanego "Faded".
Inspiracją do powstania najnowszego wydawnictwa The Liminanas, był utwór grupy The Velvet Underground - "New Age" (1970), gdzie pojawiają się wersy, w których autor prosi gwiazdę o autograf. Za "Faded"w dużym uproszczeniu kryje się historia dawnych gwiazd filmowych czy popkultury, które z wolna odchodzą w zapomnienie. Stąd też wymowna okładka płyty, przedstawiająca postacie z wyblakłymi, rozmazanymi przez upływ czasu twarzami. Patrząc na te oblicza trudno rozpoznać, z kim mamy do czynienia, czym się wsławiły, dzięki czemu powinniśmy o nich pamiętać. ( "Jesteś tylko portretem rozpaczy, twarzą bez serca" - W. Shakespear).
Muzycznie zawartość krążka "Faded" mieni się wieloma barwami, avant-pop, psychodelia, alt-rock itd. To właśnie owa różnorodność stylistyczna jest znakiem rozpoznawczym twórczości zespołu i siłą napędową tego wydawnictwa. Słychać na nim fascynacje członków duetu piosenkami pop z lat sześćdziesiątych (Gainsbourg), stąd też dwa niezłe covery: "Louie Louie" - Richarda Berry i "Ou Va La Chance" - Francoise Hardy".
"Nie jest to pośmiertny hołd, lecz deklaracja miłości do artystki, która ukształtowała nasze życie i wyobrażenia (...). To nasza ulubiona piosenka Francoise Hardy, nad którą pracowaliśmy na długo przed jej śmiercią".
W pozostałych fragmentach słychać także słabość do energetycznego indie-popowego brzmienia, opartego na rozpoznawalnym gitarowym motywie, z żywym rytmem i zwiewną wpadająca w ucho melodyką, które może budzić skojarzenia chociażby z płytami formacji The Raveonettes. Kolejny trop prowadzi nas wprost do kina i muzyki filmowej. Tu i ówdzie można dostrzec inspirację klasycznymi dziełami Ennio Morricone, co najlepiej da się odczuć przy okazji tytułowego, nieco westernowego w charakterze - "Faded". Warto wspomnieć, że duet The Liminanas sporo zawdzięcza sztuce filmowej. Na przestrzeni lat ich kolejne kompozycje można było znaleźć na wielu różnych soundtrackach filmów lub seriali, jak chociażby "Russian Doll". To właśnie pojedyncze "przeboje" sprawiły, że francuski duet z płyty na płytę zyskiwał popularność.
Francuzi debiutowali w 2010 roku publikując album "Belladelic", chociaż wcześniej zamieścili kilka utworów na stronie Myspace, dzięki czemu zauważył ich szef wytwórni Trouble In Mind Records. Wiele razy zmieniali oficynę, tak jak chętnie gościli na płytach innych artystów, i wielokrotnie zapraszali do współpracy znajomych i przyjaciół, poznanych w trakcie licznych tras koncertowych - Peter Hook (New Order), Anton Newcomb (Brian Jonestown Masacre), czy Emmanuelle Seigner. W trakcie rejestrowania najnowszych kompozycji w studiu pojawił się Bobby Gilespie (zespół Primal Scream), znajomy wokalista oraz aktor Bertrand Belin, Pascal Comelade, Jon Spencer, Anna Jean.
"Już dawno przestaliśmy się martwić o losy sceny garażowej. Analogowe obsesje, potrzebę nagrywania na żywo, ciągłe sprzeczki pomiędzy kaznodziejami lo-fi, a wszystkimi innymi. To bez sensu... To właśnie brak barier przyczynił się do ukształtowania naszego brzmienia".
(nota 7.5/10)
Pozostaniemy na francuskiej ziemi, z Paryża pochodzi grupa Biche, która całkiem niedawno opublikowała album zatytułowany "B.I.C.H.E", gdzie słychać wyraźną fascynację dokonaniami grupy Stereolab.
Idaho, a w nim Trevor Powers, czyli nasz dobry znajomy z Youth Lagoon i ulubiony fragment z wydanej wczoraj całkiem niezłej płyty "Rarely Do I Dream".
Anika Henderson to kolejna nasza znajoma z dawnych recenzji, brytyjska wokalistka, która zgrabnym singlem zapowiada nowy album "Abyss", premiera 4 kwietnia.
Kolejna piosenka pojawiła się już w "Dodatkach", jednak w ostatnich dniach ukazało się oficjalne video, i zapowiedź podwójnej płyty norweskiej grupy YNDLING, której pierwsza odsłona spodziewana jest na koniec wiosny.
Plastic Atmospheres - czyli projekt Steve'a Klassa z miasta Carson City (Nevada), całkiem udana opublikowana parę dni temu płyta (gdyby nie okropne ścieżki wokalne), zatytułowana "I Died And Feels Like I Never Left". Mój ulubiony fragment jest na szczęście bez wokalizy.
Przeniesiemy się do niemieckiej miejscowości Saarbrucken, gdzie działa grupa Pretty Lightning, która wczoraj opublikowała album zatytułowany "Night Wobble".
Belgia i Bruskela, gdzie możemy spotkać członków formacji Ciao Kennedy, którzy 1 marca opublikują najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Solarium".
MISS TYGODNIA - Zespół z Portland - Dead Gowns, z Genevieve Beaution jako wokalistką, przed tygodniem zaprezentował całkiem udaną płytę, do której naprawdę warto sięgnąć - "It's Summer, I Love You, And I'm Surrender By Snow", gdzie pośród wielu zgrabnych piosenek znalazłem zdecydowanie moją ulubioną. Oto ona! Smacznego!
W "Kąciku Improwizowanym" - na dobry początek basista z Grecji Petros Klampanis oraz jego koledzy, fragment z płyty "Latent Info".
Całkiem miło jest usłyszeć na płytach zagranicznych artystów polską mowę; "wszak Polacy nie gęsi..." Wczoraj ukazał się nowy album formacji The Young Mothers - "Better If You Left It", gdzie w jednej z kompozycji możemy usłyszeć nasz ojczysty język w wydaniu Malwiny Witkowskiej.
"Wielki głód" - to, jak podają źródła, okres klęski głodu, który dotknął irlandzkie społeczeństwo (szczególnie jego warstwy najuboższe), i przypadł na lata 1845-1849, głównie za sprawą ogromnych strat w uprawach ziemniaków (źródłem zarazy był pierwotniak). Przyczyniła się również do tego nieodpowiednia polityka i złe decyzje angielskiego rządu. "Populacja Irlandii zmalała wtedy o 20 %, doszło także do wielkiej fali emigracji - Irlandię opuściło dwa miliony ludzi". "Bóg zesłał na nas zarazę ziemniaczaną, ale to Anglicy dali nam głód". Z tym ostatnim próbowano poradzić sobie w różny sposób - powiadają, że to potrzeba bywa matką wynalazków. Przy tej okazji powstała "potrawa" - gulasz ze szczurzego mięsa, które to danie nazwano "Rats On Rafts". Tak się składa, że od nazwy tego "wykwintnego dnia" wzięła się również nazwa niderlandzkiego zespołu, który w dniu wczorajszym opublikował czwartą w dyskografii płytę zatytułowaną "Deep Below".
Członkowie formacji nie ukrywają swoich prywatnych muzycznych fascynacji - postpunk, new-wave, coldwave itd. Mówiąc krótko, brzmienie, które prężnie rozwijało się na początku lat osiemdziesiątych i bywa kojarzone z takimi zespołami jak: The Cure, Bauhaus, The Fall, Echo & The Bunnymen itd. Warto podkreślić, że twórczość Rats On Rafts nie jest jedynie pustym naśladownictwem tamtej stylistyki. Grupa z Rotterdamu - gdzie w tym tygodniu toczy się prestiżowy turniej tenisowy ATP 500 - po prostu chce brzmieć tak, jakby kalendarz wciąż wskazywał rok 1982. Nic więc dziwnego, że członkowie zespołu używają analogowego sprzętu oraz technik rejestracji z minionej epoki. "Era cyfrowa daje ludziom wiele nowych możliwości, ale wszyscy podążają tą samą drogą, kwantyzują, kompresują, nudzą" - podsumował krótko wokalistka i założyciel formacji David Fagan.
Dlatego w ich studiu nagraniowym, które mieści się w piwnicy pod budynkiem biurowca, niedaleko lotniska, znajdziemy stary mikser Telefunken M15, syntezator Eminent String Ensemble, magnetofony szpulowe oraz analogowe rejestratory. O cały ten zabytkowy sprzęt dbał przyjaciel grupy James Rubery, który zmarł niedawno, i to również jemu został dedykowany najnowszy album.
"Świat jest urządzony tak, że rzeczy dookoła nieustannie muszą się zmieniać i rozwijać wraz z najnowszymi osiągnięciami technicznymi oraz trendami. Jednak dla naszego zespołu nie jest to konieczne. Nie mamy potrzeby, żeby rozwijać się razem ze światem" - David Fagan.
Pierwszym utworem, który usłyszałem z tej płyty kilka miesięcy temu, był drugi w kolejności "Japanese Medicine", świetnie wprowadzający w nastrój całego wydawnictwa. Z jednej strony stanowi on wyraz zainteresowania japońską sceną alternatywną, dokonaniami takich mało znanych artystów jak: Inoyamaland (ambient, new-wave), czy Miharu Koshi. Z drugiej, to liryczna retrospektywa dotycząca nastoletnich przyjaźni, próba przywołania atmosfery dni młodości, która tak szybko minęła.
To mniej więcej w tamtym okresie, w czasach szkoły średniej, skład powołany do życia przez Davida Fagana i Arnoud Verheula grał pierwsze nieśmiałe covery - "Killing An Arab" - The Cure, czy "Taste The Floor" - The Jesus And The Mary Chain.
"Jeśli posłuchasz płyt Joy Division, dla wielu są one przygnębiające. Dla innych, to jak wejście do ciepłej kąpieli, ponieważ mogą utożsamić się z tą muzyką. Myślę, że to samo dzieje się w piosence "Hibernation" - podsumował David Fagan.
Nie tylko w tej odsłonie udanej płyty "Deep Below" znajdziemy znajome tony, kojarzone ze sceną alternatywną początku lat osiemdziesiątych. Natomiast wokaliza Davida Fagana, który lubi używać sporo efektu pogłosowego, może przywoływać wspomnienie z czołowymi przedstawicielami sceny new romantic. Album "Deep Below" to świadoma i z premedytacją stworzona kraina muzycznych wspomnień. Trudno coś zarzucić poszczególnym kompozycjom, może poza faktem, że ani przez moment nie wychodzą poza granice jasno określonej estetyki. Mocno osadzone w ramach gatunkowych stworzone zostały w oparciu o wielokrotnie już wykorzystane dźwięki, harmonie, przebiegi melodyczne.
Nastrój tego krążka chyba najbardziej skojarzył mi się z atmosferą płyty nieco zapomnianego już dziś brytyjskiego zespołu The Danse Society - "Haeven Is Waiting". Świetny "The Day Before" zabrał moje myśli w stronę albumu "Faith " - The Cure, a w "Sleeepwalking" pobrzmiewają echa gitary, której brzmienie można odnaleźć na pierwszych płytach Cocteau Twins. Ciekaw jestem recepcji tego wydawnictwa wśród młodych poszukiwaczy alternatywnych dźwięków, bo o starszych "płytowych wyjadaczy" jestem dziwnie spokojny. Ślimak widoczny na okładce płyty ma symbolizować niespieszność kompozycji. Podczas rejestracji poszczególnych nagrań sporo padało, a w sali prób pojawiło się kilka ślimaków. Ten motyw postanowił wykorzystał twórca okładki, niderlandzki grafik Viktor Hachmang.
(nota 7.5/10)
Wspomniałem o zespole The Danse Society, który powstał w 1980 roku, ze Stevem Rawlingiem jako wokalistą. Zajrzymy więc na ich album "Haeven Is Waiting".
Sporo dziś będzie podobnego brzmienia, gdyż postanowiłem zebrać w jeden zestaw nowości w tym gatunku. Oto kolejna reedycja przed nami, która ukazała się w ostatnich dniach, zabiera nas do 1991 roku. Wtedy to zespół z Bostonu - Drop Nineteens wysłał swoje utwory demo do wytwórni płytowej. Zebrano je w całość i opublikowano pod nazwą "1991".
The Underground Youth to brytyjski zespół, który znalazł dla siebie przystań w Berlinie. 4 kwietnia ukaże się ich nowy album zatytułowany "Decollage".
Pozostaniemy na niemieckiej ziemi. Elektrokohle to międzynarodowe trio, które na początku lutego opublikowało album "Kalt Wie Du Bist".
Nasz dobry znajomy duet prosto z miasta Alameda (San Francisco), recenzowałem ich ostatni album na łamach bloga - Vague Lanes, w ostatnich dniach zaprezentował nowy singiel.
Skoro padła już nazwa Vague Lanes, warto raz jeszcze powrócić do mojego ulubionego fragmentu z ostatniej recenzowanej tutaj płyty - "Foundation And Divergence". Cudeńko!!!
I kolejna nowość utrzymana w podobnej estetyce, zespół z miasta Nottingham, który przyjął nazwę LIIGHT oraz ich ostatni singiel.
W Kalifornii rezyduje Josh Hwang, który ukrywa się pod nazwą Castlebeat, kilka dni temu opublikował najnowszą propozycję.
I ponownie reprezentant Wysp Brytyjskich, miasto Leeds, gdzie rezyduje zespół Honesty, który wczoraj wydał płytę zatytułowaną "U R HERE".
Gościliśmy na łamach bloga zespół syna perkusisty The Cure - czyli grupę Topographies. W ubiegłym roku zaprezentowałem album syna Yanna Tiersena, pora na syna klasycznego dziś twórcy minimalizmu Terry Rileya - Gyana, który wczoraj wydał album zatytułowany "Winter Sun". W ten sposób kończy się to wydawnictwo.
"MISS TYGODNIA" - czyli piosenka, którą w ostatnich dniach i godzinach słuchałem najczęściej, zabierze nas do Oslo, skąd pochodzi znana już i prezentowana tutaj grupa - YNDLING. Oto ich najnowszy singiel.
"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - dziś reprezentuje australijski artysta, o tajwańskich korzeniach - Matt Hsu, kompozytor, a przede wszystkim lider dwudziestopięcioosobowej orkiestry. Kilka dni temu ukazał się jego album Matt Hsu's Obscure Orchestra - "Forest Party", do którego przesłuchania gorąco Was zachęcam.
Jak co tydzień, tuż po wietrznym piątkowym dniu pełnym premierowych wydawnictw, wielu z Was zadaje sobie pytanie, czego posłuchać? Z pewnością rozczarował mnie najnowszy album grupy dEUS - "How To Replace", choć jakoś specjalnie na niego nie czekałem. Zdecydowanie bardziej wolę Toma Barmana w jego pobocznym, jazzowym wcieleniu, czyli TaxiWars. Spory zawód, chyba jeszcze większy, przyniosła nowa płyta duńskiej formacji Lowly - "Keep Up The Good Work", ich poprzedni udany krążek pochwaliłem w recenzji kilka lat temu, a wczoraj opublikowany materiał przytłoczył mnie zwałami pstrokatej, dziwnie miękkiej elektroniki. W ostatnich dniach recenzenci "The Skinny", "The Telegraph", "PopMatters", "Consequence of Sound", "DIY Magazine" - najwyraźniej potajemnie się zmówili, a następnie wystawili najwyższą możliwą notę - 10 punktów - płycie Caroline Polachek - "Desire, I Want To Turn Into You". Poza nazwiskiem artystki, sporym wkładem producenta - Danny L. Harle - z tego wyjątkowo niezbornego zestawu mniej lub bardziej przypadkowo połączonych ze sobą tonów, wrzuconych dodatkowo do kotła rozmaitych stylistyk, najbardziej zapamiętałem... pończochy wokalistki, widoczne na jednym ze zdjęć, choć oczywiście jako koneser tychże proponowałbym założyć te z pasem. Wątek recenzji płytowych zamieszczanych na rozmaitych portalach, to temat na oddzielną opowieść - być może kiedyś się nad nim pochylę. Nie trzeba być Michelem Foucault ("Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu", "Archeologia wiedzy", "Porządek dyskursu", itd.), żeby odkryć szereg ukrytych założeń przewijających się przez wiele dziennikarskich opisów. Tylko dziennikarz niezbyt przeze mnie lubianego New Musical Expresu - on jeden - zachował zdrowy rozsądek i trzeźwy osąd, oceniając wydmuszkowe wydawnictwo pani Polachek na 6.0. Krytykować łatwo, to prawda, ale w czym zanurzyć spragnione wrażeń uszy? Może wydana wczoraj płyta zespołu Kerala Dust zatrzyma Was na dłużej.
Pod dźwięcznym szyldem ukrywa się brytyjskie trio, którego skład zawiązał się w 2016 roku w Londynie. Wszystko zaczęło się od Edmunda Kenny - to on systematycznie publikował swoje elektroniczne produkcje na platformie Soundcloud właśnie pod nazwą Kerala Dust. W końcu jego poczynania dostrzegł i docenił szef kolońskiej oficyny "Late & Luise", czego potwierdzeniem było wydanie debiutanckiej epki - "Late Sun" (2017). Edmund Kenny początkowo interesował się głównie muzyką klubową. Często odwiedzał takie miejsca jak Fabric czy Corisica Studios, żeby zbierać cenne doświadczenie. Do składu dołączyli później klawiszowiec Harvey Grant oraz gitarzysta Lawrence Howarth. Jak zgodnie podkreślają w wywiadach, dorastali przy dźwiękach płyt Can, The Velvet Underground, czy Toma Waitsa, co z łatwością można odnaleźć w muzyce Kerala Dust.
Wydany wczoraj album "Violet Drive", nagrany został w ciągu dwóch tygodni, w studiu położonym na obrzeżach miasta Zurich, przez Tilla Ostendarpa (współpracował z Peterem Broderickiem). Swoją bazę motoryczną z pewnością zawdzięcza rytmicznym nagraniom grupy Can, to właśnie wokół tych powtarzalnych struktur rozbudowywano potem kolejne warstwy kompozycji. "Nasze postrzeganie tempa związane jest z ludzkim tętnem, dlatego najlepiej czujemy się w okolicach 120 BPM" - stwierdził Edmund Kenny w jednym z wywiadów. Drugie, po "Light West" (2020), w dorobku pełnowymiarowe wydawnictwo rozpoczyna utwór "Moonbeam, Midnight, Howl". Sekwencje zapętlonych dźwięków stanowią tutaj podział rytmiczny oraz przestrzeń, na której może pojawić się charakterystyczna wokaliza Edmunda Kenny. To właśnie jego głos nienachalnie pogłębia nastrój kompozycji, która może przypominać dawne dokonania Toma Waitsa. Oczywiście Brytyjczycy wykorzystują znacznie więcej elektroniki, raczej nie zapuszczają się w rejony swobodnej improwizacji, za to świetnie żonglują rozmaitymi dodatkami, z gracją wzniecają drobiny dźwiękowego kurzu, które tworzą kolejne warstwy oszczędnej oraz inteligentnie zaprojektowanej aranżacji. Edmund Kenny i jego przyjaciele skrupulatnie odmierzają rozmaite proporcje, celowo unikają zbędnych w tym układzie solowych popisów instrumentów. To umiejętne rozłożenie akcentów w tym punktowym graniu przewija się niemal przez cały album, wyjątek stanowi nieco słabsza i bardziej tradycyjna końcówka - "Fine Della Scena". Singlowy "Violet Drive", "Red Light", czy "Pulse VI", przynoszą wraz z sobą transowe odsłony, przy okazji tego ostatniego przypomniał mi się niegdyś bliski Regular Fries czy przebojowy singiel Death In Vegas - "Hands Around My Throat", tyle że Kerala Dust w inny sposób wykorzystują gitarę, próżno więc szukać u nich rozpaczliwego krzyku, gwałtownego wybuchu, nieoczekiwanej erupcji, zdecydowanie bardziej skupiają się na miarowym odmierzaniu kolejnych taktów, uzupełniając je od czasu do czasu chwilowymi migotliwymi błyskami. Odsłona "Future Vision" może skojarzyć się z niezbyt u nas popularnym Tahiti 80. Mój ulubiony "Salt" zabrzmiał jak elektroniczne wcielenie Nicka Cave'a lub Davida Sylviana - to z pewnością jedna z najbardziej wyróżniających się kompozycji tego udanego albumu.
(nota 7.5/10)
Skoro powyżej wspomniałem nieco zapomnianą dziś nazwę Death In Vegas, powróćmy do ich zgrabnego przeboju. Nie pamiętam, kiedy słuchałem tej piosenki po raz ostatni.
Z Oslo pochodzi wokalistka Silje Espevik, która ukrywa się pod nazwą YNDLING, jesienią tego roku ukaże się jej album "Once Or Twice". Oto pierwszy singiel z tego wydawnictwa.
Trzech panów z miasta Los Angeles tworzy zespół Fairfields, kilka dni temu opublikowali całkiem udany singiel "Strangers".
Grupa TH da Freak brzmi niczym amerykańska formacja, jednak pochodzą z francuskiego Bordeaux. Oto fragment z ich ostatniej płyty zatytułowanej "Coyote".
Czwarty studyjny album zespołu Algiers nosi tytuł "Shook" i ukaże się 24 lutego, czyli już w przyszłym tygodniu. Oto znakomity fragment tej płyty.
Pod szyldem Jungstotter ukrywa się niemiecki artysta Fabian Altstotter, który 28 kwietnia wyda płytę zatytułowaną "One Star".
Szwedzki piosenkarz Jay Jay Johanson w barokowym opublikowanym przed kilkoma dniami singlu "Finally".
W kąciku improwizowanym przedstawiciele wytwórni Gondwana Records, czyli grupa Mammal Hands i odsłona płyty "Gift From The Trees", która ukaże się 31 marca.
Powróciłem ostatnio do filmu "Złodziej" (1981), w reżyserii Michaela Manna, za ścieżkę dźwiękową do tego obrazu odpowiedzialny był zespół Tangerine Dream. Oto muzyka z finałowej sceny tego filmu.