sobota, 18 lutego 2023

KERALA DUST - "VIOLET DRIVE" (PIAS) "Panowie od rytmiki"

 

   Jak co tydzień, tuż po wietrznym piątkowym dniu pełnym premierowych wydawnictw, wielu z Was zadaje sobie pytanie, czego posłuchać? Z pewnością rozczarował mnie najnowszy album grupy dEUS - "How To Replace", choć jakoś specjalnie na niego nie czekałem. Zdecydowanie bardziej wolę Toma Barmana w jego pobocznym, jazzowym wcieleniu, czyli TaxiWars. Spory zawód, chyba jeszcze większy, przyniosła nowa płyta duńskiej formacji Lowly - "Keep Up The Good Work", ich poprzedni udany krążek pochwaliłem w recenzji kilka lat temu, a wczoraj opublikowany materiał przytłoczył mnie zwałami pstrokatej, dziwnie miękkiej elektroniki. W ostatnich dniach recenzenci "The Skinny", "The Telegraph", "PopMatters", "Consequence of Sound", "DIY Magazine" - najwyraźniej potajemnie się zmówili, a następnie wystawili najwyższą możliwą notę - 10 punktów - płycie Caroline Polachek - "Desire, I Want To Turn Into You". Poza nazwiskiem artystki, sporym wkładem producenta - Danny L. Harle - z tego wyjątkowo niezbornego zestawu mniej lub bardziej przypadkowo połączonych ze sobą tonów, wrzuconych dodatkowo do kotła rozmaitych stylistyk, najbardziej zapamiętałem... pończochy wokalistki, widoczne na jednym ze zdjęć, choć oczywiście jako koneser tychże proponowałbym założyć te z pasem. Wątek recenzji płytowych zamieszczanych  na rozmaitych portalach, to temat na oddzielną opowieść - być może kiedyś się nad nim pochylę. Nie trzeba być Michelem Foucault ("Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu", "Archeologia wiedzy", "Porządek dyskursu", itd.), żeby odkryć szereg ukrytych założeń przewijających się przez wiele dziennikarskich opisów. Tylko dziennikarz niezbyt przeze mnie lubianego New Musical Expresu - on jeden - zachował zdrowy rozsądek i trzeźwy osąd, oceniając wydmuszkowe wydawnictwo pani Polachek na 6.0. Krytykować łatwo, to prawda, ale w czym zanurzyć spragnione wrażeń uszy? Może wydana wczoraj płyta zespołu Kerala Dust zatrzyma Was na dłużej.



  Pod dźwięcznym szyldem ukrywa się brytyjskie trio, którego skład zawiązał się w 2016 roku w Londynie. Wszystko zaczęło się od Edmunda Kenny - to on systematycznie publikował swoje elektroniczne produkcje na platformie Soundcloud właśnie pod nazwą Kerala Dust. W końcu jego poczynania dostrzegł i docenił szef kolońskiej oficyny "Late & Luise", czego potwierdzeniem było wydanie debiutanckiej epki - "Late Sun" (2017). Edmund Kenny początkowo interesował się głównie muzyką klubową. Często odwiedzał takie miejsca jak Fabric czy Corisica Studios, żeby zbierać cenne doświadczenie. Do składu dołączyli później klawiszowiec Harvey Grant oraz gitarzysta Lawrence Howarth. Jak zgodnie podkreślają w wywiadach, dorastali przy dźwiękach płyt Can, The Velvet Underground, czy Toma Waitsa, co z łatwością można odnaleźć w muzyce Kerala Dust. 

Wydany wczoraj album "Violet Drive", nagrany został w ciągu dwóch tygodni, w studiu położonym na obrzeżach miasta Zurich, przez Tilla Ostendarpa (współpracował z Peterem Broderickiem). Swoją bazę motoryczną z pewnością zawdzięcza rytmicznym nagraniom grupy Can, to właśnie wokół tych powtarzalnych struktur rozbudowywano potem kolejne warstwy kompozycji. "Nasze postrzeganie tempa związane jest z ludzkim tętnem, dlatego najlepiej czujemy się w okolicach 120 BPM" - stwierdził Edmund Kenny w jednym z wywiadów. Drugie, po "Light West" (2020), w dorobku pełnowymiarowe wydawnictwo rozpoczyna utwór "Moonbeam, Midnight, Howl". Sekwencje zapętlonych dźwięków stanowią tutaj podział rytmiczny oraz przestrzeń, na której może pojawić się charakterystyczna wokaliza Edmunda Kenny. To właśnie jego głos nienachalnie pogłębia nastrój kompozycji, która może przypominać dawne dokonania Toma Waitsa. Oczywiście Brytyjczycy wykorzystują znacznie więcej elektroniki, raczej nie zapuszczają się w rejony swobodnej improwizacji, za to świetnie żonglują rozmaitymi dodatkami, z gracją wzniecają drobiny dźwiękowego kurzu, które tworzą kolejne warstwy oszczędnej oraz inteligentnie zaprojektowanej aranżacji. Edmund Kenny i jego przyjaciele skrupulatnie odmierzają rozmaite proporcje, celowo unikają zbędnych w tym układzie solowych popisów instrumentów. To umiejętne rozłożenie akcentów w tym punktowym graniu przewija się niemal przez cały album, wyjątek stanowi nieco słabsza i bardziej  tradycyjna końcówka - "Fine Della Scena". Singlowy "Violet Drive", "Red Light", czy "Pulse VI", przynoszą wraz z sobą transowe odsłony, przy okazji tego ostatniego przypomniał mi się niegdyś bliski Regular Fries  czy przebojowy singiel Death In Vegas - "Hands Around My Throat", tyle że Kerala Dust w inny sposób wykorzystują gitarę, próżno więc szukać u nich rozpaczliwego krzyku, gwałtownego wybuchu, nieoczekiwanej erupcji, zdecydowanie bardziej skupiają się na miarowym odmierzaniu kolejnych taktów, uzupełniając je od czasu do czasu chwilowymi migotliwymi błyskami. Odsłona "Future Vision" może skojarzyć się z niezbyt u nas popularnym Tahiti 80. Mój ulubiony "Salt" zabrzmiał jak elektroniczne wcielenie Nicka Cave'a lub Davida Sylviana - to z pewnością jedna z najbardziej wyróżniających się kompozycji tego udanego albumu.

(nota 7.5/10)

 


Skoro powyżej wspomniałem nieco zapomnianą dziś nazwę Death In Vegas, powróćmy do ich zgrabnego przeboju. Nie pamiętam, kiedy słuchałem tej piosenki po raz ostatni.



Z Oslo pochodzi wokalistka Silje Espevik, która ukrywa się pod nazwą YNDLING, jesienią tego roku ukaże się jej album "Once Or Twice". Oto pierwszy singiel z tego wydawnictwa.



Trzech panów z miasta Los Angeles tworzy zespół Fairfields, kilka dni temu opublikowali całkiem udany singiel "Strangers".



Grupa TH da Freak brzmi niczym amerykańska formacja, jednak pochodzą z francuskiego Bordeaux. Oto fragment z ich ostatniej płyty zatytułowanej "Coyote".



Czwarty studyjny album zespołu Algiers nosi tytuł "Shook" i ukaże się 24 lutego, czyli już w przyszłym tygodniu. Oto znakomity fragment tej płyty.



Pod szyldem Jungstotter ukrywa się niemiecki artysta Fabian Altstotter, który 28 kwietnia wyda płytę zatytułowaną "One Star".



Szwedzki piosenkarz Jay Jay Johanson w barokowym opublikowanym przed kilkoma dniami singlu "Finally".



W kąciku improwizowanym przedstawiciele wytwórni Gondwana Records, czyli grupa Mammal Hands i odsłona płyty "Gift From The Trees", która ukaże się 31 marca.



Powróciłem ostatnio do filmu "Złodziej" (1981), w reżyserii Michaela Manna, za ścieżkę dźwiękową do tego obrazu odpowiedzialny był zespół Tangerine Dream. Oto muzyka z finałowej sceny tego filmu.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz