sobota, 23 sierpnia 2025
MILD ORANGE - "THE//GLOW" "Gdzie oddycha letnia noc"
sobota, 7 czerwca 2025
LUCY GOOCH - "DESERT WINDOW" (Fire Records) "Po tamtej stronie chmur"
Słuchanie muzyki brytyjskiej wokalistki Lucy Gooch przypomina oglądania nieba, po którym niespiesznie przesuwa się strumień puszystych obłoków. Czasem ten błękitny lazur lśni czystością, innym razem rzeka chmur zagęszcza swój nurt tak, że z trudem przebijają się przez niego pojedyncze promienia światła. W ośmiu bardzo udanych kompozycjach, które wypełniły opublikowany wczoraj debiutancki album zatytułowany "Desert Window", jest metafizyczny spokój i głębia, staranność i rzadko spotykana wrażliwość, której z pewnością mogą jej pozazdrościć inne artystki nieudolnie próbujące wykreować niezwykłą atmosferę oraz momenty poruszające zmysły. Warto podkreślić, że wokalistce z Yorku udało się to osiągnąć bardzo skromnymi środkami. I pewnie również na tym polega urok oraz siła jej kompozycji, że przy niewielkiej liczbie instrumentów (wśród nich trąbka, skrzypce i kornet w rękach Harry'ego Furnissa) uzyskała taką moc oddziaływania.
W dzisiejszej odsłonie "Dodatków..." pojawi się nieco więcej śpiewających pań. W ostatnim czasie nazbierało się trochę nowych płyt oraz singli artystek, które poruszają się w alternatywnym kręgu. Postaram się podtrzymać podobny nastrój, dlatego na dobry początek zajrzymy na płytę mieszkanki Minneapolis - Nony Invie - i posłuchamy fragmentu płyty "Self-Shoothing".
Kolejna wokalistka - Elisabeth Klinck - pochodzi z Belgii, w dniu wczorajszym opublikowała najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Chronotopia".
Wczoraj ukazała się najnowsza propozycja artystki z Glasgow - Pippy Blundell - zatytułowane "Common Thread", jak przyznaje wokalistka, inspirowane twórczością Laury Marling, This Is The Kit, czy The Weather Station.
Kolejna pani reprezentuje Kolumbię, choć obecnie mieszka w Berlinie - Lucrecia Dalt. Niektórzy mogą kojarzyć ją z niedawnej współpracy z Davidem Sylvianem. We wrześniu ukaże się jej album "A Danger To Ourselves". Oto singiel promujący to wydawnictwo.
sobota, 24 kwietnia 2021
LES MOONTUNES - "LES MOONTUNES" (Bandcamp) "Wizytówka w wersji saute"
Moncton to miasto w Kanadzie, położone w południowo wschodniej części prowincji Nowy Brunszwik nad zatoką Fundy. Założyła je grupa holenderskich imigrantów, którzy w 1766 roku dotarli tu aż z dalekiej Filadelfii. Swoją nazwę zawdzięcza oficerowi brytyjskiemu komandorowi Robertowi Moncktonowi, który zarządzał koloniami w Ameryce Północnej. Ach, ci Brytyjczycy oraz ich kolonie. Do tej pory miasto rozsławiły jedynie lekkoatletyczne mistrzostwa świata juniorów. Ale, kto wie, czy po opublikowaniu debiutanckiej płyty grupy Les Moontunes 64-tysięczne Moncton nie zyska na popularności, przynajmniej w alternatywnym półświatku.
To właśnie w kanadyjskim mieście jakiś czas temu przecięły się drogi siedmiu muzyków. Spotkali się tam: Elijah Mackongao, Miguel Dumaine, Patrick Gaudet, Samuel Frenette, Jeremie Poitras, Martin Daigle, oraz kobiecy rodzynek Monica Ouellette. Gdzieś pod koniec 2015 roku powołali oni do życia formację o wdzięcznej nazwie Les Moontunes, która całkiem dobrze przybliża charakter ich artystycznej działalności. Do tamtej pory muzycy skupieni wokół grupy przewijali się na lokalnej scenie, udzielając się w mniej znanych zespołach rockowych, jazzowych, psychodelicznych czy hip-hopowych. Nic więc dziwnego, że elementy wyżej wspominanych przeze mnie estetyk można odnaleźć w tym sugestywnym kolażu dźwiękowym, jaki przedstawia ich debiutancki krążek. Pierwsze nagrania powstawały podczas długich prób, wypełnionych wspólnym i swobodnym muzykowaniem. Ogrywano je potem na festiwalach, chociażby: Acadie Rock, Afro Fest, czy Fest Forward, który według Moniki Ouellette, grającej w zespole na trąbce, pozwolił im wypłynąć na szersze wody i zdobyć rozeznanie dotyczące zasad funkcjonowania kanadyjskiego rynku muzycznego. Materiał na debiut mieli już gotowy pod koniec 2018 roku, jednak do dzisiejszego dnia, pomimo sukcesów i wyróżnień, nie podpisali kontraktu płytowego. Być może jest to celowy zabieg, a członkowie formacji czekają na lepsze propozycje.
Tak, jak być może celowym zabiegiem było nagranie płyty bez większych studyjnych upiększeń. Poszczególne kompozycje płynnie przechodzą jedna w drugą, łącząc się w barwną i spójną opowieść. Całość debiutanckiego krążka, który ukazał się kilka dni temu, brzmi jak zapis koncertu, który miał miejsce w studio nagraniowym. Nie ma tutaj zbyt wiele ingerencji technicznej inżyniera dźwięku. Panowie i pani po prostu weszli do studia, rozstawili instrumenty, sprawdzili mikrofony, a potem Xavier Richard, czuwający za suwakami konsolety, wcisnął przycisk "REC". W czasach, kiedy piosenki na kolejnych etapach produkcji poddaje się przeróżnym koloryzującym zabiegom, nagranie utworu "z marszu", a następnie opublikowanie go w "nagiej" wersji, wydaje się być ekstrawagancją. Bez wątpienia zespół zaryzykował, i w tym konkretnym przypadku ryzyko zdecydowanie się opłaciło. Jedenaście utworów, które wypełniły debiutanckie wydawnictwo "Les Moontunes", świetnie się broni w tej niejako koncertowej formule. Choć nie ukrywam, że chciałbym również usłyszeć odsłonę tej płyty, która wyszłaby spod rąk inteligentnego i wyrafinowanego producenta. Mogę sobie wyobrazić, że z tego materiału, przy odrobinie szczęścia i sporym wysiłku, można byłoby zrobić dzieło na miarę "Aerial" czy "50 Words For Snow". Tendencje Kanadyjczyków do łączenia ze sobą utworów i myślenia o albumie jako integralnej całości, o czymś świadczy. Podobnie, jak tworzenie czegoś w rodzaju suity; w tym przypadku "Walkin Down Pt.1, Pt.2, Pt.3". Inna sprawa, że tego typu zabiegi spotyka się na wydawnictwach płytowych coraz rzadziej i kojarzą się one raczej z przestrzenią zarezerwowaną dla art-rockowej przeszłości. Album "Les Moontunes", w takiej "żywej" postaci, jest doskonałą wizytówką zespołu w wersji saute - wprost wymarzoną dla dyrektorów muzycznych wszelkiej maści festiwali. Ilu to artystów czy grup, szczególnie w ostatnich latach, brzmiało cudownie na płytach, a podczas występów scenicznych pozbawieni efektów oraz ingerencji inżyniera dźwięku muzycy przypominali zaledwie wyblakłe cienie. Oczywiście purysta dźwiękowy w przypadku krążka "Les Moontunes" będzie kręcił nosem i wysuwał poważne zastrzeżenia pod adresem realizacji wokalu, dość płaskiej sceny i przefiltrowanej z niskich tonów sekcji rytmicznej. Jednak w tym wypadku, o wiele bardziej od czystości oraz integralności brzmienia poszczególnych rejestrów, liczył się dobry groove, który zgodnie z deklaracjami kanadyjskich muzyków zawsze jest ich głównym celem.
Początek wydawnictwa "Les Moontunes" to dwuminutowe intro, rozpoczynające się niepokojącym szumem. Pierwsze dwa spokojne akordy gitary i klawiszy uzupełniają oddechy saksofonu i trąbki, które łagodnie wybrzmiewają, zwiastując "Paper Boat". Ta piosenka pełniła rolę czegoś w rodzaju singla promocyjnego. W odsłonie "Jam En 7" przypomniały mi się dokonania Bertranda Burgalata, z jednej strony, z drugiej zaś wczesne kompozycje Porcupine Tree, które wtedy, w minionej epoce zespołu, bardzo lubiłem - "On The Sunday Of Life", "Up The Downstair", "Signify"; podobna wrażliwość, niespieszne kreowanie przestrzeni, długie dźwięki floydowskiej gitary, które pojawią się także w kolejnych fragmentach płyty. Wspaniale brzmi "All I See Is Blue", wypełniony solówką trąbki i saksofonu, zamianami tempa, nawiązaniem do art-rockowej estetyki. Tych swobodnych przejść pomiędzy art-rockiem, jazzem czy psychodelią znajdziemy w dalszej części albumu całkiem sporo. "Walkin Down Pt.3" wita słuchacza francuskim rapem - to Elijah Mackongo, Kameruńczyk mieszkający w Kanadzie, dał próbkę swoich możliwości na tle barwnej orkiestracji. Prog-rockowego ducha niesie wraz z sobą "Riguh Duh Gunk Gunk", stworzony w oparciu o mocne akcenty instrumentów klawiszowych; szkoda, że trwa tak krótko. To wspólne muzykowanie, podczas którego zostało rozbudowanych wiele tematów, podsuniętych przez Miguela Dumaine'a - kompozytora, producenta i autora tekstów - sprawiło, że zespół jest świetnie zgrany i dobrze się czuje również w dłuższych kompozycjach. Zresztą sprawdźcie sami.
(nota 8/10)
W kąciku deserowym zapowiedź płyty grupy Lambchop, która ukaże się pod koniec maja. Krążek będzie nosił tytuł "Showtunes", promuje go urokliwa kompozycja "A Chef's Kiss".
W ostatnich dniach bardzo często wracałem do prześlicznej piosenki "My Only Dream" Eve Adams. Ten wyborny utwór znajdziecie na całkiem udanej płycie "Metal Bird", która ukazała się w tym roku. Eve Adams to artystka raczej słabo znana w naszym kraju, a szkoda. Prostota, zmysłowe prowadzenie wokalu, szept saksofonu, drobna orkiestracja i... nie mogę się uwolnić od tego cudeńka.
W kąciku improwizowanym znakomity fragment "Creator Of Creation", który pochodzi z płyty "Transmission". Za wszystkim stoi grupa Djinn, czyli połączenie sił muzyków związanych ze szwedzkimi formacjami GOAT i Hills. Artyści proponują nam psychodeliczną i transową podróż przez gatunki oraz style, trochę jazzu, trochę acid-folku i duch przełomu lat 60/70-tych unoszący się nad ich nagraniami.




