Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eve Adams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eve Adams. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 sierpnia 2025

MILD ORANGE - "THE//GLOW" "Gdzie oddycha letnia noc"

 

  Lato powoli dogasa, choć można odnieść wrażenie, że w tym roku i szczególnie w naszym kraju nie zdążyło w pełni się rozpalić. Jego upalny blask pojawił się tylko na krótko, więc kto lubi i potrzebuje, musiał korzystać z niego wyjątkowo zachłannie. Zawsze można spróbować przywołać atmosferę ciepłych letnich wieczorów, a także ich dyskretny blask (tytułowy "The Glow") - przy pomocy bardzo udanego albumu formacji MILD ORANGE zatytułowanego "The//Glow". Zespoły z Nowej Zelandii od czasu do czasu pojawiały się na tym blogu. Jednak żaden - chyba, że się mylę - nie stanowił głównego tematu muzycznych opowieści.





Historia powstania grupy jest całkiem typowa. Przyjaciele z dzieciństwa Josh Mehrtens oraz Josh Reid spotkali się ponownie po wielu latach, w trakcie studiów, i postanowili założyć zespół. Do składu dołączyli basista Tom Kelk, a za zestawem perkusyjnym zsiadł Jack Reguson. Po kilkunastu miesiącach działalności pojawił się debiutancki krążek "Foreplay" (2018). Nazwa Mild Orange w zamierzeniach jej autorów powinna kojarzyć się z latem, ciepłem, optymizmem. Podobnie jak zawartość ich kolejnych krążków. Skąpane w jasnym brzmieniu gitar piosenki przywoływały nastrój kończącego się dnia. Dominował w nich spokój i nostalgia. Nic więc dziwnego, że dziennikarz "Billboardu" określił poczynania reprezentantów Nowej Zelandii jako: "Muzykę dla fanów nostalgii".

Od samego początku głównym i jedynym producentem nagrań był Josh Mehrtens, który dużo słuchał, czytał mnóstwo branżowych czasopism, i krok po kroku poznawał tajniki pracy w studiu. Jak sam przyznał, w tamtym okresie popełniał mnóstwo błędów, zbyt chętnie ulegał wpływom lub podążał jednokierunkową ścieżką ślepego naśladownictwa. Jednak był to żmudny proces, w trakcie trwania którego sporo się nauczył.

Efekty zebranego doświadczenia możemy usłyszeć na czwartej w dorobku płycie, wydanej kilkanaście dniu temu i zatytułowanej "The//Glow". Warto podkreślić, że czwarty w dyskografii album rzadko bywa tym najlepszym. Statystycznie rzecz ujmując, gdzieś przy okazji trzeciego wydawnictwa zespół mniej lub bardziej umiejętnie zaczyna grać resztkami - pomysłów, ambicji i chęci. Zwykle w tym okresie grupy posiadają już ugruntowaną pozycję na rynku albo ich członkowie coraz bardziej się zniechęcają, że pomimo wysiłków i wydania dwóch poprzednich krążków, owej pozycji nie udało się uzyskać. 

Tym razem cała sympatyczna załoga, wraz z partnerkami - odważne posunięcie - przeniosła się do Londynu. W stolicy Anglii wynajęli dom, w którym przez kilka tygodni mieszkali i tworzyli. Najwyraźniej musiała panować tam dobra i twórcza atmosfera. Album "The//Glow" od samego początku urzeka dojrzałością i spójnym brzmieniem. W kolejnych odsłonach czuć koncentrację na celu, który zamierzano osiągnąć. Każdy utwór ma swój oddzielny aranżacyjny pomysł, od świetnego początku "Moonglade", który bardzo dobrze wprowadza w nastrój tego wydawnictwa, aż po mój ulubiony, nostalgiczny "There's No Rush".




Jak wskazuje Josh Mehrtens, tytuł "The//Glow" odnosi się do próby zachowania równowagi, pozostawania w spokojnym rytmie życia. Album można podzielić na dwie przystające do siebie części. Pierwsza - chyba nieco lepsza - odnosi się do "blasku przestrzeni" (szeroko pojęty świat natury), druga natomiast do "Blasku miasta" (krajobraz aglomeracji).

"Te piosenki, to albo tęsknota za blaskiem, przebywanie w jego aurze, albo ślady po jego braku (...). Pierwszą piosenką, którą zaczęliśmy tworzyć już w 2021 roku był "Right Or Wrong". Z kolei "Silver Star" to wyjątkowo osobista piosenka - napisałem ją dla mojej żony, która wychowała się na ranczu na Środkowym Zachodzie (...). Kiedyś przeczytałem o technice Jeffa Tweeda, który trzyma gitary w różnych pokojach, każda inaczej nastrojona, żeby wymusić na sobie chęć do eksperymentowania i odrzucenia utartych schematów. Myślę, że dzięki temu powstała progresja akordów w "Silver Star". - tyle Josh Mehrtens.

To właśnie praca gitar, z pomocą którym przyszły syntezatory, stanowi główną oś brzmienia tego wydawnictwa. Subtelnie rozmieszczone na szerokiej scenie - niezły miks, z dbałością o szczegóły - tworzą barwne tło, podkreślają istotne momenty. W kolejnych nagraniach, szczególnie tych zamkniętych w pierwszej części płyty, można odnaleźć podobieństwa do najlepszych nagrań grupy The War On Drugs ( zespół Mild Orange woli łagodniejsze tempo). Ta charakterystyczna motoryka tych piosenek łączy się z ich specyficznym nastrojem. Oto mamy schyłek dnia, w tle blask słońca, znikającego gdzieś za linią horyzontu, krajobraz natury lub miasta (druga część płyty), przesuwający się za oknem samochodu, radość wynikająca z poczucia spełnienia i bezpieczeństwa. To przy okazji główne tematy przewijające się w tekstach autorstwa Josha Mehrtensa. 

Ps. Jedno, co może odrobinę dziwić lub przynajmniej zastanawiać, to fakt, dlaczego dojrzały zespół, nagrywający bardzo udaną płytę, nie znalazł dla niej odpowiedniego wydawcy. Czego jak czego, ale dobrze prowadzonych tak zwanych niezależnych oficyn w ostatnim czasie raczej nie brakuje.

(nota 7.5-8/10) 
 





W dzisiejszych "Dodatkach..." zupełnie przypadkiem nieco więcej śpiewających pań. Zaczniemy od gorącej nowości, wczoraj pojawił się nowy świetny utwór naszej dobrej znajomej Anny Von Hauswolff, która przy pomocy Iggiego Popa, w ten uroczy sposób zapowiada nowy album "Iconoclasts". Premiera 31 października.




Kolejna nasza znajoma, gdyż jej utwory pojawiały się już na blogu. Bardzo lubię barwę głosu Eve Adams. Wczoraj ukazał się jej nowy album "American Dust", niestety dość przeciętny w moim odczuciu. Choć tak udanie się rozpoczyna.




Pozostaniemy w USA, ze skąpanego w słońcu Joshua Tree przeniesiemy się do Ohio, żeby posłuchać fragmentu z nowej płyty Emily Hines - "These Days".




Przed nami ulice Filadelfii, na nich możemy spotkać wokalistkę grupy Star Moles, która w połowie sierpnia wydała nową epkę zatytułowana "Snack Monster".




Czekając na rozpoczęcie US OPEN, po Brooklynie krążą członkowie formacji SEX WEEK, którzy na początku sierpnia opublikowali epkę "Upper Mezzanine".




W Berlinie napotkamy kolejnych naszych znajomych (recenzja ich płyty na blogu), grupę Kerala Dust, którzy w dniu wczorajszym wydali album "En Echo Of Love". Tak się rozpoczyna.




Duet, który przybrał nazwę Royel Otis pochodzi z Sydney, również w dniu wczorajszym pojawiła się premiera najnowszego wydawnictwa - "Hickey".




Znakomicie brzmi kompozycja "Terror Moon" irlandzkiego zespołu RUN, którą znalazłem na wczoraj wydanej płycie zatytułowanej po prostu "RUN".




KĄCIK IMPROWIZOWANY - z wizytą w brytyjskim LEEDS, gdzie działa grupa The Sorcerers. Oto fragment z najnowszej płyty "Echos Of Earth".





sobota, 7 czerwca 2025

LUCY GOOCH - "DESERT WINDOW" (Fire Records) "Po tamtej stronie chmur"

 

    Słuchanie muzyki brytyjskiej wokalistki Lucy Gooch przypomina oglądania nieba, po którym niespiesznie przesuwa się strumień puszystych obłoków. Czasem ten błękitny lazur lśni czystością, innym razem rzeka chmur zagęszcza swój nurt tak, że z trudem przebijają się przez niego pojedyncze promienia światła. W ośmiu bardzo udanych kompozycjach, które wypełniły opublikowany wczoraj debiutancki album zatytułowany "Desert Window", jest metafizyczny spokój i głębia, staranność i rzadko spotykana wrażliwość, której z pewnością mogą jej pozazdrościć inne artystki nieudolnie próbujące wykreować niezwykłą atmosferę oraz momenty poruszające zmysły. Warto podkreślić, że wokalistce z Yorku udało się to osiągnąć bardzo skromnymi środkami. I pewnie również na tym polega urok oraz siła jej kompozycji, że przy niewielkiej liczbie instrumentów (wśród nich trąbka, skrzypce i kornet w rękach Harry'ego Furnissa) uzyskała taką moc oddziaływania.






Wielkie brawa dla Lucy Gooch, że odważyła się zrobić ten kluczowy krok na przód, i wyszła ze strefy komfortu. Trzeba wiedzieć, że jest to artystka, która rozpoczynała od tworzenia muzyki ambient (wcześniej studiowała sztuki wizualne i teatralne, obecnie pełnie funkcję pracownika administracyjnego na Uniwersytecie w Bristolu). Najbardziej słychać to w kompozycjach "Night Window Part 1 i 2", jeśli chodzi o wczoraj opublikowane wydawnictwo.

 Jedno z pierwszych jej zdjęć, które ujrzałem, przedstawia wokalistkę siedzącą obok syntezatora Roland SH 201. To przy jego pomocy tworzyła muzyczne pejzaże. Często w oparciu o kilka wydłużonych lub zapętlonych prostych dźwięków, bez żadnych modyfikacji, udziwnień czy gwałtownych zmian tonacji oraz rytmu. Powoli rozlewający się strumień łagodności. Przykłady tego typu estetyki znajdziemy na jej dwóch pierwszych epkach "Rushing" (2020), i kolejny mini album "Break" (2021). W skromnym dorobku napotkamy także wydawnictwo "Thesis 18" - tria Black Brunswicker/Lucy Gooch/Zake. Zwiera ono dwie dziesięciominutowe kompozycje, gdzie ambientowe tekstury łączą się z oniryczną wokalizą. Ciekawostkę stanowi fakt, że okładkę tej płyty zaprojektował Gregory Eucllide, ten sam, który jest autorem okładki do drugiego albumu Bon Ivera. 

Lucy Gooch operuje wokalem w bardzo charakterystyczny sposób. Lubi posługiwać się długimi tonami, bez ozdobników. Lubi również powtarzać fragmenty tekstów. Dlatego jej kompozycje nie zawierają żadnych rozbudowanych opowieści przesiąkniętych celnymi metaforami. Zdecydowanie bliżej artystce do ulotnego języka poezji. To podkreślanie tylko wybranych słów czy zwrotów ma również wprowadzić słuchacza w błogi trans. Przy okazji uzmysłowić fakt, że w muzycznym świecie Gooch liczą się głównie momenty. Wybrane chwile, powiększone w oku kamery artystki i nanizane starannie na oś czasu.

 Brytyjska kompozytorka lubi także powielać własną wokalizę. Drobne odpryski jej głosu pojawiają się w jej kompozycjach w postaci echa, chóru, szklistych wokalnych dialogów. Taka właśnie multiplikacja wokalna stanowi jeden z moich ulubionych momentów na płycie "Desert Window". Mam tu na myśli utwór "Keep Pulling Me", kiedy po wygaszeniu perkusji, wokaliza nagle rozkwita, rozmienia się na kilka głosowych okruchów. Właściwie mógłbym stworzyć listę właśnie takich poszczególnych poruszających momentów, ale nie będę odbierał Wam tej przyjemności. W tego typu estetyce, która hołduje manierze minimalizmu, bardzo łatwo wychwycić każdą nawet najmniejszą zmianę, każdy pojedynczy wyróżniający się moment. Jak chociażby poruszające tony trąbki, w niezwykłym "Clouds" - jakby przed słuchaczem otwierała się bezkresna przestrzeń błękitnego nieba. "Jesteś pomiędzy chmurami(...) Stąpasz po nich". Trudno nie uwierzyć w tak sugestywnie oprawione zapewnienia wokalistki.





 Gdybym koniecznie musiał wskazać jakieś tropy, wymieniłbym atmosferę niektórych nagrań Angelo Badalamentiego, Vangelisa, połączoną z próbkami wokalnymi Kate Bush, Elizabeth Fraser, Lisy Gerard, Julii Holter, Laury Marling, (fragment "Jack Hare" może kojarzyć się z krajową mocno niedocenioną grupą Księżyc),  Karin Oliver lub pań, które przewinęły się niegdyś przez skład formacji His Name Is Alive. To ostatnie porównanie chyba najlepiej pasuje do magicznego utworu "Like Clay", gdzie obok wiodącej wokalizy pojawia się dodatkowy głos ulepiony na podobieństwo śpiewu klasycznego. Z pozostałych inspiracji, do których chętnie przyznała się Lucy Gooch, warto wspomnieć powieść "The Hearing Trumpet" (1974), wokalistki i malarki Leonory Carrington, czy film "Black Narcissus" (1947), dwa Oskary za scenografię oraz zdjęcia.

Przyznam, że pierwotnie pomyślałem o nazwie "Holteryzm", jako ewentualnym tytule do dzisiejszego wpisu. Jednak uznałem, że byłoby to zbyt schematyczne, w pewnym stopniu poniekąd krzywdzące dla talentu Lucy Gooch. Brytyjska artystka z pewnością ma swój prywatny świat, odrębną estetyczną niszę, po której sprawnie się porusza. Podobieństwa do dokonań Julii Holter, szczególne z okresu bardzo dobrego albumu "Aviary" (2018) , również łatwo dostrzec. Wpływ Holter na współczesną kulturę muzyczną jest innego rodzaju. Oto po znakomitych recenzjach jej płyt, a także dobrym odbiorze wśród słuchaczy, szefowie niewielkich wytwórni zobaczyli i zrozumieli, że publikowanie tego typu albumów ma sens, gdyż jest zapotrzebowanie właśnie na taką twórczość.






"Straciłam kontakt ze swoim głosem, a potem musiałam go na nowo odkryć, co było ekscytujące. Były takie erupcje energii, kiedy się wygłupiałam, i od czasu do czasu na coś wpadałam" - wyznała Lucy Gooch.

W jej świecie głos pełni rolę podstawowego instrumentu. Nie trudno sobie wyobrazić, że w kolejnych fragmentach płyty "Desert Window" artystka posługuje się nim, jakby używała gitary elektrycznej lub basowej, wiolonczeli lub skrzypiec. Od pierwszych taktów debiutanckiego albumu urzeka świadomość tego, co autorka kompozycji zamierza osiągnąć. Z drugiej strony nie czuć, że poszczególne odsłony są sztucznie wciśnięte w jakąś ograniczającą je formę. Swoboda w operowaniu głosem przekłada się na sposób artystycznej wypowiedzi. Warto także podkreślić różnorodność akcentów postawionych  na tym spójnym materiale. Znajdziemy tu dream-popowe naleciałości, fragmenty nawiązujące do folku - wspomniany wcześniej "Jack Hare", czy muzyki klasycznej.

Kolejnym charakterystycznym elementem stylu brytyjskiej wokalistki jest sposób, w jaki rozwijają się kompozycje. Po mglistym wstępie trudno określić, którą z możliwych dróg wybierze artystka dla dalszego rozwoju linii melodycznej. Stąd wrażenie meandrycznych zmian, ciągłego przeobrażania się, poszukiwania właściwej ścieżki. U podstaw jej utworów leży doświadczenie, które zebrała śpiewając w chórach od siódmego roku życia oraz swobodne improwizacje; drobne pomysły, które rozwinęły się w ich trakcie.

Jedno poważne moje zastrzeżenie dotyczy układu płyty. Wydaje się niemal oczywiste, że dwie najbardziej ambientowe, poniekąd filmowe, odsłony "Night Window Part 1 i 2", powinny znaleźć się w finale tego wydawnictwa. Aż dziwne, że nikt z wytwórni nie zwrócił uwagi na ten istotny dla odbioru całości szczegół.

Wszystko na tym albumie jest delikatne, kruche, zwiewne. Pomimo zmieniającego się nastroju, chwil zatrzymań, dominuje atmosfera nostalgii, oniryzmu. Jakby brytyjskiej wokalistce udało się uchwycić moment pomiędzy resztkami snu, a pierwszym sekundami tuż po przebudzeniu.

"Dzień otwiera dłoń, troje chmur, i tych kilka słów. O świcie to, co się rodzi, szuka dla siebie wyrazu (...) Jest wiatr i urodziwe nazwy w jego szumie". (Octavio Paz - "O świcie...").

(nota 8.5/10)

  


W dzisiejszej odsłonie "Dodatków..." pojawi się nieco więcej śpiewających pań. W ostatnim czasie nazbierało się trochę nowych płyt oraz singli artystek, które poruszają się w alternatywnym kręgu. Postaram się podtrzymać podobny nastrój, dlatego na dobry początek zajrzymy na płytę mieszkanki Minneapolis - Nony Invie - i posłuchamy fragmentu płyty "Self-Shoothing".



Kolejna wokalistka  - Elisabeth Klinck - pochodzi z Belgii, w dniu wczorajszym opublikowała najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Chronotopia".



Wczoraj ukazała się najnowsza propozycja artystki z Glasgow - Pippy Blundell - zatytułowane "Common Thread", jak przyznaje wokalistka, inspirowane twórczością Laury Marling, This Is The Kit, czy The Weather Station.



Kolejna pani reprezentuje Kolumbię, choć obecnie mieszka w Berlinie - Lucrecia Dalt. Niektórzy mogą kojarzyć ją z niedawnej współpracy z Davidem Sylvianem. We wrześniu ukaże się jej album "A Danger To Ourselves". Oto singiel promujący to wydawnictwo.




Z miasta Joshua Tree (stan Kalifornia), pochodzi nasza znajoma Eve Adams, która 22 sierpnia opublikuje wydawnictwo zatytułowane "American Dust".




W Nowym Yorku mieszka Clara Joy, która pod koniec maja wydała album "What We Have Now". Współprodukował to wydawnictwo nasz dobry znajomy - Kramer.




Montreal, a w nim dwa filary - Brigitte Naggar i Devon Bate - grupy, która przyjęła nazwę Common Holly. Wczoraj ukazała się ich płyta "Common Holly".




Przeniesiemy się do Norwegii, wczoraj ukazała się epka - "I'm In The Palm Of Your Hand", naszego znajomego zespołu YNDLING. Materiał stanowi pierwszą część płyty "Time, Time, Time", która w całości pojawi się na rynku w październiku.




Wczoraj ukazała się płyta "Anthems: A Celebration Of Broken Social Scene's You Forgot It In People", na którym to wydawnictwie artyści związani ze sceną alternatywną wykonali piosenki formacji Broken Social Scene. Jedni poradzili sobie z tym trudnym wyzwaniem lepiej, pozostali nieco gorzej. Najbardziej rozczarował mnie duet Mikey Coltun i Mdou Moctar - może dlatego, że zabrali się za jedną z moich ulubionych kompozycji. Dużo lepiej wypadł ten zespół.




MISS TYGODNIA - w zwiewnej letniej szacie. Kanadyjski, znany z poprzednich prezentacji na tym blogu, duet BIBI CLUB oraz fragment pochodzący z ich niedawno wydanej płyty - "Feu De Garde (Les Braises)".




KĄCIK IMPROWIZOWANY -  skoro dziś panie pojawiły się w przeważającej (może dla niektórych zastraszającej) liczbie, to czas na duńską saksofonistkę - Cecil Strange - i fragment z jej ostatniej płyty "BEECH".




sobota, 24 kwietnia 2021

LES MOONTUNES - "LES MOONTUNES" (Bandcamp) "Wizytówka w wersji saute"

 

    Moncton to miasto w Kanadzie, położone w południowo wschodniej części prowincji Nowy Brunszwik nad zatoką Fundy. Założyła je grupa holenderskich imigrantów, którzy w 1766 roku dotarli tu aż z dalekiej Filadelfii. Swoją nazwę zawdzięcza oficerowi brytyjskiemu komandorowi Robertowi Moncktonowi, który zarządzał koloniami w Ameryce Północnej. Ach, ci Brytyjczycy oraz ich kolonie. Do tej pory miasto rozsławiły jedynie lekkoatletyczne mistrzostwa świata juniorów. Ale, kto wie, czy po opublikowaniu debiutanckiej płyty grupy Les Moontunes 64-tysięczne Moncton nie zyska na popularności, przynajmniej w alternatywnym półświatku.

To właśnie w kanadyjskim mieście jakiś czas temu przecięły się drogi siedmiu muzyków. Spotkali się tam: Elijah Mackongao, Miguel Dumaine, Patrick Gaudet, Samuel Frenette, Jeremie Poitras, Martin Daigle, oraz kobiecy rodzynek Monica Ouellette. Gdzieś pod koniec 2015 roku powołali oni do życia formację o wdzięcznej nazwie Les Moontunes, która całkiem dobrze przybliża charakter ich artystycznej działalności. Do tamtej pory muzycy skupieni wokół grupy przewijali się na lokalnej scenie, udzielając się w mniej znanych  zespołach rockowych, jazzowych, psychodelicznych czy hip-hopowych.  Nic więc dziwnego, że elementy wyżej wspominanych przeze mnie estetyk można odnaleźć w tym sugestywnym kolażu dźwiękowym, jaki przedstawia ich debiutancki krążek. Pierwsze nagrania powstawały podczas długich prób, wypełnionych wspólnym i swobodnym muzykowaniem. Ogrywano je potem na festiwalach, chociażby: Acadie Rock, Afro Fest, czy Fest Forward, który według Moniki Ouellette, grającej w zespole na trąbce, pozwolił im wypłynąć na szersze wody i zdobyć rozeznanie dotyczące zasad funkcjonowania kanadyjskiego rynku muzycznego. Materiał na debiut mieli już gotowy pod koniec 2018 roku, jednak do dzisiejszego dnia, pomimo sukcesów i wyróżnień, nie podpisali kontraktu płytowego. Być może jest to celowy zabieg, a członkowie formacji czekają na lepsze propozycje.




Tak, jak być może celowym zabiegiem było nagranie płyty bez większych studyjnych upiększeń. Poszczególne kompozycje płynnie przechodzą jedna w drugą, łącząc się w barwną i spójną opowieść. Całość debiutanckiego krążka, który ukazał się kilka dni temu, brzmi jak zapis koncertu, który miał miejsce w studio nagraniowym. Nie ma tutaj zbyt wiele ingerencji technicznej inżyniera dźwięku. Panowie i pani po prostu weszli do studia, rozstawili instrumenty, sprawdzili mikrofony, a potem Xavier Richard, czuwający za suwakami konsolety, wcisnął przycisk "REC". W czasach, kiedy piosenki na kolejnych etapach produkcji poddaje się przeróżnym koloryzującym zabiegom, nagranie utworu "z marszu", a następnie opublikowanie go w "nagiej" wersji, wydaje się być ekstrawagancją. Bez wątpienia zespół zaryzykował, i w tym konkretnym przypadku ryzyko zdecydowanie się opłaciło. Jedenaście utworów, które wypełniły debiutanckie wydawnictwo "Les Moontunes", świetnie się broni w tej niejako koncertowej formule. Choć nie ukrywam, że chciałbym również usłyszeć odsłonę tej płyty, która wyszłaby spod rąk inteligentnego i wyrafinowanego producenta. Mogę sobie wyobrazić, że z tego materiału, przy odrobinie szczęścia i sporym wysiłku, można byłoby zrobić dzieło na miarę "Aerial" czy "50 Words For Snow". Tendencje Kanadyjczyków do łączenia ze sobą utworów i myślenia o albumie jako integralnej całości, o czymś świadczy. Podobnie, jak tworzenie czegoś w rodzaju suity; w tym przypadku "Walkin Down Pt.1, Pt.2, Pt.3". Inna sprawa, że tego typu zabiegi spotyka się na wydawnictwach płytowych coraz rzadziej i kojarzą się one raczej z przestrzenią zarezerwowaną dla art-rockowej przeszłości. Album "Les Moontunes", w takiej "żywej" postaci, jest doskonałą wizytówką zespołu w wersji saute - wprost wymarzoną dla dyrektorów muzycznych wszelkiej maści festiwali. Ilu to artystów czy grup, szczególnie w ostatnich latach, brzmiało cudownie na płytach, a podczas występów scenicznych pozbawieni efektów oraz ingerencji inżyniera dźwięku muzycy przypominali zaledwie wyblakłe cienie. Oczywiście purysta dźwiękowy w przypadku krążka "Les Moontunes" będzie kręcił nosem i wysuwał poważne zastrzeżenia pod adresem realizacji wokalu, dość płaskiej sceny i przefiltrowanej z niskich tonów sekcji rytmicznej. Jednak w tym wypadku, o wiele bardziej od czystości oraz integralności brzmienia poszczególnych rejestrów, liczył się dobry groove, który zgodnie z deklaracjami kanadyjskich muzyków zawsze jest ich głównym celem.

Początek wydawnictwa "Les Moontunes" to dwuminutowe intro, rozpoczynające się niepokojącym szumem. Pierwsze dwa spokojne akordy gitary i klawiszy uzupełniają oddechy saksofonu i trąbki, które łagodnie wybrzmiewają, zwiastując "Paper Boat". Ta piosenka pełniła rolę czegoś w rodzaju singla promocyjnego. W odsłonie "Jam En 7" przypomniały mi się dokonania Bertranda Burgalata, z jednej strony, z drugiej zaś wczesne kompozycje Porcupine Tree, które wtedy, w minionej epoce zespołu, bardzo lubiłem - "On The Sunday Of Life", "Up The Downstair", "Signify"; podobna wrażliwość, niespieszne kreowanie przestrzeni, długie dźwięki floydowskiej gitary, które pojawią się także w kolejnych fragmentach płyty. Wspaniale brzmi "All I See Is Blue", wypełniony solówką trąbki i saksofonu, zamianami tempa, nawiązaniem do art-rockowej estetyki. Tych swobodnych przejść pomiędzy art-rockiem, jazzem czy psychodelią znajdziemy w dalszej części albumu całkiem sporo. "Walkin Down Pt.3" wita słuchacza francuskim rapem - to Elijah Mackongo, Kameruńczyk mieszkający w Kanadzie, dał próbkę swoich możliwości na tle barwnej orkiestracji. Prog-rockowego ducha niesie wraz z sobą "Riguh Duh Gunk Gunk", stworzony w oparciu o mocne akcenty instrumentów klawiszowych; szkoda, że trwa tak krótko. To wspólne muzykowanie, podczas którego zostało rozbudowanych wiele tematów, podsuniętych przez Miguela Dumaine'a - kompozytora, producenta i autora tekstów - sprawiło, że zespół jest świetnie zgrany i dobrze się czuje również w dłuższych kompozycjach. Zresztą sprawdźcie sami.

(nota 8/10)

  



W kąciku deserowym zapowiedź płyty grupy Lambchop, która ukaże się pod koniec maja. Krążek będzie nosił tytuł "Showtunes", promuje go urokliwa kompozycja "A Chef's Kiss".




W ostatnich dniach bardzo często wracałem do prześlicznej piosenki "My Only Dream" Eve Adams. Ten wyborny utwór znajdziecie na całkiem udanej płycie "Metal Bird", która ukazała się w tym roku. Eve Adams to artystka raczej słabo znana w naszym kraju, a szkoda. Prostota, zmysłowe prowadzenie wokalu, szept saksofonu, drobna orkiestracja i... nie mogę się uwolnić od tego cudeńka.




W kąciku improwizowanym znakomity fragment "Creator Of Creation", który pochodzi z płyty "Transmission". Za wszystkim stoi grupa Djinn, czyli połączenie sił muzyków związanych ze szwedzkimi formacjami GOAT i Hills. Artyści proponują nam psychodeliczną i transową podróż przez gatunki oraz style, trochę jazzu, trochę acid-folku i duch przełomu lat 60/70-tych unoszący się nad ich nagraniami.