Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Underground Youth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Underground Youth. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2026

JUNGSTOTTER - "SUSTAINED" (Unguarded Rec.) "Berlińska poetyka oddechu"

 

   Muzyka niemieckiego artysty Fabiana Altstottera, który przyjął pseudonim JUNGSTOTTER pojawiała się już niegdyś w strefie "Dodatki". Postanowiłem nieco bardziej pochylić się nad sylwetką tego artysty. Szczególnie, że jest ku temu dobra okazja. Oto wczoraj ukazała się jego trzecia w dorobku płyta zatytułowana "SUSTAINED", której warto poświęcić nieco więcej czasu. Żyjemy w epoce dźwiękowego przebodźcowania, gdzie muzyka, także ta alternatywna, aż nazbyt często myli intensywność z hałasem, a emocjonalną głębie z producenckim przeładowaniem. W tym głośnym migotliwym krajobrazie trzeci solowy krążek niemieckiego artysty stanowi coś w rodzaju "strefy wyciszenia"; tak bardzo odbiega od światowych trendów i tego, co chwilowo modne. Płyta "SUBSTAINED" może być postrzegana jako manifest minimalizmu czy surowego romantyzmu. To dzieło, które rezygnuje z wielu studyjnych prób na rzecz prostej intuicji. A swoją główną siłę buduje wokół ciszy. Na dobry początek, powrócimy do debiutanckiej płyty niemieckiego barda - "LOVE IS".






ALTSTOTTER tym razem celowo uciekł od sztywnych ram wygodnego studia czy producenckiego rygoru, które to podejście dominowało na dwóch poprzednich wydawnictwach, wspominanym wcześniej debiucie "LOVE IS", oraz "ONE STAR". Tym razem postawił na spontaniczną rejestrację luźnych improwizacji dokonaną przy zaangażowaniu bliskich znajomych. Główną ideą, a zarazem metaforą tego albumu, był w zamierzeniach autora ludzki oddech. Podobnie jak niegdyś Mark Hollis z Talk Talk, Fabian Altstotter pokazuje, że nuty niezagrane mają również znacznie. Z kolei mocna ekspozycja wokalna może kojarzyć się z dokonaniami Davida Sylviana.

Słuchając "SUSTAINED" nie sposób nie pomyśleć o twórczości Marka Hollisa, zarówno z okresu "Laughing Stock", jak i jego solowego debiutu z 1998 roku. Fabian Altstotter porusza się wokół tego samego muzycznego uniwersum. W tym ujęciu cisza nie jest tylko brakiem słów i hałasu, lecz pełnoprawnym instrumentem. Podobnie jak lider Talk Talk niemiecki wokalista celebruje momenty zawieszenia głosu i pozwala wybrzmiewać pojedynczym dźwiękom fortepianu. Altstotter sięgnął po tę sama radyklaną metodę redukcji. Zaprosił znajomych do wspólnej improwizacji - Ronja, Manuel Chittka, Luka Aron, Philipp Heuisenbech, wsparła go również partnerka, dobrze znana wokalistka SOAP & SKIN - a następnie wyciął większość instrumentalnego tła, pozostawiając w pustej przestrzeni okruchy i odłamki dźwięków.

Jungstotter nie kopiuje ślepo swojego mistrza, próbuje nakreślić własne granice, wytyczyć swoje ulubione terytorium. Tam, gdzie późne Talk Talk dążyło do niemal ascetycznego oczyszczenia i spokoju, tam berliński artysta wprowadza element niepokoju, miejskiego brudu, stosuje wycinki i sample, błędy sprzętowe i manierę lo-fi, wszystko to celowo pozostawia w ostatecznym miksie.






Z drugiej strony Fabian Altstotter na ostatniej płycie śmiało wkroczył w rejon dojrzałej, intymnej melancholii, z której David Sylvian uczynił swój znak rozpoznawczy ("Secrets Of The Beehive", czy bardziej awangardowe podejście reprezentowana przez płyty "Blemish" oraz "Manafon"). Jungstotter operuje głębokim głosem i swobodnie prześlizguje się po minimalistycznym tle. To bardzo zbliżony rodzaj śpiewu do tego, który David Sylvian doprowadził do perfekcji. Bez zbędnych popisów, ozdobników, skupiony na ważnych  detalach, zawieszony gdzieś pomiędzy elegijną pieśnią a zmysłowym poruszeniem.

Różnica polega na tym, że David Sylvian w ostatnim okresie celowo dążył do niemal całkowitego zerwania z tradycyjną melodyką i wpuszczał do swoich kompozycji abstrakcyjną teksturę. Tymczasem Jungstotter - pomimo zakorzenienia w eksperymentalnym lo-fi - pozostaje niepoprawnym romantykiem. Nawet, kiedy w takich utworach jak "Noise" czy "Consume Me" faktura dźwiękowa zaczyna zgrzytać i trzeszczeć, artysta "ratuje" słuchacza pięknym motywem fortepianu, partią smyczków lub jak w "Sunk" harmonijką ustną. W ten sposób próbuje pogodzić eksperymentalną formę z tęsknotą za muzycznym wzruszeniem.

"Sustained" nie powstała w chłodnym cyfrowym laboratorium. Przestrzeń sakralna kościoła Olbergkirche nadała kompozycjom monumentalny i nieco surowy wymiar. W tej  samej lokalizacji, w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg, w dawnej przestrzeni zabytkowego kościoła, przekształconej na studio nagraniowe o nazwie "20NINE30", 31 maja o godzinie 19 odbędzie się koncert artysty, promującego najnowsze wydawnictwo.

"Sustained" to album, który wymaga od słuchacza całkowitej zmiany nastawienia, zerwania z nawykami, bezwarunkowego zatrzymania się i oddania tej muzyce. W świecie zdominowanym przez komputerową produkcję Fabian Altstotter stworzył dzieło osobne. Obowiązkowy punkt na mapie estetycznych podróży dla wszystkich tych, którzy w muzyce szukają prawdy, tajemnicy, głębi i odwagi, żeby czasem po prostu zamilknąć.

(nota 8/10)


  




Szeroko komentowany w prasie branżowej jest album gitarzysty Radiohead - EDA O'BRIENA zatytułowany "BLUE MORPHO", który ukazał się wczoraj. Jeśli, ktoś lubi płyty, które nie kończą się razem z ostatnim utworem, to zdecydowanie powinien przesłuchać to wydawnictwo. Ed O'Brien nie poszedł na nim w proste melodie ani chwytliwe refreny. Zamiast tego wolał stworzyć przestrzeń, w której można się zanurzyć. To muzyka pełna detali, miękkiej elektroniki, subtelnych emocji - te ostatnie ujawniają się wraz z kolejnymi przesłuchaniami.






Kolejny album, który warto posłuchać w całości należy do Alejandro Rose - Garcii, z Austin (Teksas). Płyta artysty, który przybrał pseudonim SHAKEY GRAVES, zatytułowana "FONDNESS, ETC." ukazała się przed tygodniem.






Przeniesiemy się do Oakland, żeby posłuchać promocyjnego singla YEA MING AND THE RUMOURS, który zgrabnie zapowiada album "RESIDUE", premiera 12 czerwca.






Nasi znajomi z miasta Bristol, prezentowani już kilka razy. Oto mamy kolejną okazję, wczoraj ukazała się nowa epka "MELTING, SOMETIMES BLEEDING" - formacji NIGHT SWIMMING. Lubię to dziewczę!






I raz jeszcze wizyta w Berlinie, tam spotkamy grupę THE UNDERGROUND YOUTH i wokalistkę SADE SANCHEZ, oraz ich nowy singiel.






Przed nami wizyta w Kalifornii, gdzie rezyduje grupa THE ASTEROID No.4 , która na początku maja opublikowała album zatytułowany "IN PRAISE OF SHADOW".






Do ciepłej Brazylii zaglądamy bardzo rzadko. Przed Wami kompletnie nieznana w naszym kraju grupa WHITE CANYON AND THE 5TH DIMENSION, oraz fragment ich najnowszej płyty zatytułowanej "IV".






MISS TYGODNIA -  skoro dziś nieco bardziej "gitarowa" odsłona dodatków, to i takie będzie kolejne wyróżnione przeze mnie nagranie. Wczoraj ukazała się nowa płyta londyńskiej formacji THE EARLY YEARS zatytułowana "MODERN MOONLIGHT", która tak urokliwie się rozpoczyna.






KĄCIK IMPROWIZOWANY -  a w nim artysta ze Szwajcarii ALAIN METRAILLER oraz fragment z jego niedawno wydanej płyty "HEIGHTS PROSPECTION".






Kolejni nasi znajomi NICOLAI HESS i CLAUS WAIDTLOW,  ich najnowszy singiel, czyli kompozycja Krzysztofa Komedy do filmu "Nóż w wodzie".





sobota, 16 maja 2026

GUN OUTFIT - "PROCESS & REALITY" (Upset!The Rhythm) "Indie rock po zachodzie słońca"

 
    Przyznam, że nie jestem wielkim fanem podwójnych  wydawnictw płytowych. Niby człowiek dostaje dwa razy więcej muzyki, więcej materiału, czasem więcej "wartości" (rzadko, jak pokazuje statystka), ale w praktyce kończy się to ciągłym wstawaniem z fotela, przekładaniem winylu, wsuwaniem drugiego krążka do odtwarzacza i rozbijaniem rytmu słuchania. Dobra płyta powinna posiadać swój początek, rozwinięcie i finał, a nie co kilkadziesiąt minut przypominać, że obcujemy z fizycznym nośnikiem wymagającym obsługi. Podwójne albumy często cierpią na brak dyscypliny. Tam, gdzie jeden krążek zmusiłby artystę do selekcji materiału, dwa pozwalają wrzucić niemal wszystko, co ma akurat pod ręką, lub czego dusza zapragnie. Dlatego do takich wydawnictw podchodzę z pewną rezerwą. Bo jeśli ktoś decyduje się rozciągnąć album na dwa nośniki, powinien mieć naprawdę dobry powód. Na szczęście płyty amerykańskiego zespołu GUN OUTFIT, zatytułowanej "PROCESS & REALITY", wysłuchałem, jak  wielu innych, korzystając z dobrodziejstw streamingu - takie czasy - choć liczy sobie aż 80 minut (19 utworów), a fizycznie reprezentowana jest przez dwa nośniki.




 
 Album "PROCESS & REALITY" brzmi jak płyta nagrana na końcu pewnej Ameryki. Nie tej rodem z hollywoodzkich filmów, tylko tej prawdziwej - wypalonej bezlitosnym słońcem Kalifornii ( w trakcie jej nagrywania w Pine Flat w okolicy szalały pożary), z drogami prowadzącymi w nieznane, stacjami benzynowymi wyłaniającymi się u kresu horyzontu o trzeciej nad ranem. I z ludźmi, którzy nauczyli się żyć powoli, z uwagą odmierzać swoje kolejne egzystencjalne kroki, kiedy wszystko inne dookoła okazało się być migotliwą iluzją.

Mam wrażenie, że przez 80 minut formacja GUN OUTFIT nie tyle odgrywa kolejne piosenki, co przede wszystkim buduje sugestywną przestrzeń. W efekcie otrzymujemy muzykę szeroką, niemal leniwą. Poszczególny utwory snują się, płynną, przemieniają jeden w drugi, niby kolejne fragmenty krajobrazu widzianego zza brudnej szyby samochodu jadącego przez pustynie. Czasem pojawi się psychodeliczna mgła gitar - która może przypominać echo dawnych dokonań grupy The Velvet Underground, czasem zauroczy nas alt-countrowa ballada, kojarząca się z piosenkami Yo La Tengo, innym razem uderzy nas w uszy folkowa prostota. Jednak wszystko wydaje się być zanurzone w jakimś śnie, półśnie albo gdzieś na pograniczu jawy i marzenia.

Warto podkreślić, że bardzo ładnie działa tu subtelny dialog dwóch głosów - Dylana Sharpa i Caroline Keith - założycieli tego zespołu. Śpiewają raz jedno, to znów drugie, jakby opowiadali sobie tę samą historię, tylko że z różnych punktów widzenia. Jego głos jest niski, spokojny, trochę zmęczony. Kobieca wokaliza bywa eteryczna, szczególnie w tych najlepszych i moich ulubionych momentach.




 
Słychać wyraźnie, że zespół GUN OUTFIT z płyty na płytę coraz bardziej oddala się od garażowego post-punka, gdyż takie były korzenie grupy powołanej do życia w 2007 roku, w miejscowości Olympia (stan Waszyngton). Obecnie psychodeliczne nastroje służą bardziej kontemplacji niż wygodnemu przebraniu. Alt-country nie jest próbą stylizacji na potocznie rozumianą "amerykańskość", lecz coraz bardziej naturalnym językiem ich kompozycji. Nawet instrumentalne wstawki nie brzmią jak puste popisy, tylko jak próba zatrzymania czasu albo odmierzania go na swój indywidualny sposób. 

"PROCESS & REALITY" to album oszczędny w emocje. Nie ma tu żadnych momentów kulminacyjnych, ani cierpliwie rozwijanych dramatów. Zamiast tego jest melancholia ludzi, którzy przeżyli już wystarczające wiele, żeby nie wierzyć w żadne "objawienia". Ta muzyka wydaje się być pogodzona z przemijaniem, kruchością życia. Bynajmniej nie jest martwa, tylko cierpliwa i uważna.

W poszczególnych odsłonach słychać, że to kolejne kompozycji ludzi, którzy nauczyli się grać ze sobą. Instrumenty mają tu sporo miejsca. Nikt nie walczy o prymat pierwszego planu. Nie zamierza wychodzić przed szereg, żeby zamanifestować swoją obecność. Perkusja czasem ledwo podkreśla rytm, gitary swobodnie dryfują gdzieś na obrzeżach aranżacji, a melodie pojawia się się i znikają, zanim zdołają przerodzić się w gustowne refreny i na trwałe zapisać na kartach kapryśnej pamięci.

Im dłużej trwa ten album, tym bardziej wciąga słuchacza w swój osobliwy stan zawieszenia pomiędzy snem a rzeczywistością. Gdyby zabrakło czterech czy pięciu kompozycji, w moim odczuciu, całość tego wydawnictwa w ogóle by nie ucierpiała. Czasem tak bywa ze zbyt szczodrym gestem artystów, którzy z sobie tylko znanych powodów postanowili wypełnić to podwójne wydawnictwo aż po brzegi.

(nota 7.5/10)

 





Na dobry początek pozostaniemy w USA, przeniesiemy się z Kalifornii do Austin w stanie Teksas, żeby posłuchać nowej propozycji grupy PAPER SISTER.








Raz jeszcze amerykańska grupa - AMERICAN CREAM BAND, prezentowana całkiem niedawno, pojawił się kolejny singiel zapowiadający wydanie albumu "TWIN". Premiera 5 czerwca.






Niedawno zastanawiałem się, co słychać u Dominica Appletona, lidera i wokalisty grupy Breathless. Oto jesienią ubiegłego roku ukazał się album grupy STARLIGHT ASSEMBLY - "THERE WILL BE FIREWORKS" (niegdyś nazwa bardzo dobrej indie-rockowej szkockiej grupy). To dzieło duetu Aplleton i Matteo Uggeri (plus sporo zaproszonych gości, w tym gitarzysta grupy Breathless - Gary Mundy). Oto mój ulubiony fragment, prześliczna kompozycja.







Dobrze mieć jakiś francuski akcent, choć ten francuski duet - FLEUR BLEU'E - (pojawiał się już w "Dodatkach" ) obecnie mieszka w Filadelfii. Wczoraj ukazała się ich płyta zatytułowana "Question Marked Upon The World".







Nasz dobry znajomy z Belgii, miasto Hasselt, czyli grupa THE UNDREGROUND YOUTH, przed tygodniem opublikowali nowy album "BOYS CRY TOO".






Sprawdzamy, co słychać w wytwórni Sub Pop, grupa z miasta Seattle - czyli 
TELEHEALTH - wczoraj opublikowała album zatytułowany "GREEN WORLD IMAGE".





Wróćmy do Europy, miejscowość Baden-Baden, w niej Adam Donen, i tytułowy fragment z jego niedawno wydanej płyty (nagranej w Joshua Tree) - "BIBLE STORIES".





KĄCIK IMPROWIZOWANY - pozostaniemy w Europie, miasto Leeds, saksofonistka JAMINE MYRA wczoraj opublikowała album zatytułowany "WHERE LIGHT SETTLES".






Na zakończenie nasi znajomi - DAVE HARRINGTON, MAX JAFFE, PATRICK SHIROISHI, ich ostatni wspólny album nosi tytuł "MAKING COLOR". Znakomity fragment!













sobota, 5 kwietnia 2025

VENTILATEUR - "RAGE DE VIVRE" (W.E.R.F.) "Diamenty, czekolada, piwo i frytki"

 

    Belgijska czy holenderska scena niezależna to terytorium bardzo rzadko odwiedzane przez recenzentów płytowych, szczególnie tych pochodzących z Wysp Brytyjskich oraz USA. Pierwsze skojarzenie podsuwają nazwy klasycznych, mniej lub bardziej znanych, przedstawicieli, takich jak: Legendary Pink Dots, Amatorski (omawiany przeze mnie) Balthazar, Clan Of Xymox, The Ex (wkrótce nowy album), Soulwax, Warhous, Hooverphonic lub dEUS. Wokalista tego ostatniego wyraża się muzycznie występując także w innym zestawieniu personalnym. Mam tu na myśli recenzowany na łamach bloga TAXIWARS, chyba najjaśniejszy punkt owej sceny. Do tego można dorzucić Yuri Honing Trio, którego dokonania także zaprezentowałem lub jego wcześniejsze nieco bardziej rockowe wcielenie - Wired Paradise. Dlatego każdą nową godną uwagi propozycję, pochodzącą z tego rejonu, warto odnotować. Zwłaszcza, kiedy ta wyróżnia się na niezbyt dużym tle pozostałej reszty. Grupa Ventilateur to formalnie trio, które tworzą gitarzysta Daan Soenens, perkusista Iben Stalpaert oraz basista Jasper Hollevoet. Panowie całkiem niedawno opublikowali najnowsze, drugie w dorobku, wydawnictwo, zatytułowane "Rage De Vivre". Na marginesie dodam, że jego zawartość jest dużo ciekawsza w porównaniu do zachowawczego i dość przewidywalnego debiutu.




Spora w tym zasługa gości zaproszonych do studia podczas sesji nagraniowych. Mam tu na myśli szczególnie saksofonistę - Nathana Deamsa (występuje również w grupach Echoe of Zoo, Black Flowers), czy znaną ze składu wspomnianej już dzisiaj formacji Balthazar skrzypaczki - Patricie Vanneste. Poza tym w odróżnieniu od instrumentalnego debiutu, pojawiło się kilka ścieżek ozdobionych wokalizą. W wyrazistym "For Bette Days" wystąpił Luca Missiaen, Sebastien Dewaele - aktor znany ze serialu "Eigen Kweek" czy "Bevergem", zaśpiewał w singlu "Volk" oraz Naomi Sijmons - w tytułowym "Rage De Vivre". Ta ostatnia wypadła zdecydowanie najlepiej w tym towarzystwie i przekonała mnie najbardziej. Można jedynie żałować, że nie ozdobiła większości kompozycji swoim głosem.




Kolejne odsłony albumu "Rage De Vivre" emanują większą dawką energii w zestawieniu ze spokojnym debiutem - "Hoofdlaat" (2022) (tytuł odnosił się do wioski położonej we Flandrii, choć płyta pierwotnie miała być nagrywana na Kostaryce). Tuż po opublikowaniu krążka zespół wyruszył w trasę koncertową. Wystąpił na jednej scenie tuż przed bostońską, o wiele bardziej znaną i rozpoznawalną grupą - KARATE. Później holenderscy artyści rozpoczęli współprace z grupami teatralnymi i powoli gromadzili materiał na kolejny album.

Trzeba przyznać, że zespół Ventilateur sprawnie porusza się po rockowo-jazzowym pograniczu, to właśnie tam czuje się najlepiej. Czasem pojedyncze akordy skręcą odrobinę w rejony art-rocka, to znów pokażą ostry lwi pazur. Być może tej surowości, chropowatości i brudu w ostatecznym rozrachunku mogłoby być nieco więcej. Jednak proste, filmowe tematy oraz ich sugestywne, barwne rozwinięcia całkiem dobrze się bronią.

Warto podkreślić, że nie ma na tym materiale zbyt wiele śladów studyjnej produkcji. Większość udanych kompozycji można swobodnie zagrać podczas koncertu i zabrzmiałyby podobnie. Wydaje się, że jest to zasługa dobrego zgrania zespołu - jak podkreślają artyści, w ten sposób dały o sobie znać długie godziny spędzone w sali prób - oraz Jefa Claeysa (poznali się w Theatre Aan Zee),właściciela studia w Ledeberg, który postanowił nie ingerować nadmiernie w tkankę brzmieniowa poszczególnych utworów.

"Wszyscy troje mamy rockowe korzenie, z pewnymi wpływami jazzowymi. Sądzę, że posiadamy ugruntowane brzmienie, jest w nim pewien rockowy seksapil, zalotna melodia. Nasza muzyka bywa określana również jako filmowa" - tyle perkusista grupy Iben Stalpaeter. Resztę, jak zwykle, sprawdzicie sami.

(nota 7.5/10)


 


Na dobry początek oczywiście powrócę do grupy Mess Esque, żeby przedstawić jedno z pierwszych bardzo wartościowych nagrań tego sympatycznego duetu.



Pozostaniemy w podobnym nastroju. Brytyjska dobrze nam znana grupa Caroline podzieliła się niedawno nowym bardzo urokliwym singlem. Oto on!




Inne duet, tym razem żeński, pochodzący z Wysp Brytyjskich - czyli LILO (Helen Dixon i Christie Gardner), w ubiegłym tygodniu opublikował album zatytułowany "Blood Ties". Wybrałem moją ulubioną kompozycję.




Wrócimy do Melbourne, skąd wywodzi się zespół HTRK. Niedawno pojawił się ich nowy singiel, który zawiera dwie piosenki. Oto jedna z nich.




Kanadyjska Ottawa to miejsce spotkań członków grupy Paragon Cause.  Z ich dorobku wybrałem coś w rytmie dla "tańczących  inaczej".




Nasza dobra znajoma Anika Henderson wczoraj opublikowała najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Abbys".




Również w dniu wczorajszym brytyjska grupa rezydująca obecnie w Berlinie - The Underground Youth - opublikowała najnowszą płytę "Decollage". Mój faworyt? Chyba wciąż ten utwór.




MISS TYGODNIA - przykleiła się do mnie niespodziewanie na samym jego początku. Bardzo urokliwa, wiosenna piosenka grupy z miasta Indianapolis - czyli Fern Murphy. Przyjmijcie ją ciepło.




"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - nasi znajomi z duńskiej ziemi, czyli Copenhagen Jazzexperience - latem ubiegłego roku recenzowałem ich bardzo udany album - w ostatnich dniach zaprezentowali dwie nowe kompozycje. Oto pierwsza z nich.



Coś na kształt "Kompozycji tygodnia" należy do załogi reprezentującej Los Angeles, które to miasto raczej nie bywa kojarzone z muzyką improwizowaną. Formacja PHI-PSONICS 23 maja opublikuje wydawnictwo zatytułowane "Expanding To One". Oto singiel promujący ten album.




sobota, 8 lutego 2025

RATS ON RAFTS - "DEEP BELOW" (Fire Records) "Analogowy powiew"

 

    "Wielki głód" - to, jak podają źródła, okres klęski głodu, który dotknął irlandzkie społeczeństwo (szczególnie jego warstwy najuboższe), i przypadł na lata 1845-1849, głównie za sprawą ogromnych strat w uprawach ziemniaków (źródłem zarazy był pierwotniak). Przyczyniła się również do tego nieodpowiednia polityka i złe decyzje angielskiego rządu. "Populacja Irlandii zmalała wtedy o 20 %, doszło także do wielkiej fali emigracji - Irlandię opuściło dwa miliony ludzi". "Bóg zesłał na nas zarazę ziemniaczaną, ale to Anglicy dali nam głód". Z tym ostatnim próbowano poradzić sobie w różny sposób - powiadają, że to potrzeba bywa matką wynalazków. Przy tej okazji powstała "potrawa" - gulasz ze szczurzego mięsa, które to danie nazwano "Rats On Rafts". Tak się składa, że od nazwy tego "wykwintnego dnia" wzięła się również nazwa niderlandzkiego zespołu, który w dniu wczorajszym opublikował czwartą w dyskografii płytę zatytułowaną "Deep Below".



Członkowie formacji nie ukrywają swoich prywatnych muzycznych fascynacji - postpunk, new-wave, coldwave itd. Mówiąc krótko, brzmienie, które prężnie rozwijało się na początku lat osiemdziesiątych i bywa kojarzone z takimi zespołami jak: The Cure, Bauhaus, The Fall, Echo & The Bunnymen itd. Warto podkreślić, że twórczość Rats On Rafts nie jest jedynie pustym naśladownictwem tamtej stylistyki. Grupa z Rotterdamu - gdzie w tym tygodniu toczy się prestiżowy turniej tenisowy ATP 500 - po prostu chce brzmieć tak, jakby kalendarz wciąż wskazywał rok 1982. Nic więc dziwnego, że członkowie zespołu używają analogowego sprzętu oraz technik rejestracji z minionej epoki. "Era cyfrowa daje ludziom wiele nowych możliwości, ale wszyscy podążają tą samą drogą, kwantyzują, kompresują, nudzą" - podsumował krótko wokalistka i założyciel formacji David Fagan.

Dlatego w ich studiu nagraniowym, które mieści się w piwnicy pod budynkiem biurowca, niedaleko lotniska, znajdziemy stary mikser Telefunken M15, syntezator Eminent String Ensemble, magnetofony szpulowe oraz analogowe rejestratory. O cały ten zabytkowy sprzęt dbał przyjaciel grupy James Rubery, który zmarł niedawno, i to również jemu został dedykowany najnowszy album.

"Świat jest urządzony tak, że rzeczy dookoła nieustannie muszą się zmieniać i rozwijać wraz z najnowszymi osiągnięciami technicznymi oraz trendami. Jednak dla naszego zespołu nie jest to konieczne. Nie mamy potrzeby, żeby rozwijać się razem ze światem" - David Fagan.



Pierwszym utworem, który usłyszałem z tej płyty kilka miesięcy temu, był drugi w kolejności "Japanese Medicine", świetnie wprowadzający w nastrój całego wydawnictwa. Z jednej strony stanowi on wyraz zainteresowania japońską sceną alternatywną, dokonaniami takich mało znanych artystów jak: Inoyamaland (ambient, new-wave), czy Miharu Koshi. Z drugiej, to liryczna retrospektywa dotycząca nastoletnich przyjaźni, próba przywołania atmosfery dni młodości, która tak szybko minęła.

To mniej więcej w tamtym okresie, w czasach szkoły średniej, skład powołany do życia przez Davida Fagana i Arnoud Verheula grał pierwsze nieśmiałe covery - "Killing An Arab" - The Cure, czy "Taste The Floor" - The Jesus And The Mary Chain.

"Jeśli posłuchasz płyt Joy Division, dla wielu są one przygnębiające. Dla innych, to jak wejście do ciepłej kąpieli, ponieważ mogą utożsamić się z tą muzyką. Myślę, że to samo dzieje się w piosence "Hibernation" - podsumował David Fagan.

Nie tylko w tej odsłonie udanej płyty "Deep Below" znajdziemy znajome tony, kojarzone ze sceną alternatywną początku lat osiemdziesiątych. Natomiast wokaliza Davida Fagana, który lubi używać sporo efektu pogłosowego, może przywoływać wspomnienie z czołowymi przedstawicielami sceny new romantic. Album "Deep Below" to świadoma i z premedytacją stworzona kraina muzycznych wspomnień. Trudno coś zarzucić poszczególnym kompozycjom, może poza faktem, że ani przez moment nie wychodzą poza granice jasno określonej estetyki. Mocno osadzone w ramach gatunkowych stworzone zostały w oparciu o wielokrotnie już wykorzystane dźwięki, harmonie, przebiegi melodyczne.

 Nastrój tego krążka chyba najbardziej skojarzył mi się z atmosferą płyty nieco zapomnianego już dziś brytyjskiego zespołu The Danse Society - "Haeven Is Waiting". Świetny "The Day Before" zabrał moje myśli w stronę albumu "Faith " - The Cure, a w "Sleeepwalking" pobrzmiewają echa gitary, której brzmienie można odnaleźć na pierwszych płytach Cocteau Twins. Ciekaw jestem recepcji tego wydawnictwa wśród młodych poszukiwaczy alternatywnych dźwięków, bo o starszych "płytowych wyjadaczy" jestem dziwnie spokojny. Ślimak widoczny na okładce płyty ma symbolizować niespieszność kompozycji. Podczas rejestracji poszczególnych nagrań sporo padało, a w sali prób pojawiło się kilka ślimaków. Ten motyw postanowił wykorzystał twórca okładki, niderlandzki grafik Viktor Hachmang.

(nota 7.5/10)

 


Wspomniałem o zespole The Danse Society, który powstał w 1980 roku, ze Stevem Rawlingiem jako wokalistą. Zajrzymy więc na ich album "Haeven Is Waiting".



Sporo dziś będzie podobnego brzmienia, gdyż postanowiłem zebrać w jeden zestaw nowości w tym gatunku. Oto kolejna reedycja przed nami, która ukazała się w ostatnich dniach, zabiera nas do 1991 roku. Wtedy to zespół z Bostonu - Drop Nineteens wysłał swoje utwory demo do wytwórni płytowej. Zebrano je w całość i opublikowano pod nazwą "1991". 




The Underground Youth to brytyjski zespół, który znalazł dla siebie przystań w Berlinie. 4 kwietnia ukaże się ich nowy album zatytułowany "Decollage".




Pozostaniemy na niemieckiej ziemi. Elektrokohle to międzynarodowe trio, które na początku lutego opublikowało album "Kalt Wie Du Bist".



Nasz dobry znajomy duet prosto z miasta Alameda (San Francisco), recenzowałem ich ostatni album na łamach bloga - Vague Lanes, w ostatnich dniach zaprezentował nowy singiel.




Skoro padła już nazwa Vague Lanes, warto raz jeszcze powrócić do mojego ulubionego fragmentu z ostatniej recenzowanej tutaj płyty - "Foundation And Divergence". Cudeńko!!!




I kolejna nowość utrzymana w podobnej estetyce, zespół z miasta Nottingham, który przyjął nazwę LIIGHT oraz ich ostatni singiel.



W Kalifornii rezyduje Josh Hwang, który ukrywa się pod nazwą Castlebeat, kilka dni temu opublikował najnowszą propozycję.



I ponownie reprezentant Wysp Brytyjskich, miasto Leeds, gdzie rezyduje zespół Honesty, który wczoraj wydał płytę zatytułowaną "U R HERE".




Gościliśmy na łamach bloga zespół syna perkusisty The Cure - czyli grupę Topographies. W ubiegłym roku zaprezentowałem album syna Yanna Tiersena, pora na syna klasycznego dziś twórcy minimalizmu Terry Rileya - Gyana, który wczoraj wydał album zatytułowany "Winter Sun". W ten sposób kończy się to wydawnictwo.



"MISS TYGODNIA" - czyli piosenka, którą w ostatnich dniach i godzinach słuchałem najczęściej, zabierze nas do Oslo, skąd pochodzi znana już i prezentowana tutaj grupa - YNDLING. Oto ich najnowszy singiel.



"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - dziś reprezentuje australijski artysta, o tajwańskich korzeniach - Matt Hsu, kompozytor, a przede wszystkim lider dwudziestopięcioosobowej orkiestry. Kilka dni temu ukazał się jego album Matt Hsu's Obscure Orchestra - "Forest Party", do którego przesłuchania gorąco Was zachęcam.


sobota, 27 maja 2023

DANIEL BLUMBERG - "GUT" (Mute Records) "W zdrowym ciele zdrowy duch"

 

    "Światło świeci w życiu jedynie przez bardzo krótki czas. Może tylko przez kilkanaście sekund. Jeżeli ten czas minie i jeżeli człowiek nie zdąży znaleźć danego mu objawienia, nie będzie już miał powtórnej okazji. I być może przyjdzie mu spędzić resztę życia w głębokiej samotności i żalu, od których nie ma ucieczki. Żyjąc w takim świecie mroku, człowiek nie może się już niczego spodziewać. W dłoniach trzyma się jedynie żałosne szczątki tego, co mogło być".

Nie bez powodu przywołałem ten cytat z powieści Haruki Murakamiego - "Kroniki ptaka nakręcacza". To nie tylko jedna z moich ulubionych powieści japońskiego twórcy, ale tekst, który od dawna kojarzył mi się z twórczością Daniela Blumberga. Główny bohater tej powieści Toru Okada trafia do opuszczonego domu, a potem do studni, gdzie postanawia spędzić trochę czasu, żeby poddać refleksji swoje dotychczasowe życie. Wydaje się, że najnowsza propozycja Daniela Blumberga również była nagrywana w ciemnej, zimnej studni, a dokładniej mówiąc... na samym jej dnie.



U zarania sześciu połączonych w całość kompozycji najnowszej płyty "Gut", była choroba jelit, z którą Blumberg zmagał się od dłuższego czasu. O tym, że jesteśmy cieleśni, że posiadamy kości, skórę i mięśnie, często przypominamy sobie w chwilach, kiedy nasze ciało niedomaga. Czujemy ból lub inną uciążliwą dolegliwość, której staramy się pozbyć. Utwory Daniela Blumberga od samego początku, czyli od recenzowanego na łamach tego bloga udanego debiutu "Minus" (2018), przesiąknięte są smutkiem, żalem, bólem, rozpaczą, dojmującym poczuciem straty. Przy okazji tamtego wydawnictwa brytyjskiemu artyście towarzyszyli muzycy reprezentujący scenę improwizowaną skupioną wokół klubu Cafe Oto. Tym razem wokalista postanowił zrobić wszystko samodzielnie. Na dno swojej głębokiej studni zabrał niewiele instrumentów - ulubiony bas Steinbergera, syntezator, elektroniczną perkusję, basową harmonijkę ustną widoczną na okładce albumu. Dźwięki, które z nich wydobył, pojawiają się sporadycznie, jakby swoją obecnością nie chciały zakłócać panującej wokół ciszy. "W ciszy koło czwartej nad ranem słyszałem, jak powoli rosną korzenie samotności" (Haruki Murakami "Kroniki ptaka nakręcacza").

Już od pierwszych niespiesznych i nieregularnych taktów "Bone" można odnieść wrażenie, że album "Gut" jest opowieścią o człowieku, który został wrzucony w swoje ciało, i który bezskutecznie próbuje z niego się uwolnić. "Są rzeczy, od których nie można uciec, jeśli nawet odejdzie się od nich bardzo daleko" - mówi Murakami, a bohater opowieści Daniela Blumberga zdaje się dobrze o tym wiedzieć. Potwierdzają to frazy wyśpiewane w poruszającym "Cheer Up", powtarzane w charakterystycznym dla artysty mantrowym stylu - "Nic nie zmieni się na tym świecie" - przywoływane wciąż i wciąż, przy skąpym akompaniamencie szarpnięć basu, przeciągającym się jak obolałe mięśnie, drobnych uderzeniach perkusji (trzeszczenie kości), i podmuchach harmonijki ustnej. W cudownym "Hold Back" znajdziemy na moment coś na kształt ukojenia, jeśli nie z powodu chwilowego wyciszenia bólu, to we własnym głosie, w świadomości, że wciąż i mimo wszystko jesteśmy tu i teraz. Ta odsłona płyty przypomniała mi innego niezależnego twórcę, który jakiś czas temu również zmagał się z cielesnymi dolegliwościami. Mam tu na myśli Petera Silbermana (wokalista i gitarzysta grupy The Antlers), który po wyczerpującej trasie koncertowej, nadwyrężeniu szyjnego odcinka kręgosłupa, cierpiał z powodu uciążliwych szumów w uszach. Dał temu wyraz tworząc osobisty album "Impermanence" (2017), recenzowany na łamach tego bloga.

W kompozycji "BODY" Daniel Blumberg jeszcze bardziej wchodzi w głąb ciała. Ta najbardziej surrealistyczna odsłona płyty przynosi wraz z sobą gardłowe pomruki, odgłosy, jęki, przetworzony oddech - oto być może przemawia do nas skóra, ścięgna, wnętrzności, podczas gdy w tle rozbrzmiewa pełen żalu głos wokalisty. "Lecz nie ma na świecie nic równie okrutnego, jak poczucie opuszczenia wywołane tym, że nie ma się na co czekać" (Haruki Murakami).  Z bólem musisz zmagać się sam - tak jak samotnie rozbrzmiewa wokaliza Blumberga w tej dźwiękowej próżni. Jesteś tylko ty i cisza, czas, który rozciąga się na drobne odcinki naznaczone smugami powoli gasnącego światła. "Gut" to z pewnością najbardziej intymna, jak do tej pory, opowieść Daniela Blumberga, ale również najbardziej odważna i radykalna, wymagająca odpowiedniego nastrojenia i nastawienia. Przy pobieżnym potraktowaniu wielu z Was może zniechęcić lub odrzucić, co nie oznacza, że nie warto pobyć z nią nieco dłużej, w odpowiedni dla niej czas. Nie jest to muzyka, którą można nucić, kierując ciężarówką z napisem "DHL" na plandece, raczej przeznaczona jest dla fanów artysty, niż dla tych, którzy chcieliby dopiero poznać mroczny świat Daniela Blumberga.

(nota 7.5/10)

 


Skoro nadarzyła się okazja, powróćmy do roku 2018, kiedy to ukazał się debiutancki krążek Daniela Blumberga zatytułowany "Minus".



Pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, rozedrgane emocje albumu "Gut" powinna ukoić grupa The Telescopes, która przed tygodniem opublikowała najnowszy album "Of Tomorrow".



The Underground Youth to formacja rezydująca w Berlinie, która takim oto zgrabnym singlem zapowiada pojawienie się płyty "Nostalgia Glass", premiera 18 sierpnia.



Jeden z moich ulubionych utworów ostatnich dni znalazłem na płycie amerykańskiego tria Troller zatytułowanej "Drain", która ukazała się w dniu wczorajszym. Grupę tworzą Amber Star-Goers, Justin Star-Goers oraz Adam Jones.



Wczoraj ukazała się najnowsza płyta Kevina Morby, która nosi tytuł "More Photographs (A continuum)". Wybrałem dla Was taki oto znakomity i wpadający w ucho fragment.



Również w piątek 26 maja światło dzienne ujrzała płyta "New Exellent Woman", wokalistki z Rhode Island - Asher White, to ciekawa propozycja, którą warto odsłuchać w całości.



Christopher Bear i Daniel Rossen to członkowie grupy Grizzly Bear, którzy byli odpowiedzialni za ścieżkę dźwiękową do filmu "Past Lives", w reżyserii Celine Song.



W kąciku improwizowanym producentka i muzyk z miasta Los Angeles - Ashma Maroof, która z pomocą Patricka Belagi oraz saksofonisty Apiwy Svosve opublikowała wczoraj całkiem udany album "The Sport Of Love".



Ostatnio powróciłem do nieco zapomnianego dziś albumu Jan Garbarek Group - "Photo With Blue Sky, White Cloud, Wires, Windows And Red Roof" (ECM 1978), w składzie oprócz saksofonisty, Eberhard Weber na basie, Bill Connors na gitarach, John Christensen na perkusji, John Taylor fortepian.