SHEARWATER - "THE NEW WORLD" (Polyborus rec.) " Tamte dni albo piękno w czasach zarazy"
Przyznam szczerze, że pierwsze dwa single nowej propozycji teksańskiej formacji SHEARWATER jakoś szczególnie mnie nie zachwyciły. Dlatego raczej specjalnie nie czekałem na ten album. Podszedłem do niego z tą rezerwą, jaką człowiek pozostawia do spraw z góry przesądzonych. Chociażby do dawnych miłości, które utraciły swój niegdysiejszy blask, choć pamięć o nich wciąż tli się w zakamarkach umysłu. Muzyka, podobnie jak dawne znajomości ma bowiem tę rzadką i nieco okrutną właściwość, że potrafi boleśnie przypominać o upływie czasu. Zasiadłem więc do słuchania bez żadnych oczekiwań, godząc się na rozczarowanie. Jednak to, co miało być smutnym obowiązkiem wobec przeszłości (gdyż zawsze ceniłem ten zespół), zmieniło się nagle w poważne, niemal intymne, odkrywanie albumu, które w kilku fragmentach zakończyło się oczarowaniem. Oto jeden z nich. Przed Wami MISS TYGODNIA.
SHEARWATER narodził się w 2002 roku w Teksasie, z inicjatywy Jonathana Meiburga, jako poboczny projekt dla formacji Okkervil Rivrer. Nazwa pochodzi od angielskiego określenia ptaka "Burzyka" ( wokalista z wykształcenia jest ornitologiem). Poprzednia płyta "The Great Awakening", recenzowana na łamach tego bloga, urzekła mnie swoją intymną starannie przemyślaną strukturą. Dlatego poprzeczka dla nowego dzieła mogła być wysoko zawieszona.
Pomysł na "The New World" zrodził się z potrzeby zderzenia się z niespokojną rzeczywistością. Sam Meiburg przyznał, że punktem wyjścia było budzenie się w świecie, który metaforycznie" stoi w ogniu" oraz próba odnalezienia w nim punktu oparcia. Zamiast zamknąć się w studiu nagraniowym, zespół postanowił na pełną niezależność. Po latach współpracy z wytwórnią Sub Pop i Matador Records, muzycy sfinansowali album dzięki crowdfundingowi, i wydali we własnej wytwórni Polyborus. Nagrania powstawały w Berlinie, Londynie, Nowym Yorku, Teksasie. Trzon grupy stanowią obecnie : Jonathan Meiburg, Emily Lee, Dan Duszyński (znany z tego bloga inżynier dźwięku i perkusista). Oprócz tego w studiu pojawiło się mnóstwo gości, wśród nich: Laurie Anderson, Jamie Stewart (lider grupy Xiu Xiu), Thor Harris (Swans), Doug Wieselman - aranżacje instrumentów dętych. Do tego muzycy z malijskiej grupy Ngoni Ba oraz palestyński wirtuoz Firas Zreik (ngani, qanun, calabash - instrumenty perkusyjne).
Muzyki SHEARWATER trzeba nauczyć się słuchać. Warto odrzucić nawyki powierzchownego słuchania i stare przyzwyczajenia, do czego chyba Czytelników tego bloga nie muszę nakłaniać. Prawdziwa siła tej grupy tkwi właśnie w detalach. Te wszystkie produkcyjne smaczki, gustowne dodatki, aranżacyjne drobiazgi, (nagrania terenowe to między innymi odgłosy: rzeki, kruków, pszczół, drozdów itd.), ledwo słyszalne i ukryte w głębi miksu sprawiają, że obcowanie z tymi dźwiękami staje się wyrafinowaną ucztą dla uszów. Dopiero przy uważnym skupieniu odkrywa się misterną architekturę "The New World". Każde uderzenie w gong Jamiego Stewarta, subtelny powiew sekcji dętej Douga Wieselmana, czy egzotyczne i organiczne brzmienie instrumentów Malii i Palestyny nie pojawiają się tu przypadkiem. Są niczym pieczątki albo precyzyjne pociągnięcia pędzla na wielkim płótnie. To muzyka, która nagradza cierpliwość. Im głębiej w nią wchodzimy, tym więcej sekretów decyduje się nam objawić. Ten album może zachwycić na wielu różnych poziomach.
Takie wspaniałe fragmenty jak zaprezentowany dzisiaj: "Anamnesia", "The Only Sound I'm Afraid Of", "The High Ranges", "A Mink In The Dusk", przypominają najlepsze dokonania Davida Sylviana, Marka Hollisa lub zapomnianej nieco belgijsko-francuskiej grupy BED (recenzja ich płyty do odnalezienia w archiwum bloga) . Cudownie ewoluują z intymnej art-popowej ballady w wielowarstwowe, kinematograficzne doświadczenie. W warstwie lirycznej autor proponuje spotkanie z bliskim dla niego światem przyrody, który staje się ofiarą i świadkiem destrukcyjnych działań człowieka. Do tego przewijają się wątki nieuchronności straty i upływu czasu. Laurie Anderson w końcowej partii snuje opowieść pełną nostalgii i zagubienia, podczas spaceru z psem po plaży, która stanowi wymowne podsumowaniem albumu.
"Miło jest wyobrażać sobie wersję ciebie i mnie, która wciąż tam spaceruje. Tam, gdzie kończy się plaża, a zaczyna niebo. Ale to nie sprawia, że tęsknię za tobą mniej (...). Żałuję, że nie zwracałam na to większej uwagi. Sądziłam, że tamte dni będą trwały wiecznie".
Album "The New World" to płyta paradoksalna. Zrodzona z niepokoju globalnego kryzysu. Przynosi uważnemu słuchaczowi przedziwne ocalenie poprzez czyste, soniczne PIĘKNO. To wielka, gęsta od znaczeń i detali opowieść o świecie, którego już nie rozumiemy, ale w którym wciąż musimy żyć.
Ps. POZYCJA OBOWIĄZKOWA!!!
(nota 8.5/10)
Faktycznie bardzo dobra płyta i zgadzam się również ze stwierdzeniem, że to pozycja obowiązkowa. Wcześniej nie znałem twórczości tego zespołu. Nazwa nie raz obiła mi się o uszy, ale nigdy nie podjąłem decyzji, żeby ich posłuchać. Tym razem, już kilka dni przed wydaniem najnowszego albumu przeczytałem kilka recenzji i od piątku wsłuchuję się w najnowszą muzykę Shearwater. Faktycznie przypomina Talk Talk z Markiem Hollisem. Grupy BED nie znam, a Davida Sylviana nigdy nie słuchałem, wcześniej Japan, ale też nie za sporo. Proszę o opinię, jakie są najlepsze płyty Sylviana i którą płytę Shearwater powinienem przesłuchać jako następną?
OdpowiedzUsuńPonadto chciałbym otrzymać informację, czy co tygodniowe wpisy na blogu wrócą do starej formuły, jak tylko minie okres letni? Co tam w literaturze? :)
David Sylvian to mój ulubiony artysta, wyznacznik norm i prawdy artystycznej... więc warto poznać całą dyskografię, ale... żeby odnaleźć podobieństwa do dzisiejszego wątku można przesłuchać płytę "GONE TO EARTH" (1986) z wybitną kompozycją "Before The Bullfight", potem "DEAD BEES ON A CAKE"( 1999), projekt poboczny Davida Sylviana i arcydzieło gatunku (!!!) czyli NINE HORSES - "SNOW BORN SORROW" (definicja stylu!), jeśli chodzi o znakomitą grupę BED (recenzja i sporo słów o tej formacji do odnalezienia w archiwum bloga, polecam dwa pierwsza wydawnictwa "THE NEWTON PLUM" (2001) oraz genialne "SPACEBOX" (2002). Do tego warto dorzucić z Davidem Sylvianem i Mickiem Karnem na basie RAIN TREE CROW - "RAIN TREE CROW" (czyli ponowne spotkanie muzyków z grupy JAPAN), warto w tym kontekście przesłuchać płytę wyprodukowaną przez Davida Sylviana, czyli album zespołu ANYWHEN - "THE OPIATES" (2001) (niedawno wyszła reedycja tej wybitnej pozycji). Jeśli chodzi o książki to, jak zwykle, zaległości sporo, ale minione miesiące wygrał TOBIAS WOLF - "STARA SZKOŁA", do tego znakomity, choć początek niepozorny, stąd spore zaskoczenie, VINCENZO LATRONICO - "DO PERFEKCJI", JENNY ERPENBECK - "KAIROS" oraz coś ironicznie o szpiegach, czyli mój ulubiony MICK HERRON - "TAJNE GODZINY". Jeśli chodzi o starą formułę bloga, czyli temat główny, single i zapowiedzi płyt... wrócą po wakacjach. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo, no to mam sporo do przesłuchania! Z tym szukaniem w archiwum bloga to chyba nie jest łatwo, z tego co widzę, nie ma wewnętrznej wyszukiwarki. Co do książek, to zainteresuję się oczywiście w/w tytułami. Do Kairos miałem już kilka podejść, ale niestety sugerowałem się dostępnymi w necie recenzjami, a te nie są specjalnie zachęcające. Ale teraz wiem, że jednak warto spróbować. 😊
OdpowiedzUsuńJest bardzo łatwo jeśli korzysta się z komputera, na samej górze jest pasek wyszukiwarki (pod napisem o plikach cookie, który trzeba "zgasić" wybierając opcje "rozumiem"). Jeśli wyświetla się stronę w telefonie, trzeba zjechać na sam dół i wybrać opcję " wyświetl wersję na komputer", wtedy dopiero pojawi się pasek wyszukiwarki
OdpowiedzUsuń