Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tunng. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tunng. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 stycznia 2025

TUNNG - "LOVE YOU ALL OVER AGAIN" (Full Time Hobby) "Zamknięcie kręgu czyli zielony kosmos"

 

     Postać Mike'a Lindsaya gościła już na łamach bloga i to całkiem niedawno. Kilka miesięcy temu recenzowałem jego solowy i całkiem udany album zatytułowany "Supershapes Volume 1", przy okazji wyraziłem nadzieję, że wkrótce ukaże się część druga. Przypomniałem wtedy, że brytyjski muzyk i producent jest bardzo zapracowanym artystą; działał w grupie Low Roar, z Laurą Marling współtworzy ciepło przyjęty zarówno przez odbiorców, jak i recenzentów, duet Lump. Pomagał w produkcji płyty Anny B Savage - "Iniflux" (jej nowa propozycja ukazała się wczoraj), naszego dobrego znajomego Williama Doyle'a - "Spring Eternal" (choć nie było to udane wydawnictwo), oraz kolejnej znajomej Dany Gavanski - "Late Slap". Oprócz tego ponad dwie dekady temu zdążył jeszcze założyć grupę Tunng. I to właśnie ta ostatnia formacja w dniu wczorajszym opublikowała ósmą, jeśli dobrze policzyłem, w dyskografii płytę - "Love You All Over Again". To wydawnictwo ukazał się niemal dokładnie dwadzieścia lat po udanym debiucie grupy - "Mother's Daughters And Other Song". Mamy więc coś w rodzaju wcale nie tak drobnej i okrągłej rocznicy.





Wspomniałem o tym nie bez przyczyny, bowiem Mike Lindsay tworząc kompozycje zawarte na wczoraj wydanym albumie, rozmyślnie sięgnął do dwóch pierwszych płyt zespołu Tunng. Chciał sprawdzić, jak wtedy brzmiały ich piosenki, przy okazji przypomnieć sobie sposób, w jaki powstawały. Debiutanckie dzieło nagrywano w studiu mieszczącym się we wschodniej części Londynu. Jako pierwszy na twórczości Tunng poznał się, przywoływany już nieraz na łamach bloga, Gilles Peterson, który umieścił ich nagranie na singlu promocyjnym. Ósmy album formacji "Love You All Over Again", stanowi ciekawą próbę powrotu do tej radości i swobody tworzenia, która towarzyszyła pierwszym kompozycjom brytyjskiego zespołu.

"Powróciłem do dwóch pierwszych albumów tylko po to, żeby posłuchać, w jaki sposób łączyliśmy wtedy gatunki (...). Na przestrzeni lat brzmienie Tunng zmieniało się, ale u jego podstaw zawsze leżało to, co Sam (Gendel) i ja stworzyliśmy na pierwszym albumie" - oświadczył Mike Lindsay.

Brzmienie zespołu rzeczywiście systematycznie przeobrażało się z płyty na płytę. Żeby zamknąć je w rozpoznawalnych ramach, dziennikarze stworzyli etykietę -  "Folktronica". "Wszyscy wciąż tu jesteśmy, dwadzieścia splątanych skrzydeł śpiących na dębie" - śpiewa Sam Gendel na nowej płycie, w odsłonie która nosi tytuł "Didn't Know Why". I tak oto sześcioosobowa załoga powraca po pięciu latach przerwy, które minęły od wydania poprzedniego krążka "Dead Club".






I ponownie możemy usłyszeć sporo ciekawie zaaranżowanych piosenek. Bazą większości z nich jest brzmienie gitary akustycznej - od czegoś trzeba rozpocząć nudne próby - do którego dołączają syntezatory, miękka elektronika, modyfikowana na różne sposoby, i tak typowa dla wszelkich poczynań zespołu. Charakterystyczne bywają również melodie, które mogą przypomnieć utwory islandzkich czy skandynawskich formacji, takie jak - Mum lub wczesny Efterklang. Z kolei miękka elektroniczna tkanka może budzić skojarzenia z dawnymi dokonaniami grup, które przed laty wydawały swoje albumy w oficynie Morr Music. Czasem odezwie się fortepian, to znów instrumenty dęte drewniane podkreślą jakiś motyw, przedzielą wątek przywoływany przez głos Sama Gendela oraz jego towarzyszki i chórzystki Becky Jacobs, którzy po raz kolejny deklarują: "Wysyłamy naszą radość niczym małe latawce". 

Te piosenki rzeczywiście niosą radosny, niekiedy tajemniczy lub egzotyczny przekaz. W tekstach dominuje swobodna gra wyobraźni, magia i surrealizm podają sobie dłoń w onirycznej atmosferze. Pojawia się również coś na kształt rymowanki dla dzieci. Odnajdziemy w nich także postać Jenny, stały punkt programu, przewijający się przez wiele albumów grupy Tunng. Tym razem uśmiecha się do nas w odsłonie zatytułowanej "Didn't Know Why". "Jenny powiedziała, że nie chce wracać do domu, krzyknęła w kierunku nieba, połknęła telefon, swój samochód, telewizor i spaliła sobie włosy".

 W "Levitate A Little" muzycy odmalowują obraz "dwudziestu kruków w piwnicy, które jedzą chipsy i popijają piwo". Kompozycja "Drifting Memory Station" została nazwana na część DMS, maszyny wyprodukowanej przez Soma Laboratories, której funkcja polega na przearanżowaniu pętli dźwiękowej i tworzeniu rytmu. W finałowym "Coat Hangers", oprócz repetycji gitar znajdziemy fragmenty rozmów zespołu zarejestrowanych w garderobie podczas tras koncertowych.

(nota 7/10)


 


W dzisiejszej odsłonie dodatków nieco więcej kobiecych głosów i jedna wspaniała płyta na sam koniec. Radosną wyliczankę rozpocznie brytyjska dream-popowa grupa Tokyo Tea Room, która wczoraj opublikowała album zatytułowany "No Rush".




Karolina i Johan tworzą szwedzki duet, który przybrał nazwę Club 8, nowy sezon wydawniczy przywitali nowym singlem.




Kathryn Mohr reprezentuje stan Kalifornia, w dniu wczorajszym ukazała się jej nowa płyta zatytułowana "Waiting Room".




W dzielnicy Brooklyn mieszka kolejna wokalistka Melissa Mary Ahern, przed tygodniem ukazała się jej  płyta "Kerosene".




Cóż, że ze Szwecji, czyli Sofia Hardig i miasto Sztokholm, oraz fragment z najnowszego albumu - "Lighthouse Of Glass", który ukaże się 11 kwietnia.




Wnikliwi Czytelnicy pewnie zauważyli, że od kilku tygodni w blogowych dodatkach pojawia się jakaś reedycja płytowa. Nie twierdzę, że tak będzie co tydzień, czas pokaże. Tym razem padło na mało znaną francuską grupę - Freluquets (bądź Les Freluquets), ich album "La Debauche" ukazał się w 1990 roku, został wznowiony przed tygodniem, i zawiera chociażby taki urokliwy przebój.



Niemcy reprezentują Donna i Gunther Jenssen, którzy tworzą grupę Donna Regina. 17 stycznia opublikowali album "Lazing Away", zamyka go znany przebój Leo Ferre - "Avec Le Temps".




Wielu artystów próbowało zmierzyć się ze wspaniałą kompozycją "Avec Le Temps", z różnym dodajmy skutkiem. Jedną z moich ulubionych wersji wykonał na koncercie Bertrand Cantat, niegdyś znany całkiem nieźle także w naszym kraju wokalista grupy Noir Desir.





Na koniec zostawiłem zdecydowanie najlepszą rzecz w dzisiejszym zestawieniu. KOMPOZYCJA TYGODNIA, "Płyta tygodnia", "Album miesiąca" (prawdopodobnie), ale przede wszystkim "Reedycja miesiąca", gdyż płyta niemieckiego kwartetu GREEN COSMOS - "Abendmusiken" ukazała się po raz pierwszy w 1983 roku, a jej wznowienie pojawiało się wczoraj również na bandcampie. Aż trudno uwierzyć, że do tej pory jakoś do niej nie dotarłem, podczas moich rozlicznych poszukiwań, chociażby przez przypadek. Jak to się stało, że tak wyjątkowy materiał uchował się przez tak długi czas, że wzmianki o nim nie pojawiały się na stronach dla kolekcjonerów? 

Wydaje się, że w 1983 roku album "Abendmusiken" trafił pod niewiele strzech, nie tylko z powodu niezbyt dużego nakładu, ale również z tej przyczyny, że w tamtym okresie była już moda na zupełnie inne granie, niż to, które prezentował kwartet GREEN COSMOS, nawiązujący w brzmieniu do spiritualjazzu czy noir jazz. Niemiecką załogę tworzyli Michael Boxberger - saksofony, Ulrich Franke - bass, Benny During - fortepian i Alfred Franke - perkusja, kalimba. Pikanterii dodaje fakt, że panowie nagrali tylko jedną płytę, saksofonista Michael Boxberger występował również w innym równie słabo znanym jazzowym składzie Four Drops (Only). Wspaniały materiał do wielokrotnego odtwarzania. Wprawdzie tytuł albumu sugeruje, że to muzyka na koniec roku, ale my właśnie od niego rozpoczniemy nowy, oby udany, sezon wydawniczy. Tak wspaniale kończy się to wydawnictwo. CUDO!!




 









sobota, 7 grudnia 2024

CHANTAL ACDA & THE ATLANTIC DRIFTERS - "SILENTLY HELD" (Challenge Records) "Jesieniara"

 

    Postać niderlandzkiej artystki Chantal Acda jest bardzo słabo znana w naszym kraju. Przyznam, że całkiem zwyczajnie przegapiłem jej ostatni album w natłoku nowości płytowych. Jednak kiedy w ostatnich dniach szukałem czegoś, co korespondowałoby nastrojem z aurą panującą za oknem, wybór płyty zatytułowanej "Silently Held" okazał się być strzałem w dziesiątkę. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to super gorąca nowość - tych jest niewiele w grudniowy czas - gdyż od premiery tego wydawnictwa zdążyło upłynąć kilka miesięcy. Pomyślałem sobie, że najwyraźniej tak musiało być, gdyż kompozycje zawarte na tym krążku, w znakomity sposób odmalowują wszelkie barwy nie tylko tej jesieni, i właśnie o tej porze roku smakują szczególnie. Kto wie, czy nie mamy do czynienia, z jedną z najlepszych płyt w całym dorobku artystki, której debiutancki album "Dreamly You" ukazał się w 1999 roku. 

Wydaje się, że od samego początku kluczem do twórczości holenderskiej wokalistki było odnalezienie właściwych muzyków, w otoczeniu i przy współpracy których, jej niespieszne kompozycje nabrałyby dodatkowych kolorów. Pieśniarka, urodzona w 1978 roku w mieście Helmun (Holandia), początkowo postawiła na lokalnych muzyków, związanych z niderlandzką sceną jazzową, później nawiązała nić porozumienia z Nilsem Frahmem i Peterem Broderickiem (ten ostatni zaśpiewał z nią również w jednym utworze na płycie "Silently Held"). Wspólnym mianownikiem wydawnictw oznaczonych szyldem Chantal Acda, poniekąd także dobrym duchem kolejnych sesji nagraniowych, jest Shahzad Ismaily, który jak twierdzi artystka, wystąpił na wszystkich jej płytach.



Ta najnowsza, skrząca się barwami jesieni, zatytułowana "Silently Held", została w dużej mierze nagrana w Nowym Yorku (Brooklyn). Stanowi czwarte i jakże owocne spotkanie z gitarzystą Billem Frissellem, trochę mentorem, po części inspiracją, przy okazji najstarszym muzykiem w składzie.

"Mam do niego całkowite zaufanie. Wiedziałam to już po kilku wcześniejszych spotkaniach, które zaowocowały także nagraniami na żywo (płyta z 2018 roku). Kiedy usłyszałam, jak gra ze swoim stałym kontrabasistą - Thomasem Morganem, zobaczyłam przestrzeń, w której było miejsce na moje surowe emocje".

Oprócz Morgana w studiu pojawili między innymi: Joachim Badenhorst (klarnet), Colin Stetson (saksofon), Eric Thielemans (perkusja), Jozef Dumoulina (fortepian), Kurt Van Herck (saksofon) i oczywiście dobry duch Shahzad Ismaily. Niektóre partie dograno już w Holandii z lokalnymi muzykami, gdzie za suwakami konsolety znalazł się Phil Brown (współpracował z Talk Talk i  Markiem Hollisem) oraz Phil Weindrobe ( Dirty Projectors). Jedną z inspiracji, o których wspomniała Chantal Acda , była piosenka Marka Hollisa - "Inside Looking Out", zamieszczona na jego solowej płycie. 

"Mam to szczęście, że często mogę współpracować z producentem tego arcydzieła, co pozwoliło mi jeszcze głębiej zrozumieć historię kryjącą się za tymi piosenkami". Kolejnymi źródłami natchnienia byli: Joni Mitchell, Bon Iver i Phoebe Bridgers.



Tym razem niderlandzka wokalistka szukała surowości i realizmu, pewnie również z tego powodu większość materiału nagrano w jednym ujęciu. Podczas tworzenia poszczególnych kompozycji nie czuła się dobrze. "Zarówno moje wzloty, jak i upadki, potrafią być bardzo intensywne. W najczarniejszych dniach czuję, że moja twórczość się porusza, zmienia kształt, prosi mnie, żebym zwróciła na nią uwagę. Tam jest tyle piękna do odkrycia".

W tych niespiesznych pełnych uroku kompozycjach zawartych na albumie "Silently Held", znajdziemy sporo tytułowej ciszy, którą muzycy potrafią w odpowiedni sposób wykorzystać. W tego typu graniu - z wyraźnym odwołaniem do twórczości wspomnianego już dziś Marka Hollisa - liczy się każda nuta, istotny jest każdy pojedynczy ton wydobyty ze strun gitary, kontrabasu, klarnetu, saksofonu, fortepianu czy perkusji.

 Możemy przekonać się o tym już przy okazji wybornego otwarcia "One Day, One Life", gdzie, jak i w pozostałych częściach, mogą przypomnieć się dokonania Davida Sylviana (z okresu grupy Nine Horses), pieśni Anais Mitchell, czy "szlagiery" innych przedstawicieli nurtu americana, albo najlepsze moment z twórczości Cassandry Wilson. Sporo tych skojarzeń. Płyta "Silently Held" stanowi celebrację muzyki oraz wspólnego grania. 

W pogranicznej twórczości Chantal Acda jazz łączy się swobodnie z leniwymi taktami americany, te z kolei subtelnie przeobrażają się w indie-folkowe pejzaże. W kolejnych odsłonach widać, w jaki wytrwany sposób: "rytm i harmonia, napięcie i odprężenie mogą się rozwijać i przeplatać lub zderzać". Z jednej strony mamy do czynienia z oszczędnością w dawkowaniu emocji i kolejnych tonów,  z drugiej otrzymujemy bogactwo niuansów, rozmaitych dźwiękowych drobin inteligentnie wplecionych w aranżacyjną tkankę. Chyba nie muszę specjalnie przekonywać, że tego typu płyty jak "Sliently Held" zyskują z każdym kolejnym przesłuchaniem, bo właśnie wtedy pojawia się coraz bardziej sugestywne wrażenie, że odkrywamy więcej i więcej. 

W takim układzie nie dziwi specjalnie fakt, że Chantla Acda lubi pracować z muzykami jazzowymi. Ci ostatni: "nie myślą w kategoriach "zwrotka/refren", ponieważ mają inny sposób słuchania i układania melodii (...). Jednak moja muzyka to nie jazz" - podkreśliła w jednym z wywiadów.

Pośród dziewięciu kompozycji zawartych na krążku "Silently Held" znajdziemy jeden cover piosenki Bonnie Raitt - "I Can't Make You Love Me", i duet wykonany ze starym znajomym Peterem Broderickiem -  "We Will, We Must". Na koniec warto wspomnieć, że Chantal Acda pochodzi z muzycznej rodziny, jej matka była śpiewaczką klasyczną. Jednak to nie ona zainspirowała córkę do śpiewania i tworzenia piosenek, tylko... płyty... Cindy Lauper. Kto by pomyślał... Dodam jeszcze, że wytwórnia Challenge Records i tym razem zadbała o bardzo dobrą jakość dźwięku, co jest jej znakiem firmowym.

"Jeśli potrafimy być cicho i słuchać się, ufać sobie wzajemnie, otwierać się, pozwalać sobie i otaczającym nas ludziom na bycie wrażliwymi, popełniać błędy... dzieją się cudowne rzeczy" - Bill Frissell.

(nota 8/10) 


 


Pojawiają się już pierwsze podsumowania roku, choć nowe płyty, single, piosenki wciąż jeszcze wychodzą, co zamierzam w prosty sposób udowodnić, prezentując kolejną odsłonę strefy "Dodatki...". Na początek stan California, artysta ukrywający się pod szyldem Killing Vincent, oraz ulubiony krótki fragment z jego ostatniego wydawnictwa zatytułowanego "Something Must've Went Wrong".



Ghent to miejscowość w Belgii, gdzie żyje i tworzy, nieco w duchu dawnego Bon Iver, Isaac Roux, niedawno opublikował album zatytułowany "Trobuled Waters". Mój ulubiony fragment.



W podobnym nastroju brzmią trzy nowe single londyńskiego artysty Canty, które zapowiadają album "Din Binge", premiera 31 stycznia.



Philadelphię i stan Pennsylvania reprezentuję grupa 22 Halo, czyli wokalista i gitarzysta Will Kennedy oraz jego wesoła drużyna.



Kolejna zapowiedź styczniowej premiery płytowej - brytyjska, i znana już czytelnikom bloga, grupa Tunng, oraz fragment albumu "Love All Over Again", który ukaże się 24 stycznia. 



Miasto Nowy York reprezentuje jedyna wokalistka w dzisiejszym zestawieniu Alex Sopp, która jakiś czas temu opublikowała album zatytułowany "The Hem And The Ha".



Niektórzy zaczynają przegląd kolejnej odsłony bloga od "KOMPOZYCJI TYGODNIA" (całkiem słusznie). Tym razem mój wybór padł na Bryce Cloghesy'a, wokalistę grupy Military Genius, która niedawno opublikowała nowe wydawnictwo - nagrywane na pustyni Mojave - zatytułowane "Scarred For Life". Coś dawnego jest w tym połączeniu nutek, rzadko który artysta robi to obecnie właśnie w ten sposób. Bardzo często wracam do tej piosenki.



Na dobry początek "kącika improwizowanego" włoski gitarzysta mieszkający w Lonydnie - Sabino De Bari, oraz jego koledzy, we fragmencie z nowej płyty zatytułowanej "Ashanti".



Pozostaniemy we Włoszech, międzynarodowy kolektyw Zaaar wydaje swoje albumy we włoskiej wytwórni. Wczoraj ukazało się najnowsze dzieło zatytułowane "Ovules".



Na koniec pojawi się nasz dobry znajomy - Jack Wyllie (grupy Szun Waves, Portico Quartet), w nowym projekcie Paradise Cinema. Wczoraj, dzięki uprzejmości oficyny Gondwana Records, ukazał się album zatytułowany "Returning, dream".


sobota, 19 października 2024

A SEQUENCE OF ECHOES - "EVERYTHING CHANGES" (Pacifi Records) "Dla sztuki i rekreacji"

 

    Eugene to drugie co do wielkości miasto malowniczego stanu Oregon. Od wybrzeża Oceanu Spokojnego dzieli je rzut beretem, czyli w tym przypadku mniej więcej 50 kilometrów. Znajdziemy tam między innymi całkiem niezły stadion, gdzie rozgrywane są mistrzostwa Ameryki Płn., dwa lata temu miały miejsce Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce, a co roku  goszczą tam zawody z cyklu Diamentowej Ligi. Wymowne motto tego miasta można zamknąć w zdaniu: "Wspaniałe miejsce dla sztuki i rekreacji". To również stamtąd, przynajmniej według bardzo skąpych danych, wywodzi się enigmatyczna grupa A Sequence Of Echoes. Celowo użyłem określenia "enigmatyczna", ponieważ bardzo niewiele wiadomo o tym zespole. A z tego, co wiadomo, jedno właściwie nie ulega wątpliwości. Oto w dniu wczorajszym ukazała się ich debiutancka płyta zatytułowana "Everything Changes".



Być może to rodzaj beztroskiej niefrasobliwości albo członkom nowej formacji kompletnie nie zależy na jakimkolwiek rozgłosie lub zwyczajnie nie mają pojęcia, w jaki sposób o takowy mają się postarać. Podobnym brakiem zaangażowania w kwestii promocji - albo jeszcze większym - charakteryzuje się wytwórnia płytowa Pacifi Records -  nie mylić z większym labelem Pacific Records - która jakoś specjalnie nie informuje o wczorajszej premierze amerykańskiego tria. W jego skład wchodzą wokalistka - Courtney McPherson, Jonathan Swift Behr, producent, gitarzysta, wokalista oraz Leif Fairfield. 

Ten ostatni jest najbardziej znanym w tym składzie muzykiem - choć idę o zakład, że w naszym kraju nikt o nim nie słyszał. Do tej pory wydał kilka solowych albumów, ostatni nosił tytuł "Through The Mouth Of The Beast" (2020). Niewątpliwie ktoś w tym składzie ma talent do układania zgrabnych i wpadających w ucho melodii, a może te powstają na styku pomysłów wszystkich członków grupy. I dlatego pełen uroku singiel "Just For Now" chodzi za mną od kilkunastu dni, gdyż niejako "promował" to wydawnictwo. Warto dodać, że amerykańską grupę tworzą przedstawiciele średniego wieku, a nie młokosy, i może z tej przyczyny bliżej im do melodyki modnej w latach dziewięćdziesiątych, niż do opartych głównie na specyficznym rytmie, jąkających się i czkających pustką współczesnych "przebojów", których za rok nikt nie będzie pamiętał.



Pełne uroku bywają również aranżacje, rozpięte gdzieś na pograniczu szlachetnej prostoty (miejscami może naiwności), oraz zamierzonego efektu lo-fi. Gładkości brzmienia tu i ówdzie dodają akordeon (April Drury) oraz skrzypce, których dźwięk Leif Fairfield lubił zapętlać w trakcie swoich solowych produkcji. Zdecydowanie najlepiej wypadają kompozycje, gdzie dominującym głosem jest wokaliza Courtney McPherson, która doskonale odnajduje się w tej dream-popowej czy art-popowej stylistyce. 

Nieco gorzej wypadają na tym tle obydwaj panowie, w szczególności zaś źle prezentują się w męsko-damskim duecie, który nieco za bardzo obnaża ich braki, co możemy usłyszeć w niezłym przecież "Stand In My Shadow". Ani Jonathan Swift Behr, ani Lefi Fairfield nie są wybitnymi wokalistami, pewnie nigdy nie będą, i mogliby, nie tylko przez grzeczność, przekazać partie śpiewane dużo lepszej i wiarygodnej w tym względzie wokalistce. Raz po raz mogą przypomnieć się dawne momenty chwały grupy Blue Mountain - oniryzm, nostalgiczne tony, lekkość brzmienia - jak chociażby w otwierającym album "Stay Here By My Side" czy "Wholly Invincible", z gościnnym udziałem Pete'a Gidlunda. Przyznam, że w niektórych momentach tego wydawnictwa drażniły mnie płaskie i syntetyczne dźwięki perkusji, wymownym tego przykładem jest banalny electro-popowy "Echolocation". Co nie zmienia faktu, że płyta "Everything Changes" warta jest grzechu, stanowi udany debiut i ciekawą propozycję w słabo reprezentowanej kategorii jaką jest artystyczny pop.

(nota 7.5/10) 

 


Na dobry początek "Dodatków..." kolejni debiutanci, którzy pochodzą z miasta legendarnego dla sceny muzycznej - Cantenbury, czyli grupa Memorials oraz fragment wydanej niedawno płyty "Memorials Waterslides".



Pewnie niektórzy z Was kojarzę grupę Wildbirds And Peacedrums, której wokalistką była Mariam Wallentin. Artystka niedawno powołała do życia solowy projekt Mariam The Believer i wydała album "Breathing Techniques".



Kolejną wokalistką w naszym zestawieniu jest Amelia Murray, pochodząca z Nowej Zelandii, która ukrywa się pod szyldem Fazerdaze. 15 listopada ukaże się jej album zatytułowany "Softpower".



Wczoraj ukazała się nowa epka Bon Iver zatytułowana "Sable". Justin Vernon od dłuższego czasu jakoś nie może się odnaleźć.



 Black Doldrums to post-punkowa grupa z Londynu, która wczoraj opublikowała album zatytułowany "In Limerence". Wybrałem z niego taki fragment.



Pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, kilka dni temu formacja Tunng zaprezentowała nowy wpadający w ucho singiel, zapowiadając tym samym styczniową premierę płyty "Love You All Over Again".



Z miasta Window Rock w stanie Arizona pochodzi Hataałiinez Wheeler, który ukrywa się pod pseudonimem Hataałii. Niedawno ukazała się jego płyta "Waiting For A Sing". Oto mój ulubiony fragment.



Oto "KOMPOZYCJA TYGODNIA", która znów, podobnie jak siedem dni temu, należy do śpiewającego pana. Wczoraj ukazała się nowa płyta mieszkańca San Francisco - Christophera Owensa - zatytułowana "I Wanna Run Barefoot Through Your Hair". Przed Wami moja ulubiona piosenka z tego wydawnictwa.



 W sekcji improwizowanej zajrzymy do Los Angeles, gdzie mieszka dobrze nam znany basista - Sam Wilkes. Przed tygodniem ukazał się jego album zatytułowany "IIYO IIYO IIYO".



Brzmienie skandynawskiego jazzu na ostatniej płycie zatytułowanej "Nortwest" przybliżają Carsten Lindholm, Jan Gunnar Hoff i Jasper Somsen.