Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mariam The Believer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mariam The Believer. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2026

KRONSTAD 23 - "DODEHAVET" (Batov Rec.) / MARIAM WALLENTIN & VESTNORSK JAZZENSEMBLE - "SPRING FLOOD" (Hubro) "WIZYTA W BERGEN"

 

     Kiedy po raz pierwszy usłyszałem wyborną kompozycję "STRATOSFAEREN" formacji  KRONSTAD 23, byłem oczarowany w sposób, w jaki człowiek bywa olśniony rzeczą, która od pierwszych sekund wydaje się być znajoma. Wszystko zaczęło się od tej obłędnej linii basu, świeżego powietrza sekcji rytmicznej, która zawładnęła przestrzenią z taką niesamowitą, szeroką panoramą stereo, jakby instrumenty nie wybrzmiewały z głośników, lecz znalazły się wokół mnie. Słuchając tego urokliwego wstępu od razu pomyślałem, że ten zespół musi pochodzić ze Skandynawii. Tylko tam potrafią tak połączyć dyscyplinę rytmu, z niezwykłą wręcz przestrzenią dźwięku. Kolejne potwierdzenie nieśmiałych przypuszczeń przyszło chwilę później. Kiedy w ten soczysty groove, wplotła się cudna gitara rozwijająca własną opowieść. A jej analogowe - jak później sprawdziłem - ciepłe tony rozlały się w powietrzu z pustynnym sznytem. Nie miałem żadnych wątpliwości. Szwecja albo Norwegia. Wygrała ta druga opcja, bowiem grupa KRONOSTAD 23, o której dziś będzie mowa, pochodzi z miasta Bergen. Posłuchajmy wspólnie tej przepięknej kompozycji!!! Przed Wami kapitalna rzecz!!  MISS TYGODNIA!!








  

  Zagłębiając się w szczegóły tej sesji nagraniowej, dowiedziałem się, że muzycy z KRONSTAD 23 zarejestrowali cały materiał w domowym studiu w Bergen. Cała sesja na taśmę magnetyczną przeszła przez 50-letnią analogową konsoletę mikserską. Słychać to w specyficznym ciepłym nasyceniu dźwięku,  którego nie da się podrobić żadną cyfrową wtyczką. W epoce, gdzie muzykę nałogowo czy odruchowo czyści się z wszelkich niedoskonałości, panowie pozwolili taśmie swobodnie oddychać. To również analogowe brzmienie buduje tę charakterystyczną nostalgię. Szeroka panorama stereo urzeka od pierwszych sekund. To efekt klasycznego rzadko obecnie stosowanego rozstawienia mikrofonów nad zestawem perkusyjnym. Daje to słuchaczowi wrażenie, że siedzi tuż przed instrumentem. Kiedy wchodzą perkusyjne dodatki, ich fizyczne przesunięcia się w kanałach nie jest komputerowym efektem, lecz wynika z umiejscowienia i żywego ruchu muzyka w przestrzeni studia. 


Nazwa grupy KRONSTAD 23 nawiązuje do dzielnicy Bergen, gdzie muzycy zawiązali skład i rozpoczęli wspólne sesje nagraniowe jesienią 2023 roku. Debiutancki album zatytułowany "Jobber Overtid" (2023) zawierał wyraźne inspiracje ethio-jazzem czy afrobeatem - trochę w stylu znanego również z tego bloga Mulate Astatke, choć bez takich chwytliwych tematów. Druga płyta "SOMMERMOKET" (2025), wydana nakładem prestiżowej oficyny El Paraiso Records, przyniosła wraz z sobą zwrot w stronę nieco bardziej rozbudowanej progresywnej opowieści. W tym układzie najnowsze wydawnictwo, opublikowane pod koniec maja tego roku, wydaje się być tym zdecydowanie najlepszym. 





  Tym razem zespół chciał wzbogacić brzmienie. Nic dziwnego, że jego członkowie wybrali saksofon, zaprosili do studiu dwóch gości - Inge Weatherhead Breisteina oraz Havora Skaugena. Wykorzystano także sitar - tradycyjny indyjski instrument strunowy, na którym swoich sił spróbował gitarzysta Alexander Tosdal Tveit. Możemy go usłyszeć nieco bardziej w świetnym "Myrra" czy "Svalgang". Co ciekawe, im mniej prostych  nawiązań do estetyki afrobeatu - od którego formacja rozpoczynała swoją muzyczna przygodę - tym, w moim odczuciu, lepiej dla poczynań norweskich artystów.


To, co ostatecznie decyduje o sile albumu "DODEHAVET", to jego wielowarstwowa architektura. KRONSTAD 23 stworzyli płytę, która wciąga słuchacza bez reszty, ponieważ dla muzyków z Bergen nie istnieje pojęcie nudy podczas prób, czy sesji nagraniowych. Panowie dobrze czują się w swoim towarzystwie, dzięki czemu ich najnowsza propozycja tętni życiem na kilku poziomach różnorodności. Zespół z dużą swobodą balansuje między muzycznymi światami. Nie traci przy tym własnej tożsamości. Z jednej strony mamy norweską melancholię, z drugiej psychodeliczne ragi, gdzie sitar narzuca orientalny motyw. W jeszcze innym momencie panowie zbliżają się do klasyki tematów filmowych. Nie trzymają się jednej bezpiecznej formuły. Żonglują motywami z odwagą, której nieraz brakuje wielu współczesnym składom jazzowym. A przecież nie grają jazzu. 


Kolejny poziom wspomnianej wcześniej  różnorodności kryje się w samym wykonaniu. Artyści doskonale wiedzą, kiedy należy grać z dyscypliną, pozwalając sekcji rytmicznej na budowanie hipnotycznego transu. A kiedy można nieco odpuścić i wejść w fazę swobodnej jazzowej improwizacji. Raz usłyszymy surowy rockowy kwartet, żeby po chwili ulec wrażeniu, że obcujemy z subtelną orkiestrą. Tytuł wydawnictwa "DODEHAVET" oznacza w języku norweskim "Morze martwe". Z jednej strony odnosi się do bezruchu i głębi. Z drugiej akcentuje strefę, gdzie czas płynie inaczej, odmierzany analogowymi taktami. 


DODEHAVET" to płyta, która wymyka się prostym klasyfikacjom. KRONSTAD 23 udowodnili, że potrafią przekuć skandynawską nostalgię na uniwersalny język muzyczny. Świadomie zrezygnowali z cyfrowego pudru i zdecydowali się na analogową rejestrację na żywo. W ten sposób stworzyli dzieło o ciekawej fakturze i głębi. Ta płyta nie pozwala na powierzchowny odsłuch. Każda minuta obcowania z tym materiałem odsłania kolejne warstwy: od hipnotyzującego basu, przez orientalne ornamenty sitar, aż po noir-jazzowe opowieści saksofonu. Serdecznie polecam.

  

(nota 8/10)

 



 



 

 Podobno czas zawsze płynie w tym samym tempie. Jednak każdy, kto choć raz pozwolił sobie na luksus spokojnego kontemplowania nurtu rzeki, wie doskonale, że bywa względny. Kiedy wokalistka MARIAM WALLENTIN siedziała nad brzegiem Renu w Bazylei, zapisując w notesie kolejne zdania, które miały stać się zalążkiem albumu "SPRING FLOOD", nie przypuszczała, jak kapryśna okaże się pamięć owej wody. Dwa tygodnie później, w dusznym wnętrzu studia w BERGEN, te same intymne zapiski, zostały zinterpretowane przez swobodną improwizację norweskiego VESTNORSK JAZZENSEMBLE, zamieniając się w pulsujące oddechy muzycznych fal. Słuchając tego krążka, nie sposób opędzić się od natrętnej myśli, że muzyka jest jedynie próbą uchwycenia tego, co i tak nieuchronnie umyka. Próbą tym bardziej rozpaczliwą, że podjętą i ukończoną w zaledwie 48 godzin.


 Bergen to drugie co do wielkości miasto Norwegii. Znane jako "Brama do fiordów". To miasto siedmiu wzgórz. Światowa stolica deszczu - pada tam podobno przez 240 dni w roku. To ojczyzna Edwarda Griega i ciekawej architektury sakralnej. A przy okazji siedziba co najmniej dwóch bardzo interesujących grup muzycznych, które dzisiaj stały się głównymi bohaterami tego wpisu. 


Mariam Karolina Riahi Wallentin przyszła na świat w Orebro, w lipcu 1982 roku. Studiowała w Akademii Muzycznej i Teatralnej w Goteborgu. Poznałem jej talent, kiedy wraz z mężem, perkusistą Andreasem Werlinem, stworzyła duet Wildbirds & Pacedrums (polubiłem jej barwę głosu). Jeszcze później przewinęła się przez skład potężnej Fire! Orchestra. Sukcesywnie rozwijała także prywatny projekt Mariam The Believer (pojawiała się w tym wcieleniu na łamach tego bloga). W istocie cała ta najnowsza dźwiękowa odwilż wydawnictwa "SPRING FLOOD" staje się nieco lepiej zrozumiała, kiedy oddamy głos artystce. 


"Wiosna niesie w sobie tak wiele tęsknoty i zmiany. Po okresie bezruchu wszystko zaczyna topnieć i znów się poruszać. Coraz szybciej i szybciej, wszystko nabiera rozpędu, emocje i pożądanie...".









 
  Przejście od chłodu do gorączki nie jest na płycie "Spring Flood" zbytnio rozłożone w czasie. Dokonuje się na naszych oczach, w gwałtownych podmuchach sekcji rytmicznej, jak gdyby muzycy pod batutą Kjetila Mostera doskonale wiedzieli, że na ocalenie tych zapisków autorki przed ponownym zamarznięciem ( w końcu miasto leży w Norwegii), mają jedynie umykające sekundy. Oczywiście najwięcej pochwał muszą zebrać najdłuższe kompozycje. Najbardziej rozbudowane, o zmiennych przebiegach, nastrojach i dużej swobodzie wykonania.


 Warto jednak wspomnieć o trzech najkrótszych utworach, które czasem trwania oscylują w okolicach dwóch minut. Te odsłony mogą wywoływać u słuchacza poczucie dojmującego braku. Jakbyśmy zostali wrzuceni w środek zapisków, które urywają się bez klasycznej pointy. Ten brak może być celowym zabiegiem. Te miniatury mogą działać jak powidoki. Rozbłyski pamięci. Nagłe, urwane spojrzenia rzucane przez okno mknącego pociągu, być może w stronę przepływającej w dole rzeki. Z drugiej strony, te krótkie szkice czy impresje stanowią oddech dla orkiestry. Bywają czymś w rodzaju kontrapunktu dla potężnej ściany dźwięku, jaką potrafi wygenerować Vestnorsk  Jazzensemble. 


Z jeszcze innej strony może być to świadectwo pośpiechu. Przypominają o zaledwie 48 godzinach spędzonych w studiu. To muzyka chwytana w locie. Bez czasu na korekty, upiększenia czy dopisywania zbędnych zakończeń. Muzycy z Bergen nie próbowali okiełznać rzeki, tylko długimi fragmentami dali się jej ponieść. Ps. Zatańczmy wspólnie z Mariam Wallentin przy tej wspaniałej kompozycji.

 (nota 7.5/10)



 

 

  



sobota, 19 października 2024

A SEQUENCE OF ECHOES - "EVERYTHING CHANGES" (Pacifi Records) "Dla sztuki i rekreacji"

 

    Eugene to drugie co do wielkości miasto malowniczego stanu Oregon. Od wybrzeża Oceanu Spokojnego dzieli je rzut beretem, czyli w tym przypadku mniej więcej 50 kilometrów. Znajdziemy tam między innymi całkiem niezły stadion, gdzie rozgrywane są mistrzostwa Ameryki Płn., dwa lata temu miały miejsce Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce, a co roku  goszczą tam zawody z cyklu Diamentowej Ligi. Wymowne motto tego miasta można zamknąć w zdaniu: "Wspaniałe miejsce dla sztuki i rekreacji". To również stamtąd, przynajmniej według bardzo skąpych danych, wywodzi się enigmatyczna grupa A Sequence Of Echoes. Celowo użyłem określenia "enigmatyczna", ponieważ bardzo niewiele wiadomo o tym zespole. A z tego, co wiadomo, jedno właściwie nie ulega wątpliwości. Oto w dniu wczorajszym ukazała się ich debiutancka płyta zatytułowana "Everything Changes".



Być może to rodzaj beztroskiej niefrasobliwości albo członkom nowej formacji kompletnie nie zależy na jakimkolwiek rozgłosie lub zwyczajnie nie mają pojęcia, w jaki sposób o takowy mają się postarać. Podobnym brakiem zaangażowania w kwestii promocji - albo jeszcze większym - charakteryzuje się wytwórnia płytowa Pacifi Records -  nie mylić z większym labelem Pacific Records - która jakoś specjalnie nie informuje o wczorajszej premierze amerykańskiego tria. W jego skład wchodzą wokalistka - Courtney McPherson, Jonathan Swift Behr, producent, gitarzysta, wokalista oraz Leif Fairfield. 

Ten ostatni jest najbardziej znanym w tym składzie muzykiem - choć idę o zakład, że w naszym kraju nikt o nim nie słyszał. Do tej pory wydał kilka solowych albumów, ostatni nosił tytuł "Through The Mouth Of The Beast" (2020). Niewątpliwie ktoś w tym składzie ma talent do układania zgrabnych i wpadających w ucho melodii, a może te powstają na styku pomysłów wszystkich członków grupy. I dlatego pełen uroku singiel "Just For Now" chodzi za mną od kilkunastu dni, gdyż niejako "promował" to wydawnictwo. Warto dodać, że amerykańską grupę tworzą przedstawiciele średniego wieku, a nie młokosy, i może z tej przyczyny bliżej im do melodyki modnej w latach dziewięćdziesiątych, niż do opartych głównie na specyficznym rytmie, jąkających się i czkających pustką współczesnych "przebojów", których za rok nikt nie będzie pamiętał.



Pełne uroku bywają również aranżacje, rozpięte gdzieś na pograniczu szlachetnej prostoty (miejscami może naiwności), oraz zamierzonego efektu lo-fi. Gładkości brzmienia tu i ówdzie dodają akordeon (April Drury) oraz skrzypce, których dźwięk Leif Fairfield lubił zapętlać w trakcie swoich solowych produkcji. Zdecydowanie najlepiej wypadają kompozycje, gdzie dominującym głosem jest wokaliza Courtney McPherson, która doskonale odnajduje się w tej dream-popowej czy art-popowej stylistyce. 

Nieco gorzej wypadają na tym tle obydwaj panowie, w szczególności zaś źle prezentują się w męsko-damskim duecie, który nieco za bardzo obnaża ich braki, co możemy usłyszeć w niezłym przecież "Stand In My Shadow". Ani Jonathan Swift Behr, ani Lefi Fairfield nie są wybitnymi wokalistami, pewnie nigdy nie będą, i mogliby, nie tylko przez grzeczność, przekazać partie śpiewane dużo lepszej i wiarygodnej w tym względzie wokalistce. Raz po raz mogą przypomnieć się dawne momenty chwały grupy Blue Mountain - oniryzm, nostalgiczne tony, lekkość brzmienia - jak chociażby w otwierającym album "Stay Here By My Side" czy "Wholly Invincible", z gościnnym udziałem Pete'a Gidlunda. Przyznam, że w niektórych momentach tego wydawnictwa drażniły mnie płaskie i syntetyczne dźwięki perkusji, wymownym tego przykładem jest banalny electro-popowy "Echolocation". Co nie zmienia faktu, że płyta "Everything Changes" warta jest grzechu, stanowi udany debiut i ciekawą propozycję w słabo reprezentowanej kategorii jaką jest artystyczny pop.

(nota 7.5/10) 

 


Na dobry początek "Dodatków..." kolejni debiutanci, którzy pochodzą z miasta legendarnego dla sceny muzycznej - Cantenbury, czyli grupa Memorials oraz fragment wydanej niedawno płyty "Memorials Waterslides".



Pewnie niektórzy z Was kojarzę grupę Wildbirds And Peacedrums, której wokalistką była Mariam Wallentin. Artystka niedawno powołała do życia solowy projekt Mariam The Believer i wydała album "Breathing Techniques".



Kolejną wokalistką w naszym zestawieniu jest Amelia Murray, pochodząca z Nowej Zelandii, która ukrywa się pod szyldem Fazerdaze. 15 listopada ukaże się jej album zatytułowany "Softpower".



Wczoraj ukazała się nowa epka Bon Iver zatytułowana "Sable". Justin Vernon od dłuższego czasu jakoś nie może się odnaleźć.



 Black Doldrums to post-punkowa grupa z Londynu, która wczoraj opublikowała album zatytułowany "In Limerence". Wybrałem z niego taki fragment.



Pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, kilka dni temu formacja Tunng zaprezentowała nowy wpadający w ucho singiel, zapowiadając tym samym styczniową premierę płyty "Love You All Over Again".



Z miasta Window Rock w stanie Arizona pochodzi Hataałiinez Wheeler, który ukrywa się pod pseudonimem Hataałii. Niedawno ukazała się jego płyta "Waiting For A Sing". Oto mój ulubiony fragment.



Oto "KOMPOZYCJA TYGODNIA", która znów, podobnie jak siedem dni temu, należy do śpiewającego pana. Wczoraj ukazała się nowa płyta mieszkańca San Francisco - Christophera Owensa - zatytułowana "I Wanna Run Barefoot Through Your Hair". Przed Wami moja ulubiona piosenka z tego wydawnictwa.



 W sekcji improwizowanej zajrzymy do Los Angeles, gdzie mieszka dobrze nam znany basista - Sam Wilkes. Przed tygodniem ukazał się jego album zatytułowany "IIYO IIYO IIYO".



Brzmienie skandynawskiego jazzu na ostatniej płycie zatytułowanej "Nortwest" przybliżają Carsten Lindholm, Jan Gunnar Hoff i Jasper Somsen.